Pokazywanie postów oznaczonych etykietą celibat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą celibat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 marca 2021

O miłości (nie)rozlewającej się coraz szerzej

Znowu posłużę się cytatem ze znanego wrocławskiego kaznodziei  o. Pawła: "po co daleko szukać weźmy na przykład mnie". Otóż w dzieciństwie zainfekowana byłam przez mamę lękiem przed psami. Kiedy miałam okazję poznać bliżej te zwierzątka za sprawą przedstawicielki gatunku mieszkającej z nami przez 10 lat, nie tylko znikł lęk, ale i chęć posiadania. Lubię psy w ogóle (i inne zwierzęta też), ale nie mam potrzeby mieć żadnego na własność.

Ten wysoce nieodpowiedni przykład miał zilustrować rozlewanie się, czy też dojrzewanie do miłości - od zaborczego uczucia do konkretnej osoby: kobiety, mężczyzny, dziecka, która stopniowo wzrastając obejmuje bezinteresowną  życzliwością coraz szerszy krąg ludzi. Doświadczenie miłości do kobiety powinno teoretycznie pomóc docenić "najdzikszemu" nawet mężczyźnie kobiety w ogóle i nauczyć go porozumiewać się z nimi. Związek z mężczyzną powinien pomóc kobiecie przezwyciężyć lęk i pomóc zrozumieć jak funkcjonuje płeć przeciwna, a doświadczenie macierzyństwa/ojcostwa powinno przynajmniej część czułości żywionej do własnego potomstwa przenieść na inne dzieci, zwłaszcza te najbardziej potrzebujące. Czy tak rzeczywiście się dzieje?  Nie wiem. Niech każdy sobie odpowie w swoim serduszku.

Taka refleksja ogarnęła mnie podczas oglądania ekranizacji Wichrowych Wzgórz z 2009 r., a następnie porównywania jej ze starą tzn. z 1978, pokazywaną w telewizji za PRLu.  Dzieło Emily Bronte było jedną z ulubionych lektur mojej młodości. Zapewne zapoznanie się z biografią autorki, nieco zmieniło mój stosunek do opisywanych postaci i zdarzeń. Mimo większego dystansu jednak zawsze pozostawałam pod wrażeniem dziwnej miłości Heatcliffa do Cathy. Tym razem jednak oglądaniu całkiem niezłej adaptacji towarzyszyła irytacja i chęć nakopania wszystkim romantycznym kochankom w zad.

Po raz pierwszy zobaczyłam wyraźnie, że jedyną dorosłą osobą,  jedynym człowiekiem w pełnym sensie tego słowa jest Nelly (Ellen Dean), służąca najpierw w domu Earnshawów, a potem Lintonów. Myślę, jest ona nie tylko narratorką, lecz także alter ego autorki. W  tej konkretnej adaptacji wybrano do roli aktorkę, która w moim odczuciu przewyższała naturalną urodą wszystkie romantyczne heroiny miotające się po ekranie (o godności, dojrzałości i szlachetności nie wspominając). 

Przedwcześnie dojrzała Emily Bronte najwyraźniej widziała  w miłości romantycznej rodzaj obsesji, a nawet opętania, które raczej potęguje niedojrzałość i egoizm, niż od niego uwalnia. Na podstawie własnych obserwacji muszę się z takim poglądem zgodzić...

To stwierdzenie prowadzi nas nieuchronnie do rozważań czy osoby samotne mają lepszą czy gorszą szansę na ludzką dojrzałość, lub jak to ujmuję język kościelny "wzrastanie w miłości", niż te żyjące w  rodzinach i związkach nieformalnych. Innymi słowy: czy celibat ma sens czy nie? Moim zdaniem ma. Powiem więcej: samotność nie wybrana, tylko zadana, może mieć jeszcze większy. 



sobota, 13 lipca 2019

Przy okazji ekskomuniki ks. Misiaka

Sprawa ekskomuniki ks. Michała Misiaka - duszpasterza z Łodzi, który przyciągał tłumy - początkowo nie specjalnie mnie poruszyła. Może dlatego, że go nie znam, albo dlatego, że jestem złym człowiekiem albo wreszcie dlatego, że czegoś podobnego spodziewam się po większości "gwiazd duszpasterskich".

Nie będę rozwijać kwestii jego chrztu w Jordanie, bo nie znam szczegółów. Jestem tylko pełna wątpliwości ile warta była owa - chwalona przez O. Remigiusza Recława SJ  - "genialna ewangelizacja" w wydaniu młodego kapłana, skoro on sam nie do końca wiedział w co właściwie wierzy.

Podobno zamieścił kilka wyjaśniających filmów na facebooku. Znam je tylko z omówień na deonie albo temu podobnej stronie. Dowiadujemy się z nich, że młody ksiądz czuł się jednocześnie powołany do kapłaństwa i małżeństwa. Zwracał się bezskutecznie w tej sprawie do biskupa, a od pewnego czasu wysyłał listy (z prośbą o udzielenie mu pozwolenia na małżeństwo) do papieża, bez odpowiedzi niestety.

Gdyby taka zgoda została mu udzielona, młody człowiek byłby w nie lada kłopocie, gdyż jak rozumiem zakochiwał się raczej często. Którą ze "swoich miłości" by wybrał? A jak poradziłby sobie z rozczarowaniem pozostałych? A co gdyby poślubiwszy jedną z nich, znowu zakochał się w kimś innym? Co wtedy? Kolejna prośba do papieża, tym razem o rozwód?

Najciekawsze jednak dla mnie było stwierdzenie, że nie czuje się kochany, nie czuje się synem tylko komandosem do zadań specjalnych. Rzecz o tyle interesująca dla mnie, że sama również swoje życie opisuje za pomocą podobnie "militarnej" metafory. Otóż czuję się trochę jak żołnierz zesłany ja jakąś zapomnianą przez Boga i ludzi placówkę, gdzie mam trwać na posterunku do odwołania. Nie wiem co się dzieje na froncie, nigdy nie miałam okazji wypróbować swoich sił w walce. Powierzono mi zadanie, które wygląda na zupełnie bezsensowne, którego zupełnie nie rozumiem, a nawet miewam wątpliwości czy ono istnieje. Jedyne, co wiem na pewno, to fakt, że sama się na tę placówkę ani nie prosiłam, ani nie zesłałam. Próbowałam się  z niej urwać. Podjęłam mnóstwo złych i głupich decyzji, zmarnowałam dużo czasu i energii na próby zmiany sytuacji wyjściowej. Jednak dowódca ewidentnie miał inne zdanie. Jego powód, żeby mnie tu umieścić nie jest mi znany i nie musi. Ja mam trwać na posterunku i nie kwestionować rozkazów.  Nie mam wystarczających danych, żeby ocenić ich sensowność.

Myślę, że świadomość bycia komandosem do zadań specjalnych jest o wiele bardziej ekscytująca. Zainteresowanie kobiet jest jedną z atrakcji takiej funkcji. Celibat owo zainteresowanie jeszcze wzmaga i pozwala gronu wielbicielek tolerować się nawzajem, gdyż żadna nie zdobędzie obiektu swoich westchnień na własność. Posiadanie żony skutecznie rozwaliło by tę sielankę w try miga. Jej zazdrość wyleczyłaby nieszczęsnego komandosa z zachwytu nad małżeństwem.

Zresztą, może wystarczyło poczekać. Wszak Synod na temat Amazonii ma właśnie na celu zniesienie celibatu. Parę lat i zgoda papieża nie będzie potrzebna. A potem jeszcze parę lat i może nawet rozwód będzie dostępny dla kleru?

Po tych drobnych złośliwościach pod adresem księdza sławionego w pieśniach zamieszczonych na YouTube ("Jesteś dla mnie znakiem nieba") muszę jednak odnotować z sympatią, że istnieją duchowni o normalnych popędach. Ludzie nie rezygnujcie tak łatwo!