Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jordan Peterson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jordan Peterson. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 marca 2023

Kto pedofilią wojuje, od pedofilii ginie, na marginesie medialnej nawalanki

Nie mam już zupełnie ochoty komentować bieżącej nawalanki. Po pierwsze, Ziemkiewicz (Tonący trumienki się chwycił) i Lisicki (Bielmo czy wściekły atak? Jan Paweł II i kard. Sapieha w ogniu oskarżeń - w rozmowie z Górnym i Kratiukiem) zrobili o to o wiele lepiej niż ja byłabym kiedykolwiek w stanie, a po drugie nie będę marnować swoich emocji na gry wywoływane przez obce służby, których intencje z całą pewnością nie są dobre.

Żeby nie być gołosłowną, cytuję z portalu Tysol.pl (Burza w Niemczech...):
Rząd RFN i podległe mu organy federalne w ciągu ostatnich pięciu lat wypłaciły dziennikarzom około 1,5 mln euro za – jak to określono – moderację, teksty, redagowanie, szkolenia, wykłady i inne wydarzenia. W sprawę zamieszanych jest 200 dziennikarzy, którzy każdego dnia dostarczają niemieckiej opinii publicznej informacje. 

Z odpowiedzi obecnego rządu federalnego wynika, że około 900 tys. euro trafiło do dziennikarzy nadawców publicznych, a około 600 tys. euro do pracowników mediów prywatnych. "Lista podobno nie obejmuje kwot wypłacanych dziennikarzom przez Federalną Służbę Wywiadowczą. Jako powód podano dobro państwa" - pisze portal stacji Deutschlandfunk.Chodzi o 200 dziennikarzy z czołowych niemieckich mediów

Według portalu informacyjnego t-online chodzi w sumie o 200 dziennikarzy. Część była zatrudniona przez gazety "Spiegel", "Zeit", "Tagesspiegel" i inne media prywatne, ale około 120 beneficjentów pracowało dla nadawców publicznych, takich jak ARD, ZDF, WDR i rbb (...)"

Teraz drogi czytelniku, przypatrz sie uważnie wyróżnionej kolorem informacji i osadź w kontekscie polskiej nawalanki medialnej.. Czy Twoim zdaniem Federalna Służba Wywiadowcza (BND) płaci dziennikarzom tylko w Niemczech, a poza granicami już nie? A slużby wywiadowcze innych państw to jakieś gorsze? Na pewno nie:



Jest niby jakaś reakcja, ale znając polskich sędziów czarno widzę:


Tymczasem Agora zorientowała się, że jej akcja były nieco przedwczesna, albo timing zły:


Ale najlepszy news tego tygodnia to wymiana tweetów między papieżem, który napisał:

“#socialjustice demands that we fight against the causes of poverty: inequality and the lack of labour, land, and lodging; against those who deny social and labour rights; and against the culture that leads to taking away the dignity of others.”

.... a Jordanem Petersonem, który odpowiedział:

“There is nothing Christian about #socialjustice. Redemptive salvation is a matter of the individual soul.”

Kiedy Duch Św, mówi raczej przez profesora- agnostyka, niż następcę św. Piotra!!! 

P.S.

W międzyczasie znalazłam na tweeterze (konto NZG) bardzo trafny komentarz graficzny na temat odpowiedzialności za samobójczą śmierć syna znanej posłanki:




niedziela, 7 sierpnia 2022

Luźne refleksje osłabionej głodem blogerki

Jestem na diecie Dąbrowskiej. Dla niewtajemniczonych to wyłącznie niskokaloryczne warzywa z niewielkim dodatkiem niskokalorycznych owoców. Autorka obiecuje cuda wianki zwłaszcza przy schorzeniach stawów, a ja boję się RZS-u (reumatoidalnego zapalenia stawów), na które cierpiała moja świętej pamięci mama przed śmiercią. Wielokrotnie w przeszłości przeprowadzałam dwutygodniowe lub tygodniowe głodówki ze skutkiem umiarkowanym, ale z jakichś powodów ciągle wracam do tego pomysłu. Niestety brak energii i problemy z koncentracją towarzyszą mi nieodmiennie od pierwszego dnia.

W lipcu bardzo namawiano mnie na pielgrzymkę do Medjugoria. Miała się odbyć akurat podczas fali afrykańskich upałów, co zdecydowanie pomogło mi odrzucić tę propozycję. Zamiast tego pojechałam do Częstochowy na jeden dzień, w środku tygodnia, kiedy nie ma tłumów. Pociąg powrotny spóźnił się o 180 minut, a moja komórka sama ustawiła mi spotkanie o 2.30 i dwie noce z rzędu budziła mnie sygnałem przypominającym, zanim się zorientowałam co jest grane...

Podejmowanie podróży, w tym pielgrzymki, wiąże się nieuchronnie z ryzykiem, także ryzykiem śmierci. Wypadek polskiego autobusu w Chorwacji (wiozącego pielgrzymów do Medjugoria) jest smutnym przypomnieniem tego faktu.

Obejrzałam wczoraj wywiad Jordana Petersona w dwoma katolickimi teologami (sadząc po nazwiskach - Kaczor i Petrusek - polskiego pochodzenia). Po raz kolejny powtórzył swą myśl, że instynkt religijny wrodzony człowiekowi sprawia, że odrzuciwszy Boga, czyli wartość najwyższą, czyni on swoją religią sprawy na to nie zasługujące. Degrengoladę moralną towarzyszącą takiemu wyborowi można zaobserwować na przykładzie niektórych komentarzy po wypadku w Chorwacji. Autor jednego z nich, prof. Hartman, wykłada etykę na UJ.

Peterson zastanawiał się nad fenomenem popularności swoich wykładów na temat Księgi Rodzaju. Myślę, że jednym z czynników jest jego świeże, nieuprzedzone i śmiertelnie poważne podejście do tych opowieści. Nie ma w nim nic z lęku Kościoła, przed narażeniem się na śmieszność.

Niestety, nawet odwaga Jordana Petersona ma swoje wyraźne granice. Przy okazji zniszczenia Sodomy stwierdził, że chodziło raczej o brak gościnności niż potępienie homoseksualizmu. Innym razem zapytany o książkę Sołżenicyna "200 lat razem", w której autor porusza temat Żydów w Rosji, Peterson nie odpowiedział nic. Wiem, że nie da się walczyć na raz z całym światem, ale nie miałam ochoty słuchać go dalej...



niedziela, 18 kwietnia 2021

O zbytecznych przedmiotach

Jeszcze przed świętami rozpoczęłam malowanie kuchni. Był to mój debiut w roli jednoosobowej ekipy remontowej. Szło mi tak sobie, ale zmogłam. Przypłaciłam dwukrotnym krwotokiem z nosa (w pierwszy dzień nie wietrzyłam podczas malowania), bólem kręgosłupa (prawdopodobnie mnie zawiało, bo później wietrzyłam nieustannie), spuchnięciem kończyn (żyły) i ogólnym potężnym połamaniem. Mimo tych objawów wzięłam się za łazienkę. Zaczęłam od grzyba i zasadniczo go wykończyłam, ale silikonowanie wanny nie bardzo mi wyszło. Siedzę więc z opuchniętymi nogami na biurku z poczuciem zniechęcenia, jakie towarzyszy niepowodzeniom, a przedpokój i kuchnia zawalona zawartością łazienki, której znaczny procent stanowią zbyteczne przedmioty.

Pomniejsze można wynieść, ale co np. z dodatkową pralką albo licznymi meblami na wysoki połysk upchanymi przez ojca w piwnicy albo fotelami z pufami zataszczonymi na strych? Koszty ich wywozu przekraczają moje możliwości, a sprzedać (ani nawet oddać za darmo) się nie udało...

Paradoksalnie to, co kiedyś postrzegane było jako symbol statusu PRL-owskiej klasy średniej stało się narzędziem opresji dla jej potomstwa. Pomyśleć, że możliwość zdobywania tych zbytecznych przedmiotów stanowiła znaczny procent motywacji moich rodziców do ciężkiej najemnej pracy, która znacznie ograniczała ich możliwości czasowe np. nawiązania kontaktu z własnymi dziećmi biegającymi samopas po podwórku...

Chyba za bardzo przejęłam się wezwaniem Jordana Petersona do uporządkowania najpierw swego bezpośredniego otoczenia jak pokój czy mieszkanie, a właściwie jego sugestią, że jak po zrobieniu tego pojawią się nowe możliwości uporządkowania swego życia... Nie wiem skąd wziął taki pomysł, ale człowiek w mojej sytuacji jest skłonny do spróbowania wszystkiego.

Tymczasem zajęta remontem i połamana nie przeżyłam należycie radości Zmartwychwstania mimo fizycznego uczestnictwa w triduum paschalnym. Dopiero w Święto  Miłosierdzia poszłam do spowiedzi. Generalnie mam poczucie, że cokolwiek usiłuję zrobić, nawet coś tak banalnego jak pomalowanie łazienki, wyłaniają się problemy nie do przezwyciężenia, a jeśli nawet je jakimś cudem zmogę koszt okazuje się niewspółmiernie wysoki...

niedziela, 20 maja 2018

O nieoczekiwanych skutkach nowenny do Ducha Świętego

Nowennę do Ducha Świętego odmawiałam w konkretnej intencji, a mianowicie o światło co mam robić w nieciekawej sytuacji życiowej (mówiąc najogólniej). Na brak odpowiedzi albo jej niejednoznaczność nie mogę narzekać. Duch Święty nakazał mi dwie rzeczy: posprzątać w domu (put your house into perfect order słowami Jordana Petersona) i wrócić do uprawiania malarstwa, które zarzuciłam zwątpiwszy w sens tej działalności.Wysprzątawszy więc pokój na glanc wyciągnęłam pozasychane sfatygowane i nieliczne tubki z resztkami farb olejnych, znalazłam niewielką buteleczkę terpentyny i dawno temu przygotowane podobrazie z płyty pilśniowej z zaczętym autoportretem. Wszystko to z epoki przed załamaniem się we mnie wiary w siebie i sensowność swoich wyborów.

Pierwszym skutkiem tego natchnienia jest konkretny malunek, wygląda tak:


Po drugie: moje pięćdziesiąte ósme zapalenie zatok w tym sezonie zniknęło bez śladu. Zastanawiałam się czy nie odstawić przepisanego antybiotyku (pięćdziesiątego ósmego w tym sezonie), który właśnie zaczęłam przyjmować.
Po trzecie: zaczęłam śmielej korzystać z przestrzeni wspólnej bloku, w którym mieszkam (suszarni) tym samym komunikując sąsiadom, że  nie będą jej zawłaszczać bez oporu.
Po czwarte: zaczęłam generalne porządki w kuchni - udało mi się ponaprawiać zdezelowane zawiasy drzwi szafek i prowadnice szuflad. Powywalałam nagromadzony przez wieki (za życia rodziców) osad dziejów i sensowniej zorganizowałam przestrzeń. Mam jeszcze w tej materii sporo pracy przed sobą, ale dobry początek został poczyniony.

Nie spałam po nocach podekscytowana planami ulepszeń, które wprowadzę i  pomysłami, co da się wykorzystać jako podobrazie. Moja siostra zauważyła przytomnie, że nawet jeśli jedynym skutkiem mojego malowania będzie koniec nieustających infekcji dróg oddechowych i wypędzenie moli z mieszkania (zapach terpentyny) to ekonomicznie jest to wystarczająco korzystne. Pieniądze zaoszczędzone na antybiotykach mogę przeznaczyć na farby i pędzle.

Patrząc z punktu widzenia wiary (której wciąż mi brak) ten czas niepewności jest być może darem od Boga kiedy mogę robić to, czego zawsze pragnęłam, do czego czułam się stworzona i powołana.
Moje powołanie nie zostało potwierdzone wprawdzie przez społeczne zapotrzebowanie, ale jego zaniechanie spowodowało nieustanne problemy ze zdrowiem i zablokowanie energii życiowej. Dla mnie to wystarczająco przekonujący argument.

Niedawno na stronie dominikańskiej przeczytałam zadziwiająco przytomny wywiad z O.Popławskim, w którym wypowiedział się na temat "potrzebności" jako kryterium oceny sensowności własnej drogi. Uznał, że "bycie nikomu niepotrzebnym" nie jest argumentem za jej kwestionowaniem albo porzuceniem. Couldn't agree more  z drobnym zastrzeżeniem, że w przypadku ludzi świeckich "niepotrzebność" powoduje bardzo konkretne skutki ekonomiczne, które łatwo uznać za głos Boga.

P.S.
Dziś u dominikanów przykładna uroczysta liturgia jak przystało na wielkie święto, zero herezji w homilii. Miałam przemożne wrażenie, ze ktoś przywołał ich do porządku. Duch Święty?


sobota, 14 kwietnia 2018

O nawróceniu

Kiedy mówi się "nawróć się" (po lubelsku: "naaaaawrć się!") do konia w stajni, zwierzak przestawia zad w stronę ściany boksu robiąc miejsce człowiekowi, który np chce go wyczyścić. Kiedy ten skończy szczotkowanie jednego boku, powtarza to samo polecenie i koń przechodzi na przeciwną stronę boksu. W tak dosadny sposób krótki "epizod jeździecki" w moim życiu pokazał mi czym powinno być nawrócenie - zmianą dotychczasowej postawy na wręcz przeciwną na skutek działania łaski.

Słyszałam (a może czytałam) wypowiedź księdza działającego w Odnowie, że ludzie hałaśliwi i ekstrawertyczni pod wpływem działania Ducha św. wyciszają się i kierują do wewnątrz, natomiast wycofani introwertycy zaczynają nagle publicznie głośno się modlić i wielbić Boga.  To oczywiście tylko zewnętrzne oznaki nawrócenia, ale wskazujące na jakąś głęboką przemianę, która w zaszła "wbrew ich naturze".

Z drugiej strony jeżeli zgodna, empatyczna i współczująca niewiasta, wykorzystywana przez wszystkich i nie umiejąca zadbać o siebie, mimo lat praktyk religijnych utwierdza się w takiej postawie i w wierze znajduje dla niej uzasadnienie, to raczej należy wątpić w szczerość jej nawrócenia. Podobnie rzecz ma się ze skłonnym do dominacji egoistą  czy przebiegłą manipulatorką. Jeśli w Kościele znajdują nowe zagłębie jeleni gotowych do użycia w służbie swojego ego, nowe obszary do dominacji i manipulacji - mówienie o nawróceniu jest po prostu kupą śmiechu.

Na mszy św. w dzień powszedni ta pierwsza kategoria wiernych - spolegliwe niewiasty - jest znacząco nadreprezentowana. To nie tylko ich wina, że słyszą to, co chcą usłyszeć tzn należy pozwalać się wykorzystywać, "oddawać się za darmo", "żyć dla innych", "nie szukać swego" (co za ulga, nie trzeba się zmieniać!) Często nauka głoszona od ołtarza taka właśnie jest, gdyż skierowana jest do zatwardziałych egoistów i hedonistów - całkowicie nieobecnych w kościele - lub po prostu powstała z myślą o mężczyznach, którzy ze swej natury są znacznie mniej empatyczni, współczujący i zgodni, a bardziej agresywni, nastawieni na rywalizację, konfrontację i osobisty sukces.

Słuchałam ostatnio wykładu prof. Jordana Petersona o różnicach między mężczyznami i kobietami w dziedzinie osobowości. Podejrzewam, że mówił rzeczy powszechnie wiadome, z którymi każdy student psychologii musi się zapoznać. Stwierdził powołując się na konkretne badania, że w okresie pokwitania kobietom wzrasta "trait neuroticism"  i pozostaje wyższy niż u mężczyzn do końca życia. Są one nadreprezentowane wśród pacjentów z depresją i "anxiety" (stanami lękowymi?), mężczyźni natomiast częściej są alkoholikami, narkomanami i  mają "learning disorders" o ile dobrze pamiętam.

Uzasadnił to faktem, że dla kobiet świat jest po prostu bardziej niebezpieczny, gdyż grozi im nie tylko "zwykła" agresja (jako, że są słabsze fizycznie) lecz także seksualna. Cena jaka płacą za seks jest przy tym nieporównywalnie wyższa niż w przypadku mężczyzn. Co więcej, system nerwowy kobiety jest zaprojektowany z myślą o macierzyństwie, a bardziej precyzyjnie o relacji z niemowlęciem. Aby dobrze wywiązać się z tego zadania musi  być "agreeable" - co pozwala unikać konfliktów mogących narazić jej dziecko na niebezpieczeństwo - empatyczna i współczująca, żeby reagować na potrzeby noworodka, których on nie umie jasno wyartykułować, nieskończenie cierpliwa wobec tej całkowicie bezbronnej istotki i pozwalająca się jej wykorzystywać ignorując własne potrzeby (co najmniej do wieku 9 miesięcy niemowlę ma zawsze rację). Te wszystkie zachwycające cechy kobiety umożliwiające przetrwanie gatunku, znacząco utrudniają jej odniesienie sukcesu w biznesie czy każdej innej dziedzinie życia, gdzie konkuruje z mężczyznami.

To naturalne środowisko ludzi, dla których świat nie jest zagrożeniem tylko okazją do podboju i dominacji, "disagreeable, taugh-minded, blunt, competitive and agressive", przy czym jest to "predatory agression" (a nie "defensive agresion"podyktowana lękiem typowa dla kobiet).  Jakie szanse ma osoba zgodna, grzeczna, empatyczna i uległa w zestawieniu z kimś takim?  Jest oczywiście wykorzystywanym do immentu jeleniem. Peterson stwierdził, że gdyby chciał zatrudnić pracowników, których można eksploatować bez ograniczeń wybrałby "middle-aged women, high in agreeableness and concienciousnesss". Takie osoby ciężko pracują, za nic nie przypisują sobie zasług i nigdy nie narzekają, nie umieją nawet poprosić o podwyżkę.

Oczywiście, mają świadomość że są wykorzystywane i wzbiera w nich gorycz i uraza do świata. Często potrzebują terapii, treningu asertywności, nauczenia się mówienia innym rzeczy przykrych i raniących (ale prawdziwych), negocjowania swoich warunków, "stawiania się".  Jest to zadanie na granicy ich możliwości ludzkich. Czasem udaje się przy okazji autentycznego nawrócenia przy pomocy łaski.

Jest taka modlitwa "Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze na podobieństwo serca Twego", która mnie na przemian drażni i szokuje. Jezus wyłaniający się z kart Ewangelii zupełnie do takiego opisu nie pasuje. Przede wszystkim jest to charyzmatyczny (w każdym sensie tego słowa) przywódca, porywający tłumy swoją nauką, wskazujący na siebie jako źródło autorytetu wyższego niż wszystkie znane jego słuchaczom. Według terminologii Petersona jest "high in disagreeableness and compassion". Raz po raz widzimy go w sytuacji ostrego konfliktu z konkurentami do przywództwa duchowego nad narodem wybranym. Nie przebiera wtedy w słowach i mówi rzeczy niewiarygodnie brutalne jak "plemię żmijowe" czy "groby pobielane", posuwa się nawet do agresji fizycznej wyrzucając kupców ze świątyni. Nie ma żadnych oporów, żeby ranić czyjeś uczucia albo sprawiać ból, jeśli widzi w tym sens. Najbardziej szokująca jest rozmowa z Syrofenicjanką, kiedy to kobieta prosząca o pomoc dla udręczonej córki zostaje porównana do psa. Gdyby scena odbywała się we wnętrzu, siła ciosu rzuciłaby nieszczęsną istotę na przeciwległą ścianę. Rozmowa z Samarytanką przy studni też nie należy do szczególnie przyjemnych. Jezus dość bezceremonialnie namierza jej bolesne miejsce i wydobywa na światło dzienne jej hańbę. Świadomie ociąga się w przypadku córki Jaira, aż dziewczynka umiera. Podobnie postępuje w przypadku Łazarza, choć zapewnia się nas, że go miłował, jak również jego siostry Marię i Martę. Nie waha się wystawić tych bliskich sobie ludzi na ból ekstremalny, aby chwała Boża mogła się objawić.

Jezus ma wszystkie cechy urodzonego przywódcy siłę osobowości, wizję, odwagę, wielkoduszność wobec słabszych i bezwzględność wobec wywyższających się. Jest obiektem podziwu mężczyzn i miłości kobiet. Jego serce to serce lwa, a nie baranka. Tym bardziej szokujące jest dobrowolne przyjęcie męki i hańbiącej śmierci. Jezus przekracza w tym swoją naturę. Godzi się na upokorzenie, które w oczach większości unicestwia jego aspiracje do przywództwa raz na zawsze. Jednak nawet w godzinie tej strasznej próby zachowuje godność i wielkość, która onieśmiela oprawców. Uderzony w twarz bynajmniej nie nadstawia drugiego policzka, tylko żąda podania racji. Sanhedryn wygląda przy nim jak sfora psów obszczekujących olbrzyma, rzymski namiestnik jak przestraszony uczniak próbujący zepchnąć na kogokolwiek odpowiedzialność za jego śmierć, Herod jak żałosny kretyn.

Jezus z Ewangelii ma się tak do swojej zniewieściałej błękitnookiej karykatury o lśniący lokach i trefionej brodzie jak Chrześcijaństwo do utwierdzania się w chorych i niszczących postawach tylko dlatego, ze mają pozór pokory. Pokora nie oznacza bezwzględnego podporządkowania możnym tego świata i unikania konfliktu za każdą cenę, tylko otwartość na prawdę i posłuszeństwo wobec niej.