Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Międzywodzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Międzywodzie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 sierpnia 2026

Jeszcze o spełnianiu się marzeń i Woli Bożej

W poprzednim wpisie zapomniałam o najważniejszym! Nasze pragnienia mogą się spełnić tylko, jeśli są zgodne z Wolą Bożą (w ujęciu chrześcijańskim) lub naszym "wyższym duchowym ja" (w wersji psychologii Junga). Mam wrażenie, że chodzi dokładnie o to samo.

Ergo pływanie packraftem po Martwej Dziwnie jest zgodne z Wolą Bożą/wyższym duchowym ja, a np. założenie rodziny, kariera czy własne mieszkanie już nie!

Przypominam sobie warsztaty psychologiczne o osiąganiu celów, w których brałam udział w okolicach trzydziestki (przed trzydziestką nawet). Pamiętam, że mieliśmy skupić się na tym co chcemy osiągnąć i w jakim czasie, a nie zaprzątać sobie głowy jak ma się to stać. 

Dowiedzieliśmy się, że realizacja zajmuje zazwyczaj więcej czasu niż zakładamy, natomiast sposób dochodzenia do celu jest nam ukazywany stopniowo tzn. zaczynamy znając tylko pierwszy krok. Jeśli go zrobimy ujawnia się następny itd. 

Nie pamiętam od czego zależało ujawnianie się kolejnych etapów. Być może częste i w miarę szczegółowe wizualizacje miały odgrywać jakąś rolę. 

Często wizualizowałam sobie moją rodzinę, a konkretnie dzieci (zawsze jako młodych dorosłych). Miało ich być czworo - dwóch synów i dwie córki. Najwyraźniej widziałam najmłodszą z nich. Ta szczupła dziewczyna lat ok.18 o bardzo jasnej skórze, wielkich szarych oczach i bujnych ciemnorudych włosach była mi z jakichś powodów najbliższa. Teraz brzmi to raczej jak bohaterka książki dla dziewcząt - wypisz wymaluj Ania na uniwersytecie Lucy Maud Montgomery. 

Nic z tego się nie stało ciałem, gdyż - jak wyznał prowadzący - możemy wymyślać sobie dowolne cele, ale jeśli nie są zgodne z naszym wyższym duchowym ja (czyt. Wolą Bożą), to nie zrealizujemy ich choćbyśmy pękli. To akurat była święta prawda! Być może tylko to jedno zdanie z całych warsztatów (płatnych zresztą).

Wracając do marzenia spełnionego tzn. pływania packraftem po Martwej Dziwnie rzecz wyglądała tak:

  • patrzyłam na jej czystą wodę  i pomyślałam, że cudownie byłoby pływać po niej jakąś niewielką łódką i obserwować życie zwierząt i roślin
  • być może zdarzyło się to kilka razy tzn. ilekroć byłam na wakacjach w Międzywodziu
  • nigdy nie ustawiłam sobie tego jako swój cel
  • poza pobytami nad morzem nie poświęciłam ani pół myśli
  • być może kiedyś zwizualizowałam sobie to spontanicznie

Tymczasem przez te ok. 10 lat wymyślono odpowiednie łódeczki, tej wiosny weszłam w posiadanie jednej z nich i wzięłam ją na tegoroczny wakacyjny wyjazd i bęc - życzenie spełnione. 


Być może usłyszała je jakaś złota rybka. Po namyśle nawet ją sobie przypominam. Była mała, zielona i dotknęła pyszczkiem mojej ręki, a potem odpłynęła w głąb jeziora. Pamiętam też młodego zaskrońca pływającego przy brzegu w charakterystyczny dla węży sposób. To musieli być posłańcy mojego wyższego duchowego ja!

Co ciekawe, kiedy pływałam po jeziorze tego roku, żadnych żywych stworzeń, oprócz nielicznych kaczek krzyżówek, nie widziałam! Tymczasem w naszej poczciwej Oławie, oprócz wielu gatunków ptaków, można spotkać nawet bobry!






piątek, 21 sierpnia 2026

O marzeniach, które się spełniają

Jakiś czas temu - to mogło być lat najwyżej 10, a najprawdopodobniej mniej - stałam sobie nad Martwą Dziwną i patrząc na jej piaszczyste dno myślałam jak cudownie byłoby pływać po tych spokojnych wodach niedużym pontonem lub czymś podobnym i obserwować tutejszą faunę i florę. Łagodne zejście od strony zachodniego falochronu w Dziwnowie wydawało się idealne do zwodowania dmuchanej łódeczki...



Nie minęło lat dziesięć lub nawet mniej i moje marzenie się spełniło. Przepłynęłam starorzecze Dziwny dwa razy. Raz z Międzywodzia (znaczy lasu w okolicy) do Dziwnowa, a drugi raz w obie strony. Nie wiem czy to było legalne czy nie, ale znaku zakazu nigdzie nie widziałam, a miejscowi nie byli zgodni w temacie, podobnie jak Internet. Uznałam więc, że mogę zaryzykować. Byłam jedyną osobą na jeziorze, ale nikt mnie nie ścigał.

Ktoś może wzruszyć ramionami. Cóż to takiego wielkiego? A jednak, kiedy pomyśleć ile musiało się stać, aby moje życzenie mogło się ziścić...

Przede wszystkim sprzęt! Ponton waży ok 20 kilo - trochę dużo dla starszej pani nie zmotoryzowanej - dmuchany kajak w okolicach 16-17 kg. Do jeziora trzeba iść kilka kilometrów(2 lub 4 ) plażą lub/i przez las. Nie wspominam już o taszczeniu takiego ładunku z Wrocławia pociągiem i autobusem!

Rzecz była całkowicie absurdalna i niewykonalna aż do pojawienia się packraftów na polskim rynku. Dowiedziałam się o ich istnieniu zeszłej jesieni lub zimy, a na wiosnę zamówiłam najprostszy po promocyjnej cenie. Dwa kilo łódki + kilogram wiosła złożonego z 4 części to zupełnie inna historia. Zmieści się do plecaka i można nieść kawałek bez zmęczenia.

Jeszcze ciekawsze były okoliczności samego wyjazdu do Międzywodzia w tym roku. Nie miałam ochoty jechać tam w szczycie sezonu, zwłaszcza, że wybierałam się do Niechorza na początku lipca i uznałam, że to powinno wystarczyć. Kiedy odwołałam rezerwację noclegów poczułam się okropnie, jakbym zaprzepaściła jakąś wielką życiową szansę. Uznałam jednak, że nie ma powrotu i wytłumaczyłam sobie, że we Wrocławiu też można sensownie spędzać lato. 

Byłam już zupełnie pogodzona, aż jakaś baba w autobusie obwieściła, że w poniedziałek ma być 41 stopni Celsjusza. Cały mój spokój diabli wzięli. Uznałam, że trzeba wiać z tego pieca ognistego. Pokój - o dziwo - był wolny i nawet dostałam miejscówkę w pociągu w przeddzień wyjazdu (w przedziale dla niepełnosprawnych na miejscu opiekuna).

Wcisnęłam więc do plecaka packraft i kamizelkę ratunkową (zamierzałam pływać po Zalewie Kamienieckim i Bałtyku), a wiosło do worka i ruszyłam na północ. Pływanie po zalewie okazało się mało atrakcyjne ze względu na wiatr i haracz pobierany przez miejscowych "biznesmenów" za zwodowanie własnej łódki z jedynego miejsca się do tego nadającego.

Na Bałtyku natomiast było możliwe tylko przy flaucie, ale wtedy szalały tam zaburzone indywidua na skuterach wodnych kręcące się w kółko jak potrącone przez samochód zwierzęta. Musiałam więc pomyśleć o Martwej Dziwnie, mimo że przed wyjazdem AI pouczyła mnie, że tam nie wolno, bo to użytek ekologiczny jest! 

Po dłuższej rozmowie w miejscowym ex-wojskowym uznałam, że rzecz nie jest wcale oczywista, a oficjalnego zakazu nigdzie nie widać i odważyłam się!


Opatrzność wspomogła mnie nawet przy powrocie - ze względu na ciężki plecak zostałam podwieziona na przystanek autobusowy w Międzywodziu, a tam przejeżdżający taksówkarz zaproponował kurs po cenie biletu do samego dworca PKP w Międzyzdrojach. Sam ten incydent zakrawał na cud!

Tak więc, drogi czytelniku, z perspektywy wygląda to tak, jakby sama Opatrzność przygotowała mi ten upominek i dopilnowała, aby trafił do moich rąk!

Jestem, oczywiście, wdzięczna i wzruszona, ale jednocześnie zastanawiam się, dlaczego tego rodzaju  "błahe zachciewajki" mogą zostać spełnione, a pragnienia dotyczące rzeczy "naprawdę ważnych", jak relacje, mieszkanie czy praca,  nigdy.

Mogę wyobrazić sobie kilka wyjaśnień, z których żadne mnie nie przekonuje:
  • Jest to "polewka Habakuka", czyli wzmocnienie  do znoszenia czegoś, co i tak znieść musimy i żadne modlitwy, ani ludzkie zabiegi tego nie zmienią, dowód pamięci i życzliwości ze strony Tego, który tym wszystkim zarządza
  • Pływanie po Martwej Dziwnie jest ważniejsze niż wszystkie asymetryczne relacje w moim życiu oraz kariera zawodowa i warunki mieszkaniowe razem wzięte. Uogólniając - myśli Boga nie są naszymi myślami, a drogi Jego naszymi drogami
  • Błahe zachciewajki mogą się urzeczywistnić, bo nie blokuje ich lęk i inne emocje negatywne (przekleństwo?), które zawsze są obecne w przypadku "rzeczy naprawdę ważnych"
  • Intensywność tych przelotnych zachcianek jest niewielka, a - jak wiadomo - "możemy mieć w życiu wszystko, czego pragniemy pod warunkiem, że tego nie pragniemy"


niedziela, 12 września 2021

Zmartwychwstanie wg o. Szyrszenia

Pewien salwatorianin usłyszał od uczestnika rekolekcji, że najbardziej (w przerabianym tekście z  Ewangelii św. Łukasza) niepokoi go  fakt przebywania Jezusa w łodzi, podczas gdy tłumy pozostają na brzegu. Chodził  z tym i chodził, dlaczego Jezus na jeziorze, a ludzie na brzegu.... Aż wreszcie uświadomił sobie, że jezioro ma także drugi brzeg i tylko Jezus może tych ludzi tam przewieść (jak nie przymierzając Charon przez Styks). 

Salwatorianin powiódł wzrokiem po wiernych zgromadzonych w kaplicy domu rekolekcyjnego w Międzywodziu, upewniając się czy historia zrobiła na nich odpowiednie wrażenie. Najwyraźniej usatysfakcjonowany, coraz bardziej się rozkręcał. Popatrzmy na niektóre kartki wielkanocne z przedstawieniem Zmartwychwstania, jakże są naiwne. Zmartwychwstania przecież nikt nie widział. Zdjęta trwogą straż upada z powodu... trzęsienia ziemi, skutkiem czego kamień się przesunął, ale Jezus nie wyszedł z grobu, który jest po naszej stronie rzeczywistości, gdyż PRZESZEDŁ NA DRUGI BRZEG.

Czujecie temat? Zmartwychwstanie polegało na tym, ze Jezus przeszedł na drugi brzeg! Żołnierze rzymscy byli świadkami trzęsienia ziemi ( nie pierwszego w swoim życiu) i opowiadanie, że uczniowie wykradli ciało zapewne nie obciążało zbytnio ich sumień. Przecież mogli to zrobić korzystając z odsuniętego kamienia, kiedy to strażnicy z obawy o swoje życie nie mieli głowy do pilnowania zwłok skazańca.

Kogo więc widziała Maria Magdalena, uczniowie w drodze do Emaus i apostołowie w wieczerniku i na brzegu jeziora (znowu ten brzeg!). Kim był tajemniczy nieznajomy, dla którego Piotr pospiesznie się ubrał i skoczył z łodzi do wody, bo nie chciał stanąć przed nim prawie nagi (z szacunku). 

Pewien Paulin wyraził się, że  Jezus "wyświetlił" się płaczącej Marii Magdalenie! A więc coś w rodzaju halogramu! Bardzo pięknie, ale w takim razie w co niewierny Tomasz wkładał palce? W pokaz multimedialny? Ach wiem tekst ewangelii musi być zanieczyszczony! Odczuwanie głodu? Jedzenie ryby? Nie bądźmy dziećmi. Jakie są dowody na zanieczyszczenie tekstu? Ano takie, że przecież nikt zabity na śmierć nie mógł zmartwychwstać! Niewierzący bibliści nigdy nie spotkali się z takim zjawiskiem w całym swoim życiu i nikt z ich znajomych i krewnych też nie!!! (Z tego samego powodu całun turyński MUSI być obiektem wytworzonym w XIV wieku przez kosmitów, posługujących się potężniejszymi laserami niż jakiekolwiek współczesne laboratoria!)

Salwatorianin znowu rozgląda się po ludziach zgromadzonych w kaplicy. Coś go jednak zaniepokoiło w wyrazie twarzy kilku osób, bo pośpiesznie dodaje, że jego intencją nie było wyśmiewanie owych idiotycznych wielkanocnych kartek, jeśli jacyś naiwni  chrześcijanie wciąż jeszcze w nich gustują. Czuje, że ręka mnie świerzbi, choć wszelkie ślady po egzemie zbladły na skutek kąpieli morskich w chłodnych wodach Bałtyku.

Cóż ojcze (nomen omen) Szyrszeniu, pięknie śpiewasz, czujesz liturgię i dobrze przygotowałeś się do swoich konferencji.  Nie przyjdę jednak więcej cię słuchać, choć temat bardzo mnie interesuje, bo nie zniosę, żeby ktokolwiek podważał moją wiarę w Zmartwychwstanie Jezusa. "Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, próżna jest nasza wiara", czyż nie?

Co mnie obchodziłby jakiś żydowski mesjasz, który Syrofenicjankę, kobietę spoza swego narodu bez mrugnięcia powieką porównuje do psa, a do setnika rzymskiego z Kafarnaum udaje się tylko dlatego, że ten wybudował synagogę i cieszy się względami miejscowej starszyzny? Dla kogoś takiego wszyscy (z wyjątkiem współplemieńców) bylibyśmy po prostu Goyim, bydlętami o ludzkich twarzach, których życia nawet nie ratuje się w szabat. Gdyby nie był tym, kim twierdzi, że jest (a fakt Zmartwychwstania to potwierdza) pozostałby w moich oczach jedną z postaci historii kultury.

Wcielenie Boga jest karkołomną koncepcją dla ludzkiego umysłu. Niektórzy kaznodzieje lubują się w eksponowaniu  ludzkiej strony relacji z nim, opowiadają o przytulaniu, zakochiwaniu się, a nawet pocałunkach. Szczerze mnie to mierzi, gdyż jestem boleśnie świadoma niedoskonałości ludzkiej natury i relacji do jakich jest zdolna przy takich ograniczeniach. Dlaczego nie pozwolić Bogu być Bogiem?

Złodziej, który mnie onegdaj okradł na kąpielisku wyrzucił mój zamszowy plecak z ubraniem, bielizną, butami. zegarkiem, komórką, dokumentami i kluczami. Jedynie aparat fotograficzny i mały różaniec ze szklanych paciorków (pamiątka z rekolekcji w Częstochowie) wydały mu się godne zachowania i tylko te przedmioty policja odzyskała.  Na różańcu można odmawiać tylko jedną dziesiątkę. Jeśli mam wybrać tą najważniejszą to jest to Zmartwychwstanie i tego się będę trzymać.