Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polewka Habakuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polewka Habakuka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 sierpnia 2026

O marzeniach, które się spełniają

Jakiś czas temu - to mogło być lat najwyżej 10, a najprawdopodobniej mniej - stałam sobie nad Martwą Dziwną i patrząc na jej piaszczyste dno myślałam jak cudownie byłoby pływać po tych spokojnych wodach niedużym pontonem lub czymś podobnym i obserwować tutejszą faunę i florę. Łagodne zejście od strony zachodniego falochronu w Dziwnowie wydawało się idealne do zwodowania dmuchanej łódeczki...



Nie minęło lat dziesięć lub nawet mniej i moje marzenie się spełniło. Przepłynęłam starorzecze Dziwny dwa razy. Raz z Międzywodzia (znaczy lasu w okolicy) do Dziwnowa, a drugi raz w obie strony. Nie wiem czy to było legalne czy nie, ale znaku zakazu nigdzie nie widziałam, a miejscowi nie byli zgodni w temacie, podobnie jak Internet. Uznałam więc, że mogę zaryzykować. Byłam jedyną osobą na jeziorze, ale nikt mnie nie ścigał.

Ktoś może wzruszyć ramionami. Cóż to takiego wielkiego? A jednak, kiedy pomyśleć ile musiało się stać, aby moje życzenie mogło się ziścić...

Przede wszystkim sprzęt! Ponton waży ok 20 kilo - trochę dużo dla starszej pani nie zmotoryzowanej - dmuchany kajak w okolicach 16-17 kg. Do jeziora trzeba iść kilka kilometrów(2 lub 4 ) plażą lub/i przez las. Nie wspominam już o taszczeniu takiego ładunku z Wrocławia pociągiem i autobusem!

Rzecz była całkowicie absurdalna i niewykonalna aż do pojawienia się packraftów na polskim rynku. Dowiedziałam się o ich istnieniu zeszłej jesieni lub zimy, a na wiosnę zamówiłam najprostszy po promocyjnej cenie. Dwa kilo łódki + kilogram wiosła złożonego z 4 części to zupełnie inna historia. Zmieści się do plecaka i można nieść kawałek bez zmęczenia.

Jeszcze ciekawsze były okoliczności samego wyjazdu do Międzywodzia w tym roku. Nie miałam ochoty jechać tam w szczycie sezonu, zwłaszcza, że wybierałam się do Niechorza na początku lipca i uznałam, że to powinno wystarczyć. Kiedy odwołałam rezerwację noclegów poczułam się okropnie, jakbym zaprzepaściła jakąś wielką życiową szansę. Uznałam jednak, że nie ma powrotu i wytłumaczyłam sobie, że we Wrocławiu też można sensownie spędzać lato. 

Byłam już zupełnie pogodzona, aż jakaś baba w autobusie obwieściła, że w poniedziałek ma być 41 stopni Celsjusza. Cały mój spokój diabli wzięli. Uznałam, że trzeba wiać z tego pieca ognistego. Pokój - o dziwo - był wolny i nawet dostałam miejscówkę w pociągu w przeddzień wyjazdu (w przedziale dla niepełnosprawnych na miejscu opiekuna).

Wcisnęłam więc do plecaka packraft i kamizelkę ratunkową (zamierzałam pływać po Zalewie Kamienieckim i Bałtyku), a wiosło do worka i ruszyłam na północ. Pływanie po zalewie okazało się mało atrakcyjne ze względu na wiatr i haracz pobierany przez miejscowych "biznesmenów" za zwodowanie własnej łódki z jedynego miejsca się do tego nadającego.

Na Bałtyku natomiast było możliwe tylko przy flaucie, ale wtedy szalały tam zaburzone indywidua na skuterach wodnych kręcące się w kółko jak potrącone przez samochód zwierzęta. Musiałam więc pomyśleć o Martwej Dziwnie, mimo że przed wyjazdem AI pouczyła mnie, że tam nie wolno, bo to użytek ekologiczny jest! 

Po dłuższej rozmowie w miejscowym ex-wojskowym uznałam, że rzecz nie jest wcale oczywista, a oficjalnego zakazu nigdzie nie widać i odważyłam się!


Opatrzność wspomogła mnie nawet przy powrocie - ze względu na ciężki plecak zostałam podwieziona na przystanek autobusowy w Międzywodziu, a tam przejeżdżający taksówkarz zaproponował kurs po cenie biletu do samego dworca PKP w Międzyzdrojach. Sam ten incydent zakrawał na cud!

Tak więc, drogi czytelniku, z perspektywy wygląda to tak, jakby sama Opatrzność przygotowała mi ten upominek i dopilnowała, aby trafił do moich rąk!

Jestem, oczywiście, wdzięczna i wzruszona, ale jednocześnie zastanawiam się, dlaczego tego rodzaju  "błahe zachciewajki" mogą zostać spełnione, a pragnienia dotyczące rzeczy "naprawdę ważnych", jak relacje, mieszkanie czy praca,  nigdy.

Mogę wyobrazić sobie kilka wyjaśnień, z których żadne mnie nie przekonuje:
  • Jest to "polewka Habakuka", czyli wzmocnienie  do znoszenia czegoś, co i tak znieść musimy i żadne modlitwy, ani ludzkie zabiegi tego nie zmienią, dowód pamięci i życzliwości ze strony Tego, który tym wszystkim zarządza
  • Pływanie po Martwej Dziwnie jest ważniejsze niż wszystkie asymetryczne relacje w moim życiu oraz kariera zawodowa i warunki mieszkaniowe razem wzięte. Uogólniając - myśli Boga nie są naszymi myślami, a drogi Jego naszymi drogami
  • Błahe zachciewajki mogą się urzeczywistnić, bo nie blokuje ich lęk i inne emocje negatywne (przekleństwo?), które zawsze są obecne w przypadku "rzeczy naprawdę ważnych"
  • Intensywność tych przelotnych zachcianek jest niewielka, a - jak wiadomo - "możemy mieć w życiu wszystko, czego pragniemy pod warunkiem, że tego nie pragniemy"


poniedziałek, 16 grudnia 2024

Problem jako centrum wszechświata

Zwrócono mi dzisiaj uwagę, że brak pracy (tzn najemnej, czyli "zatrudnienia") kładzie się cieniem na całe moje życie. Nawet kiedy idę do parku na spacer, myślę o tym. Nie mogę się zrelaksować, ani zrobić czegoś miłego dla siebie bez ciągłego mielenia w głowie tego tematu. Bardzo to było celne spostrzeżenie!

Tak jestem ukształtowana, że zawsze znajduje sobie jakiś dyżurny problem, który staje się centrum mojego wrzechświata. Wszystko wokół niego krąży. Nie ma zadnej dziedziny życia wolnej od tego balastu. 

Kiedy byłam nastolatką była to nadwaga urojona (ściślej mowiąc wmówiona mi przez "życzliwych"). Ten szkodliwy absurd zabrał mi calą radość życia. Nigdy nie jadłam posiłku bez liczenia kalorii. Na wszystkich imprezach urodzinowych (w tym 18-kach) nawet nie próbowałam przygotowanych przez utalentowane mamy koleżanek frykasów, bo katowałam się jakąś idiotyczną dietą. Ruchu na świeżym powietrzu też nigdy nie zażywałam dla przyjemności tylko celem "spalenia kalorii". Sprawianie sobie nowych ciuchów nie wchodziło w rachubę, bo czekałam, że kiedyś przecież schudnę i dopiero wtedy o tym pomyślę. Uwewnętrzniłam pogląd swoich wrogów, a nawet przebijałam ich we wrogosci wobec własnego ciała, przy czym zupełnie ignorowałam opinie ludzi nie uprzedzonych...

Nawet łaziłam po przychodniach (zaliczyłam tygodniową obserwację w szpitalu na oddziale endokrynologicznym) i żarłam toksyczne pigułki bardzo źle wpływajace na mój nastrój... Kiedyś w poczekalni mama jakieś młodej pacjentki wyraziła szczere zdziwienie moją obecnością w tym przybytku. Była zdania, że taka ładna i zgrabna dziewczyna jak ja to raczej rzadkie zjawisko i czego własciwie tutaj szukam. Teraz przyznaję jej rację całym sercem, po ponad 40 latach... Wtedy opinia prostej kobiety, raczej mnie poirytowala...

Po studiach problem dyżurnym stalo się usamodzielnienie... Nawet nie chce mi sie o tym pisać... Zawsze zadziwiała mnie odpowiedź Boga na moje modlitwy. Wydawała mi sie zaskakujaco "nie na temat". Ja ślę rozpaczliwe modlitwy o możliwość wyprowadzenia się z domu, a Pan Bóg odpowiada mi listem od przyjaciółki i okazją do spotkania. Bardzo miłe, nie powiem, ale przecież nic nie posuwa w rozwiązaniu MOJEGO PROBLEMU!!!

Pod koniec października czułam wyraźny niepokoj w związku z ogloszeniem o pracę w biurze konserwatora wojewódzkiego. Mialam nie składać tam podania po raz piętnasty, bo wiedziałam z góry jaki będzie wynik (nie pomylilam się). A tu niepokój i niepokój, więc pociągnęłam sie niechętnie i spotkałam prosperującą koleżankę z liceum, wokalistkę w zespole muzyki dawnej, która wręczyłam mi zaproszenia na koncert. Niestety pochorowałam się i nie poszłam...

Znowu ta dziwna odpowiedź - ja proszę o pracę, a dostaję zaproszenia na koncert, jak nie przymierzając Daniel w jaskini lwów, który zamiast uwolnienia dostaje polewkę Habakuka!!!

Czyli problem "zatrudnienia" jest fikcyjny? Z tym jestem gotowa się zgodzić, ale brak dochodów jest jak najbardziej realny! A może pewne rzeczy można uzyskać jedynie mimochodem, nie zabiegając o nie? Slyszałam kiedyś takie stwierdzenie, że "możesz mieć wszystko, czego zapragniesz, pod warunkiem, że tego nie pragniesz". Nie wiem czy to prawda, ale coś w tym jest.

Pamiętam jak w młodości martwilam się jak pogodzę karierę zawodową z małżeństwem i rodziną. Wyobrażałam sobie wtedy, że jako archeolog będę ciągle jeździć na wykopaliska i jak wychowam na ludzi moje dwie córki i dwóch synów? (Widziałam ich czworo oczyma wyobraźni jak żywych). Pan Bóg uwolnil mnie od tego dylematu. Nie tylko nie zrobiłam żadnej kariery, ale nawet nie mam pracy, a za mąż nigdy nie wyszłam. Latami zastanawiałam sie dlaczego. Teraz skłonna jestem mysleć, że tak po prostu musialo być zważywszy mój "wkład własny". Można to nazwać "powołaniem", obciążeniem" lub "specyfiką" jak kto woli.

Tak więc po raz kolejny widzę jasno, że myśli Boga nie są myślami naszymi, a jego drogi tym bardziej. Z upodobaniem pozbawia nas tego, na czym budujemy nasze poczucie własnej wartości lub bezpieczeństwa. Uwalnia nas od balastu, a my zamiast wzlecieć ku górze z całych sił usiłujemy go odzyskać...