Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mistycy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mistycy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 grudnia 2024

O świątecznych kazaniach

Na pasterce w kościele parafialnym proboszcz głosi jedno ze swoich charakterystycznych kazań pełnych połajanek. Ewidentnie punktem wyjścia jest rozmowa z konkretnym człowiekiem. To najprawdopodobniej dorosły mężczyzna, który żyje w przekonaniu, że nic nie może. Musiało to zirytować ksiedza proboszcza, bo teraz odreagowuje z ambony grzmiąc (cytuje z pamięci) "Jak to nic nie mogę? Jak to nic nie mogę?!!! Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia!!!" Później doradza swemu tajemniczemu rozmówcy, żeby poszedł do żłóbka i zapytał Jezuska jak rozumieć znaki czasu czy coś w tym stylu... 

Siedzę, marznę, ziewam, a frustracja narasta. Moje doświadczenie jest dokładnie odwrotne, proszę księdza proboszcza. W młodości sądziłam, że mogę bardzo wiele w życiu dokonać i nie miałam wątpliwości, że Bóg będzie mnie wspierał na wszystkich moich drogach. Życie pokazało mi moje ograniczenia, a jest ich mnóstwo, a to czy Bóg kogoś wspiera czy nie to WYŁĄCZNIE JEGO DECYZJA! Rozmówca miał najprawdopodobniej rację. Możemy bardzo niewiele, bo bardzo niewiele rzeczy zależy wyłącznie od nas. Jeśli w grę wchodzą inni ludzie albo tajemnicze Boże plany nie możemy nic!

U paulinów w drugi dzień świąt o. Marcin nie mógł się powstrzymać od wygloszenia chociaż jednego kazania (normalnie mówi co najmniej dwa) mimo listu rektora PFT. W liście m.in o nie szanowaniu praw katolików (zamach Nowackiej na lekcje religii) i koniecznośći przeciwstawianiu się złu oraz o planach uczelni na przyszłość (nowe wydziały itp). O. Marcin uznał, że zabrakło tam "intymnej relacji z Jezusem" i postanowił ten brak uzupełnić. W dłuższym wywodzie zasugerował, że nauka i to co mamy w głowie jest nie tylko zbyteczne, ale wręcz niebezpieczne, gdyż wystarczy wyżej wymieniona "relacja".

I tu jest pies pogrzebany. Co to jest owa "relacja z Jezusem" czy wręcz "intymna relacja z Jezusem" o której tyle słyszymy?!!! Bardzo mi przykro, ale tego rodzaju nazewnicwo nie opisuje żadnej rzeczywistość dającej się poznać obiektywnie. To czysty subiektywizm całkowicie nieweryfikowalny.

Czlowiek się modli. Na modlitwie lub po niej może mieć konkretny impuls, za którym pójdzie lub nie. Jeśli pójdzie, coś może z tego wyjść lub nie. Jeżeli coś wyszło, człowiek może przypisać impuls i skutek pójścia za nim Bogu. 

Czlowiek może o coś pytać na modlitwie i jakaś odpowiedź może się pojawić. Nie koniecznie od razu. 

Człowiek może o coś prosić i coś dostać, coś o co prosil lub coś zupełnie innego! Człowiek może też o coś prosić i mieć poczucie, że stoi przed betonową ścianą...

Człowieka może spotkać coś miłego i nieoczekiwanego, za co w odruchu serca podziękuje Bogu. Może go też spotkać coś przykrego, ale dającego jakiś wgląd w jego życie i relacje z ludźmi. Może też spotkać go coś ohydnego i zupelnie niewytłumaczalnego, z czym nie będzie wiedział co zrobić...

Bardzo zasadne pytanie brzmi: Czy ten rodzaj "interakcji" można nazwać "relacją" (o "intymnej relacji" nie wspominając)? Jest to materia tak ulotna, że w chwili trudności człowiek powątpiewa czy rzeczywiście ten impuls, ta odpowiedź i ten wgląd pochodziły od Boga...

Wielcy święci mowili o "natchnieniach Ducha Św." o "pocieszeniach" i "rozeznawaniu duchów",  o "naśladowaniu Chrystusa", ale także o "nocy ciemnej". Ten rodzaj słownictwa znacznie bardziej adekwatnie opisuje życie duchowe. Czytając Noc ciemną Św.Jana od Krzyża byłam pod wrażeniem kompetencji autora w tej dziedzinie. To był XVI wiek. Co sie nagle stało z Kościołem, że musi czerpać terminologię od protestackich denominacji powstałych przedwczoraj albo wczoraj rano.

Nawracajacy się protestanci zawsze są pod wrażeniam Katechizmu KK. Jest to dla nich odkrycie epokowe - kompendium wiedzy, czego właściwie Kościół naucza. Jest to znane, zapisane i niezależne od nastroju lokalnego pastora i tego, co zjadł wczoraj na obiad.  Podobnie rewolucyjnym odkryciem jest spowiedź. Wyznajesz swoje grzech przed Kościołem w osobie kapłana i są odpuszczone niezależnie od twojego poczucia. Niestety KK właśnie z tego chce zrezygnować. Z tego co obiektywne i sprawdzalne, aby pójść w kierunku skrajnego subiektywizmu i emocji.

Nie, ojcze Marcinie, głowa nie jest siedzibą antychrysta w przeciwieństwie do serca, które słucha Jezusa. Nie należy przeciwstawiać emocji cnocie roztropności. Emocje nie są święte z natury. Najgłupsze błędy w życiu popelnia się pod ich wpływem. Owszem poznanie intuicyjne może pomóc, kiedy umysł nie ma wszystkich danych, ale intuicja też sie myli!

Oczywiście, istnieją mistycy, dla których określenie "relacja z Jezusem" opisuje rzeczywistość ich życia, ale nawet oni podlegają korekcie tego, co "w głowie" czyli nauki Koscioła. Jesli tak się nie dzieje łatwo mogą zostać zwiedzeni, a jeśli są duszpasterzami narobić niewiarygodnych szkód...



wtorek, 6 kwietnia 2021

O fałszywych mistykach i równie fałszywych powołaniach

Z poczucia kronikarskiego obowiązku przeczytałam tekst Pauliny Guzik w Więzi (Recydywa u dominikanów) i dwa artykuły Sebastiana Dudy w tym w tymże samym periodyku (U dominikanów nie było superwizji, tylko struktura klerykalnej władzy; Mistyczne wodzenie na pokuszenie). Dwa pierwsze teksty były bardzo interesujące (a komentarze pod nimi jeszcze bardziej), trzeci natomiast zaskoczył mnie śmiałą tezą, że KAŻDE doświadczenie mistyczne jest rodzajem patologii prowadzącej do nadużyć seksualnych. W takiej pespektywie o. Paweł M. byłby PRAWDZIWYM MISTYKIEM ze wszystkimi tego nieuchronnymi konsekwencjami. Twierdzenie, moim zdaniem dość karkołomne i nie trzymające się kupy. 

W całej historii Kościoła świadomość, że doświadczenia mistyczne mogą być zwodzeniem wiadomo kogo istniała zawsze. Istniała również kompetentna kadra radząca sobie z oceną konkretnych przypadków. Założenie, że p. Sebastian Duda wie lepiej, bo czuje się  zażenowany jakimś passusem z dzieł św. Teresy Wielkiej wydaje mi się słabe.  A już wniosek, że ponieważ opis rozkosznego bólu zadawanego mistyczce przez anioła budzi erotyczne skojarzenia, tego rodzaju doświadczenie musiało prowadzić do (albo być skutkiem) realnych nadużyć seksualnych, wydaje mi mocno naciągany. Jakich nadużyć seksualnych mogłaby dopuszczać się hiszpańska święta, albo nasza rodzima siostra Faustyna? Wydaje się, że p. Duda mocno wykracza poza swoje kompetencje coś takiego sugerując, tylko dlatego, że kilku dominikanów (bracia Philippe i Paweł M.) oraz jeden świecki (Jean Vanier) w 20 wieku wykorzystywali seksualnie kobiety pod pozorem "kierownictwa duchowego". 

Bardzo irytują mnie próby powiązania rzekomej wiary czy też pobożności tego rodzaju ludzi z ich aktywnością seksualną. Bardziej realistyczny wydaje się wniosek, że oni po prostu byli seksualnymi drapieżcami i poszukali sobie dobrego kamuflażu jak nie przymierzając Jimmy Saville z BBC, kardynał McCarrick czy o. Marcial Maciel Degollado. Ewentualnie ich coraz śmielsze ekscesy "duszpasterskie" wynikały z bezkrytycznego uwielbienia powierzonych sobie ludzi z jednej strony, a braku jakiejkolwiek kontroli przełożonych z drugiej. 

Każdy, kto miał szansę widzieć o. Pawła w akcji musiał zauważyć, że  poziom jego "pobożności" był wprost proporcjonalny do ilości widzów gotowych ją podziwiać. Praktyk religijnych używał, jak Freud swojej psychoanalizy i kozetki, do uwodzenia .

Muszę być bardzo złym człowiekiem, bo stwierdzenie jednej z ofiar "charyzmatycznego duszpasterza", że była gwałcona trzy razy dziennie nasunęło mi proste pytanie: co ona jeszcze robiła w zasięgu jego wzroku  po pierwszym razie?!!! Czekała na kolejne dwa?!!! Jeszcze ciekawszy jest przypadek najświeższej ofiary, siostry zakonnej, która z własnej inicjatywy skontaktowała się z obłożonym karami dominikaninem w 2011, odbyła z nim co najmniej jedną rozmowę duszpasterską w pozycji leżącej oraz liczne wielogodzinne nocne sesje telefoniczne, aż wreszcie doszło do "przekroczenia granicy" w 2018 roku, kiedy to gościł w jej klasztorze w charakterze rekolekcjonisty.

Sama nie wiem dlaczego poświęcam tyle czasu i energii temu niechlujnemu ptaszysku i jego nieszczęsnym wielbicielkom. Tak naprawdę najbardziej wkurzyło mnie uświadomienie sobie jak bardzo my, świeccy wierni, jesteśmy gotowi traktować poważnie sugestie szemranych indywiduów tylko dlatego, że noszą habit. Rzeczony Paweł M. wmówił iluś tam młodym mężczyznom powołanie zakonne. Twierdził, ze to Bóg żąda od nich rozstania z dziewczyną, z którą planowali spędzić życie, tak jak żądał od patriarchy Abrahama złożenia w ofierze jedynego syna Izaaka. Im więcej takich "powołań" napędził zakonowi, tym mocniejszą miał w nim pozycję i tym trudniej było go ruszyć.

Wygląda wręcz na to, że tzw. duszpasterstwa akademickie są rewirami łowieckimi. gdzie poluje się na przystojnych młodych mężczyzn. Ciągnące tam licznie dziewczęta są tolerowane wyłącznie jako przynęta, co zresztą otwartym tekstem napisał swego czasu o. Popławski. Ilu młodych ludzi ma tą świadomość, a ilu w swojej naiwności oczekuje chrześcijańskiej zdrowej formacji, nawiązania licznych przyjaźni, a może nawet znalezienia  miłości?

Jakie kompetencje ma dwudziestoparo- albo trzydziestoparolatek żeby sugerować komukolwiek jaką drogę życia powinien obrać? Jakie kompetencje ma zakonnik, żeby namawiać młodych mężczyzn do rezygnacji z miłości kobiety i narażać się na homoseksualne awanse w toczonym zepsuciem zakonie? Jakie kompetencje ma zakonnik, żeby wskazywać samotnym młodym kobietom adopcję dzieci autystycznych jako jedyny sposób usprawiedliwienia ich "bezwartościowej egzystencji"? Najbardziej "nieudane" życie świeckiego człowieka wydaje się mieć więcej sensu niż wstąpienie do zakonu bez wiary, a jedynie w celu bezkarnego dupczenia współbraci (i wszystkiego innego, co się rusza).

Ludzie miewają ekstremalne pomysły - wdrapują się na wysokie góry w odległych krajach przy złej pogodzie, pływają na kruchych żaglówkach dookoła świata, narażają na śmierć robiąc zdjęcia niebezpiecznym zwierzętom lub zjawiskom. Inni wyjeżdżają na misje do targanych wojnami zakątków świata, zostają pustelnikami lub adoptują dzieci, których właśni rodzice nie chcieli... Cokolwiek myślimy o takich pomysłach, nie można ich zakazać dorosłemu i świadomemu ryzyka człowiekowi, zwłaszcza jeśli jest to głębokie pragnienie jego serca... Natomiast namawianie kogoś niezainteresowanego, do tego rodzaju aktywności na pewno nie wynika z życzliwości i  jest w swej istocie namawianiem do samobójstwa...

Mam wrażenie, że na zakon dominikański w obecnym kształcie należy patrzeć nie jako źródło jakiekolwiek autorytetu, gdyż zrezygnował ze swego właściwego celu tzn. walki z herezją i przekazywania owoców kontemplacji, lecz jako na klub (w dużej części homoseksualnych) kawalerów chcących się dobrze bawić lub dobrze ukryć, a nade wszystko podobać światu. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że istnieją wyjątki od tej reguły. Jaki stanowią procent? Nie wiem.