Moja niedziela zaczęła się wyjątkowo wcześnie, gdyż zajęcia, które miałam prowadzić od 8.00 nie zostały odwołane, więc musiałam sprawdzić czy ktoś się nie pojawi. Idąc przed 8.00 pustymi ulicami Wrocławia mijałam nielicznych podobnych do mnie nieszczęśników, którzy muszą w ten dzień pracować i zapóźnionych imprezowiczów z charakterystycznymi śladami po nocnej "zabawie" -awanturujących się lub apatycznych. Ktoś kiedyś trafnie zauważył, że nie ma nic bardziej przygnębiającego niż rozrywka. Trudno nie przyznać mu racji.
Szkoła była zamknięta, ani śladu p. dyr. o słuchaczach nie wspominając. Postałam 20 min, na zimnie, obserwowana przez meneli, po czym poszłam do pobliskich dominikanów na mszę. To doświadczenie było, niestety, jeszcze bardziej przygnębiające. Usłyszałam, że Kościół dodał przez te 2 tys. lat do Ewangelii całą masę zbytecznych przepisów, które zniechęcają ludzi żyjących w nieregularnych sytuacjach, a przecież najważniejsza jest "miłość".
Ojciec Marcin Mogielski dał nam do zrozumienia, że marnujemy czas, bo nasze uczestnictwo w jakichś zbytecznych obrzędach jest niczym wobec "miłości" ludzi żyjących w nieregularnych związkach. Jeszcze gorsi są ci, którzy uważają, że da się coś powiedzieć o Bogu (który jest tajemnicą). Dominikańskie hasło "veritas" i cel istnienia zakonu - zwalczanie herezji - jest więc kupą śmiechu. To znaczy nie, ojciec Marcin namierzył jednak heretyków - to my wszyscy katechizowani przed papieżem Franciszkiem. Jesteśmy neognostykami bo zdawaliśmy egzamin z religii przed bierzmowaniem i neopelagianami bo staramy się zachowywać 10 przykazań.
Niestety z tej katechezy pamiętamy jeszcze, że na temat nierozerwalności małżeństwa wypowiedział się sam Jezus w Ewangelii, a święty Jan wyjaśnił, że miłość (do Boga) polega na zachowywaniu jego przykazań. Obiło nam się też o uszy, że nie ma większej miłości niż oddanie życia za przyjaciół swoich.
To jednak już nieaktualne i miłość rozumiemy po nowoczesnemu. Każdy mąż zostawiający żonę z dziećmi dla innej kobiety albo swego boyfrienda robi to z "miłości". Toksyczna matka nie pozwala się usamodzielnić dorosłemu potomstwu z czystej "miłości". Homoseksualiści w zakonach kopulują wyłącznie z "miłości" - przecież to jasne - stary pedryl niewolący ufającego mu chłopca to także kwintesencja "miłości". Spółkowanie po pijaku z kim bądź to nic tylko "miłość". Znaczy czyń co chcesz, jeśli tylko nazwiesz to miłością, parafrazując św. Augustyna.
O. Mogielski wypowiedział się także na temat opieki nad niepełnosprawnymi, zapewne dlatego, że rząd ma problem z protestem ich opiekunów. (Czy analogiczna - bezskuteczna - akcja tego samego środowiska za poprzedniej władzy także skłoniła go do refleksji?). Otóż skontrastował dwie postawy uczestniczenie "w tych wszystkich" zbytecznych obrzędach i świadczenie "miłości" poprzez opiekę tzn przewijanie, podmywanie itp. Każdy, kto ma doświadczenie opieki nad poważnie chorym wie jednak, że bez "tych wszystkich zbytecznych obrzędów" nie dał by rady wytrzymać takiej sytuacji fizycznie i psychicznie, o odczuwaniu jakiejkolwiek "miłości" nie wspominając. Wiedzą o tym wszystkie siostry w zakonach poświęconych takiej służbie.
Z przykrością muszę stwierdzić, że piękne słowo "miłość" zostało całkowicie zawłaszczone przez wiadomą centralę. Oskarżenie o "brak miłości" jest taką samą palką do grzmocenia przeciwników, jak mityczny "antysemityzm", "faszyzm", "rasizm" czy "seksizm". Kiedy nie ma argumentów trzeba grzmocić i wjeżdżać na emocje naiwnym jeleniom. Nie mam cienia szacunku - o zaufaniu nie wspominając - do ludzi, którzy posługują się takimi metodami.
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nierozerwalność małżeństwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nierozerwalność małżeństwa. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 6 maja 2018
niedziela, 1 kwietnia 2018
O tym, co nazywamy miłością
Strasznie nie lubię nadużywania słowa miłość i miłosierdzie. Na sam dźwięk włącza mi się w mózgu czerwona lampka z napisem "uwaga, próba manipulacji". Dokładnie ten sam sygnał ostrzegawczy wyzwala we mnie słowo egoizm. Dwa końce tego samego kija, albo raczej kij i marchewka do warunkowania naiwnych jeleni.
Miłość jest właściwością Boga, stwarza wszechświat z niczego, podtrzymuje nasze istnienie - to niepodważalne. Wciela się w człowieka, aby go odkupić, cierpi, umiera i zmartwychwstaje - to tajemnicze i niepojęte (dla mnie, w każdym razie).
"Jak śmierć potężna jest miłość" - ten piękny i inspirujący cytat z Pieśni nad pieśniami czytany na ślubach brzmi zupełnie niewspółmiernie, coś jakby ktoś nazwał swoją poranną kawę eliksirem życia. Przyznam, że nigdy nie widziałam młodożeńców, do opisu relacji których można użyć tak górnolotnych słów. Małżeństwo to raczej coś jak wspólny biznes, trzeba rozsądnie wybrać partnera ufać mu choćby w stopniu podstawowym i zgadzać się co do kierunku rozwoju przedsięwzięcia. Ze względu na jego specyfikę (współżycie seksualne) należy wziąć pod uwagę także atrakcyjność fizyczną ewentualnego współmałżonka.
Między 19-tym a 25-rokiem życia znałam co najmniej 2 mężczyzn jakoś mną zainteresowanych. O jednym z nich wspólni znajomi twierdzili, że jest we mnie zakochany. Jeśli to prawda, to nie była to ewidentnie "miłość potężna jak śmierć", gdyż rzeczony młodzieniec nie zdobył się nawet na wyartykułowanie swojej propozycji małżeńskiej inaczej niż w formie żartu, z którego łatwo się wycofać. Ryzyko jasnego zadeklarowania się wyraźnie go przerosło, albo po prostu uznał, że gra nie warta świeczki. Drugi natomiast wybrał z dostępnych opcji tę, która dysponowała zasobami umożliwiającymi mu szybki awans społeczny. Obaj po prostu kalkulowali zyski i straty, a ja nigdy nie byłam "napalona na chłopa" i małżeństwo. Tęskniłam za miłością nie wiedząc co to jest.
Później co najmniej dwóch rozwodników sondowało mnie na okoliczność jakiejś "relacji" Moja powściągliwa reakcja ich zniechęciła. Nigdy nie byłam zainteresowana funkcją zapchajdziury w czyimś życiu intymnym. Tęskniłam za miłością...
Inna kobieta, zainteresowana "urządzeniem się", mogłaby coś ugrać w takich okolicznościach. "Wejść w relację", doprowadzić do małżeństwa, urodzić dzieci, a nawet wytworzyć silną więź emocjonalną z którymś z tych mężczyzn. Nazwałaby to słowem miłość z braku lepszego, a papież Franciszek i biskupi niemieccy uznaliby, że komunia należy się jej jak psu zupa.
Przyznam, że nie ogarniam. Tych propozycji nawet nie można było uznać za pokusę ze względu na ich zerową atrakcyjność. Odrzucenie (czy też nie dość entuzjastyczne wyjście naprzeciw) nie wymagało żadnego wysiłku z mojej strony . To raczej brnięcie w tego rodzaju związek byłoby czynem heroicznym i może to właśnie Kościół pragnie nagradzać? Desperacką próbę urządzenia się w życiu z cudzym mężem, wbrew rozsądkowi, szacunkowi dla siebie i przekonaniom?
Fakt, jestem specyficzną jednostką "bardziej wrażliwą, gorzej przystosowaną". Nigdy nie ćwiczyłam się w kokieterii uznając ją górnolotnie za rodzaj manipulacji (którą z zasady się brzydzę). Nie dysponuję zasobami umożliwiającymi awans społeczny potencjalnemu partnerowi, o pozycji w stadzie nie wspominając, więc moje doświadczenie jest pozbawione waloru uniwersalności.
Patrzę z ciekawością na znajome i nieznajome pary. Widzę heroiczny wysiłek ze strony kobiet -szpilki, "sexy" przykuse kreacje, farbowane, nastroszone włosięta, ciężkie tapety - sztywność mężczyzn usiłujących imponować towarzyszkom swymi żałosnymi przewagami, silących się na dowcip (którego Bozia ewidentnie poskąpiła), niezręczność obojga, zero przyjemności czy radości. Czuję wielką ulgę, że mnie to już nie dotyczy.
Heroizm tych młodych ludzi można podziwiać, jeśli służy założeniu rodziny i zachowaniu gatunku. W przypadku rozwodników rzecz nie jest oczywista. Ani jedni ani drudzy nie są powodowani miłością, tylko chęcią urządzenia się w życiu. Chęć całkowicie zrozumiała, ale naginanie dla niej nauki Kościoła niezmiennej w kwestii małżeństwa od 2 tys. lat jest pomysłem bardzo ryzykownym.
Rozumiem, że pomysłodawcy nie wierzą w realność grzechu ani potępienia, ani w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, ale ich praca polega na przechowaniu depozytu wiary i przekazaniu ich przyszłym pokoleniom.
Miłość jest właściwością Boga, stwarza wszechświat z niczego, podtrzymuje nasze istnienie - to niepodważalne. Wciela się w człowieka, aby go odkupić, cierpi, umiera i zmartwychwstaje - to tajemnicze i niepojęte (dla mnie, w każdym razie).
"Jak śmierć potężna jest miłość" - ten piękny i inspirujący cytat z Pieśni nad pieśniami czytany na ślubach brzmi zupełnie niewspółmiernie, coś jakby ktoś nazwał swoją poranną kawę eliksirem życia. Przyznam, że nigdy nie widziałam młodożeńców, do opisu relacji których można użyć tak górnolotnych słów. Małżeństwo to raczej coś jak wspólny biznes, trzeba rozsądnie wybrać partnera ufać mu choćby w stopniu podstawowym i zgadzać się co do kierunku rozwoju przedsięwzięcia. Ze względu na jego specyfikę (współżycie seksualne) należy wziąć pod uwagę także atrakcyjność fizyczną ewentualnego współmałżonka.
Między 19-tym a 25-rokiem życia znałam co najmniej 2 mężczyzn jakoś mną zainteresowanych. O jednym z nich wspólni znajomi twierdzili, że jest we mnie zakochany. Jeśli to prawda, to nie była to ewidentnie "miłość potężna jak śmierć", gdyż rzeczony młodzieniec nie zdobył się nawet na wyartykułowanie swojej propozycji małżeńskiej inaczej niż w formie żartu, z którego łatwo się wycofać. Ryzyko jasnego zadeklarowania się wyraźnie go przerosło, albo po prostu uznał, że gra nie warta świeczki. Drugi natomiast wybrał z dostępnych opcji tę, która dysponowała zasobami umożliwiającymi mu szybki awans społeczny. Obaj po prostu kalkulowali zyski i straty, a ja nigdy nie byłam "napalona na chłopa" i małżeństwo. Tęskniłam za miłością nie wiedząc co to jest.
Później co najmniej dwóch rozwodników sondowało mnie na okoliczność jakiejś "relacji" Moja powściągliwa reakcja ich zniechęciła. Nigdy nie byłam zainteresowana funkcją zapchajdziury w czyimś życiu intymnym. Tęskniłam za miłością...
Inna kobieta, zainteresowana "urządzeniem się", mogłaby coś ugrać w takich okolicznościach. "Wejść w relację", doprowadzić do małżeństwa, urodzić dzieci, a nawet wytworzyć silną więź emocjonalną z którymś z tych mężczyzn. Nazwałaby to słowem miłość z braku lepszego, a papież Franciszek i biskupi niemieccy uznaliby, że komunia należy się jej jak psu zupa.
Przyznam, że nie ogarniam. Tych propozycji nawet nie można było uznać za pokusę ze względu na ich zerową atrakcyjność. Odrzucenie (czy też nie dość entuzjastyczne wyjście naprzeciw) nie wymagało żadnego wysiłku z mojej strony . To raczej brnięcie w tego rodzaju związek byłoby czynem heroicznym i może to właśnie Kościół pragnie nagradzać? Desperacką próbę urządzenia się w życiu z cudzym mężem, wbrew rozsądkowi, szacunkowi dla siebie i przekonaniom?
Fakt, jestem specyficzną jednostką "bardziej wrażliwą, gorzej przystosowaną". Nigdy nie ćwiczyłam się w kokieterii uznając ją górnolotnie za rodzaj manipulacji (którą z zasady się brzydzę). Nie dysponuję zasobami umożliwiającymi awans społeczny potencjalnemu partnerowi, o pozycji w stadzie nie wspominając, więc moje doświadczenie jest pozbawione waloru uniwersalności.
Patrzę z ciekawością na znajome i nieznajome pary. Widzę heroiczny wysiłek ze strony kobiet -szpilki, "sexy" przykuse kreacje, farbowane, nastroszone włosięta, ciężkie tapety - sztywność mężczyzn usiłujących imponować towarzyszkom swymi żałosnymi przewagami, silących się na dowcip (którego Bozia ewidentnie poskąpiła), niezręczność obojga, zero przyjemności czy radości. Czuję wielką ulgę, że mnie to już nie dotyczy.
Heroizm tych młodych ludzi można podziwiać, jeśli służy założeniu rodziny i zachowaniu gatunku. W przypadku rozwodników rzecz nie jest oczywista. Ani jedni ani drudzy nie są powodowani miłością, tylko chęcią urządzenia się w życiu. Chęć całkowicie zrozumiała, ale naginanie dla niej nauki Kościoła niezmiennej w kwestii małżeństwa od 2 tys. lat jest pomysłem bardzo ryzykownym.
Rozumiem, że pomysłodawcy nie wierzą w realność grzechu ani potępienia, ani w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, ale ich praca polega na przechowaniu depozytu wiary i przekazaniu ich przyszłym pokoleniom.
czwartek, 22 marca 2018
Znowu o wrocławskich dominikanach
Bylam dziś u spowiedzi i zostałam na mszy o 12. Usłyszałam takie mniej więcej kazanie: Pobożni Żydzi byli zgorszeni słowami Jezusa, nie potrafili ich przyjąć, bo nie zgadzały się z tym, czego ich uczono. Podobnie dzisiaj katolicy są zgorszeni słowami papieża Franciszka i nie potrafią ich przyjąć i przyznać, że się mylili.
Kościół się mylił przez 2 tysiące lat nauczając o nierozerwalności małżeństwa, niedopuszczalności antykoncepcji i stosunków homoseksualnych? A jeżeli mylił się wcześniej to skąd mamy pewność, że nie myli się teraz? A może nie ma prawdy absolutnej, tylko prawda etapu? Każdy nowy papież może dowolnie zmieniać nauczanie Kościoła?
O. Marcin Mogielski wydawał się bardzo zadowolony z siebie, mnie natomiast ogarnął już nie gniew tylko smutek (tego rodzaju który przygniata do ziemi spowalnia ruchy i powoduje odpływ krwi).
Bardzo chciałabym go zapytać jak podoba mu się deal Watykanu z chińskimi komunistami i oficjalne uznanie "Koscioła Patriotycznego", zaaprobowanie wyznaczonych przez władze biskupów i zignorowanie uwag kardynała Zena, który w przeciwieństwie do papieża, zna sytuację w Chinach.
Rozumiem, że Franciszek tak jak Jezus wprowadza nowy porządek - furda z Kościołem podziemnym, męczeństwo za wiarę jest równie głupie, a nawet niemoralne, jak nawracanie pogan, Żydów i protestantów. Miłosierdzie dla komunistów, chrześcijanie torturowani w wiezieniach go nie potrzepują! Nie potrzebują też wsparcia ze strony Stolicy Apostolskiej. Kto ich prosił, żeby byli tacy uparci, mogli przecież zostać komunistami! Pomylili się i nie chcą przyznać się do błędu jak nie przymierzając Żydzi z dzisiejszego czytania. My, Polacy też myliliśmy się odrzucając księży patriotów i Węgrzy i kardynał Midszenty. Drugiego takiego Watykan nie potrzebuje!
Drogi Ojcze Marcinie bardzo chciałabym usłyszeć kazanie dlaczego tak bardzo wszyscy się myliliśmy - męczennicy, misjonarze i pomniejsi katolicy, którzy np nie weszli w związki małżeńskie z rozwodnikami z powodu wiary, albo pozostając w takich związkach (ze względu na dzieci) zachowują wstrzemięźliwość seksualną, aby móc przystąpić do komunii.
Kościół się mylił przez 2 tysiące lat nauczając o nierozerwalności małżeństwa, niedopuszczalności antykoncepcji i stosunków homoseksualnych? A jeżeli mylił się wcześniej to skąd mamy pewność, że nie myli się teraz? A może nie ma prawdy absolutnej, tylko prawda etapu? Każdy nowy papież może dowolnie zmieniać nauczanie Kościoła?
O. Marcin Mogielski wydawał się bardzo zadowolony z siebie, mnie natomiast ogarnął już nie gniew tylko smutek (tego rodzaju który przygniata do ziemi spowalnia ruchy i powoduje odpływ krwi).
Bardzo chciałabym go zapytać jak podoba mu się deal Watykanu z chińskimi komunistami i oficjalne uznanie "Koscioła Patriotycznego", zaaprobowanie wyznaczonych przez władze biskupów i zignorowanie uwag kardynała Zena, który w przeciwieństwie do papieża, zna sytuację w Chinach.
Rozumiem, że Franciszek tak jak Jezus wprowadza nowy porządek - furda z Kościołem podziemnym, męczeństwo za wiarę jest równie głupie, a nawet niemoralne, jak nawracanie pogan, Żydów i protestantów. Miłosierdzie dla komunistów, chrześcijanie torturowani w wiezieniach go nie potrzepują! Nie potrzebują też wsparcia ze strony Stolicy Apostolskiej. Kto ich prosił, żeby byli tacy uparci, mogli przecież zostać komunistami! Pomylili się i nie chcą przyznać się do błędu jak nie przymierzając Żydzi z dzisiejszego czytania. My, Polacy też myliliśmy się odrzucając księży patriotów i Węgrzy i kardynał Midszenty. Drugiego takiego Watykan nie potrzebuje!
Drogi Ojcze Marcinie bardzo chciałabym usłyszeć kazanie dlaczego tak bardzo wszyscy się myliliśmy - męczennicy, misjonarze i pomniejsi katolicy, którzy np nie weszli w związki małżeńskie z rozwodnikami z powodu wiary, albo pozostając w takich związkach (ze względu na dzieci) zachowują wstrzemięźliwość seksualną, aby móc przystąpić do komunii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)