Właściwie o jednym, który miał miejsce przed ponad 30-laty, a niesmak pozostał do dziś dnia.
Wybierałam się ostatnio do Poznania na rozmowę kwalifikacyjną, z której zresztą najprawdopodobniej nic nie wyniknie. Oglądając plan miasta i szukając połączeń kolejowych zupełnie niechcący uruchomiłam ciąg wspomnień z połowy lat 80-tych.
Byłam wtedy studentką drugiego roku historii sztuki na KULu. Jak co roku wybraliśmy się (specjalnie w tym celu wynajętym autobusem) na objazd naukowy, tym razem po Wielkopolsce. Objazdy uwielbiałam z powodów merytorycznych i towarzyskich. Niestety w Gostyniu (mieliśmy tam nocleg) pewna niunia zaczęła wykazywać wzmożone objawy jakiej przykrej infekcji i ktoś wymyślił, że to odra. Jak się okazało nikt tej choroby wieku dziecięcego nie przechodził z wyjątkiem mnie, Wilhelminy-Naiwnej-i-Prostodusznej. Nic strasznego nie podejrzewając, wyznałam to bez obaw, w ten prosty sposób narażając się na oczekiwanie, że to właśnie ja mam zostać w gościnnym klasztorze z chorą koleżanką, niezdolną do dalszej podróży. Gdybym zdecydowanie odmówiła nikt, prawdopodobnie, by mnie nie zmuszał. Ja jednak zgodziłam się w przekonaniu, że tak trzeba, że robię coś dobrego, może nawet wyobrażałam sobie, że to Pan Bóg tego ode mnie oczekuje albo, że to rodzaj próby, jak w bajce, kiedy to bohater/ka zostaje wielokrotnie wynagrodzona za dobro okazane jakiemuś nieszczęsnemu stworzeniu.
Rzeczona niunia nie była moją "psiapsiółką", po prostu osobą z roku, bliżej znałam jej współlokatorkę, która nie miała o niej dobrego zdania. Uważała ją za hipochondryczkę, mitomankę i histeryczkę, prawdopodobnie słusznie. Ja jednak porażona taką nieczułością, tym nieostrożniej dałam się wrobić w rolę opiekunki chorej. Nie muszę nikomu tłumaczyć, że nie była to żadna odra, ani nawet grypa moja "opieka" była całkowicie zbyteczna, podopieczna nie wykazywała śladu wdzięczności, a los - w bajkach tak hojny dla obdarzonych dobrym serduszkiem - w żaden sposób nie zrekompensował mi rezygnacji z objazdu. Pozostał mi ino niesmak, że nadużyto haniebnie mojej naiwności, dobrej woli i nadmiaru empatii. Jeszcze po 30-tu latach miałam ochotę krzyczeć do przewrotnego losu "Oddawaj mi mój objazd po Wielkopolsce, podstawiaj mi tu autobus z ludźmi z roku o 30 lat młodszymi albo przenoś mnie w czasie, żebym mogła wybrać inaczej!" Niestety, "głuchy jest los, nadaremnie wzywasz go" jak mówi poeta.
Dla kontrastu moje najpiękniejsze wspomnienie z dzieciństwa dotyczy nakopania w chudą doopę pewnej toksycznej niuni, która prześladowała mnie i moją "psiapsiółkę" od przedszkola. Był to ten rodzaj kreatury, która najlepiej się bawi dręcząc słabszych i bezbronnych. Moja "bezbronność" była wyłącznym dziełem rodziców warunkujących mnie od niemowlęctwa, że nie wolno okazywać gniewu, ani nawet go odczuwać, a co dopiero bronić się przed fizyczną agresją. Jak wielu dorosłych wyparli prawdziwy obraz dzieciństwa i nie przyjmowali do wiadomości istnienia zła w czystej postaci (lub mechanizmu stadnego w ujęciu socjo-biologicznym) manifestującego się w każdej grupie ludzi niezależnie od wieku. Owo tabu mogłam przełamać jedynie dlatego, że chuda doopa zaatakowała moją koleżankę - niedużą, okrągłą dziewczynkę, która rzeczywiście obiektywnie była słabsza i nie byłaby się w stanie obronić sama przed kimś tak bezwzględnym i przekonanym o swej bezkarności.
O drogi czytelniku! To cudowne uczucie ciepła rozchodzącego się z brzucha po całym ciele wraz z krwią naładowana adrenaliną! To poczucie wolności i siły! Radość walki i radość zwycięstwa! Czułam się jak nie przymierzając Eomer podrzucajacy radośnie miecz w górę pośród beznadziejnej (jak się wówczas wydawało) bitwy na polach Pelenoru. Chuda doopa była szybsza ode mnie, ale ja znacznie silniejsza. Mój gniew dodał mi skrzydeł i udało mi się ją pochwycić i skopać z całych sił. Najbardziej satysfakcjonujący był wyraz jej twarzy - ten szok, że to ona teraz dostaje w doopę od kogoś "nieszkodliwego" a nie odwrotnie, że "przyrodzone" role mogą się odwrócić i że nie jest bezkarna i to boli, boli w każdym sensie tego słowa!
Przez tydzień nie mogła siedzieć na zadzie, zaczęła się mnie bać, próbowała się mścić przez chłopaków z klasy (konkretnie jednego, który nie bardzo miał ochotę poczuć mój gniew na własnej skórze), potem nabrała pewnego respektu, a co najzabawniejsze w liceum dosyć się zaprzyjaźniłyśmy.
Co z tego wynika? Pewnie to, że kiedy ktoś inny opowiada nam świat - zwłaszcza kiedy raczej daje wyraz swoim pobożnym życzeniom, niż opisuje rzeczywistość, której doświadczył na własnej skórze - wprowadza nas w błąd. Po części świadomie - idealizując go - po części nie całkiem - aplikując niewłaściwe treści niewłaściwym osobom.
Ciekawa jestem, co może kierować dorosłym pouczającym dziecko "bądź dobry dla innych, a inni będą dobrzy dla ciebie". Idąc tym tokiem rozumowania Jezus był kimś wyjątkowo złym, skoro spotkał go koniec tak tragiczny. To samo można powiedzieć o dzieciach wyskrobanych z łon własnych matek zanim jeszcze przyszły na ten padół łez. Nie wyobrażam sobie człowieka, który nie doświadczyłby, że sposób odnoszenia się innych do niego zależy wyłącznie od jego miejsca w stadzie, a dobro ani zło nie ma tu nic do rzeczy. Nawet w debacie publicznej chętniej używa się argumentów estetyczno-lifestylowych niż ocen moralnych dla ostatecznego pogłębienia przeciwnika, dokładnie tak samo jak w przedszkolu ("gruby", "rudy", "zyzol", "siwy", "śmierdzi", "kurdupel", "wieśniak" itp). Dlaczego dorosły człowiek świadomie kłamie swojemu dziecku, dlaczego na drogę do Mordoru daje mu mapę ogrodu Eden? Jedyna odpowiedź, jaka mi się nasuwa nie jest optymistyczna - chce mieć w domu naiwnego jelenia, którym łatwo manipulować. Jeśli nawet rodzice mają takie podejście, to trudno się dziwić, że obcy ludzie nie będą szczególnie energicznie opierać się pokusie wykorzystania tej naiwności.
Na dokładkę ludzie wrażliwi i empatyczni częściej ciągną do Chrześcijaństwa (animae naturaliter christianae) niż bezwzględni egoiści i co słyszą - prawie wyłącznie nauki skierowane do tej drugiej grupy, nieobecnej w Kościele. To oczywiście sprawia, że empatia i wrażliwość tych pierwszych rozrasta się do rozmiarów karykaturalnych i na każdym kroku jest wykorzystywana, bez żadnych oporów, przez tych drugich. Między innymi dlatego teksty o "oddawaniu siebie innym za darmo" wyprowadzają mnie w równowagi, czemu już dałam wyraz na tym blogu.
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjobiologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjobiologia. Pokaż wszystkie posty
sobota, 13 stycznia 2018
poniedziałek, 22 grudnia 2014
"Wilcza" teoria samotności niewybieranej
Teorię tę należy potraktować z przymrużeniem oka (autorka nie zwariowała), może wydawać się dziwaczna, a pewne wątki obsesyjne, ale zdaje się znacznie lepiej tłumaczyć fenomen niechcianej i niezamierzonej samotności, która dotyka tak wielu, niż wyjaśnienie, że ci ludzie są po prostu egoistami, hedonistami, socjopatami itp.
Wspomniałam już kilkakrotnie o podobieństwie zachowań grupy ludzi do stada wilków (być może dlatego te dwa gatunki tak łatwo się zżyły - we wszystkich kulturach wilk został wcześnie udomowiony i został psem). Pisałam także o tym, że wataha jest właściwie rodziną wielodzietną, w której rodzice są przewodnikami stada i mają monopol na rozmnażanie. Przyłączanie się obcych do stada w charakterze partnerów(partnerek) potomstwa nie zachodzi. W watasze wszystkie pozycję są sztywne, możliwość awansu raczej nie istnieje, nadmierna inicjatywa i samodzielność są karane. Na jednym terytorium żyje jedna wataha, więc do założenia nowej potrzebne jest nowe terytorium z odpowiednią ilością zwierzyny łownej - dobro rzadkie.
Wobec takiego braku perspektyw niektóre sfrustrowane jednostki płci obojga decydują się opuścić stado z nadzieją założenia własnego. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji jest, oględnie mówiąc, bardzo niskie. Samotny wilk (przemykając się przez obce terytoria niezauważony) musiał by trafić na samotną wilczycę w wieku prokreacyjnym, znaleźć lub zdobyć jakieś terytorium, spłodzić i wychować pierwszy miot potomstwa we dwójkę, co jest raczej wyczynem na granicy możliwości wilczych.
Nie da się zanegować, że niektóre rodziny ludzkie działają dokładnie na tej samej zasadzie. Rodzice traktują dzieci jako swoja watahę i nie przewidują ich usamodzielnienia. Aby wyeliminować taką możliwość, niszczą ich poczucie własnej wartości i wszelką inicjatywę. Tak sformatowane potomstwo raczej w związki mogące prowadzić do założenia własnej rodziny nie wejdzie.
Jeżeli jednak jakaś niesubordynowana jednostka by się uparła, to odchodząc z rodzinnego stada musi przemykać się przez obce terytoria (z braku własnego) i płacić za wynajęcie jakiegoś kątka większością upolowanych przez siebie środków. Przyłączając się do obcej watahy niezależnie od swojego potencjału ląduje nieodmiennie na pozycji Omega bez perspektyw na zmianę, co wydaje się jeszcze gorsze od sytuacji wyjściowej. Trafienie na potencjalnego partnera wśród ludzi teoretycznie powinno być łatwiejsze niż wśród wilków, ale dla takich jednostek z jakichś powodów nie jest. Jako wolny elektron długo nie pohasa, jeśli się gdzieś nie zaczepi, wróci skąd wyszła na skutek zmęczenia, osłabienia, upadku ducha, utraty nadziei, którą żywiła za młodu itp.
To jest dokładny opis mojego doświadczenia. Byłam samotną wilczycą, na początku żywiąc nadzieję na znalezienie własnego miejsca w życiu, potem odkrywając swoją zdolność do szczęścia doskonałego, jakim bywa samotność na namiastce własnego terytorium - w wynajętej kawalerce. Utrata tej namiastki i upadek ducha doprowadził mnie tam skąd wyszłam, gdzie skonfrontowana zostałam z kilkoma prawdami o ludzkiej naturze.
Co ciekawe grecki historyk Herodot wzmiankuje lud Neurów na północny zachód od Morza Czarnego, dziś umiejscawiany w dorzeczu górnego Dniestru, Bohu i Prypeci(tzn. z grubsza tam, skąd pochodzi moja rodzina). Neurowie na jeden dzień w roku mieli stawać się wilkami.
Wilkołakami, czy raczej "pasterzami wilków" zostawali m.in. ludzie o silnie rozwiniętym poczuciu obowiązku zemsty, a pozbawieni środków do jej przeprowadzenia. W głębokim kotle w lesie warzyli zioła i wypowiadali zaklęcia. Zyskiwali w ten sposób dar rozumienia wilczej mowy i mogli przewodząc stadu wilków wypełnić swój obowiązek.
Jakie były skutki uboczne tych nadzwyczajnych umiejętności na przyszłe pokolenia można się tylko domyślać. I tu po raz kolejny dochodzę do wniosku, że samotność niektórych (a może nawet większości) ludzi ma źródła duchowe być może sięgające wiele pokoleń wstecz.
Ktoś mógłby powiedzieć, że fakt, że te pokolenia się jednak narodziły stoi w sprzeczności z moją teorią. Być może, jeśli obciążony czymś takim wiąże się z kimś wolnym od tego, mogą funkcjonować w miarę normalnie. Łańcuch pokoleń kończy się, gdy dwoje naznaczonych syndromem wilka zakłada własna watahę.
Wspomniałam już kilkakrotnie o podobieństwie zachowań grupy ludzi do stada wilków (być może dlatego te dwa gatunki tak łatwo się zżyły - we wszystkich kulturach wilk został wcześnie udomowiony i został psem). Pisałam także o tym, że wataha jest właściwie rodziną wielodzietną, w której rodzice są przewodnikami stada i mają monopol na rozmnażanie. Przyłączanie się obcych do stada w charakterze partnerów(partnerek) potomstwa nie zachodzi. W watasze wszystkie pozycję są sztywne, możliwość awansu raczej nie istnieje, nadmierna inicjatywa i samodzielność są karane. Na jednym terytorium żyje jedna wataha, więc do założenia nowej potrzebne jest nowe terytorium z odpowiednią ilością zwierzyny łownej - dobro rzadkie.
Wobec takiego braku perspektyw niektóre sfrustrowane jednostki płci obojga decydują się opuścić stado z nadzieją założenia własnego. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji jest, oględnie mówiąc, bardzo niskie. Samotny wilk (przemykając się przez obce terytoria niezauważony) musiał by trafić na samotną wilczycę w wieku prokreacyjnym, znaleźć lub zdobyć jakieś terytorium, spłodzić i wychować pierwszy miot potomstwa we dwójkę, co jest raczej wyczynem na granicy możliwości wilczych.
Nie da się zanegować, że niektóre rodziny ludzkie działają dokładnie na tej samej zasadzie. Rodzice traktują dzieci jako swoja watahę i nie przewidują ich usamodzielnienia. Aby wyeliminować taką możliwość, niszczą ich poczucie własnej wartości i wszelką inicjatywę. Tak sformatowane potomstwo raczej w związki mogące prowadzić do założenia własnej rodziny nie wejdzie.
Jeżeli jednak jakaś niesubordynowana jednostka by się uparła, to odchodząc z rodzinnego stada musi przemykać się przez obce terytoria (z braku własnego) i płacić za wynajęcie jakiegoś kątka większością upolowanych przez siebie środków. Przyłączając się do obcej watahy niezależnie od swojego potencjału ląduje nieodmiennie na pozycji Omega bez perspektyw na zmianę, co wydaje się jeszcze gorsze od sytuacji wyjściowej. Trafienie na potencjalnego partnera wśród ludzi teoretycznie powinno być łatwiejsze niż wśród wilków, ale dla takich jednostek z jakichś powodów nie jest. Jako wolny elektron długo nie pohasa, jeśli się gdzieś nie zaczepi, wróci skąd wyszła na skutek zmęczenia, osłabienia, upadku ducha, utraty nadziei, którą żywiła za młodu itp.
To jest dokładny opis mojego doświadczenia. Byłam samotną wilczycą, na początku żywiąc nadzieję na znalezienie własnego miejsca w życiu, potem odkrywając swoją zdolność do szczęścia doskonałego, jakim bywa samotność na namiastce własnego terytorium - w wynajętej kawalerce. Utrata tej namiastki i upadek ducha doprowadził mnie tam skąd wyszłam, gdzie skonfrontowana zostałam z kilkoma prawdami o ludzkiej naturze.
Co ciekawe grecki historyk Herodot wzmiankuje lud Neurów na północny zachód od Morza Czarnego, dziś umiejscawiany w dorzeczu górnego Dniestru, Bohu i Prypeci(tzn. z grubsza tam, skąd pochodzi moja rodzina). Neurowie na jeden dzień w roku mieli stawać się wilkami.
Wilkołakami, czy raczej "pasterzami wilków" zostawali m.in. ludzie o silnie rozwiniętym poczuciu obowiązku zemsty, a pozbawieni środków do jej przeprowadzenia. W głębokim kotle w lesie warzyli zioła i wypowiadali zaklęcia. Zyskiwali w ten sposób dar rozumienia wilczej mowy i mogli przewodząc stadu wilków wypełnić swój obowiązek.
Jakie były skutki uboczne tych nadzwyczajnych umiejętności na przyszłe pokolenia można się tylko domyślać. I tu po raz kolejny dochodzę do wniosku, że samotność niektórych (a może nawet większości) ludzi ma źródła duchowe być może sięgające wiele pokoleń wstecz.
Ktoś mógłby powiedzieć, że fakt, że te pokolenia się jednak narodziły stoi w sprzeczności z moją teorią. Być może, jeśli obciążony czymś takim wiąże się z kimś wolnym od tego, mogą funkcjonować w miarę normalnie. Łańcuch pokoleń kończy się, gdy dwoje naznaczonych syndromem wilka zakłada własna watahę.
środa, 17 grudnia 2014
Uprzejmość cię zdradza!
Jedne z moich koszmarniejszych odkryć ostatnich dni, to że uprzejmość postrzegana jest przez większość ludzi jako objaw niskiego statusu społecznego, więc prowokuje chamstwo.
Rzecz wydaje się całkowicie niezrozumiała dopóki nie pamiętamy o stadnej mentalności człowieka.
Osobnik omega w stadzie wilków zapewne musi być bardzo uprzejmy i uniżony wobec reszty, jeśli chce przeżyć. Im wyższy status w stadzie tym uprzejmość mniej potrzebna, a nawet całkowicie zbyteczna, gdyż łatwo ją interpretować jako słabość.
Zdarzyło mi się ostatnio siedzieć w autobusie obok młodej dziewczyny, która mogłaby być moją córką. Kiedy zorientowałam się, że zamierza wysiąść na najbliższym przystanku spontanicznie wstałam, żeby ją przepuścić, zanim powiedziała przepraszam (nie wiedząc czy zamierza to uczynić).
Dziewczę przyjęło tę uprzejmość jako mu całkowicie należną i nie zaszczyciło mnie nawet słowem dziękuje. Pouczyłam więc gówniarę, że w takiej sytuacji mówi się dziękuje, a wcześniej przepraszam, a ona stała zwrócona do mnie chudym zadem całkowicie odporna na tak idiotyczne wymagania.
Poprzysięgłam sobie w duchu, ze następnym razem w podobnej sytuacji po prostu się nie ruszę i niech sobie skacze przez moje kolana, albo profilaktycznie skuję mordę i zobaczę co się będzie działo.
Złota zasada postepowania z Ewangelii: "tak czyńcie innym, jak chcielibyście, aby wam czyniono" jest w tym kontekście dość tajemnicza. Jeśli jestem uprzejma, gdyż sama chciałabym być tak traktowana, to w oczywisty sposób narażam się na chamstwo. Inni chcą abym im czyniono coś zupełnie innego niż ja bym chciała, o czym przekonałam się tysiące razy pracując w szkole.
Rzecz wydaje się całkowicie niezrozumiała dopóki nie pamiętamy o stadnej mentalności człowieka.
Osobnik omega w stadzie wilków zapewne musi być bardzo uprzejmy i uniżony wobec reszty, jeśli chce przeżyć. Im wyższy status w stadzie tym uprzejmość mniej potrzebna, a nawet całkowicie zbyteczna, gdyż łatwo ją interpretować jako słabość.
Zdarzyło mi się ostatnio siedzieć w autobusie obok młodej dziewczyny, która mogłaby być moją córką. Kiedy zorientowałam się, że zamierza wysiąść na najbliższym przystanku spontanicznie wstałam, żeby ją przepuścić, zanim powiedziała przepraszam (nie wiedząc czy zamierza to uczynić).
Dziewczę przyjęło tę uprzejmość jako mu całkowicie należną i nie zaszczyciło mnie nawet słowem dziękuje. Pouczyłam więc gówniarę, że w takiej sytuacji mówi się dziękuje, a wcześniej przepraszam, a ona stała zwrócona do mnie chudym zadem całkowicie odporna na tak idiotyczne wymagania.
Poprzysięgłam sobie w duchu, ze następnym razem w podobnej sytuacji po prostu się nie ruszę i niech sobie skacze przez moje kolana, albo profilaktycznie skuję mordę i zobaczę co się będzie działo.
Złota zasada postepowania z Ewangelii: "tak czyńcie innym, jak chcielibyście, aby wam czyniono" jest w tym kontekście dość tajemnicza. Jeśli jestem uprzejma, gdyż sama chciałabym być tak traktowana, to w oczywisty sposób narażam się na chamstwo. Inni chcą abym im czyniono coś zupełnie innego niż ja bym chciała, o czym przekonałam się tysiące razy pracując w szkole.
wtorek, 16 grudnia 2014
Kilka uwag o hierarchi społecznej czyli misjonarz wśrod wilków.
Jestem jednocześnie zafascynowana i zdegustowana podobieństwem pomiędzy hierarchią w stadzie zwierząt i grupie ludzi. Żałuje, że nie będąc biologiem i socjologiem w jednym, nie mogę poświecić się dogłębnemu zbadaniu tego zagadnienia. Jednakże samo życie wymusza na mnie tego rodzaju refleksję, więc oddaje się jej - by tak rzec - amatorsko.
Zacznijmy od watahy wilków - to zwykle grupa rodzinna składająca się z pary alfa (rodzicielskiej) i potomstwa z jednego lub kilku miotów. Osobniki alfa sprawują nad stadem władzę absolutną, przewodniczą w pościgach, mają zagwarantowane prawo do pierwszeństwa przy stole i monopol na rozród.
Czasem występuje w stadzie osobnik beta i omega - ten nieszczęśnik najniższy w hierarchii jest czasowo lub stale odsunięty od watahy (z powodu słabości? niesubordynacji?) - i zapewne cały alfabet grecki między nimi.
Całe stado karmi (po okresie karmienia mlekiem) i wychowuje młode (pary alfa), które okazują podległość wszystkim dorosłym wilkom w stopniu zależnym od ich miejsca w hierarchii.
Brzmi znajomo?
Jeszcze ciekawsze są golce - małe ślepe gryzonie żyjące pod ziemią i tworzące struktury eusocjalne podobne do mrówek czy pszczół. W rozmnażaniu bierze udział królowa i najsilniejsze samce (od jednego do trzech). Reszta to bezpłciowe robotnice i robotnicy. Królowa odnosi się niezwykle wrogo do samic zachowujących się niezgodnie ze swoją kastą (produkujących hormon powodujący przekształcenie w królową). Po śmierci królowej jedna z samic przejmuje jej rolę po zaciętych bojach z konkurentkami.
Sporadycznie kolonia produkuje wędrowną kastę płciową charakteryzująca się wyjątkowym otłuszczeniem, która udaje się do innej kolonii celem wymiany genów.
Mam wrażenie , że jestem w stanie znaleźć analogie do wszystkich tych zachowań w grupie ludzi, ale najciekawszym aspektem wydaje mi się prawo do prokreacji jako przywilej wysokiej pozycji w stadzie i zakaz dla osobników o niskim statusie.
Niektóre rodziny tak funkcjonują - rodzice są parą alfa i bardzo pilnują, żeby potomstwo pozostało po prostu stadem, któremu przewodzą bez prawa do swego własnego terytorium i własnej watahy.
Nic więc dziwnego, że taka królowa - matka odnosi się bardzo wrogo do wszelkiej konkurencji, która zamiast pozostać bezpłciowym popychadłem zaczyna produkować hormon mogący przekształcić ją w królową.
Jedyną szansą pozostaje więc załapanie się na wędrowną kastę płciową i udanie się do innej kolonii, gdzie hierarchia jest zapewne równie sztywna, ale może jednak toleruje się obcych, których misją jest wymiana genów.
Wyobraźmy sobie kogoś w rodzaju św. Franciszka, kto udałby się na misję wśród wilków. Stwierdzenie, ze Bóg jest Alfą i Omegą nabrałoby nagle bardzo konkretnego znaczenia - jest pierwszym i ostatnim w stadzie, jest jednocześnie tym, komu całe stado podlega i tym ostatnim, kto musi ustępować wszystkim, albo wręcz jest wykluczony ze wspólnoty. Widzę oczyma wyobraźni wszystkie te wilki siedzące półkolem wokół misjonarza (oczywiście w świetle księżyca) i słuchające go z przekrzywionymi na bok głowami, powarkiwaniem i popiskiwaniem dając do zrozumienia, że trudna jest ta mowa, a tym czasem zwierzyna się sama nie upoluje.
Ten niezrażony ciągnie dalej, i tu nie wiem co właściwie im mówi: czy niektórzy mają powołanie do prokreacji, a inni (większość) do wychowywania ich dzieci czy też, że nie ma już samca/samicy alfa ani omega i wszyscy są równi. (W Indiach misjonarze z pewnych zakonów budowali osobne kościoły dla poszczególnych kast, a z innych kładli nacisk na równość wszystkich wobec Boga).
Zniecierpliwione stado idzie w końcu na polowanie, ale wracając z zapasem żarcia dla szczeniaków pary alfa w żołądkach zastanawia się co począć z misjonarzem i jego nauką. Para alfa czuje, że jej przyjęcie utrwali ich pozycję interpretując ją jako powołanie i podległość pozostałych także zyska religijne uzasadnienie. Tymczasem ci na dole drabiny rozważają rewolucyjne słowa o równości wszystkich wobec Stwórcy. Para alfa decyduje, że przyjmą wiarę misjonarza, oczywiście nie zmieniając nic poza nazewnictwem. "Teraz kiedy wszyscy jesteśmy braćmi będziemy mówili do siebie bracie i siostro" mówi samiec alfa ze łzami wzruszenia w oczach, "Dobrze bracie alfa" odpowiadają pozostali. Teraz niedożywiony brat omega może oddawać się intensywnemu życiu duchowemu, a kiedy definitywnie zostanie wyrzucony ze stada zostać eremitą, a nawet prowadzić intensywną pracę misyjną wśród podobnych sobie osobników omega wyrzuconych z innych watah (nikt o wyższym statusie nigdy by go nie wysłuchał do końca zdania).
Zacznijmy od watahy wilków - to zwykle grupa rodzinna składająca się z pary alfa (rodzicielskiej) i potomstwa z jednego lub kilku miotów. Osobniki alfa sprawują nad stadem władzę absolutną, przewodniczą w pościgach, mają zagwarantowane prawo do pierwszeństwa przy stole i monopol na rozród.
Czasem występuje w stadzie osobnik beta i omega - ten nieszczęśnik najniższy w hierarchii jest czasowo lub stale odsunięty od watahy (z powodu słabości? niesubordynacji?) - i zapewne cały alfabet grecki między nimi.
Całe stado karmi (po okresie karmienia mlekiem) i wychowuje młode (pary alfa), które okazują podległość wszystkim dorosłym wilkom w stopniu zależnym od ich miejsca w hierarchii.
Brzmi znajomo?
Jeszcze ciekawsze są golce - małe ślepe gryzonie żyjące pod ziemią i tworzące struktury eusocjalne podobne do mrówek czy pszczół. W rozmnażaniu bierze udział królowa i najsilniejsze samce (od jednego do trzech). Reszta to bezpłciowe robotnice i robotnicy. Królowa odnosi się niezwykle wrogo do samic zachowujących się niezgodnie ze swoją kastą (produkujących hormon powodujący przekształcenie w królową). Po śmierci królowej jedna z samic przejmuje jej rolę po zaciętych bojach z konkurentkami.
Sporadycznie kolonia produkuje wędrowną kastę płciową charakteryzująca się wyjątkowym otłuszczeniem, która udaje się do innej kolonii celem wymiany genów.
Mam wrażenie , że jestem w stanie znaleźć analogie do wszystkich tych zachowań w grupie ludzi, ale najciekawszym aspektem wydaje mi się prawo do prokreacji jako przywilej wysokiej pozycji w stadzie i zakaz dla osobników o niskim statusie.
Niektóre rodziny tak funkcjonują - rodzice są parą alfa i bardzo pilnują, żeby potomstwo pozostało po prostu stadem, któremu przewodzą bez prawa do swego własnego terytorium i własnej watahy.
Nic więc dziwnego, że taka królowa - matka odnosi się bardzo wrogo do wszelkiej konkurencji, która zamiast pozostać bezpłciowym popychadłem zaczyna produkować hormon mogący przekształcić ją w królową.
Jedyną szansą pozostaje więc załapanie się na wędrowną kastę płciową i udanie się do innej kolonii, gdzie hierarchia jest zapewne równie sztywna, ale może jednak toleruje się obcych, których misją jest wymiana genów.
Wyobraźmy sobie kogoś w rodzaju św. Franciszka, kto udałby się na misję wśród wilków. Stwierdzenie, ze Bóg jest Alfą i Omegą nabrałoby nagle bardzo konkretnego znaczenia - jest pierwszym i ostatnim w stadzie, jest jednocześnie tym, komu całe stado podlega i tym ostatnim, kto musi ustępować wszystkim, albo wręcz jest wykluczony ze wspólnoty. Widzę oczyma wyobraźni wszystkie te wilki siedzące półkolem wokół misjonarza (oczywiście w świetle księżyca) i słuchające go z przekrzywionymi na bok głowami, powarkiwaniem i popiskiwaniem dając do zrozumienia, że trudna jest ta mowa, a tym czasem zwierzyna się sama nie upoluje.
Ten niezrażony ciągnie dalej, i tu nie wiem co właściwie im mówi: czy niektórzy mają powołanie do prokreacji, a inni (większość) do wychowywania ich dzieci czy też, że nie ma już samca/samicy alfa ani omega i wszyscy są równi. (W Indiach misjonarze z pewnych zakonów budowali osobne kościoły dla poszczególnych kast, a z innych kładli nacisk na równość wszystkich wobec Boga).
Zniecierpliwione stado idzie w końcu na polowanie, ale wracając z zapasem żarcia dla szczeniaków pary alfa w żołądkach zastanawia się co począć z misjonarzem i jego nauką. Para alfa czuje, że jej przyjęcie utrwali ich pozycję interpretując ją jako powołanie i podległość pozostałych także zyska religijne uzasadnienie. Tymczasem ci na dole drabiny rozważają rewolucyjne słowa o równości wszystkich wobec Stwórcy. Para alfa decyduje, że przyjmą wiarę misjonarza, oczywiście nie zmieniając nic poza nazewnictwem. "Teraz kiedy wszyscy jesteśmy braćmi będziemy mówili do siebie bracie i siostro" mówi samiec alfa ze łzami wzruszenia w oczach, "Dobrze bracie alfa" odpowiadają pozostali. Teraz niedożywiony brat omega może oddawać się intensywnemu życiu duchowemu, a kiedy definitywnie zostanie wyrzucony ze stada zostać eremitą, a nawet prowadzić intensywną pracę misyjną wśród podobnych sobie osobników omega wyrzuconych z innych watah (nikt o wyższym statusie nigdy by go nie wysłuchał do końca zdania).
Subskrybuj:
Posty (Atom)


