Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wataha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wataha. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 stycznia 2016

O Tusku zdrajcy i europejskim stadzie

Już wydawało się, że histeria wywołana przez odsuniętych od koryta przycicha i wszyscy powoli przychodzą do tak zwanego rozumu. Tusk jednak nie zdzierżył i podszczuł do tzw. procedury sprawdzającej KE. Korespondentka z Brukseli uspakaja, że to wersja light wymyślona, żeby postraszyć Orbana, ale moja intuicja nie chce się uspokoić.

Niestety na przykładzie UE widać jak na dłoni stadną hierarchię wszelkich ludzkich zgromadzeń, nawet na poziomie państw. W stadzie europejskim osobnik alfa może łamać prawo, przez idiotyczne decyzje narażać bezpieczeństwo milionów obywateli nie tylko swego kraju, narzucać swoje chore pomysły słabszym i w sposób niewypowiedzianie haniebny na ołtarzu poprawności politycznej poświęcać własne kobiety i dzieci. Państwa naszego regionu plasują się bliżej pozycji omega i jedynym, czego się od nich oczekuje jest uległość. Jeśli któreś przestaje ją okazywać wywraca porządek stada i dlatego wszelkie próby niesubordynacji tłumione są zanim pojawi się cień pretekstu.

Hierarchia stadna ustalona jest także wewnątrz każdego państwa - są tacy, którym się władza i monopol medialny należy jak psu micha i tacy, którzy nawet jeśli wygrają w wyborach nie mogą rządzić. Nasi chwilowo odsunięci od "należnego" im koryta nie są nawet osobnikami alfa w sensie siły osobowości lub zasobów - są obcą ekspozyturą wrogą wobec tubylców i uważającą ich demokratyczne wybory za kupę śmiechu.

Warto wspomnieć, że to nie węgierska opozycja zainspirowała "sprawdzanie" Orbana przez KE. Polska  tradycja nie karania zdrajców na gardle mści się na nas do dziś.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

O stadzie i wspólnocie

Profesor Zybertowicz w swoich wykładach dla środowisk patriotycznych zawsze mówił o konieczności zjednoczenia bardzo wielu drobnych inicjatyw medialnych w większe byty, rozrzuconego archipelagu polskości w zwarty kontynent. Zawsze też przy tej okazji wskazywał co - jego zdaniem - jest główną przyczyną trudności w realizacji tego jakże słusznego postulatu - ego organizatorów, dla których własna pozycja jest ważniejsza niż sprawa, której rzekomo pragną służyć.

Na tym właśnie według mojego rozumienia polega wspólnota - jest rzeczywiście otwarta na wszystkich, którzy pragną służyć jakiejś sprawie, wokół której jest zorganizowana. Jeżeli ktoś nawraca się i przyjmuje chrzest, to automatycznie jest włączony do Kościoła. Jeżeli natomiast przychodzi do jakiejś grupy działającej przy parafii to często zdarza się, że owszem słyszy słowa o przyjęciu, ale wszystkie inne sygnały świadczą o czymś wręcz przeciwnym.
Zwykle dzieje się tak dlatego, że ta grupa nie jest wspólnotą, za którą się podaje, tylko krypto-watahą (albo jawną watahą w najbardziej skrajnych wypadkach). Osobnik alfa ma władzę absolutną i jeśli przybysz mu się nie spodoba (albo poczuje się zagrożony) całe stado pogoni go zgodnie. Jeżeli  zaakceptuje, wszystkie podległe osobniki rozglądają się nerwowo czy przypadkiem nie wygryzie ich z zajmowanej pozycji. Wataha czasem przyjmuje obcego wilka, ale wyłącznie na pozycję omega.



Podałam przykład jakiejś grupy przykościelnej gdyż kontrast między etykietą a rzeczywistością jest niezwykle rażący, ale zjawisko dotyczy bardzo wielu (jeśli nie większości) innych środowisk.
Zastanawiałam się niedawno, co powiedziałby misjonarz stadu wilków, gdyż nie mogłam sobie wyobrazić jak Bóg mógłby przemienić watahę. Oczywiście w przypadku prawdziwych wilków (canis lupus) pytanie pozostaje otwarte, natomiast w przypadku stada ludzkiego myślę, że najbardziej prawdopodobne jest, że przemieniłby je we wspólnotę zorganizowaną wokół jakiegoś dobra, nieporównywalnie większego niż własna pozycja jego członków. Zapragnęli by niechybnie się tym dobrem dzielić - nie tylko przyjmować zainteresowanych, ale wręcz szukać ich po okolicy i pozyskiwać dla drogiej im sprawy.




Bawiłam onegdaj w pewnym domu rekolekcyjnym w górach i dokładnie w tym samym czasie przebywała tam grupa Odnowy w Duchu Świętym z pobliskiej miejscowości. Ku mojemu szczeremu zaskoczeniu przyjęła mnie z autentyczną życzliwością i zainteresowaniem (choć nie podjęłam żadnych działań, aby się do nich przyłączyć). Podejrzewam, że stało się tak dlatego, że było tam kilkoro rzeczywiście nawróconych ludzi, którzy niczym drożdże powodowali wzrost całego towarzystwa, a ja miałam szczęście na nich trafić.

Jako prawa introwertyczka najczęściej czuje się szczęśliwa kiedy jestem sama, ale kiedy przypominam sobie wszystkie dobre chwile spędzone z ludźmi, to zawsze była to grupa, która nie miała struktury watahy. Nie było tam nigdy nikogo wyraźnie dominującego (chyba że z mocy sprawowanej funkcji), nie było walki o pozycje, podgryzania, intryg. Jak to możliwe? Sama nie wiem.Czy byli to specyficzni ludzie - indywidualiści o słabym instynkcie stadnym? Może nie było żadnej nagrody do wygrania? Może mieliśmy wszyscy socjalizację w dolnej granicy normy i woleliśmy się komunikować słownie niż za pomocą sygnałów niewerbalnych - wymiany znaczących spojrzeń i wydymania ust? A może był to po prostu dzień łaski od Pana, żeby człowiek nie zwątpił ze szczętem w możliwość istnienia grupy ludzi, która nie jest stadem?

wtorek, 16 grudnia 2014

Kilka uwag o hierarchi społecznej czyli misjonarz wśrod wilków.

Jestem jednocześnie zafascynowana i zdegustowana podobieństwem pomiędzy hierarchią w stadzie zwierząt i grupie ludzi. Żałuje, że nie będąc biologiem i socjologiem w jednym, nie mogę poświecić się dogłębnemu zbadaniu tego zagadnienia. Jednakże samo życie wymusza na mnie tego rodzaju refleksję, więc oddaje się jej - by tak rzec - amatorsko.



Zacznijmy od watahy wilków - to zwykle grupa rodzinna składająca się z pary alfa (rodzicielskiej) i potomstwa z jednego lub kilku miotów. Osobniki alfa sprawują nad stadem władzę absolutną, przewodniczą w pościgach, mają zagwarantowane prawo do pierwszeństwa przy stole i monopol na rozród.
Czasem występuje w stadzie osobnik beta i omega - ten nieszczęśnik najniższy w hierarchii jest czasowo lub stale odsunięty od watahy (z powodu słabości? niesubordynacji?) - i zapewne cały alfabet grecki między nimi.
Całe stado karmi (po okresie karmienia mlekiem) i wychowuje młode (pary alfa), które okazują podległość wszystkim dorosłym wilkom w stopniu zależnym od ich miejsca w hierarchii.

Brzmi znajomo?


Jeszcze ciekawsze są golce - małe ślepe gryzonie żyjące pod ziemią i tworzące struktury eusocjalne podobne do mrówek czy pszczół. W rozmnażaniu bierze udział królowa i najsilniejsze samce (od jednego do trzech). Reszta to bezpłciowe robotnice i robotnicy. Królowa odnosi się niezwykle wrogo do samic zachowujących się niezgodnie ze swoją kastą (produkujących hormon powodujący przekształcenie w królową). Po śmierci królowej jedna z samic przejmuje jej rolę po zaciętych bojach z konkurentkami.
Sporadycznie kolonia produkuje wędrowną kastę płciową charakteryzująca się wyjątkowym otłuszczeniem, która udaje się do innej kolonii celem wymiany genów.

Mam wrażenie , że jestem w stanie znaleźć analogie do wszystkich tych zachowań w grupie ludzi, ale najciekawszym aspektem wydaje mi się prawo do prokreacji jako przywilej wysokiej pozycji w stadzie i zakaz dla osobników o niskim statusie.

Niektóre rodziny tak funkcjonują - rodzice są parą alfa i bardzo pilnują, żeby potomstwo pozostało po prostu stadem, któremu przewodzą bez prawa do swego własnego terytorium i własnej watahy.
Nic więc dziwnego, że taka królowa - matka odnosi się bardzo wrogo do wszelkiej konkurencji, która zamiast pozostać bezpłciowym popychadłem zaczyna produkować hormon mogący przekształcić ją w królową.

Jedyną szansą pozostaje więc załapanie się na wędrowną kastę płciową i udanie się do innej kolonii, gdzie hierarchia jest zapewne równie sztywna, ale może jednak toleruje się obcych, których misją jest wymiana genów.



Wyobraźmy sobie kogoś w rodzaju św. Franciszka, kto udałby się na misję wśród wilków. Stwierdzenie, ze Bóg jest Alfą i Omegą nabrałoby nagle bardzo konkretnego znaczenia - jest pierwszym i ostatnim w stadzie, jest jednocześnie tym, komu całe stado podlega i tym ostatnim, kto musi ustępować wszystkim, albo wręcz jest wykluczony ze wspólnoty. Widzę oczyma wyobraźni wszystkie te wilki siedzące półkolem wokół misjonarza (oczywiście w świetle księżyca) i słuchające go z przekrzywionymi na bok głowami, powarkiwaniem i popiskiwaniem dając do zrozumienia, że trudna jest ta mowa, a tym czasem zwierzyna się sama nie upoluje.
Ten niezrażony ciągnie dalej, i tu nie wiem co właściwie im mówi: czy niektórzy mają powołanie do prokreacji, a inni (większość) do wychowywania ich dzieci czy też, że nie ma już samca/samicy alfa ani omega i wszyscy są równi. (W Indiach misjonarze z pewnych zakonów budowali osobne kościoły dla poszczególnych kast, a z innych kładli nacisk na równość wszystkich wobec Boga).
Zniecierpliwione stado idzie w końcu na polowanie, ale wracając z zapasem żarcia dla szczeniaków pary alfa w żołądkach zastanawia się co począć z misjonarzem i jego nauką. Para alfa czuje, że jej przyjęcie utrwali ich pozycję interpretując ją jako powołanie i podległość pozostałych także zyska religijne uzasadnienie. Tymczasem ci na dole drabiny rozważają rewolucyjne słowa o równości wszystkich wobec Stwórcy. Para alfa decyduje, że przyjmą wiarę misjonarza, oczywiście nie zmieniając nic poza nazewnictwem. "Teraz kiedy wszyscy jesteśmy braćmi będziemy mówili do siebie bracie i siostro" mówi samiec alfa ze łzami wzruszenia w oczach, "Dobrze bracie alfa" odpowiadają pozostali. Teraz niedożywiony brat omega może oddawać się intensywnemu życiu duchowemu, a kiedy definitywnie zostanie wyrzucony ze stada zostać eremitą, a nawet prowadzić intensywną pracę misyjną wśród podobnych sobie osobników omega wyrzuconych z innych watah (nikt o wyższym statusie nigdy by go nie wysłuchał do końca zdania).