Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia spoleczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia spoleczna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 czerwca 2014

Jeszcze o zakochiwaniu się

Nie pamiętam skąd pochodzi ten cytat z Dantego czy Petrarki z Boskiej Komedii czy Sonetów do Laury ani w czyim jest przekładzie, ale brzmi mniej więcej tak "Miłość, co serc zacnych się chwyta dodała wdzięku jej ziemskiej postaci...".
Chodzi za mną od liceum. Z czasem jego znaczenie zaczęło się przebijać do mojej świadomości. Owe zacne serca są kluczem - tylko one są zdolne do miłości w takim sensie, w jakim się zwykle ją rozumie tzn. do zachwytu, poświecenia, ofiary, wierności itp.
Pytanie tylko jaką część populacji stanowią. Myślę, że śmiało mogę zaryzykować twierdzenie, że mniejszość. Jaką nie wiem, czy 1%, 5% czy może nawet 10%.. Niestety owym wzniosłym uczuciem obdarzają obiekty delikatnie mówiąc znacznie mniej zacne, ze szczególnym uwzględnieniem manipulujących k....w płci obojga. Mam na myśli osoby niezdolne do żadnych wyższych uczuć, ale za to biegłe w kokieterii, uwodzeniu i manipulacji. Nie chcę mi się tym zakałom rodu ludzkiego poświęcać ani pól słowa więcej.
Skutek jest taki że mamy albo perły przed wieprze albo wieprze kontra wieprze, jeśli im to z jakichś powodów pasuje.
Tu pozwolę sobie jeszcze raz powrócić do filmu Fantaghiro i mojego ulubionego bohatera Tarabasa, który cierpiąc z powodu nieodwzajemnionej miłości do nałogowej kokietki zastanawia się kto wymyślił tę "cruel game of impossible rules" i czy jest regułą, że kochamy tych, którzy nas nie chcą.
W końcu postanawia, że w jego świecie będzie inaczej  - ci, którzy kochają dostaną miłość, której pragną, bo szkoda by tak piękne uczucie było jedynie powodem łez i cierpienia.
Postanawia zwrócić się ku pewnej namolnej księżniczce, która latając za nim od początku części 4 przeszła długą drogę od zepsutego bachora, który musi dostać to, czego pragnie, do osoby mającej głównie na względzie dobro ukochanego. Tarabas zamierza uczynić ją szczęśliwą siłą woli w nadziei, że z czasem sam doświadczy szczęścia w tym związku. Nie byłabym taka pewna, że to tak działa, ale biorąc pod uwagę niezwykłą szlachetność naszego bohatera, a też wyjątkowo dobrze wyćwiczoną wolę kto wie...
Istnieje także wyjaśnienie fenomenu zakochiwania się w tych, którzy nas nie chcą, jako efektu niedostatku miłości w dzieciństwie, kiedy to nieszczęsne DDD pragnęły miłości rodziców,  ich uwagi i akceptacji nadaremnie, więc nieświadomie powtarzają tę męczącą sytuację w dorosłym życiu jako znaną.
Jeśli tak rzeczywiście jest, to Tarabas podjął słuszną decyzję...

piątek, 5 lipca 2013

Co widzą ludzie, kiedy na nas patrzą?



Razu pewnego, w pewnej pracowni rzeźbiarskiej, pewnej uczelni artystycznej, robiłam akt stojący w glinie, a pozowała pewna modelko-striptizerko-tancerka go-go racząc mnie przy tym opowieściami z życia sfer dość szemranych. Na tę sielankę wkroczył profesor M. ze swoim asystentem a widząc nas obie - gołą panienkę stojąca na podium i mnie z nożem w garści przy kawalecie formujacą glinę - wykrzyknął zachwycony: "Mamy DWIE nowe modelki!!!" Po czym zaczął MI udzielać porad praktycznych przydatnych przy pozowaniu jak na przykład, gdzie można pozwolić się dotykać, a gdzie już nie.

Innym znowu razem na seminariun odnowy w Duchu Św. pewna bogobojna niewiasta polecała mi gorąco książki O. Gabriele Amortha. Na moje stwierdzenie, że je znam pomilczała chwilę, po czym oświadczyła z mocą "Myślę, że Pani nie ich nie czytała"

Kiedy indziej znowu, na warsztatach dla nauczycieli języków obcych, panienka, której wyraźnie, kilkakrotnie powtórzyłam, że uczę młodzież w wieku 16-19 lat skierowała mnie do grupy zajmujących się edukacją wczesnoszkolną.

A już najbardziej tragikomiczny incydent przytrafił mi sie w okolicach pl. Legionów, kiedy wracałam od rodziny po obfitym niedzielnym obiadku, który miał mi starczyć na dłużej, gdyż był to okres wyjątkowo chudy w moim życiu. Było już ciemno i z tej ciemności wyskoczył nie znany mi pijak wygrażając mi pięścią i wrzeszcząc: "ty kapitalisto jedna!"

Przykłady możnaby mnożyć. Wszystkie świadczą dowodnie, że obraz naszej osoby, jaki mają inni ludzie jest całkowicie autnomiczny względem nas, innymi słowy nie ma z nami dokładnie żadnego związku, Jest wypadkową historii życia, fobii i fantazji tych osób, a nasza osoba jedynie uruchamia luźny ciąg skojarzeń.

To do pewnego stopnia tłumaczy owe ohydne, a całkowicie absurdalne sytuacje, kiedy ktoś zupełnie obcy i nieznany atakuje nas bez żadnego, zrozumiałego powodu z wściekłoscią i nienawiścią.

Inną interpretację tego fenomenu podsunąl mi pewien zakonnik - nie miał żadnej wątpliwosci, że to ataki diabła i dodał, że gdyby zapytać owego agresora, dlaczego się tak ohydnie zachowuje nie umiałby wyjaśnić. Moje doświadczenie potwierdza to w całej rozciągłości.

W przypadku kobiet najwięcej paskudnych zachowań powoduje zazdrość. To zupełnie niebywałe jak niewiasty, które mają dokladnie wszystko - dobrego męża, udane dzieci, piękny dom i dobrobyt - wyraźnie zielenieją na obliczu na widok jakiegoś ciucha uszytego 10 lat temu z prześcieradła albo innej zasłonki. Większość z nich tego nie kontroluje, a przecież teoretycznie mogłyby zaproponować, aby im odpłatnie coś fajnego, dopasowanego do figury, typu urody i kolorytu uszyć i tym samym dać zarobić gorzej urządzonym w życiu siostrom. Ale nie, nie ma nic racjonalnego w zachowaniu człowieka. Nawet zakonnice nie są wolne od tej brzydkiej przywary i nie zauważyłam, żeby starały sie z nią walczyć.

niedziela, 30 czerwca 2013

O nadzwyczajnej uczciwości królewicza


Rzecze królewicz:  "cudne masz liczko,
ale nie przyszłaś na swiat księżniczką..."
Był miesiąc maj, szumiał gaj,
Był miesiąc maj szumiał gaj
"Więc cię za żonę pojąc nie mogę..."
Dalej niestety nie pamiętam, ale myślę, że zacytowany fragment oddaje istotę sprawy - królewicz odrzuca dziewczę o cudnym liczku jako kandydatkę na żonę, ale wyjaśnia jej bez owijania w bawełnę prawdziwy powód, tym samym oszczedzając jej lat dręczenia się pytaniem "dlaczego?". Dziewczę popłacze dzień, tydzień, a może nawet miesiąc i rana zacznie sie goić w miarę szybko i czysto...
Przypomina mi to scenę z "Placu Waszyngtona", kiedy bohaterka biegnie w deszczu za gładkim gogusiem polującym na jej pieniądze, a wykiwanym przez niedoszłego teścia(też paskudną keaturę), krzycząc  w desperacji: "powiedz, że chodziło ci tylko o pieniądze, żebym nie zastanawiała się latami co zrobiłam nie tak.." (czy coś w tym rodzaju). Rzeczony goguś, choć oślizgły, zniecierpliwiony przyznaje, że tak było w istocie objawiając się przy okazji w całym swoim paskudztwie, którego naiwna i prostoduszna dziewczyna nie byłaby sobie w stanie sama wyobrazić. Ta konfrontacja z rzeczywistością, choć bolesna, staje sie dla niej początkiem uzdrowienia.
O ileż prostsze byłoby życie, gdybyśmy w sytuacji odrzucenia mogli poznać prawdziwe powody z pierwszej ręki  np "Nie dostanie pani tej pracy, bo jest ona zarezerwowana dla córki pewnej ważnej osoby, a cały ten konkurs to jeden pic" albo "Zwalniamy panią, bo córka pana X właśnie skończyła studia i potrzebuje pracy" albo "Nie przyjmiemy pani na te studia, bo miejsca są zajęte przez X,Y i Z, którzy płacili nam przez rok na tzw "kursach przygotowawczych" tym bardziej, że pani prace są dobre, a my nie potrzebujemy konkurencji..." albo "Stypendium? owszem jest, ale tylko dla swoich, proszę nie marnować swojego i naszego czasu na jakieś podania..."
Pomarzyć można, to nic nie kosztuje...
Przyjmuje się zwykle, że "hipokryzja jest hołdem składanym cnocie przez występek", a ja dodałabym, że jest trucizną posypaną na ranę, zwłaszcza kiedy odpowiedzialnością za odrzucenie obarcza się samego zainteresowanego i do obiektywnie trudnej sytuacji  - np utraty pracy - dorzuca się lata dręczenia się p.t."Co zrobiłem nie tak? ? Gdzie popełniłem błąd?"
Otóż nigdzie, drogi człowieku!!! Twoja praca była nie gorsza niż innych, ale nie przyszedłeś na swiat synem prezesa! Nie jesteś swój!

sobota, 29 czerwca 2013

O swoich i obcych

Nie zamierzam się wdawać w dyskusję z piewcami "tolerancji wobec" czy też "otwartości na" tzw mniejszości. Cały ich dyskurs to bełkot, produkt skrajnej "bezrefleksyjności" albo skrajnego cynizmu.
Każdy człowiek wie z doświadczenia, że podział na swoich i obcych zawsze istniał, a linia tego podziału przebiega zupełnie nie tam, gdzie się nam sugeruje.
Oto jestem białą kobietą narodowości polskiej (choć z rodziną pochodzącą z kresów litewsko-białoruskich nie mogę mieć do końca pewności), wyznania rzymsko-katolickiego, heteroseksualną (choć żyjąca w czystości) i w swoim kraju na ogół jestem traktowana przez rodaków i współwyznawców jako obca. Nie chcę przez to powiedzieć, że spotyka mnie coś wyjątkowego - wręcz przeciwnie - sądzę, że dzielę to doświadczenie z wieloma, a może wręcz większością ludzi.
Nie zamierzam tu rozwodzić się nad zwyczajem rozpowrzechnionym wśrod dzieci i mlodzieży dręczenia osób minimalnie odstających od średniej przeciętnej, odróżniajacych się noszeniem okularow, rozmiarem, kolorem włosów, brakiem jakiegoś idiotycznego gadżetu czy ogólnie widocznym ubóstwem. Wiele osób tego doświadczyło, wiele brało w tym udział. W okrucieństwie młodocianej grupy wobec "odmieńca" jest jednak jakaś prostolinijność. Przezwiska komunikuja ofierze wprost z jakiego powodu jest odrzucona.
Mniej komfortowa  jest sytuacja gdy w gronie osób kulturalnych i wykształconych, grzecznie, ale bezwzględnie uznani jesteśmy za "nie swoich" i konsekwentnie pomijani i traktowani zdecydowanie "nie równo".
Oczywiście istnieje cały szereg racjonalnych wyjaśnień tego fenomenu jak np konkurencja, ale czasem wydają się one niewystarczające.
Te wszystkie refleksje nasuneły mi się po wczorajszym występie na seminarium doktoranckim, gdzie większość uwag uczestników na temat mojej prezentacji dałaby sie przetłumaczyć tak: jesteś obca, a przez to gorsza i nie masz tu czego szukać, jesteś nie nasza i co ty własciwie tu robisz, jesteś obca i nie jesteśmy ciekawi co masz do powiedzenia, jesteś tu obca i nie interesuje nas skąd przychodzisz.
Brzmi znajomo?