Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odnowa w Duchu Św.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odnowa w Duchu Św.. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2020

Kościół a pandemia, czyli o pogrobowcach Lutra...

Czytam książkę Pawła Lisickiego o Lutrze (Luter. Ciemna strona reformacji). Przygnębiającą lekturę przeplatam  filmem Grzegorza Brauna Luter i rewolucja protestancka, który oglądałam już chyba 4 razy.

Jedna rzecz mnie uderza - Luter schroniwszy się w klasztorze przed karą śmierci za zabicie człowieka w pojedynku, strasznie się męczy. Według ks. Guza zdarza mu się spowiadać 30 razy dziennie - wyrzuty sumienia  czy perfekcjonizm? Boi się potępienia, a jednocześnie zaniedbuje odmawianie brewiarza i innych przepisanych modlitw, które na poziomie czysto ludzkim pomagają mnichom zachować równowagę psychiczną i pogodę ducha. Po wielu latach i oszałamiającym sukcesie, jaki w strukturach zakonu odniósł, dochodzi do wniosku, że nikt nie jest w stanie sprostać ideałowi życia monastycznego, ani nawet cnotliwego życia świeckiego. Nikt nie jest w stanie, bo Luter nie jest w stanie.

Skąd my znamy to rozumowanie - człowiek współczesny nie jest w stanie zachować czystości przedmałżeńskiej, powstrzymać od aktów homoseksualnych albo od zdrady małżeńskiej - nie należy więc od niego tego wymagać, ani napominać, że błądzi. Pytanie jest o którym człowieku współczesnym mówimy. Ktokolwiek to jest nie należy jego niezdolności rozciągać na cała populację.

Luter, który musiał dziennie wypijać 7 litrów słodkiego wina, żeby utrzymać dobry nastrój, a kiedy jego żona nie była w stanie go zaspokoić seksualnie używał do tego celu jej służącej, z całą pewnością nie jest przykładem poziomu moralnego przeciętnego człowieka swoich czasów. Człowiek który zezwalał popierającemu go księciu na "dodatkowe małżeństwo" z młodą dziewczyną, choć ten miał żonę i 7 dzieci (a kiedy rzecz się wydała pouczył go, żeby wszystkiego się wyparł, gdyż kłamstwo "w służbie ewangelii" miłe jest Bogu) jest raczej przykładem wyjątkowego cynizmu niż jakkolwiek rozumianej normy. Nawoływanie książąt do wybicia zbuntowanych chłopów do ostatniego łba po uprzednim łamaniu kołem, lub powieszenia wszystkich kardynałów po uprzednim wyrwaniu języka, nie odzwierciedla przeciętnego poziomu okrucieństwa klasy rządzącej, tylko ekstremum.

Nawet gdyby Luter nie był tak skrajnym przykładem odstępstwa od norm obyczajowych swoich czasów tylko się w nich mieścił, to i tak jego niezdolność do czegokolwiek nie jest dowodem na nic.
Świadczy o tym nie tylko armia świętych mnichów i mniszek, małżonków i "singli", lecz także rozliczni przeciętni śmiertelnicy starający się wieść dobre życie w ramach swoich możliwości, nie wspominając o wielkich grzesznikach, którzy z pomocą Bożą podźwignęli się z najgłębszego upadku.

Absurdalność negowania wszystkiego, co nie mieści się w jednostkowym doświadczeniu jest ewidentna, a jednak robi karierę także w Kościele, niestety. Nadprzyrodzony aspekt naszej wiary zostaje zanegowany, bo nie mieści się w doświadczeniu teologów. Według nich rozmnożenie chleba i ryb to podzielenie się zapasami, a zmartwychwstanie to pozostanie we wdzięcznej pamięci uczniów.

Zwierzęta czując zbliżające się tsunami czy trąbę powietrzną uciekają w bezpieczne miejsca. Dzięki bardziej wrażliwym zmysłom mają kontakt z obszarami rzeczywistości dla nas niedostępnymi. Mam nadzieję, że żaden kretyn tego nie neguje wbrew faktom. Dlaczego więc logiczny wniosek, że rzeczywistość, jest o wiele rozleglejszą dziedziną niż jesteśmy w stanie odebrać naszymi słabymi zmysłami i objąć ograniczonym rozumem jest tak trudny do przyjęcia?

Pewien młody dominikanin w tonie prześmiewczym wyrażał się o zagrożeniach duchowych, a jednocześnie na tzw "mszach o uzdrowienie" organizowanych przez grupy odnowy w Duchu Św. dawał popisy "daru języków", który brzmiał mniej więcej tak: karia gloria karia... Kilka ulic dalej pewien paulin na nocnym czuwaniu wznosząc  "modlitwę w jezykach" mówił: szaria gloria szaria... Oba języki musiały być bardzo blisko spokrewnione...

Inny dominikanin w średnim wieku nie mógł zrozumieć "pędu do cudowności", którego sam nie podzielał, na swoich mszach wolał mówić o opresyjnym patriarchacie w Kościele... Jakby na to nie patrzeć Jezus ten pęd rozumiał czyniąc rozliczne znaki i cuda, o czym można dowiedzieć się z wiarygodnych źródeł...

Tak wiem, należy je rozumieć metaforycznie, co innego uzdrowienia dokonywane przez Marcina Zielińskiego popieranego zawzięcie przez o.Szustaka OP i pół episkopatu, te są niewątpliwie prawdziwe...

Bardzo przykro patrzeć na zachowanie Kościoła wobec świata przypominające umizgi zakompleksionego nastolatka, który za wszelką cenę chce zdobyć akceptację grupy rówieśniczej. Tyle żeśmy słyszeli, że to wszystko w imię przyciągnięcia młodych, a tymczasem wystarczyło dalekie widmo epidemii, żeby nadgorliwie zamykać drzwi przed wszystkimi, przyznając tym samym rację Lutrowi, że sakramenty są nie tylko zbyteczne, lecz także niebezpieczne dla zdrowia...

niedziela, 21 października 2018

O. Adam Szustak OP kontratakuje!!!

Obejrzałam wczoraj film o Marcinie Zielińskim (Marcin Zieliński - Fałszywy charyzmatyk zdemaskowany!) i reakcję na niego w wykonaniu o.Szustaka [NV#253] Marcin Zieliński - fałszywy charyzmatyk zdemaskowany! (Q&ANV#253] . Nie znam sprawy zbyt dokładnie (słyszałam jak dr Krajski wspomniał coś o tym panu w tonie niezbyt pochlebnym), więc właściwie z pierwszego filmu dopiero dowiadywałam się, co konkretnie zarzuca się Zielińskiemu. A więc:
  • powiązania z Toronto Blessing wspólnotą (?) znaną z bardzo dziwnych "manifestacji" - jak tarzanie się po ziemi czy nieopanowane ataki śmiechu - i jej wymienionymi z imienia i nazwiska liderami, u których polski charyzmatyk terminował.
  • duży udział protestantów we wspólnocie M. Zielińkiego (Głos Pana), co przyczyniało się do odejścia od nauki katolickiej całej wspólnoty i przeciągania pojedynczych członków na pozycje jawnie antykatolickie
  • niewiarygodnie rozdęte ego lidera, który traktuje  swoją działalność jako sposób osiągnięcia sławy i pieniędzy. Ma np ambicję nauczyć się wskrzeszać zmarłych w tym celu.
  • jego biegłość w manipulacji i spryt w pozyskiwaniu możnych protektorów (uwiarygodniających go duchownych)
  • "nieomylność" lidera, wyrzucanie ze wspólnoty nie podzielających jego zdania
  • podejrzany charakter uzdrowień dokonujących się na prowadzonych przez niego nabożeństwach (choroby wracają po tygodniu, brak trwałych skutków)
  • obwinianie samych chorych w przypadku niepowodzenia modlitwy o uzdrowienie
  • "demonizowanie" wiernych przez nakładanie na nich rąk przez podejrzane indywidua

Wszystkie te zarzuty brzmią dosyć wiarygodnie dla mnie, gdyż widziałam w swoim życiu kilka takich grup i podobnych liderów, a opisane nabożeństwa z modlitwą o uzdrowienie wyglądały wypisz wymaluj jak w wykonaniu wspólnoty Jan Chrzciciel działającej u Paulinów we Wrocławiu. Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że odejścia takich wspólnot z Kościoła są stosunkowo częste (vide pastor Chojecki z Lublina), więc pewna ostrożność w zachwytach nad nimi byłaby raczej wskazana.

Reakcja o. Szustaka przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Zachował się tak jakby to on sam został podstępnie zaatakowany, utożsamił się z Zielińskim całkowicie. Można by złośliwie zauważyć, że obaj mają podobnie rozdęte ego i nawyk gwiazdorzenia, jakże uzasadniony u naturalnych liderów, eklezjalnych samców alfa. Charakterystyczne dla takich ludzi jest przekonanie, że jakieś smutne szaraczki stojące o ileż niżej w hierarchii stadnej nie mają prawa krytykować przywódcy, nie maja do niego żadnego doskoku.

Taki był właśnie pierwszy, najważniejszy i właściwie jedyny kontrargument dominikańskiej gwiazdy internetu. Oto jacyś smutni ludzie odczytywali swoje kwestie z kartki patrząc w róg ekranu, a twarze ich nie zdradzały żadnych emocji. Sławny kaznodzieja wytrzymał kilkanaście minut, a potem już przesuwał co kawałek. Być może w ten sposób przeoczył wszystkie konkretne zarzuty i opinie egzorcystów ks. Rajchela i Glasa. Jego kontra ograniczała się do:

  • wykrzykników, że to jakieś bzdury, jakieś blubry (cokolwiek by to miało oznaczać)
  • zapewnienia, że protestanci to nasi bracia i katolicka biblistyka bardzo wiele - jeśli nie wszystko - im zawdzięcza (np metodę historyczno-krytyczną, która do dziś straszy w seminariach i zabija wiarę kleryków)
  • protekcjonalnego potraktowania opinii ks. Rajchela ("jakiegoś biednego księdza" jak się o. Szustak wyraził) i przekręcenie sensu jego wypowiedzi
  • robienia dużej ilości min i uciekania wzrokiem
  • zapewnienia Marcina Zielińskiego o swoim wsparciu wobec tak podłego ataku ze strony "underlingów"
  • pouczenia widzów, żeby nie brali pod uwagę opinii jakichś smutnych ludzi, którzy muszą czytać swoją kwestię z kartki, gdyż po prostu nie mogą mieć racji z przyczyn estetycznych.
  • postraszenia twórców filmu, że sprawa jest zgłoszona do episkopatu i teraz dopiero zobaczą.

Bardzo to było smutne i żenujące widowisko. Więcej dowiedziałam się o o. Szustaku, którego czasem słuchałam, niż o Marcinie Zielińskim, z którym nie zetknęłam się nigdy. Znowu ta niezwykle wybiórcza lojalność duszpasterza, który solidaryzuje się z podejrzanym charyzmatykiem-gwiazdorem, a pogardza zwykłymi ludźmi. Po totalnym wyśmianiu ich braku talentów medialnych uraczył protekcjonalnym stwierdzeniem, że to pewnie "jacyś dobrzy ludzie muszą być" i  z czystej nieświadomości fałszywie świadczą o tak świetlanej postaci, co jest grzechem. Nie dosłuchałam do końca, więc nie wiem czy postraszył ich także potępieniem wiecznym, ale czymże ono jest wobec wyśmiania przez o. Szustaka !!!

poniedziałek, 15 października 2018

O psychologicznym uwiedzeniu

Słuchałam dzisiaj wykładów Anny Wasiukiewicz, psychologa i krytyka psychologii zarazem. Przypomniało mi to owe czasy, kiedy szukałam kogoś mądrego, kogoś, kto wie lepiej. Psychologia też była etapem mojej "podróży". Ile kretyńskich decyzji podjęłam pod wpływem bełkotu o samorealizacji, nieograniczonych możliwościach, pozytywnym myśleniu itp, to się w pale nie mieści. Dopiero teraz do mnie dociera jak rujnujący wpływ miała ta przygoda na moje życie.

Po pewnym czasie musiałam uznać jałowość tego przedsięwzięcia. zwróciłam się bardziej w stronę duchowości. W sposób nieunikniony musiałam zaliczyć modlitwy o uzdrowienie, o przecięcie niebożych więzi, a nawet spowiedź furtkową, tylko na uzdrowienie międzypokoleniowe nie udało mi się załapać, zanim zostało potępione. Według p. Wasiukiewicz to wszystko praktyki wywodzące się z bardzo nieraz szemranych terapii, które dostały się do Kościoła wraz z ruchem charyzmatycznym.
Z jednej strony odczułam ulgę (zawsze czułam, że to jednak coś dziwacznego) a z drugiej zadumałam się jak to łatwo można wdepnąć w g... nawet w Kościele i to pod wpływem spowiednika.

Anna Wasiukiewicz stawia tezę, że psychologia jest konkurencyjnym do Chrześcijaństwa systemem wierzeń, nie tylko niekompatybilnym, ale mającym wręcz za zadanie jego destrukcję. Przed soborem było to oczywiste - pisma Freuda były zakazane, a psychoanalizę traktowano jako grzech ciężki. Po soborze wszyscy dorośli wyszli (z Kościoła), a dzieci zostały same w domu i jak to głupie dzieci otworzyły drzwi obcym i wpuściły wrogów do środka. Najlepszym dowodem był eksperyment Karla Rogersa na zakonnicach. "Trening uwrażliwiający" zaplanowany na 2 lata musiał zostać przerwany, gdyż na skutek degrengolady moralnej sióstr zgromadzenie rozwiązano.

Pewien ksiądz z diecezji płockiej opuszczając kapłaństwo, opisał w obszernym liście do przełożonych powody swojej decyzji. W seminarium skierowano go na kurs 12 kroków jako współuzależnionego, gdyż miał ojca alkoholika (nie odczuwał jakichś szczególnych problemów z tego powodu). Potem nawiedzony opiekun roku skierował całą grupę kleryków na terapię ustawień rodzinnych Berta Hellingera, która miała na nich wpływ rujnujący. A przed święceniami (o ile dobrze pamiętam) wszyscy mieli obowiązek wziąć udział z rekolekcjach odnowy w Duchu Św. Po tych wszystkich figlach człowiek był załatwiony, zaczął nienawidzić ojca, nie mógł spać w nocy ze strachu, czuł ciągle jakąś obecność w pobliżu itp.

Przychodzi mi też do głowy przypadek o.Krzysztofowicza OP, który im bardziej był terapeutą, tym mniej chrześcijaninem, zakonnikiem i księdzem. Zakończył odejściem z wielkim przytupem, zamieszczając w internecie swoją wersje przypowieści o synu marnotrawnym, w której tytułowy bohater w obcej krainie, gdzie wchrzania strąki dla świń, poślubia córkę gospodarza, dorabia się majątku i do ojca już nie wraca. Dodatkową atrakcją tej historii, jest mroczny wątek "przyjaźni" z Marcinem Plichtą, sławnym słupem afery Amber Gold.

Myślę, że upowszechnienie się psychologii i psychoterapii w dużej mierze przyczyniło się do kryzysu kapłaństwa. Wiara wielu kleryków i księży została podcięta - przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Zyskali nowego Boga - własne pragnienia, także natury erotycznej. Dowiedzieli się, że życie seksualne jest warunkiem osiągnięcia któregoś tam stopnia ludzkiej dojrzałości, a bez tego zatrzymają się w rozwoju, że tłumienie popędu jest złe i prowadzi do nerwicy i temu podobne "prawdy objawione", które uznali za ważniejsze niż Ewangelia. Skutki znamy (przynajmniej częściowo).

Przypomniałam sobie jak niejaki o. Pilśniak OP miał dla osób samotnych jedną radę - zaadoptujcie niepełnosprawne dzieci! Bezdzietnym małżeństwom nigdy takiego rozwiązania nie proponował - wiadomo, w pojedynkę łatwiej podjąć taki ciężar. Wygłaszał swą zbawczą radę z dużą surowością i pewną domieszką zniecierpliwienia, a spełniwszy duszpasterski obowiązek wracał do klasztoru, gdzie bracia - w formie żartu - pozorują ruchy kopulacyjne, proponują sobie zrobienie loda, zakładają profile na gejowskich portalach, urządzają libacje połączone z homoseksualnym seksem i praktykują temu podobne umartwienia, a wszystko to z miłości oczywiście. Taki obraz wyłania się się w każdym razie z relacji o. Wyszyńskiego OP. Jeśli w jakimś stopniu odpowiada rzeczywistości, to kontrast z drogą proponowaną wiernym świeckim jest zachwycający.