Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media społecznościowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media społecznościowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 lutego 2026

Brejking njus: Nieoczekiwany skutek wyroku w sprawie p.Izabeli z Torunia!


Dowództwo jednej z armii NATO zainteresowało się wyrokiem w sprawie gróźb karalnych wobec osoby Sancti Ovsici. Uznano, że jeśli rzeczywiście p. Izabela, emerytka z Torunia, może za pomocą wypowiedzenia dwóch słów doprowadzić do śmierci, albo co najmniej wywołania stanów lękowych u przeciwnika, warto przyjrzeć się temu zjawisku.

Generał MacLachlan, ktory udzielil nam krótkiego wywiadu, przyznał, że nie do końca wierzy w śmiercionośne działanie słów "Giń człeku!", ale możliwość obezwładnienia wroga lękiem o swoje życie wydaje mu się całkiem realna. Jeżeli chroniony prawem celebryta poczuł sie zagrożony to co dopiero jakiś szeregowy chiński, irański czy rosyjski żołnierz! 
"Nie zależy nam na zabijaniu nieszczęsnych, przymusowo wcielonych do armi indywiduów, tylko na sparaliżowaniu wrogich armii, a do tego metoda p. Izabeli wydaje idealna. Koszty praktycznie zerowe, żadnych dodatkowych rekrutów, ani konieczności otwierania nowych linii produkcyjnych sprzętu... Jedyny problem polega na tym, czy da się wyszkolić nowe adeptki i czy metoda będzie działała w odmiennych warunkach językowych..."
Możemy tu uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić, że współpraca zostala nawiązana i próby już trwają.

Zaczęto testowanie metody w otwartym terenie, przy użyciu różdżki czarodziejskiej, na grupie ochotników z Navy Seals.
Następnie podobne próby przeprowadzono w terenie zabudowanym. Oprócz rożdżki czarodziejskiej użyto czarnego kota o mocno naelektryzowanej sierści.

"Jeśli metoda przyniesie oczekiwane rezultaty, możemy spodziewać się prawdziwej rewolucji w wojskowości. Brak rekruta - jak to ma miejsce w przypadku konfliktu na Ukrainie - nie będzie już żadną przeszkodą w prowadzeniu działań wojennych. Bitwy będą rozgrywane głównie przez emerytki z dostępem do mediów społecznościowych. Otwartą kwestią pozostaje, czy będą musiały to być jednostki obdarzone szczególnymi zdolnościami czy też wystarczy trening..."

Osobnym problemem jest język tzn czy musi być zrozumiały dla adresata klątwy. Jeśli okaże się, że metoda działa wyłącznie w jezyku polskim, jakież perspektywy zawodowe otworzą się przed naszymi rodaczkami na emeryturze!






 

środa, 24 września 2025

O niszczeniu kodu kulturowego

 Oglądam zachowania niejakiego Johny'ego Somali w Japonii i Korei Pd. Czarny patostreamer popisuje się niewyobrażalnym wprost chamstwem w metrze, restauracji, sklepie i na ulicy. Japończycy ani Koreańczycy nie mają pojęcia, jak na to reagować, choć są wstrząśnięci. Jakaś grupa miejscowych influencerów się skrzyknęła i usiłuje bydlakowi wytłumaczyć, żeby szanował ich kulturę, ze skutkiem łatwym do przewidzenia. Czasem jakiś biały turysta z zachodu da mu po ryju, czasem miejscowi go trochę poganiają. Policja depcze mu po piętach i zbiera dowody. Trudność polega na tym, że głośne monologi w metrze nie popadają pod żaden paragraf, rzucanie w ludzi nieświeżymi rybami już bardziej W końcu udaje się zebrać przygarść zarzutów. W Korei Pd groziło mu razem w zależności od źródła 29, 31 lub 36 lat. Nie wierzę, żeby dostał taki wyrok, a już zwłaszcza, żeby tyle odsiedział, ale nawet jeśli miał by być to rok w tamtejszym pierdlu, to też byłoby coś.

Nie jest to jeden tego rodzaju bydlak, niestety. "Media spolecznościowe" wykreowały podobnych imbecyli tysiące. Dla "klikalności" zgwałciliby własną babcię i wrzucili nagranie na TikToka. Mam wrażenie, że wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy jaki będzie skutek mody na chamstwo, przekraczanie norm społecznych i niszczenie kodu kulturowego.

Nie dotyczy to bynajmniej tylko czarnych Amerykanów na wystepach gościnnych na dalekim wschodzie. Każdy nauczyciel ogląda to zjawisko codziennie w swojej pracy, każdy pasażer komunikacji miejskiej i każdy pieszy na chodniku w mieście Wrocławiu.

Przed wojną na Ukrainie rzadko spotykało się ludzi słuchających muzyki ze smartfonów bez słuchawek, choć czasem było ją słychać mimo to. Ukraińcy "ubogacili" nas zwyczajem puszczania swoich miazmatów na full w komunikacji miejskiej, na ławce pod blokiem, w parku, nad wodą wszędzie, o każdej porze dnia i nocy.

Zły zwyczaj wyparł dobry, zupełnie jak pieniądz. Dziś w tramwaju zwróciłam uwagę takiej osobie, rodzimej zresztą. Co usłyszałam? Że nie ma słuchawek, słucha cicho, tylko mi to przeszkadza i nie będzie ze mną rozmawiać, bo nie ma ochoty.

Widać, że była wyćwiczona w obracaniu kota ogonem i zadowolona z własnego chamstwa. Miala szczęście, że spotkała mnie, ale za 20 lat, ktoś przekraczajacy te resztki norm, które sie jeszcze do tego czasu ostaną, po prostu nakładzie jej po ryju i zachwycony sobą opublikuje nagranie zbierając liczne "polubienia".

Żyjemy w cywilizowanym społeczeństwie tylko dzięki wysiłkowi przeszłych pokoleń. Jesteśmy karłami siedzącymi na ramionach olbrzymów. Dzięki ich pracy nad oporną materią ludzkiej natury (czesto przy pomocy rózeczki lub kija stosowanego w dzieciństwie) wypracowaliśmy kod kulturowy, który zapewnia nam względne bezpieczeństwo. Jeśli to zostanie zniszczone znajdziemy się nagle w dżungli albo czarnej dzielnicy Chicago. Nie wiadomo co gorsze! Nie dopuśćmy do tego, póki jeszcze czas! Sprzeciwiajmy się chamstwu we wszelkich jego przejawach i gdzie się da! Odbierzmy toksycznym jednostkom ich idiotyczny argument "tylko pani to przeszkadza"!!!

niedziela, 30 marca 2025

Justyna, czyli niedole cnoty ( względnie dola niecnoty)

Zacznę od pomysłu na scenariusz romansu zainspirowanego konkretnymi osobami i zdarzeniami z życia wyższych sfer, czyli lewicy. 

Oto pewien lewicowy polityk w randze wiceministra w MSZ zostaje przymusowo urlopowany pod pretekstem choroby alkoholowej. Zarzut, choć poważny, wydaje się dęty, gdyż w tym samym rządzie - też w randze wiceministra (sprawiedliwości) - niepokojony przez nikogo - zasiada Belzebub M. obdarowany przez teścia-mafioza ładnym domkiem pod Warszawą, który to fakt zataił w oświadczeniu majątkowym, aby wraz z małżonką ciągnąć kasę na dopłaty do wynajmu mieszkania w stolicy należne posłom z prowincji.

Nasz bohater - nazwijmy go Andrzejem Sz.-  oddaje się więc niewesołym rozmyślaniom nad flaszką, zastanawiając się gdzie popelnił błąd i jego myśli biegną nieuchronnie ku Justynie, a widz towarzyszy mu oglądając retrospekcję.


Nigdy nie mógłby nawet marzyć o takiej dziewczynie, gdyby nie staż partyjny i stanowisko oraz jej ambicje + gotowość do wykorzystania swoich "zasobów" do ich realizacji.

Od fantazji do flirtu, od flirtu do dotyku i tak dalej, aż rozbudzone zmysły podlane alkoholem eksplodują w pewnym momencie przemocą wobec zachwycającej Justyny, która natychmiast po tak intensywnej sesji biegnie na obdukcję i zamieszcza w internecie zdjęcia obrażeń oraz wynik oględzin lekarskich.

Potem zdjęcia znikają, a Justyna nieoczekiwanie wprowadza się do mieszkania w Warszawie, gdzie zajmuje się powiększaniem rożnych części ciała i wrzucaniem "fotek" na media społecznościowe.

Widz obserwując dziewczynę na ekranie odkrywa jej sekret, ukrytą milość życia, której obiektem jest wlasny tyłek, namiętnie fotografowany nie bez poświęceń (zważywszy niewygody), a zdjęcia publikowane w internecie przy różnych okazjach.




Niestety jak wiele wybitnych i nietuzinkowych kobiet, Justyna pada ofiarą hejtu, który boli nieskończenie bardziej niż ciosy nawalonego Andrzeja Sz. Zresztą tak skutecznie je wyparła, że zaprzecza jakoby kiedykolwiek miały miejsce.

Najgorsi - jak łatwo zgadnąć - są katole, którym ze szczodrości serduszka zadedykowała zdjęcie swej zachwycajacej pupy na Boże Ciało czy też Wielkanoc. Podniósł sie wielki krzyk oburzenia, a przecież ona tylko chciała podzielić się nawet z nimi, tymi nienawistnikami, tym, co najdroższe jej sercu.

Fakt - myśli Justyna - nie wiedzą o tym, że towarzysze zabronili mi publikowania zdjęć gołego tyłka wśród żonkili na rocznice powstania w gettcie. Nie chcieli słyszeć o wytatuowaniu na pośladkach gwiazdy Dawida ani nawet sierpa i młota na rocznicę rewolucji październikowej...

Widz - głęboko zasmucony - odkrywa, że nawet na lewicy panuje ciemnogród i zaścianek, po czym z oczami pelnymi łez opuszcza kino.

Niestety obawiam się, że nie jest to materiał na hit. Raczej kameralne, studyjne klimaty.

niedziela, 22 września 2024

O zazdrości i mediach społecznościowych

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby zamieścić na grupie znajomych z roku zdjęcie Odry tuż przed falą kulminacyjną. Wszyscy sie przez chwilę zaniepokoili o moje bezpieczeństwo, ja ich uspokoiłam i temat sie skończył, bo nikt z nich nie jest bezpośrednio zagrożony. Jeden z kolegów jeszcze podczas trwania tego wątku wrzucił swój kolejny obraz z motywem wody i kobiecych ud, że to niby na temat. Nie wiem co mi sie stało, że uznałam za stosowne zareagować zamieszczeniem swoich prac:

Widok z wiezy katedry. Olej na dziadowskiej płycie

To samo w technice collage z tkanin

Odra jesienią. Olej na płótnie

I się zaczęło. Ludzie się ożywili i dawaj mnie chwalić na prześcigi, to ja dalej wrzucam kolejne z obszernym komentarzem, oni mi na to "są świetne, uwierz nam". Więc ja im na to, jaka to straszna klika we Wroclawiu i jak nie mogę się przebić. Tu pojawiły się inne głosy o lokalnych sitwach w instytucjach kultury i na wyższych uczelniach i w tym momencie kolega J. poczuł się dotknięty do żywego zachwytem kolegów nad moim "dorobkiem" i mówieniem o sitwach, do których trzeba należeć, aby odnieść sukces. 

Wdłuższym wywodzie zapewnił nas, że on do zadnej sitwy nie należy, a sukces odniósl dzięki talentowi i ogromnej pracowitości, a od tego kadzenia i "zalizywania się na śmierć" w ramach towarzystwa wzajemnej adoracji jest mu niedobrze. Iluś ludzi poczulo się dotkniętych, iluś próbowało załagodzić sytuację, ale sielanka sie skończyła i pewnie dobrze, bo media społecznościowe są bardziej uzależniajace niż substancje chemiczne czy hazard. Zawsze to czulam intuicyjnie i trzymałam sie od nich z daleka.

Historia ta jednak nie daje mi spokoju ze wzgledu na dwa aspekty. Pierwszy to zazdrość osób, które odniosły sukces wobec tych, którym się znacznie gorzej wiedzie. Brzmi dziwnie, ale zjawisko istnieje, czego dowodem reakcja kolegi J. na zainteresowanie moimi pracami.

Kolega J. tuz po studiach lub niedługo po został dyrektorem BWA w mieście Z. i jest nim do dnia dzisiejszego, a przy tym uznanym malarzem sprzedajacym swoje dzieła w jakimś domu aukcyjnym w "warszawce". Powstała o jego twórczości nawet praca magisterska na KULu, czym sie nie omieszkał pochwalić. Mimo tych licznych sukcesów nigdy nie ma dość atencji i zachwytów i nie może znieść, kiedy kto inny jest chwalony zamiast niego.

Drugi aspekt to uświadomienie sobie jakiejś głebokiej potrzeby wydobycia na światło dzienne wszystkiego tego, co jest zwiazane z moją twórczością - prac jako takich, ich historii oraz emocji i refleksji towarzyszących ich powstawaniu. Potrzebuję uwolnić sie nie tylko od goryczy odrzucenia, ale przede wszystkim od ciężaru tego tematu jako takiego. Mam ten talent czy go nie mam? A jesli tak to czy go zmarnowałam czy rozwinęlam itp. Jest to jakiś ciężar, który niosę, byc może fałszywy krzyż...

Dlatego drogi potencjalny czytelniku strzeż się, bo w najbliższych wpisach wyleje się to wszystko na Ciebie!