sobota, 14 lutego 2026

Ze wspomnień młodej modelki, przy okazji dnia św. Walentego...

O dniu św. Walentego dowiedziałam sie w późnej podstawówce dzięki lekturze książki Piękne Dziewczę z Perth sir Waltera Scotta. Tytuł książki to tytuł, który nadawano - chyba własnie w ów dzień - najpiękniejszej pannie w owym szkockim miasteczku.

Sama książka była mroczną opowieścią raczej nie skierowaną do 13-letniego odbiorcy i pozostała w mojej pamięci jako rozczarowanie, podobnie jak Narzeczona z Lammermoor tegoż autora, której nie zmogłam.

Tak czy siak, w mojej świadomości walentynki trafiły do przegródki z literaturą angielską, podobnie jak halloween. W tej przegródce mają swój urok jako egzotyczna ciekawostka, kiedy jednak usiłuje się je zaszczepić na rodzimym gruncie w celach komercyjnych lub w charakterze inżynierii społecznej, budzą mój gwałtowny sprzeciw. Mamy własne piękne tradycje i nie potrzebujemy implementować anglosaskich w ramach kolonizacji kulturowej.

W poprzednim wpisie wypowiedziałam się - w tonie negatywnym - o pragnieniu wielu młodych dziewcząt, by zostać modelką. Wyjaśniam więc, że mam o tym pewne pojęcie. Kiedy miałam lat 9 "zostałam zwerbowana" do prezentowania ubrań do na kiermaszu szkolnym odbywajacym sie co roku w sierpniu na placu Wolności we Wrocławiu. Moja mama była kierowniczką hurtowni papierniczej, więc była za organizację tegoż wydarzenia współodpowiedzialna. Pani "kierowniczka artystyczna", czy jak ją zwał, zmierzyła mnie krytycznie od stóp do głów i skinęła głową w geście aprobaty. "Nadaje się" orzekła krótko na użytek mojej mamy.

Zaczęłam więc moją karierę modelki - szybkie przebieranie sie w namiocie, a potem myk po schodkach na scenę, a ze sceny na wąski wybieg nad głowami ludzi. Szłam niepewnie, bo się bałam, że spadnę, a publiczność zachęcała mnie bezceremonialnie, bym sie obracała w tę czy tamtą stronę. Nie było to szczególnie przyjemne!

Dlaczego się zgodziłam wziąć w tym udział? Dla kasy oczywiście! Zarobiłam całe 300PLN, które potem zjadła (w sensie dosłownym) moja Polijka. Musiała być wtedy szczeniaczkiem, stąd wnioskuje, że był to rok 1974! (Ewentualnie rok później, wtedy ja miałabym lat 10, a Polijka ponad rok i dlatego nie przewidziałam, że zeżre mi pieniądze)

Byłam więc modelką w latach 70-tych i mam jasność, że to zajęcie nie polegajace na byciu podziwianą z powodu swojej urody, tylko raczej służenie za ruchomy manekin dla rzeczy, które ktoś usiłuje sprzedać, traktowany dość bezceremonialnie!!!

Nawet kasę straciłam  trzymając w portmonetce w kształcie pieska na zbyt niskiej półce. Polijka uznała ją za maskotkę dobrze nadającą się ćwiczenia ostrych ząbków. Z pieska została tylko głowa. Wnętrze zostało rozprute, a trzy czerwone, 100-złotowe banknoty z Waryńskim gruntownie przeżute. Rodzice uznali, że to będzie dla mnie dobra lekcja. Czego? Że nie warto zarabiać, bo i tak wszystko psi zjedzą?

Polijka w czasie swego pierwszego roku życia zjadła, pogryzła, przeżuła i zniszczyła wielokrotność mojego pierwszego zarobku i to bynajmniej nie z powodu mojej lekkomyślności, jeżeli o to chodziło  rodzicom...

Polijka, mój zwierz!

Dziesięć lat później pracowałam - już jako studentka - na tymże samym kiermaszu sprzedając na stoisku sportowym. Z zarobionej kasy kupiłam gramofon stereo i radiomagnetofon. Nie dlatego, że u nas w domu nie było, tylko z myślą o wyjeździe do Lublina. Wniosek z tej historii jest taki, że pewniejszy jest zarobek ze sprzedawania towarów potrzebnych ludziom niż swojej urody!!!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz