Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kresy wschodnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kresy wschodnie. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 grudnia 2020

Korzenie

 


Rodzice Malwinki nie mieli wszystkiego i uwielbiali o tym opowiadać swoim dzieciom. Malwinka czasem podejrzewała, że powołali je do życia, aby zapewnić sobie słuchaczy. Dziewczynki były karmione ich opowieściami niemal od niemowlęctwa, dzięki czemu rozwinęły jakże rzadką umiejętność słuchania tak bardzo nadużywaną przez wszystkich, którzy jej nie posiadają. Oboje rodzice pochodzili z Wileńszczyzny, z dwóch małych wiosek odległych o kilka kilometrów od siebie. Pod koniec pierwszej wojny światowej, na wieść o powstaniu państwa polskiego, dziadkowie Franciszek i Witalis uciekali razem z carskiego wojska, które właśnie zaczęło przekształcać się „w krasnuju armiju”, przez ogarniętą wojną i rewolucją, głodującą Rosję do swoich stron rodzinnych. Malwinka widziała oczami duszy tą rozległą płaską krainę balsamicznego powietrza, czystych jezior o tajemniczych nazwach jak Drywiaty albo Dryświaty, a nade wszystko ogromnych lasów pełnych zwierzyny, Śnieg spadał na początku listopada i leżał do maja, od siarczystego mrozu drzewa pękały z trzaskiem podobnym do wystrzału armaty, głodne wilki podchodziły do ludzkich siedzib i porywały bydło. Występowały  w kilku odmianach – największe zwano koniuchami. Taki właśnie wilk koniuch zaatakował źrebaka, ale nie zabił, gdyż musiałby ciągnąć ciężkie ciało do lasu więc chwycił zębami za gardło i prowadził ze sobą. Dostrzeżono  go na szczęście w porę i odbito źrebaka. Przeżył, a na pamiątkę tej przygody nosił do końca życia na gardle ślady wilczych zębów. Przeżyły także liczne owce wujka taty, Karola, mieszkającego w małej kolonii w lesie (nie miała na szczęście nic wspólnego z koloniami, na które zsyła się latem dzieci). Trzymał on wielkiego brytana, który szedł za wilkami, walczył z nimi, odbierał zdobycz i żywą jeszcze przynosił do domu. Któregoś dnia jednak nie wrócił. Malwinka nie mogła go odżałować, tak samo jak wilczych szczeniąt z jej ulubionej opowieści. Stary, mądry pastuch Spirydon zauważył gniazdo wilczycy w „chmyźniku” tuż obok domu taty. Nie tknął go jednak ani nikomu nie powiedział, gdyż wiedział, że wilczyca nie poluje nigdy w pobliżu gniazda i całe gromadzkie bydło jest bezpieczne. Ktoś inny jednak nie był taki mądry i zabrał wilczęta, być może chciał je wychować na wilczury. Kiedy matka to zobaczyła ogarnął ją ból i żądza zemsty prawdziwie ludzka. Szła i mordowała wszystko, co się ruszało. Nietknięte trupy gęsi, owiec i cieląt zalegały pastwiska. Tylko Spirydon rozumiał, co się stało. Mądrych wszędzie jest zbyt mało skonstatowała Malwinka.

Ludzie zamieszkujący ta krainę, prości i pobożni, mieli dziwna właściwość – wiedzieli, kiedy umrą. Najbardziej skrajnym przypadkiem był pewien znajomy dziadka Witalisa. Kiedy zorientował się, że nadeszła jego godzina, posłał po księdza, ale przypomniał sobie o dziurze w dachu. Wziął więc drabinę i zabrał się do roboty. Ksiądz widząc niedoszłego nieboszczyka na dachu bardzo się rozzłościł. Rodzina czym prędzej zaprosiła go do chaty i udobruchała poczęstunkiem, a on sam skończywszy pracę, umył się, ubrał czystą koszulę, wyspowiadał się, przyjął komunię i umarł.

 Oprócz katolików „Polaków” mieszkali tam prawosławni „Ruscy”, Żydzi i Tatarzy, wszyscy raczej ubodzy – nieurodzajna piaszczysta ziemia podzielona na małe spłachetki nie mogła ich wykarmić. Każdy dorabiał czym mógł – Żydzi handlem, Tatarzy wyprawianiem skór, inni czym popadło. W czasach pokoju  współistnieli raczej zgodnie. Zdarzały się mieszane małżeństwa. Czasem ktoś „przechodził z Ruskiego na Polaka” albo odwrotnie ze względu na wyznanie współmałżonka. Pojawienie się obcych najeźdźców zaostrzało różnice. Polacy i Tatarzy zawsze ciążyli ku Polsce, pozostali wiązali pewne nadzieje z władzą radziecką, zwłaszcza w trzydziestym dziewiątym.

Tato Malwinki dobrze pamięta ten niezwykle upalny wrzesień, kiedy zwycięska armia radziecka przyszła ich uszczęśliwić. Nikt z niezamożnych kresowych gospodarzy nigdy nie widział takiej nędzy – kołchozowe szkapy wychudzone do niemożliwości w uprzęży z powiązanych sznurków ciągnęły rozwalające się wozy. Starożytne samochody pyrkały dychawicznie i stawały, a zniechęceni „krasnoarmiejcy” porzucali je na drodze - nie było, co naprawiać. „Uszczęśliwianie” rozpoczęli od aresztowania wszystkich „panów” w tym gajowych, leśniczych i sołtysów gromadzkich. Pewnego poranka ryczenie głodnego bydła zaalarmowało sąsiadów – w ciągu jednej nocy znikli, wywiezieni w głąb Rosji, legioniści (tzn. osadnicy, którzy dostali ziemie na kresach za udział w legionach). Potem wkroczyli Niemcy. Niedobitki armii radzieckiej ukryły się w lasach tworząc partyzantkę równie uciążliwą dla miejscowej ludności. Niemcy przychodzili za dnia rekwirując konie, wozy i żywność, partyzanci nocą zabierając, co pozostało. Kiedy sowieci wkroczyli po raz drugi, przedstawiali sobą widok nieporównanie bardziej złowrogi. Uzbroili się należycie za amerykańskie pieniądze.

Młody, jasnowłosy tato Malwinki patrzy na bydlęce wagony wywożące na Sybir transport za transportem Litwinów zza nie istniejącej już północnej granicy. Niedługo on sam znajdzie się w takim samym wagonie wieziony wraz z innymi mężczyznami do „Marinskoj Autonomnoj”. Zmobilizowali wszystkich do 60 roku życia. Pieszo pognali ich do Mińska, zaopatrzyli w solonego śledzia – sztuk jeden, „kipiatok” (tzn. wrzątek) i załadowali do pociągu. Na stacji w Smoleńsku wita ich ogromny Stalin na plakacie. Ktoś ma tyle fantazji, że wtyka w jego usta objedzony rybi szkielet, tylko ogon wystaje z zachłannej paszczęki. NKWD przeprowadza śledztwo, straszy, ze będą tu stali póki ktoś się nie przyzna. Nikt się nie przyznaje. Jadą dalej. Wysiadają na stacji Susłangir za Uralem. Tam czeka ich tymczasowy obóz, gdzie mają być przeszkoleni przed wcieleniem do Armii Radzieckiej. Zastają tam przywiezionych wcześniej Mołdawian, traktowanych jeszcze gorzej. Wszyscy cierpią potworny głód. Malwinka widzi oczyma duszy śniadą rękę mołdawskiego chłopca wyciągniętą po ziemniak z przejeżdżającej „kukuszki”, Ruski podbiega i uderza go „wintowkoj” w głowę. Chłopak pada martwy na śnieg.

Na pytanie o narodowość kresowiacy nieodmiennie odpowiadają „Polak’. Ruski się wścieka.

- Kakoj ty Poliak tyż Tatar! – Wrzeszczy na Jasia Tarkowskiego.

Tylko jeden sąsiad ze wsi taty zapisuje się jako ”Biełarus” w nadziei, ze będzie lepiej traktowany. Błąd taktyczny.  „Jobannyje Poliaki” odmawiają stanowczo złożenia przysięgi na wierność Stalinowi i Związkowi Radzieckiemu. „Towariszcz komandir” wychodzi ze skóry, żeby ich skłonić do uległości – ulubionym środkiem perswazji są nadprogramowe manewry w środku nocy polegające głownie na czołganiu się po błocie. Zapewnia ich nieodmiennie, że prędzej zobaczą „biełyje miedwiedi” niż Polskę.

Kiedy przychodzi upragniony rozkaz wcielenia do Polskiego Wojska i znowu ładują ich w bydlęce wagony aby przewieść tym razem do Lublina nieszczęsny „Biełarus” stoi na peronie i  płacze – czeka go Armia Radziecka. Obok niego zrozpaczony Józef Łasowski wiejski dowcipniś, który udawał staruszka – zapuścił brodę do pasa i chodził o lasce – ma wracać do domu.

Najstarszy brat mamy, Olgierd, zmobilizowany nieco wcześniej przechodzi cały szlak od Lenino do Berlina. Młodszy, Janek, już po wojnie musi udać się na przymusowe roboty. Najpierw pracuje w kopalni w Donbasie, gdzie panuje niemożliwy głód. Kiedy górnicy wracają po pracy ze skromną porcją chleba, z nasypu zbiegają „biezprizorni’, obskakują ich po kilku na jednego, chwytają za nogi i ręce i uciekają z jedzeniem. „Biezprizorni” to dzieci bez rodzin biegające samopas. Skąd się wzięli Malwinka nie rozumie – są podobno owocami wolnej miłości propagowanej po rewolucji, cokolwiek by to mogło znaczyć. Kiedy jednak władza radziecka dostaje ich w swoje ręce, zsyła do obozów pracy, gdzie dzieci pracują pilnowane przez inne dzieci uzbrojone w karabiny i przeszkolone przez dorosłych. Ze wszystkich pomysłów władzy radzieckiej ten wydaje się Malwince najbardziej szatański.

Wujek Janek ucieka z Donbasu. Zostaje więc wysłany do Sewastopolu, portu nad Morzem Czarnym. Tam pracując przy rozładunku statków nabawia się gruźlicy. Odsyłają go do domu, bo nie przedstawia już żadnej wartości jako siła robocza.

Gruźlica to wstyd (dlaczego? – nie może zrozumieć Malwinka) więc dla dobra rodziny musi udawać okaz zdrowia – pracuje przy budowie szkoły jako brygadzista. W końcu pewnej lipcowej nocy przychodzi po niego litościwa śmierć jak wytęskniona oblubienica i uwalnia od dalszych cierpień. Malwinka oddycha z ulgą. Do tej szkoły chodzi później mama Malwinki. Pochodząc z pobożnej rodziny w wielkim poście praktykuje wstrzemięźliwość od większości pokarmów. Aby ośmieszyć podobny zabobon „pionierważataja” instruuje inne dzieci aby wołały za nią „Post podniał chwost”.

Władza radziecka wprowadza kołchozy. W ramach równouprawnienia kobiet najcięższe prace, tradycyjnie wykonywane przez dorosłych mężczyzn, zleca się dziewczętom. Nastoletnia mama Malwinki kopie zimą torf i wnosi kilkudziesięciokilowe worki z ziarnem do magazynu. Dziadek Franciszek nie doczekawszy powrotu polskiej administracji, decyduje się na „repatriację’. Znowu bydlęce wagony. Tym razem wiozą rodzinę mamy na „ziemie odzyskane”. Gdyby zawiozły ich na księżyc szok byłby nie wiele mniejszy. Nowe wyzwanie – przystosowanie. Na dźwięk tego słowa Malwinka kurczy się w sobie. Czy może być coś gorszego, niż kiedy człowiek zaczyna się wstydzić tego, kim jest i skąd pochodzi i zaczyna udawać kogoś, kim nie jest w nadziei, ze zostanie zaakceptowany? „To śmierć” myśli Malwinka ‘odcięcie korzeni”

 Opowieści rodziców wypełniają całą przestrzeń ich domu nie zostaje ani skraweczek. Problemy Malwinki i Marzenki wydają się śmieszne i nic nieznaczące przy ogromie ich cierpień. Zresztą, jakie problemy? Mają przecież wszystko.



piątek, 19 stycznia 2018

O dziurawych butach i ludziach ze wschodu

Nie zamierzałam w tym sezonie kupować nowych butów jesienno-zimowych. Mam 2 pary starych - zgrabnych, wiązanych trzewików za kostkę, na dobrej, grubej podeszwie z traktorem (uwielbiam ten fason). Niestety w obu parach na skutek wieloletniego intensywnego użytkowania zrobiła się niewielka dziura w prawym bucie. Zasadniczo mi nie przeszkadza, ale jestem świadoma, że dla wielu moich bliźnich  będzie to pierwsza i najistotniejsza informacja o mnie. Większość ludzi, która nie dostrzega starszej kobiety z wylewem siedzącej na trawniku, bez najmniejszego trudu zauważy niewielką dziurkę w moim bucie, zanim jeszcze otworzę usta. Co więcej, nawet jeśli słowa moje będą jak miód, ów kompromitujący szczegół je całkowicie unieważni. Ma to znaczenie w sytuacji, kiedy szukam pracy. Wybrałam się więc do CCC i kupiłam z moich topniejących zasobów dobre buty na wyprzedaży. Cena rewelacyjna, gumowa podeszwa, ładny fason, przyjemny nubuk, tylko jakby ciasnawe, choć mój rozmiar.

Idę więc na drugi dzień zmierzyć o numer większe i ewentualnie wymienić. Jestem tak zaaferowana, że siadając nie trafiam zadkiem na krzesło. Jako pani w średnim wieku, w eleganckim, choć starożytnym  płaszczu i takimże kapeluszu, fikająca krzepkimi odnóżami w powietrzu daję światu ucieszny prospekt. Na szczęście w sklepie jest prawie pusto. Prawie, bo jakaś przyjemna młoda twarz pochyla się nade mną. "Wsio dobre?" - pyta życzliwie. "Dobre, dobre" - zapewniam ją pośpiesznie gramoląc się na krzesło. Dziewczyna ulatnia się taktownie, żeby nie być świadkiem mojego zakłopotania. Mierząc buty śmieję się pod nosem ze swojej "przygody".

Uśmiecham się także dlatego, że lubię ludzi ze wschodu. Jakoś blisko mi do nich mentalnie. Moja rodzina pochodzi wprawdzie z kresów pn-wschodnich II RP (teraz Białoruś przy granicy z Litwą), ale Ukraińców - zwłaszcza o polskich korzeniach - nie uważam za obcych. Powiem więcej, w szkole językowej w Londynie najlepiej dogadywałam się z Chinką z Tajwanu, mimo, że grupa składała się w większości z Europejczyków Włochów, Francuzów, Szwajcarów itp.  W drodze na konferencję do Berlina poznałam w Polskim Busie dziewczynę z Kazachstanu, która zaimponowała mi znajomością języków, w tym polskiego, i rozmachem życiowym. Ona, potomkini nomadów z kazachskich stepów czuła się swobodniej i pewniej w Europie niż ja, która się tu urodziłam. Tutaj znaczy we Wrocławiu, z wykorzenionych rodziców, którzy zostawili groby swych przodków w postawskim powiecie dawnego województwa wileńskiego. Nie zapuścili korzeni. Jestem wykorzeniona w drugim pokoleniu .

Studiując na KULu poznałam wielu ludzi ze wschodniej Polski, wszyscy moi najbliżsi przyjaciele pochodzili spod wschodnich rubieży.  Zaciąganie posła Andruszkiewicza z Podlasia przyjemnie brzmi dla mojego ucha, podobnie jak język białoruski. "Po prostemu", czyli po białorusku mówiło się podobno w domu księdza Popiełuszki. Niezależnie jednak od używanego języka, każdy katolik na wschodzie zawsze uważał się i był uważany za Polaka.

 "Tuż za orłem znak pogoni, poszli nasi w bój bez broni..." Uświadamiam sobie, że dla mnie nasi są spod znaku Pogoni, dobrze sportretowani w postaci Longina Podbipięty z Ogniem i mieczem - wysoki wzrost, grube kości, krzepa, jasna pigmentacja, dobry charakter, prostoduszność i naiwność (wypisz wymaluj mój ojciec). Idą w bój, nawet jeśli nie mają broni, ich gościnność posunięta jest do granic absurdu, podobnie jak gotowość niesienia pomocy i uczynność wobec obcych...

"Białoruś to jednak północny kraj, jak Litwa i Łotwa. Ma w sobie pewną ponurość..." - takie zdanie usłyszałam na jakimś spotkaniu Klubu Ronina lub Jagiellońskiego (albo Wtorkowego) obejrzanym na YouTube. Ucieszyła mnie ta północna ponurość jak mało co, pewnie dlatego, że odnajduje ją także w sobie. Jest we mnie tęsknota za krajem przodków, za ludźmi z mojego plemienia. Umiem go sobie tak pięknie wyobrazić, że nie zniosłabym konfrontacji z postsowiecką Białorusią Łukaszenki ani z Litwą zacierającą ślady wspólnej historii.