Oglądałam wczoraj program telewizji EWTN, World Over, w którym Raymond Arroyo rozmawiał z Robertem Bennetem, dawnym prokuratorom federalnym przewodniczącym (?) komisji świeckich badającej nadużycia seksualne duchownych na początku wieku. Opowiadał między innymi o swojej wizycie w Rzymie, u kardynała Ratzingera, który rok później został papieżem. Ratzinger ewidentnie był zainteresowany i, mimo pewnych kłopotów z angielskim, zanotował sobie wszystko. Wszyscy członkowie komisji mieli wrażenie, że kardynał słyszy o tych rzeczach po raz pierwszy i chce dowiedzieć się prawdy od świeckich, bo nie może od swoich biskupów. List arcybiskupa Vigano również wskazuje, że informacje wysyłane z nuncjatur do Rzymu dziwnym trafem utykały w sekretariacie stanu i nie dochodziły wyżej.
Wszyscy pamiętamy o próbie śledztwa w kurii rzymskiej badającego zasięg homolobby, podjętej przez Benedykta XVI. Miało powstać grube dossier na ten temat. Rok później Benedykt nie był już papieżem, a sławne dossier zniknęło w tajemniczy sposób. Grupa Sankt Gallen z kardynałem McCarrickiem doprowadziła do wyboru kardynała Bergoglio, który odwdzięczył się zdejmując z niego sankcje i wysyłając na misje dyplomatyczną do Chin. Od czasu wyboru Franciszka słyszymy dziwne informacje o zmianie paradygmatu w nauce Kościoła i widzimy przymiarki do przyjęcia dyktatu tego świata. Człowiek prostoduszny - jak pisząca te słowa - może dojść do jednego wniosku: homolobby zwyciężyło, uniemożliwiło śledztwo w drodze zamachu stanu i pragnie teraz oficjalnie uznać swoją dewiację za normę, także w nauce Kościoła. Homoseksualni hierarchowie chcą oficjalnego uznania swojego prawa do organizowania haremów w seminariach, homoseksualni księża i zakonnicy chcą uznania swojego prawa do życia w homozwiązkach z współbraćmi, młodzieńcami z duszpasterstw akademickich czy ministrantami.
Kościół Katolicki, który chciał się ustrzec rozpusty wśród kleru wprowadzając celibat, skończył jako homoseksualne łowisko dla zdeprawowanych hierarchów. Kluczowe jest pytanie o skalę zjawiska.
Slyszałam o 30, 40 a nawet 50 % homoseksualistów wśród księży i od 50 do 70% wśród biskupów, przy 1 do 2% homoseksualistów w społeczeństwie. Dane dotyczyły Stanów Zjednoczonych, a reszta świata? A jak jest w Polsce? Czy co drugi ,względnie co trzeci ksiądz jest homoseksualistą i to czynnym?
Jako młoda osoba zmagającą się ze swoją nie wybraną samotnością byłam szczerze zdziwiona zupełnym brakiem tematu w nauczaniu Kościoła. Problem dotyczy przecież sporej i ciągle rosnącej liczby osób. Księża tak pełni życzliwości dla rodzin, dla osób samotnych mieli wyłącznie połajanki, że egoiści, hedoniści itp i idiotyczne porady, które miłosiernie pominę milczeniem. W świetle powyższych danych rzecz staje się zrozumiała. Jak ksiądz homoseksualista może patrzeć na normalną osobę świecką żyjącą w czystości, gdyż nie może znaleźć odpowiedniego współmalżonka ?Wyłacznie z irytacją i politowaniem - a to jeleń!
Osób samotnych jest na pewno znacznie więcej niż homoseksualistów, a temat się nigdy nie przebił. Co innego rozwodnicy, konkubenci i geje - od nich, jak się dowiadujemy, Kościół się może wiele nauczyć, gdyż żyją w rodzinach, choć nieco odbiegających od katolickiego ideału ergo bezżenny/niezamężny jeleniu i ty czyń podobnie! Przecież tylko miłość się liczy, no nie?
Jak zupełnie inaczej brzmią teraz utyskiwania pewnych duszpasterzy akademickich, że nie mogą przyciągnąć chłopaków, a tylko te dziewczyny i dziewczyny. Pewien dominikanin na łamach wdrodze stwierdził wręcz, że duszpasterstwo nie jest miejscem dla "pokręconych nastolatek". Rozumiem, że zdeprawowani nastolatkowie o jędrnych pośladkach to zupełnie inna sprawa...
Moje doświadczenie pracy w seminarium staje się zdecydowanie bardziej zrozumiałe w tym świetle. Ewidentną wrogość i lekceważenie, których wtedy doświadczyłam można bez trudu wyjaśnić mizoginią homoseksualnych mężczyzn wietrzących potencjalną konkurencję na swoich łowiskach (byłam względnie młoda i ładna).
Zrozumiałe staje się owo płomienne zaangażowanie wielu duchownych w uznanie homoseksualizmu za normę, choć problem jest zupełnie marginalny w społeczeństwie w porównaniu np. z epidemią tzw singli, która jakoś nie jest tak wdzięcznym tematem. Pasterze pasący samych siebie. Miłość, miłość, miłość dla wszystkich z wyjątkiem neopelagiańskich rygorystów i konserwatywnych faryzeuszy.
"In the lovely land of loving it is lovely to be loved" jak śpiewa Frank the hippie w luterańskiej satyrze na YouTube. Ty, samotny jeleniu, zaadoptuj przygarść niepełnosprawnych dzieci, a ja będę chędożyć nowicjuszy - jedno i drugie jest wyrazem tej samej miłości, czyż nie?
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Bennet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Bennet. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 11 września 2018
Subskrybuj:
Posty (Atom)