Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dręczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dręczenie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 września 2020

"Królestwo moje nie jest z tego świata", czyli demon uwielbia nasze aspiracje.

Wczoraj słuchałam bardzo interesującego materiału na YouTube - świadectwa p. Aleksandry Wojciechowicz o jej duchowych doświadczeniach w Karmelu. Co prawda szczegółów żadnych tam nie było, ale uderzył mnie jeden wątek -  głębokie rozczarowanie faktem, że oddała Bogu swoje życie, a ten dopuścił, aby została zwiedziona przez demona imitującego nadzwyczajne łaski. Gorzka konstatacja, że oddanie się w ręce Bogu oznacza nieudane życie (w sensie jak to zwykle rozumiemy). P. Aleksandra marzyła za młodu, żeby być sławną artystką i nawet jej życie układało się w tym kierunku, gdyż została nauczycielem akademickim na jakiejś artystycznej uczelni. Nawrócenie i lektura Małej Tereski popchnęły ją w kierunku życia zakonnego. Tej decyzji jednak towarzyszyła ambicja bycia wielką świętą. 

Demon uwielbia nasze ambicje, niestety. Łatwo nas tu podejść, bo cóż jest grzesznego  w pragnieniu rozwijania darów danych od Boga? Można nawet podeprzeć się ewangeliczną przypowieść o talentach i obawą przed ich zakopaniem w ziemię.

Kiedy p. Aleksandra zrozumiała co jej się przydarzyło, zdecydowała się opowiedzieć o tym Kościołowi w osobie spowiednika i przełożonej. Została zwolniona z obowiązku wielogodzinnej modlitwy i odesłana na furtę. Wróciła do siebie dzięki kontaktowi z ludźmi i ich cierpieniem. 

Pewnego razu w jakimś piśmie katolickim zobaczyła na jednej stronie zdjęcie zakonnicy z dziećmi, a na drugiej wywiad z Kilarem, który dziękuje Bogu za swoje udane i spełnione życie. To była dokładnie jej idea życiowego sukcesu, natomiast zakonnica z gitarą i nadwagą otoczona dziateczkami znajdowała się na przeciwnym biegunie. Wtedy właśnie młoda kobieta zrozumiała, że oddając życie Bogu ryzykujemy, że będzie ono nieudane nie tylko w oczach świata, ale - co znacznie bardziej przykre - w naszych własnych. Tu zakrzyknęłam: Eureka! To jest dokładnie moje doświadczenie i jestem szczęśliwa, że ktoś inny ubrał je w słowa.

Wiele słyszałam świadectw ludzi, którzy oddając się Bogu znaleźli męża/żonę, dobrą pracę, dom i gromadę dziateczek - wszystko co składa się na popularny obraz szczęścia i udanego życia. Ten sielski obrazek torturował mnie latami. Był źródłem większej udręki niż to, co mi się przydarzało .

W końcu ktoś wypowiedział tę oczywistość "Królestwo moje nie jest z tego świata". Dążenie do sukcesu w rozumieniu ludzkim i oddanie się Bogu są fundamentalnie sprzeczne i nie do pogodzenia! Nie można jednocześnie chcieć się przypodobać Bogu i światu, to po prostu nie jest możliwe!!! Trzeba się zdecydować!!! Rezygnacja ze swoich ambicji i pragnień nie jest łatwa, nikt nie tęskni za upokorzeniem. Gdybyśmy się jednak na to zgodzili, demon miałby ciężki orzech do zgryzienia.

P. Aleksandra stwierdziła bez przekonania, że Bóg może wynagrodzić gotowość oddania się mu w całości np przez awans na przełożoną albo coś w tym rodzaju. Myślę jednak, że nie należy na to liczyć.

Tak więc drogi potencjalny czytelniku jeśli oddałeś swą przyszłość Bogu, a nie tylko żaden z twoich problemów się nie rozwiązał, lecz także zostałeś wpuszczony w kanał przez podążenie za czymś, co wziąłeś za natchnienie Ducha Św. to wiedz, że to jest NORMA i nie jesteś sam w tym doświadczeniu.

niedziela, 21 maja 2017

Ewangeliczna scena u wrocławskich dominikanów

Dziś na mszy (o 12.00) u dominikanów byłam światkiem niezwykłego zjawiska (piszę to bez ironii).

Oto pewna kobieta z dużą ilością szmat na głowie podwiązanych szalem pod brodą (żeby nie spadły) weszła lekko spóźniona i usiadła na ławce pod ścianą prezbiterium mniej więc w połowie jego długości. Odwróciła się kilkakrotnie przez ramię jakby sprawdzała czy ktoś za nią idzie. Ekstrawagancja jej stroju - dziwne "nakrycie głowy", dużo za duże męskie buty, coś dziwnego na nogach (w funkcji rajstop) - nie mogły nie zwracać uwagi wiernych, w tym mojej. Bardziej zastanawiające było jednak jej zachowanie - co pewien czas z dużą złością okładała pięścią swoją torebkę przewieszoną przez ramię albo energicznie kopała powietrze przed sobą. Raz nawet gniewnie szczerząc zęby pobiegła w kierunku kogoś, kto - jak mi się wydawało - z nią przyszedł i został nieco w tyle . Potem zaczęła przesuwać się wzdłuż ławki biegnącej pod ścianą prezbiterium w kierunku absydy,  aż zbliżyła się do ołtarza najbliżej jak to możliwe dla wiernego podczas mszy. Tam znacząco się uspokoiła. Jej zachowanie - poza kilkoma ciosami wymierzonymi torebce - nie odbiegało od normy, a nawet nacechowane było budującym skupieniem i pobożnością. Do komunii nie przystąpiła, ale pozostała na klęczkach modląc się przytulona bokiem do ściany, żeby nie blokować przejścia.

Bardzo poruszyła mnie ta osoba robiąca wrażenie psychicznie chorej, a w każdym razie poważnie zaburzonej. Wiem z doświadczenia jaką udrękę może powodować lekka nerwica, więc mogę sobie wyobrazić czym jest choroba psychiczna. To zapewne najstraszniejsze cierpienie jakie istnieje, przy którym największy ból fizyczny wydaje się pieszczotą.

Tylko czym właściwie jest owa choroba psychiczna? Kobieta, o której piszę ewidentnie zmagała się z jakimś niewidzialnym bytem, który z nią przyszedł i ją atakował. To jemu wymierzała ciosy i kopniaki i jego chciała przegonić szarżą z wyszczerzonymi zębami. Im bliżej była ołtarza (i tabernakulum) tym mniej ów byt miał odwagi ją zaczepiać. Nawet jej przedziwne nakrycie głowy może być uznane za całkowicie racjonalne, jeśli potraktować je jako rodzaj hełmu chroniącego głowę przed atakiem albo wtargnięciem niewidzialnego wroga.

Często się słyszy, że chorzy psychicznie cierpią na urojenia. A skąd wiadomo, że to są urojenia? Czy istnieje jakakolwiek metoda naukowa, która jest w stanie odróżnić urojenie od bytu duchowego? Doświadczenie istnienia duchów właściwe jest wszystkim kulturom i religiom. Dlaczego nas miałoby nie dotyczyć? Dlatego, że znamy mikroskop i nic pod nim nie widać?

Jeśli przyjąć, że byty duchowe istnieją jak poucza nas Kościół (w każdy razie tak nauczał od początku swego istnienia aż do niedawna) i że obecność Chrystusa w sakramencie ołtarza jest rzeczywista, to byłam świadkiem iście ewangelicznej sceny.
Oto pewna kobieta od lat cierpiąca od złego ducha usłyszała (albo przypomniała sobie) o Jezusie z Nazaretu i tak sobie mówiła: "Gdybym chociaż mogła podejść blisko niego, może opuści mnie mój prześladowca" Owinęła sobie głowę szmatami, aby zły nie mógł zawładnąć jej umysłem, ten jednak szarpał ją i groził,  a przy tym podburzał ludzi przeciwko niej. Ona jednak opędzając się ciosami i kopniakami od swego dręczyciela przedarła się tak blisko Jezusa jak to tylko możliwe i tam upadła na kolana nie śmiąc go dotknąć.  "Jezusie synu Dawida ulituj się nade mną" wołała bezgłośnie w swoim sercu kiedy inni podchodzili do jego stołu. 
Niestety nie wiem, co Jezus jej odpowiedział, ale widziałam, że duch dręczący niewiastę wyraźnie się zacukał.