Rzetelne okadzenie domu i zaśpiewanie kilku kolęd reaktywowało przyczajone ukraińskie demony z góry. Zamiast spokojnie składać kałasze, drony czy inne bomby i ostrożnie odkładać narzędzia - jak przez ostatnie kilka dni - wypuściły z wora bachora-zagłuszacza, który teraz tłucze się mi nad głową.
Dzień zaczął się dla mnie jakąś dziwną migreną, która znikła pod wpływem rześkiego, mroźnego powietrza już w drodze do kościoła. Znowu poszłam na 12 i znowu tego żałowałam.
Kazanie (mam na myśli to drugie) o. Marcina OSPPE nacechowane było wewnętrzną sprzecznością. Mamy twarde karki, więc Pan Bóg musi nam dawać trudne doświadczenia, aby nas ugiąć, abyśmy przestali chodzić swoimi ścieżkami i wieść wymyślone przez siebie (znaczy nieuzgodnione z Nim?) życie. Niektórzy po tych doświadczeniach znowu się prostują - znaczy recydywa, niektórzy chodzą przygięci. Ci przygięci to - o ile dobrze rozumiem - nawróceni trwale.
Jednocześnie gdzieś przy końcu pada stwierdzenie, że mamy dziękować za nasze życie, bo ono jest najlepsze, jakie mogliśmy mieć. Więc jak, mamy optymalne życie, a trudne doświadczenia są jego integralną częścią czy też mamy porypane życie z powodu twardych karków, które muszą być zgięte trudnymi doświadczeniami? Ergo, gdyby nasze karki były bardziej elastyczne, wiele bolesnych doświadczeń by nas ominęło?
Przykro mi, ale to się nie schodzi. Wynika z tego, że życie ludzi znających i pełniących wolę bożą jest wolne od trudu i cierpienia, a przecież tak nie jest. Znamy biografie świętych i są one pełne przykrych doświadczeń ponad zwykłą miarę.
Poza tym, jeśli o.Marcin tak dokładnie zna wolę bożą, że nic innego nie robi, tylko ją wypełnia, to pogratulować. Większość z nas maluczkich nie ma w tej kwestii takiej jasności i musi używać zdrowego rozsądku. Rozumiem, że jak nie trafimy, to bęc - trudne doświadczenie?
To przypomina trening Arii Stark z Gry o Tron, kiedy odebrano jej wzrok, aby nauczyła się walczyć w całkowitych ciemnościach... Nie wiem jak inni wierni, ale ja chyba nie odniosłam duchowej korzyści z tej nauki...
Być może tego rodzaju sprzeczne wewnętrznie kazania są głoszone z myślą o ludziach, którzy słuchają tylko przez chwilę. Kaznodzieja zdaje się na Boga, jakie ziarno padnie na jaką glebę. Ktoś usłyszy, że ma optymalne życie i powinien być wdzięczny, a ktoś inny, że trudności, których właśnie doświadcza są skutkiem jego "twardego karku" i w ten sposób każdy ma się nad czym zastanawiać.
Problem stanowią słuchowcy wdrożeni do uważnego słuchania dowolnie długich wypowiedzi i wychwytywania istotnych informacji. Słyszą całość, a ona nie ma sensu. O. Marcin nie jest bynajmniej jedynym autorem tego rodzaju homilii. Istnieją nawet księża, którzy wygłaszają kazania w jaskrawej opozycji do czytań!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz