Zauważyłam pewną interesującą zbieżność - rewolucje/rewolucjoniści/ nienawidzą chłopów. Rewolucja francuska dokonała ludobójstwa w Vandei - głównym "targetem" były kobiety w wieku reprodukcyjnym, aby nie było następnego pokolenia katolickich chłopów w tym regionie. Słusznie uznawane jest ono za pierwszy w historii Europy masowy mord na taką skalę. Stalin podobno sam się chwalił, że w Rosji zabito ok. 10 milionów "kułaków", liczba ofiar głodu na Ukrainie waha się między 3 a 10 mln (nie ma wiarygodnych statystyk). Po wojnie komuniści przypuścili atak na chłopów we wszystkich krajach zewnętrznego imperium i nowych republikach radzieckich. Wśród nich podejrzewam jest najwięcej ofiar komunistycznego terroru.
Polscy chłopi są obecnie ofiarą medialnej nagonki wyznawców holokaustu - filmy (także te wyprodukowane w Polsce) przedstawiają ich jako prymitywne krwiożercze bestie mordujące Żydów i przywłaszczające sobie ich mienie. Wyznam szczerze - nie wierzę w ani jedno słowo z owych oskarżeń (statystyk na potwierdzenie nie ma ). Myślę, ze historia Kosińskiego jest dobrym przykładem ich wiarygodności. Jego zamożna rodzina zamieszkała na czas wojny w pewnej wsi, matka wynajęła nawet służącą do sprzątania. Przechowali się bez problemów, pod koniec wojny ojciec przystał do komunistów, których poinformował o kontaktach mieszkańców wsi z AK, co skończyło się dla nich w łatwy do przewidzenia sposób. AK wydało na niego wyrok śmierci za zdradę więc uciekł z rodziną na ziemie odzyskane. Tam został dyrektorem nie pamiętam czego
- cala historia jest dokładnie opisana w Czarnym ptasiorze Joanny Siedleckiej. Synalek natomiast wymyślił na użytek czytelnika amerykańskiego jakąś sado-masochistyczną pornografię p.t. Malowany ptak celem autopromocji. Na szczęście poznano się na nim i hochsztaplerowi nie pozostało nic innego tylko założyć sobie na głowę plastikowy worek w wannie i zakończyć nędzne życie, dla ratowania którego polscy chłopi onegdaj ryzykowali swoim i swoich rodzin. Podobną drogą zdaje się zmierzać Gross i jeśli się nie opamięta może podobnie skończyć.
Jakie szanse obrony swojego dobrego imienia ma polski chłop w porównaniu z żydowskim hochsztaplerem zaczepionym na prestiżowym amerykańskim uniwersytecie, z nieograniczonym dostępem do mediów - o zasięgu światowym - obsługujących przemysł holokaustu? Dokładnie takie same jak wieśniacy z Vandei w zestawieniu z rewolucyjnym terrorem, rosyjscy "kułacy" czy ukraińscy chłopi, których okradziono nawet z ziarna na zasiew.
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
środa, 5 października 2016
poniedziałek, 3 października 2016
W najlepszym towarzystwie, czyli o anty-polskiej propagandzie słów kilka
Obejrzałam "Idę" Pawlikowskiego, onegdaj nagrodzoną Oskarem. Generalnie mam za słabe nerwy, żeby oglądać tzw. "holocaust movies" robione z żydowskiego punktu widzenia. W tym przypadku jednak słyszałam m.in., że film jest warsztatowo wybitny, a racje bohaterek subtelnie wyważone.
Po obejrzeniu mam całkowitą pewność, że gdyby nie przedstawienie polskich chłopów jako krwiożerczych prymitywów, pies z kulawą nogą nie zwróciłby na owe dzieło uwagi. Z ciekawości przeczytałam wiele recenzji na stronach anglojęzycznych, z których wynika, że widz zagraniczny może odbierać film jako dziwnie piękny, bo nie rozumie o co w nim chodzi. Może to i lepiej. Muszę uczciwie przyznać, że mnie nie zachwyciło nic: ani zdjęcia, na których dolna krawędź kadru odcina bohaterom wierzchołki głów (drgająca kamera pokazująca lampy i sufity przyprawiała mnie o chorobę lokomocyjną), ani gra aktorów, ani scenariusz. Pan Pawlikowski jawi mi się jako subtelniejsza odsłona Grossa, który z braku zainteresowanie dla swoich uczciwych książek, zabrał się za temat który gwarantował sukces wydawniczy, recenzje i pracę na renomowanym uniwersytecie (Princeton).
Właściwie sam Gross jest dla mnie postacią z opowieści, a właściwie moralitetu, w którym do człowieka głodnego sukcesu przychodzi diabeł i oferuje mu wszystko - uznanie, pieniądze, stanowisko - za drobiazg - oplucie kraju, z którego pochodzi i ludzi, którzy (między innymi) uratowali życie jego ojcu z narażeniem swojego. Cena wydaje się niska, a diabeł na razie wywiązuje się ze swoich zobowiązań. Jaki będzie finał tej historii jeszcze nie wiemy, jednak przykład Jerzego Kosińskiego (autora Malowanego ptaka i plagiatu p.t. Wystarczy być), który zawarł podobny deal pokazuje, że nie koniecznie happy end.
Zainteresowałam się tematem stosunków polsko - żydowskich pod wpływem promocji najnowszej książki Pawła Lisickiego Krew na naszych rękach?. Autor przytoczył historię profesora Richarda C. Lukasa, który napisał "Forgotten holocaust" uczciwą naukową pracę o losie Polaków w czasie wojny i okupacji. Mimo, że pozbawiona jakichkolwiek antysemickich akcentów, książka rozpętała burzę wśród tzw. "historyków holokaustu". Autora próbowano zniszczyć za sprofanowanie terminu zarezerwowanego dla narodu wybranego przez odniesienie go do goyim - bydląt o ludzkich twarzach. Próbowano odebrać mu wcześniej przyznaną przez ADL nagrodę, przestano zapraszać.
Przyznam, że nie zdawałam sobie sprawy ze skali kłamstw i oszczerstw, których dopuszczają się środowiska żydowskie w Ameryce. Jest to proces sięgający co najmniej początku ubiegłego wieku. Już Gilbert Keith Chesterton pisał o wysiłkach potężnego i wpływowego międzynarodowego żydostwa próbującego nie dopuścić do wskrzeszenia państwa polskiego po I wojnie światowej. Wtedy też po raz pierwszy padła liczba 6 milionów zabitych Żydów. Podobno wzięta jest z Talmudu Babilońskiego - tylu musi zginąć aby odrodził się Izrael.
Zohydzanie Polski za pomocą hollywoodzkich filmów trwało w najlepsze od pierwszych dni września 1939, co opisał Biskupski w "Holywood war on Poland 1939-1944". Autor jednej z recenzji tej bardzo solidnie udokumentowanej pracy zauważył, że ta wojna trwa nadal, mimo, że wskazane przez Biskupskiego powody (dobre relacje z Sowietami, komunistyczne sympatie producentów) przestały istnieć. Jest więc dla mnie jasne, ze nienawiść do Polski i Polaków była pierwsza, a szukanie powodów ma charakter wtórny.
Pewien nawiedzony pastor Stevenson (o ile dobrze pamiętam) tezę o skłonności Żydów do kłamstwa popiera odnośnym biblijnym cytatem (którego nie pamiętam); Jego film Marching to Zion jest właściwie protestancką wersją "Jewish revolutionary spirit" E. Michaela Jonesa. Teza jest bardzo podobna - naród pierwszego wybrania odrzucił Logos/ Prawdę w osobie Jezusa opowiadając się po stronie chaosu i kłamstwa - stąd jego usilne dążenie do zniszczenia cywilizacji zachodu opartej na chrześcijaństwie poprzez m.in. nieustanną manipulację.
W filmie robionym z protestanckiego punktu widzenia cytowane są te same fragmenty Talmudu Babilońskiego, co w książce Jonesa - Maria jest ladacznicą, ojcem Jezusa jest rzymski żołnierz zwany Panthera, a on sam przebywa w piekle smażąc się we wrzących ekskrementach. Słowem jest to niewybredna, wyjątkowo ohydna antychrześcijańska propaganda. Nienawiść do odrzuconego Mesjasza i jego wyznawców jest więc znacznie wcześniejsza niż państwo polskie, a nawet inwazja Słowian w Europie. Kiedy więc Żydzi nas zniesławiają, jesteśmy w najlepszym towarzystwie jakie można sobie wyobrazić.
Pastor Stevenson posuwa się nawet do stwierdzenie, ze holokaust to dopiero będzie, kiedy Żydzi się nie nawrócą i wszyscy razem spłoną w ogniu piekielnym. Muszę wyznać, że zaniepokoiłam się nieco o przyszłość tego młodego człowieka pomna na los dr Dariusza Ratajczaka, który ośmielił się zacytować co właściwie twierdza rewizjoniści. Po jego tajemniczej śmierci GW napisała "znaleziono ciało kłamcy oświęcimskiego".
Po obejrzeniu mam całkowitą pewność, że gdyby nie przedstawienie polskich chłopów jako krwiożerczych prymitywów, pies z kulawą nogą nie zwróciłby na owe dzieło uwagi. Z ciekawości przeczytałam wiele recenzji na stronach anglojęzycznych, z których wynika, że widz zagraniczny może odbierać film jako dziwnie piękny, bo nie rozumie o co w nim chodzi. Może to i lepiej. Muszę uczciwie przyznać, że mnie nie zachwyciło nic: ani zdjęcia, na których dolna krawędź kadru odcina bohaterom wierzchołki głów (drgająca kamera pokazująca lampy i sufity przyprawiała mnie o chorobę lokomocyjną), ani gra aktorów, ani scenariusz. Pan Pawlikowski jawi mi się jako subtelniejsza odsłona Grossa, który z braku zainteresowanie dla swoich uczciwych książek, zabrał się za temat który gwarantował sukces wydawniczy, recenzje i pracę na renomowanym uniwersytecie (Princeton).
Właściwie sam Gross jest dla mnie postacią z opowieści, a właściwie moralitetu, w którym do człowieka głodnego sukcesu przychodzi diabeł i oferuje mu wszystko - uznanie, pieniądze, stanowisko - za drobiazg - oplucie kraju, z którego pochodzi i ludzi, którzy (między innymi) uratowali życie jego ojcu z narażeniem swojego. Cena wydaje się niska, a diabeł na razie wywiązuje się ze swoich zobowiązań. Jaki będzie finał tej historii jeszcze nie wiemy, jednak przykład Jerzego Kosińskiego (autora Malowanego ptaka i plagiatu p.t. Wystarczy być), który zawarł podobny deal pokazuje, że nie koniecznie happy end.
Zainteresowałam się tematem stosunków polsko - żydowskich pod wpływem promocji najnowszej książki Pawła Lisickiego Krew na naszych rękach?. Autor przytoczył historię profesora Richarda C. Lukasa, który napisał "Forgotten holocaust" uczciwą naukową pracę o losie Polaków w czasie wojny i okupacji. Mimo, że pozbawiona jakichkolwiek antysemickich akcentów, książka rozpętała burzę wśród tzw. "historyków holokaustu". Autora próbowano zniszczyć za sprofanowanie terminu zarezerwowanego dla narodu wybranego przez odniesienie go do goyim - bydląt o ludzkich twarzach. Próbowano odebrać mu wcześniej przyznaną przez ADL nagrodę, przestano zapraszać.
Przyznam, że nie zdawałam sobie sprawy ze skali kłamstw i oszczerstw, których dopuszczają się środowiska żydowskie w Ameryce. Jest to proces sięgający co najmniej początku ubiegłego wieku. Już Gilbert Keith Chesterton pisał o wysiłkach potężnego i wpływowego międzynarodowego żydostwa próbującego nie dopuścić do wskrzeszenia państwa polskiego po I wojnie światowej. Wtedy też po raz pierwszy padła liczba 6 milionów zabitych Żydów. Podobno wzięta jest z Talmudu Babilońskiego - tylu musi zginąć aby odrodził się Izrael.
Zohydzanie Polski za pomocą hollywoodzkich filmów trwało w najlepsze od pierwszych dni września 1939, co opisał Biskupski w "Holywood war on Poland 1939-1944". Autor jednej z recenzji tej bardzo solidnie udokumentowanej pracy zauważył, że ta wojna trwa nadal, mimo, że wskazane przez Biskupskiego powody (dobre relacje z Sowietami, komunistyczne sympatie producentów) przestały istnieć. Jest więc dla mnie jasne, ze nienawiść do Polski i Polaków była pierwsza, a szukanie powodów ma charakter wtórny.
Pewien nawiedzony pastor Stevenson (o ile dobrze pamiętam) tezę o skłonności Żydów do kłamstwa popiera odnośnym biblijnym cytatem (którego nie pamiętam); Jego film Marching to Zion jest właściwie protestancką wersją "Jewish revolutionary spirit" E. Michaela Jonesa. Teza jest bardzo podobna - naród pierwszego wybrania odrzucił Logos/ Prawdę w osobie Jezusa opowiadając się po stronie chaosu i kłamstwa - stąd jego usilne dążenie do zniszczenia cywilizacji zachodu opartej na chrześcijaństwie poprzez m.in. nieustanną manipulację.
W filmie robionym z protestanckiego punktu widzenia cytowane są te same fragmenty Talmudu Babilońskiego, co w książce Jonesa - Maria jest ladacznicą, ojcem Jezusa jest rzymski żołnierz zwany Panthera, a on sam przebywa w piekle smażąc się we wrzących ekskrementach. Słowem jest to niewybredna, wyjątkowo ohydna antychrześcijańska propaganda. Nienawiść do odrzuconego Mesjasza i jego wyznawców jest więc znacznie wcześniejsza niż państwo polskie, a nawet inwazja Słowian w Europie. Kiedy więc Żydzi nas zniesławiają, jesteśmy w najlepszym towarzystwie jakie można sobie wyobrazić.
Pastor Stevenson posuwa się nawet do stwierdzenie, ze holokaust to dopiero będzie, kiedy Żydzi się nie nawrócą i wszyscy razem spłoną w ogniu piekielnym. Muszę wyznać, że zaniepokoiłam się nieco o przyszłość tego młodego człowieka pomna na los dr Dariusza Ratajczaka, który ośmielił się zacytować co właściwie twierdza rewizjoniści. Po jego tajemniczej śmierci GW napisała "znaleziono ciało kłamcy oświęcimskiego".
niedziela, 10 lipca 2016
Najbardziej denerwujące aspekty "Gry o tron"
Po pierwsze: zastąpienie Chrześcijaństwa w powieści inspirowanej średniowieczem wymyśloną przez autora nieudolną parodią tej religii. Zamiast Trójcy Św. siedem aspektów bóstwa, sept zamiast kościoła, septon zamiast księdza, siedmioramienna gwiazda zamiast krzyża. Wcielenia nie było, ale karykatury zakonów bezinteresownie spełniających czyny miłosierdzia są. Co motywuje tych ludzi? Ano przekonanie, ze istnieje coś większego od nas. Jakoś nigdzie na świecie, nigdy w historii takie przekonanie nie doprowadziło do powstania instytucji dla nas - wychowanych w cywilizacji chrześcijańskiej - oczywistych jak szpitale, hospicja, uniwersytety itp. W naturalnych religiach wschodu cierpiących zostawia się swojemu losowi, bo muszą przepracować złą karmę. Skąd się wziął etos rycerski nie wie nikt, nic więc dziwnego, że wielu bohaterów z niego podrwiwa.
Po drugie: w wersji filmowej doczepiono do wątków zaczerpniętych z powieści pornograficzne i sado-masochistyczne przerywniki - sceny burdelowo - kopulacyjne, tortur i inne obrzydlistwo nijak mające się do literackiego pierwowzoru.
Po trzecie: wyjątkowo obrzydliwy język zwłaszcza w polskim przekładzie.
Po czwarte: smutne karykatury zamiast niektórych bardzo interesujących bohaterów literackich jak np Tyrion Lanister. W powieści na pierwszy plan wysuwa się jego inteligencja, wrażliwość i udręka, w filmie widzimy satyra i kiepskiego żartownisia, sztywniaczka pozującego na luzmena, który "obrabia" kilka panienek w ciągu nocy (podesłanych mu przez brata)
Po piąte: przerabianie bohaterów na homoseksualistów. Yara czy też Asha Greyjoy, która zamierza "wychędożyć cycki" półnagiej dziewczyny wiadomej profesji czy sir Loras Tyrell golący nożem klatkę piersiową Renleya Baratheona, a następnie rozpinający mu spodnie itp. W powieściach albo nie ma żadnego uzasadnienia dla takich scen, albo jest bardzo wątłe.
Po szóste: eliminowanie interesujących wątków powieściowych na rzecz wziętych z zadu i na dodatek bardzo obrzydliwych. W 2 sezonie wyrzucono scenę, w której pijany "Hound" domaga się od przerażonej Sansy pieśni, chyba w obawie, żeby nie "push their relatonship over the edge". Internauci ze zgrozą zauważają, że "he's sort of holding her hand!". W powieści Sandor Clegane rzuca Sansę na jej własne łoże i przystawia nóż do gardła. Jego twarz jest tak blisko, że dziewczyna zamyka oczy w oczekiwaniu na pocałunek, który jednak nie następuje. Sansa śpiewa, a następnie dotyka jego policzka, na którym oprócz krwi wyczuwa inny rodzaj wilgoci - łzy. Jest w tym wątku wielkie napięcie, bardzo inspirujące, o czym świadczy dostępna w Internecie twórczość fanów.
W filmie natomiast niewinna Sansa zostaje wydana na łup Ramsayowi Boltonowi, który ją bezceremonialnie gwałci, a następnie znęca się nad nią przez cały sezon 5. Rzecz jest nie do oglądania dla widzów o normalnej wrażliwości.
Po siódme: kretyńskie i nie zrozumiałe z punktu widzenia logiki zmiany jak pojedynek Brienne i "Hounda" zakończony jego "unieszkodliwieniem" i porzuceniem przez Aryę. Oboje aspirowali do opieki nad nią choć może z nieco innych powodów. W wyniku tego starcia dziewczynka musi radzić sobie sama. Dlaczego widz musi patrzeć jak jego ulubiony bohater kopie jego ulubioną bohaterkę w krocze, o okładaniu pięścią po twarzy nie wspominając? Czy istnieje człowiek, dla którego takie sceny są wizualnie atrakcyjne?
Po ósme: epatowanie przemocą i okrucieństwem. Jest tego pełno we wszystkich odcinkach - kiedy mogę wszystkie takie sceny przesuwam, chyba, że występują w nich moi ulubieni bohaterowie. Nie wiem dlaczego podczas wędrówki Aryi i Hounda ten ostatni musiał zabić i okraść wieśniaka, który zaoferował im gościnę. Jeżeli twórcy chcieli pokazać pogwałcenie praw gościnności to "Red Wedding" czyli zarżnięcie bezbronnych gości na uczcie weselnej powinno ich usatysfakcjonować.
Po dziewiąte: przekraczanie granic tego, co można pokazać. Nie liczyłam scen oddawania moczu we wcześniejszych sezonach, ale było ich dość sporo - zwykle nogi widziane od tyłu i strumień skierowany do zbiornika wodnego, W sezonie 6 nieszczęsny Rory McCann musi wyciągać przyrodzenie na oczach widza i odlewać się frontem do niego. Czy może mi ktoś wytłumaczyć czemu to ma służyć? Czy w sezonie 7 zobaczymy defekację w całej krasie, w zbliżeniu?
Po dziesiąte: zwykła podprogowa indoktrynacja, obecna w całej popkulturze -rozpustni bohaterowie są cool, cnotliwi śmieszni albo żałośni, cyniczni są uczciwi, idealistyczni upadają. Niekontrolowanie swoich instynktów jest przejawem wolności, panowanie nad nimi to rodzaj zniewolenia (wątek Jona Snowa) Ludzie poważnie traktujący swoją wiarę są groźni, oddający się magii - święci itp.
Ogólne wrażenie jest takie, że twórcom serialu nie chodzi o zekranizowanie cyklu powieści nie pozbawionych pewnych walorów, tylko pokazanie jak największej ilości scen przekraczających wszelkie granice. Widz musi zobaczyć wyrwaną z ciała rękę, liczne odrąbane głowy, sprawianie jelenia, załatwianie potrzeb fizjologicznych kopulacje we wszystkich możliwych układach, homoseksualny seks itp. Co gorsza (dla słuchowców) jego uszy bombardowane są językiem obrzydliwszym od wszystkich scen gwałtu i przemocy razem wziętych.
Jestem szczęśliwa, że póki co nasze zmysły powonienia, smaku i dotyku są niedostępne dla zdemonizowanych twórców pop kultury.
Po drugie: w wersji filmowej doczepiono do wątków zaczerpniętych z powieści pornograficzne i sado-masochistyczne przerywniki - sceny burdelowo - kopulacyjne, tortur i inne obrzydlistwo nijak mające się do literackiego pierwowzoru.
Po trzecie: wyjątkowo obrzydliwy język zwłaszcza w polskim przekładzie.
Po czwarte: smutne karykatury zamiast niektórych bardzo interesujących bohaterów literackich jak np Tyrion Lanister. W powieści na pierwszy plan wysuwa się jego inteligencja, wrażliwość i udręka, w filmie widzimy satyra i kiepskiego żartownisia, sztywniaczka pozującego na luzmena, który "obrabia" kilka panienek w ciągu nocy (podesłanych mu przez brata)
Po piąte: przerabianie bohaterów na homoseksualistów. Yara czy też Asha Greyjoy, która zamierza "wychędożyć cycki" półnagiej dziewczyny wiadomej profesji czy sir Loras Tyrell golący nożem klatkę piersiową Renleya Baratheona, a następnie rozpinający mu spodnie itp. W powieściach albo nie ma żadnego uzasadnienia dla takich scen, albo jest bardzo wątłe.
Po szóste: eliminowanie interesujących wątków powieściowych na rzecz wziętych z zadu i na dodatek bardzo obrzydliwych. W 2 sezonie wyrzucono scenę, w której pijany "Hound" domaga się od przerażonej Sansy pieśni, chyba w obawie, żeby nie "push their relatonship over the edge". Internauci ze zgrozą zauważają, że "he's sort of holding her hand!". W powieści Sandor Clegane rzuca Sansę na jej własne łoże i przystawia nóż do gardła. Jego twarz jest tak blisko, że dziewczyna zamyka oczy w oczekiwaniu na pocałunek, który jednak nie następuje. Sansa śpiewa, a następnie dotyka jego policzka, na którym oprócz krwi wyczuwa inny rodzaj wilgoci - łzy. Jest w tym wątku wielkie napięcie, bardzo inspirujące, o czym świadczy dostępna w Internecie twórczość fanów.
W filmie natomiast niewinna Sansa zostaje wydana na łup Ramsayowi Boltonowi, który ją bezceremonialnie gwałci, a następnie znęca się nad nią przez cały sezon 5. Rzecz jest nie do oglądania dla widzów o normalnej wrażliwości.
Po siódme: kretyńskie i nie zrozumiałe z punktu widzenia logiki zmiany jak pojedynek Brienne i "Hounda" zakończony jego "unieszkodliwieniem" i porzuceniem przez Aryę. Oboje aspirowali do opieki nad nią choć może z nieco innych powodów. W wyniku tego starcia dziewczynka musi radzić sobie sama. Dlaczego widz musi patrzeć jak jego ulubiony bohater kopie jego ulubioną bohaterkę w krocze, o okładaniu pięścią po twarzy nie wspominając? Czy istnieje człowiek, dla którego takie sceny są wizualnie atrakcyjne?
Po ósme: epatowanie przemocą i okrucieństwem. Jest tego pełno we wszystkich odcinkach - kiedy mogę wszystkie takie sceny przesuwam, chyba, że występują w nich moi ulubieni bohaterowie. Nie wiem dlaczego podczas wędrówki Aryi i Hounda ten ostatni musiał zabić i okraść wieśniaka, który zaoferował im gościnę. Jeżeli twórcy chcieli pokazać pogwałcenie praw gościnności to "Red Wedding" czyli zarżnięcie bezbronnych gości na uczcie weselnej powinno ich usatysfakcjonować.
Po dziewiąte: przekraczanie granic tego, co można pokazać. Nie liczyłam scen oddawania moczu we wcześniejszych sezonach, ale było ich dość sporo - zwykle nogi widziane od tyłu i strumień skierowany do zbiornika wodnego, W sezonie 6 nieszczęsny Rory McCann musi wyciągać przyrodzenie na oczach widza i odlewać się frontem do niego. Czy może mi ktoś wytłumaczyć czemu to ma służyć? Czy w sezonie 7 zobaczymy defekację w całej krasie, w zbliżeniu?
Po dziesiąte: zwykła podprogowa indoktrynacja, obecna w całej popkulturze -rozpustni bohaterowie są cool, cnotliwi śmieszni albo żałośni, cyniczni są uczciwi, idealistyczni upadają. Niekontrolowanie swoich instynktów jest przejawem wolności, panowanie nad nimi to rodzaj zniewolenia (wątek Jona Snowa) Ludzie poważnie traktujący swoją wiarę są groźni, oddający się magii - święci itp.
Ogólne wrażenie jest takie, że twórcom serialu nie chodzi o zekranizowanie cyklu powieści nie pozbawionych pewnych walorów, tylko pokazanie jak największej ilości scen przekraczających wszelkie granice. Widz musi zobaczyć wyrwaną z ciała rękę, liczne odrąbane głowy, sprawianie jelenia, załatwianie potrzeb fizjologicznych kopulacje we wszystkich możliwych układach, homoseksualny seks itp. Co gorsza (dla słuchowców) jego uszy bombardowane są językiem obrzydliwszym od wszystkich scen gwałtu i przemocy razem wziętych.
Jestem szczęśliwa, że póki co nasze zmysły powonienia, smaku i dotyku są niedostępne dla zdemonizowanych twórców pop kultury.
Jeszcze o zdemonizowanych twórcach pop kultury i "Grze o tron"
Przyznam, że jeszcze nie sprawdziłam kim są panowie G.R.R.Martin, Benioff i Weiss, jakie są ich kulturowe korzenie, ale mam swoje podejrzenia. Zawsze podejrzane wydaje mi się przedstawianie średniowiecza jako szczególnie krwawej epoki, czemu przeczą fakty.
Oczywiście Martin nie pisze o średniowieczu, tylko się nim luźno inspiruje, a ściślej mówiąc dokonuje projekcji swoich wyobrażeń na ten temat w bliżej nieokreśloną bajeczną przeszłość. Przy okazji opatrza je wszystkimi świętymi panteonu politycznej poprawności i przypuszcza dość przewidywalny atak na wartości uznawane w kręgu kultury chrześcijańskiej. Panowie Benioff, Weiss i inni twórcy filmu, których nazwisk nie pomnę podkręcają ten klimat do granic absurdu doczepiając do wątków książkowych luźne sceny pornograficzne w żaden sposób z nimi nie związane, albo autorskie wątki sado-macho nie nadające się do oglądania przez osoby o normalnej wrażliwości. Naiwni internauci w komentarzach współczują fikcyjnym bohaterom życia w "tych czasach". Tylko "te czasy" to zupełnie nie te czasy. Panowie Benioff i Weiss sądząc po brzmieniu ich nazwisk raczej wiedzą w jakich czasach i jakim regionie miała miejsce porównywalna do ich fantazji kulminacja zezwierzęcenia i niewyobrażalnego okrucieństwa - w bolszewickiej Rosji w ubiegłym stuleciu.
Dlaczego twórcy pop kultury zafascynowani ciemną stroną ludzkiej natury nie sięgają do tego rezerwuaru? To dobre pytanie - jak powiedział klasyk! Być może owi zdemonizowani twórcy wywodzą się z tego samego kręgu kulturowego, co odpowiedzialni za największą hekatombę w dziejach ludzkości? Z całą pewnością łączy ich nieukrywana wrogość wobec Chrześcijaństwa widoczna wyraźnie także w innych kultowych serialach jak "The Last Kingdom" czy "Wikingowie".
Podobno G.R.R.Martin jest wielbicielem Tolkiena i jego cykl ma być odpowiedzią na "Władcę pierścieni" - epicką opowieścią bez wyraźnego podziału na dobro i zło. Jednak uciemiężone i obśmiane dobro przebija się tu i ówdzie, a nawet przezwycięża zło. Brienne z Tarthu - ogromna, dziewicza, prostoduszna rycerka sprawia, że zdemoralizowany, cyniczny goguś Jaimie Lanister zaczyna ewoluować w kierunku człowieka (proces wsparty utratą prawej ręki), a czysta i niewinna Sansa Stark budzi ludzkie odruchy w nie mniej cynicznym i "pełnym nienawiści " Sandorze Clegane.
W filmie - jak na ironię - Gwendoline Christie, odtwórczyni roli Brienne, która ma być brzydka, obdarzona jest wspaniałą naturalną urodą (bardzo wysoka, jasna blondynka o mlecznej skórze i pięknych niebieskich oczach) raczej wyróżniającą ją wśród wielu dość przeciętnych aktorek robiących za piękności. Podobnie bardzo przystojny Rory McCann jako "Hound" mimo oszpeconej twarzy jest bardziej pociągajacy niż inni bohaterowie.
Oczywiście Martin nie pisze o średniowieczu, tylko się nim luźno inspiruje, a ściślej mówiąc dokonuje projekcji swoich wyobrażeń na ten temat w bliżej nieokreśloną bajeczną przeszłość. Przy okazji opatrza je wszystkimi świętymi panteonu politycznej poprawności i przypuszcza dość przewidywalny atak na wartości uznawane w kręgu kultury chrześcijańskiej. Panowie Benioff, Weiss i inni twórcy filmu, których nazwisk nie pomnę podkręcają ten klimat do granic absurdu doczepiając do wątków książkowych luźne sceny pornograficzne w żaden sposób z nimi nie związane, albo autorskie wątki sado-macho nie nadające się do oglądania przez osoby o normalnej wrażliwości. Naiwni internauci w komentarzach współczują fikcyjnym bohaterom życia w "tych czasach". Tylko "te czasy" to zupełnie nie te czasy. Panowie Benioff i Weiss sądząc po brzmieniu ich nazwisk raczej wiedzą w jakich czasach i jakim regionie miała miejsce porównywalna do ich fantazji kulminacja zezwierzęcenia i niewyobrażalnego okrucieństwa - w bolszewickiej Rosji w ubiegłym stuleciu.
Dlaczego twórcy pop kultury zafascynowani ciemną stroną ludzkiej natury nie sięgają do tego rezerwuaru? To dobre pytanie - jak powiedział klasyk! Być może owi zdemonizowani twórcy wywodzą się z tego samego kręgu kulturowego, co odpowiedzialni za największą hekatombę w dziejach ludzkości? Z całą pewnością łączy ich nieukrywana wrogość wobec Chrześcijaństwa widoczna wyraźnie także w innych kultowych serialach jak "The Last Kingdom" czy "Wikingowie".
Podobno G.R.R.Martin jest wielbicielem Tolkiena i jego cykl ma być odpowiedzią na "Władcę pierścieni" - epicką opowieścią bez wyraźnego podziału na dobro i zło. Jednak uciemiężone i obśmiane dobro przebija się tu i ówdzie, a nawet przezwycięża zło. Brienne z Tarthu - ogromna, dziewicza, prostoduszna rycerka sprawia, że zdemoralizowany, cyniczny goguś Jaimie Lanister zaczyna ewoluować w kierunku człowieka (proces wsparty utratą prawej ręki), a czysta i niewinna Sansa Stark budzi ludzkie odruchy w nie mniej cynicznym i "pełnym nienawiści " Sandorze Clegane.
W filmie - jak na ironię - Gwendoline Christie, odtwórczyni roli Brienne, która ma być brzydka, obdarzona jest wspaniałą naturalną urodą (bardzo wysoka, jasna blondynka o mlecznej skórze i pięknych niebieskich oczach) raczej wyróżniającą ją wśród wielu dość przeciętnych aktorek robiących za piękności. Podobnie bardzo przystojny Rory McCann jako "Hound" mimo oszpeconej twarzy jest bardziej pociągajacy niż inni bohaterowie.
sobota, 9 lipca 2016
Zdemonizowanym twórcom pop kultury do sztambucha
Jest taka scena w 1 sezonie gry o tron (odcinku chyba 8): po ujęciu Neda Starka jako zdrajcy, zbrojni ganiają po jego domu "dożynając watahę". Septa Ordane każe Sansie schować się w swojej komnacie. Dziewczyna biegnie po schodach do góry, a tam z ciemności wyłania się straszny Sandor "Hound" Clegane niespiesznie idący w jej kierunku. "Stay away from me!" mówi Sansa cofając się w przerażeniu "I'll tell my father! I'll tell the queen..." Hound uśmiecha się lekko zbliżajac sie do niej "Who do you think have sent me?" pyta z nutką ironii w glosie. W następnym ujęciu jego postać okryta malowniczym płaszczem wypełnia kadr zasłaniając przerażoną dziewczynę.
Ta krótka scena robi na mnie nieporównywalnie większe wrażenie niż wszystkie podrygujące pośladki i inne części ciała w licznych układach kopulacyjnych czy litry czerwonej farby z gulgotem wylewającej się z podciętych gardeł i odrąbanych członków, nie wspominając o niewiarygodnie wulgarnym języku (zwłaszcza w polskim przekładzie).
Kiedy oglądałam pierwsze 5 sezonów byłam wręcz przygnieciona paskudztwem wylewającym się na mnie z ekranu, ale sama opowieść na tyle mnie zaciekawiła, że postanowiłam porównać film z literackim pierwowzorem.
Okazało się, ze liczne sceny burdelowo-kopulacyjne, w tym sado-macho są wzięte z zadu, podobnie jak dosadne akty homoseksualne. Przemocy i opisów okrucieństwa w książkach nie brakuje, ale wątek Ramsaya Boltona, znęcającego się nad Theonem Greyjoyem, a potem Sansą (absolutnie nie do oglądania) jest wymysłem twórców filmu. Wulgarność języka oryginału nie przekracza pewnych granic, czego nie da się powiedzieć o polskim przekładzie.
Sam pomysł napisania książki inspirowanej średniowieczem (wojną róż) bez Chrzescijaństwa jest dość kuriozalny, ale trzeba przyznać Martinowi, że jego bohaterowie są żywi, zupełnie jakby się urwali ze smyczy i zaczęli ewoluować w nieoczekiwanym kierunku.
Fani robią kompilacje ulubionych wątków i wrzucają na youtube, po czym w komentarzach analizują szczegółowo najdrobniejsze gesty i wyraz twarzy swoich bohaterów. Co ciekawe często biorą na warsztat relacje niedopowiedziane, zostawiające pole dla wyobraźni jak wątek Sansy i Sandora Clegane czy też Brienne i Jaimiego Lanistera.
Wniosek z tego dość optymistyczny - widzowie ( a przynajmniej ich znaczna część) oglądają Grę o tron nie dla kopulacji, okrucieństwa i wulgarnego języka tylko pomimo tego wszystkiego. Pracowicie wyławiają interesujące fragmenty i składają je w całość, inspirują się i tworzą alternatywne narracje.
Natura ludzka ewidentnie ma wmontowany mechanizm obronny, który bardzo utrudnia pracę zdemonizowanym twórcom pop kultury.
Ta krótka scena robi na mnie nieporównywalnie większe wrażenie niż wszystkie podrygujące pośladki i inne części ciała w licznych układach kopulacyjnych czy litry czerwonej farby z gulgotem wylewającej się z podciętych gardeł i odrąbanych członków, nie wspominając o niewiarygodnie wulgarnym języku (zwłaszcza w polskim przekładzie).
Kiedy oglądałam pierwsze 5 sezonów byłam wręcz przygnieciona paskudztwem wylewającym się na mnie z ekranu, ale sama opowieść na tyle mnie zaciekawiła, że postanowiłam porównać film z literackim pierwowzorem.
Okazało się, ze liczne sceny burdelowo-kopulacyjne, w tym sado-macho są wzięte z zadu, podobnie jak dosadne akty homoseksualne. Przemocy i opisów okrucieństwa w książkach nie brakuje, ale wątek Ramsaya Boltona, znęcającego się nad Theonem Greyjoyem, a potem Sansą (absolutnie nie do oglądania) jest wymysłem twórców filmu. Wulgarność języka oryginału nie przekracza pewnych granic, czego nie da się powiedzieć o polskim przekładzie.
Sam pomysł napisania książki inspirowanej średniowieczem (wojną róż) bez Chrzescijaństwa jest dość kuriozalny, ale trzeba przyznać Martinowi, że jego bohaterowie są żywi, zupełnie jakby się urwali ze smyczy i zaczęli ewoluować w nieoczekiwanym kierunku.
Fani robią kompilacje ulubionych wątków i wrzucają na youtube, po czym w komentarzach analizują szczegółowo najdrobniejsze gesty i wyraz twarzy swoich bohaterów. Co ciekawe często biorą na warsztat relacje niedopowiedziane, zostawiające pole dla wyobraźni jak wątek Sansy i Sandora Clegane czy też Brienne i Jaimiego Lanistera.
Wniosek z tego dość optymistyczny - widzowie ( a przynajmniej ich znaczna część) oglądają Grę o tron nie dla kopulacji, okrucieństwa i wulgarnego języka tylko pomimo tego wszystkiego. Pracowicie wyławiają interesujące fragmenty i składają je w całość, inspirują się i tworzą alternatywne narracje.
Natura ludzka ewidentnie ma wmontowany mechanizm obronny, który bardzo utrudnia pracę zdemonizowanym twórcom pop kultury.
poniedziałek, 27 czerwca 2016
O figlarnych zakonnikach
Zaglądając na stronę facebookową znajomego zakonnika zobaczyłam m.in. takie oto zdjęcie z jarmarku dominikańskiego we Wrocławiu: https://www.facebook.com/dominikanski.jarmark/photos/a.1793798170842299.1073741836.1503925379829581/1793799184175531/?type=3&theater
Po pewnym wahaniu skomentowałam i dostałam kilka odpowiedzi - od dominikanina, który je udostępnił i drugiego, który pozował do zdjęcia i je opublikował:
https://www.facebook.com/schulzop
Tłumacząc na język ludzki znaczyły tyle , co odp...dol się upierdliwa babo.
Nie zajmowałabym się dłużej tą sprawą, ale poruszyła jakieś głębsze pokłady irytacji we mnie.
Ileż to razy w kręgach kościelnych mówiono mi lub dawano do zrozumienia, że jestem niewłaściwie ubrana (spódnica do kolan albo sukienka bez rękawów) lub uczesana (rozpuszczone włosy). Ileż razy jakiś pobożny kapłan uznawał, że chamstwo wobec mnie, ostentacyjne zignorowanie w sytuacjach towarzyskich, odwrócenie się doopą przy stole podoba się Panu, a zachowanie cywilizowane byłoby niestosowne i gorszące. To oczywiście nie przeszkadzało mu prowadzać się ze swoim girlfriendem lub boyfriendem i obnosić z relacją, która - o ile dobrze rozumiem - nie powinna mieć miejsca w życiu celibatariusza. Pojęcia takie jak skromność, czy stosowność ewidentnie przeznaczone są dla frajerów (frajerek), których wytresowano w tym duchu i zawsze można im czymś takim zamknąć dziób. Kapłan/zakonnik jest ponad to i nie podlega krytyce ze strony wiernych.
Problem z ludźmi prostodusznymi jest taki, że oczekują "równego traktowania" i zgodności słów i czynów. Należałoby wyeliminować ich z życia na etapie prenatalnym albo zamknąć w rezerwacie, bo co zrobić z człowiekiem który nie rozumie, że w stadzie każdy ma zupełnie inne prawa i nikt nie jest równy nikomu według zasady "co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie". Co robić z niedojdami, które przywiązują wagę do wypowiadanych słów, nieświadome, że są one tylko zasłoną dymną dla naprawdę istotnych sygnałów niewerbalnych, które na ogół sprowadzają się do pokazywania miejsca w szeregu. Zakonnik na zdjęciu ustawił się w szeregu z paniami w figlarnych strojach i przekaz jest jasny - "one tak samo jak ja są poza krytyką". Natomiast powiedzenie komuś, że jest nieodpowiednio ubrany (niezależnie od rzeczywistej stosowności jego stroju) znaczy po prostu "sp...dalaj, nie chcemy cię tu". Osoba chciana może przyjść do kościoła nago albo w stroju do tańca brzucha i zostanie postawiona wiernym za przykład skromności.
Pozwalając sobie na komentarz popełniłam grzech podobnie niewybaczalny jak polska reprezentacja, która wygrała ze Szwajcarią czy polscy wyborcy, którzy wybrali niewłasciwą partię - wyszłam z przypisanej mi przez stado roli.
sobota, 6 lutego 2016
O spotkaniu z KOD-owcem
Na KOD-owca trafiłam zupełnie nieoczekiwanie w poczekalni przychodni na pl. Dominikańskim. Sympatyczny, w miarę młody (30+) człowiek ewidentnie chciał nawiązać kontakt. Zagadnął mnie dość zalotnie, ale po chwili - na skutek przyłączenia się do rozmowy tzw. osób trzecich - od bezpiecznych tematów (jak np. służba zdrowia) poszybował brawurowo ku polityce bieżącej. Dowiedziałam się, że na skutek dojścia "PIS-lamistów" do władzy syn znajomego - całkowicie niekompetentny- dostał jakieś odpowiedzialne stanowisko, co - jak rozumiem - pozostawało w jaskrawym kontraście z praktyką poprzedniej ekipy. Niebacznie wdałam się w polemikę (zdroworozsądkową jak mi się zdawało) niepomna na jakże słuszne słowa prof. Zybertowicza, że z ludźmi zacietrzewionymi nie da się rozmawiać racjonalnie.
Ten człowiek niewątpliwie był zacietrzewiony w stopniu mi nieznanym. Przyjechał właśnie z zagranicy, skąd jak zapewniał, obserwował sytuację w kraju na bieżąco. Co do tego miałam pewne wątpliwości, zważywszy, że nie ochłonął jeszcze po awanturze o krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Nawet się tam wybierał ze znajomymi, którzy mieli nieść swastyki (sic). Niewątpliwie wyznawca Palikota w stanie hibernacji, albo raczej wybudzony z niej po sześciu latach zupełnie niepomny, że sytuacja się zmieniła diametralnie i takoż emocje społeczne.
Zasugerowałam mu, żeby sobie wygooglał dwa nazwiska: "Andrzej Hadacz"- kiedyś domagający się rozstrzelania Tuska, potem gorliwy zwolennik Komorowskiego agresywnie atakujący jego rywala pod gmachem TVP (za obiecane mieszkanie komunalne), obecnie pierwszy KOD-owiec - i "Jowita Kacik" specjalistka od niszczenia wizerunku przeciwnika na usługach byłego prezydenta oraz zobaczył na Facebooku zdjęcie tej ostatniej z tzw. "szaloną Joanną od Krzyża" już zupełnie normalną. Nazwiska nic mu nie mówiły, ale tematu poniechał przerzucając się na straszliwą sytuację obecną. Na moją prośbę o jakiś konkret, bo nic alarmującego nie widzę, poradził, żebym poszła do okulisty. Szczęśliwie drzwi gabinetu otworzyły ratując go od dalszego brnięcia w temat.
Jednak ten niesławny odwrót ewidentnie nie dawał mu spokoju nawet podczas wizyty, więc po wyjściu z gabinetu przypomniał sobie SKOK-i, które - jego zdaniem - równoważyły wszystkie afery PO z Ambergold na czele. Piotrowicza ex-PZPR-owca umieścił w rządzie, video z wejścia ABW do redakcji WPROST i wyrywanie laptopa Latkowskiemu nie zrobiło na nim wrażenia, o TK miał pojęcie bardziej niejasne niż przeciętny obywatel. KOD uważał za ruch oddolny młodych (sic!) entuzjastów itp. Kiedy to wszystko mówił ręce drżały mu gwałtownie, a mi przemknęło przez myśl, że mam do czynienia z człowiekiem niezrównoważonym psychicznie. Nie wiem czy tak było, czy może był to typowy produkt intelektualnej tresury środowisk zbliżonych do GW, ktoś pełen bon motów typu "to się leczy" i podobnie dowcipnych stwierdzeń, natomiast bez żadnej wiedzy o faktach - czyste emocje zupełnie niewspółmierne do rzeczywistości.
Dziś przeczytałam, że jakaś grupa (KOD?) wołała pod pałacem prezydenckim "Duda na Wawel" - skojarzenie z rokiem 2010 oczywiste. Następstwo wydarzeń wydaje mi się dość jasne: czynnik niejawny wynosi Palikota z niebytu do sejmu z 10% poparciem, ten organizuje awantury typu krzyż na Krakowskim Przedmieściu, po czym wraca do nicości, z której się wyłonił. Petru ze swoim nowoczesnym KOD-em jest powtórką dokładnie tego samego (czyżby z Kukizem też próbowano?). Mam nadzieję podzieli los poprzedniej kreatury swoich mocodawców.
Dr. Krajski zauważył, że na Krakowskim Przedmieściu miała miejsce manifestacja nienawiści szatańskiej w sensie jak najbardziej dosłownym. Ta sama nienawiść zdaje się napędzać "młodych oddolnych entuzjastów" z KOD-u. Może po prostu potrzebny egzorcyzm?!!!
P.S.
Nie należy zapominać o czynniku ludzkim - ewidentnie KOD i jego przejawy animują ci sami nieznani sprawcy, którzy przeprowadzili pokazową operację pod krzyżem. Szatańska nienawiść pchająca do przekraczania granic nieprzekraczalnych dla normalnego człowieka jest ich znakiem firmowym.
Ten człowiek niewątpliwie był zacietrzewiony w stopniu mi nieznanym. Przyjechał właśnie z zagranicy, skąd jak zapewniał, obserwował sytuację w kraju na bieżąco. Co do tego miałam pewne wątpliwości, zważywszy, że nie ochłonął jeszcze po awanturze o krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Nawet się tam wybierał ze znajomymi, którzy mieli nieść swastyki (sic). Niewątpliwie wyznawca Palikota w stanie hibernacji, albo raczej wybudzony z niej po sześciu latach zupełnie niepomny, że sytuacja się zmieniła diametralnie i takoż emocje społeczne.
Zasugerowałam mu, żeby sobie wygooglał dwa nazwiska: "Andrzej Hadacz"- kiedyś domagający się rozstrzelania Tuska, potem gorliwy zwolennik Komorowskiego agresywnie atakujący jego rywala pod gmachem TVP (za obiecane mieszkanie komunalne), obecnie pierwszy KOD-owiec - i "Jowita Kacik" specjalistka od niszczenia wizerunku przeciwnika na usługach byłego prezydenta oraz zobaczył na Facebooku zdjęcie tej ostatniej z tzw. "szaloną Joanną od Krzyża" już zupełnie normalną. Nazwiska nic mu nie mówiły, ale tematu poniechał przerzucając się na straszliwą sytuację obecną. Na moją prośbę o jakiś konkret, bo nic alarmującego nie widzę, poradził, żebym poszła do okulisty. Szczęśliwie drzwi gabinetu otworzyły ratując go od dalszego brnięcia w temat.
Jednak ten niesławny odwrót ewidentnie nie dawał mu spokoju nawet podczas wizyty, więc po wyjściu z gabinetu przypomniał sobie SKOK-i, które - jego zdaniem - równoważyły wszystkie afery PO z Ambergold na czele. Piotrowicza ex-PZPR-owca umieścił w rządzie, video z wejścia ABW do redakcji WPROST i wyrywanie laptopa Latkowskiemu nie zrobiło na nim wrażenia, o TK miał pojęcie bardziej niejasne niż przeciętny obywatel. KOD uważał za ruch oddolny młodych (sic!) entuzjastów itp. Kiedy to wszystko mówił ręce drżały mu gwałtownie, a mi przemknęło przez myśl, że mam do czynienia z człowiekiem niezrównoważonym psychicznie. Nie wiem czy tak było, czy może był to typowy produkt intelektualnej tresury środowisk zbliżonych do GW, ktoś pełen bon motów typu "to się leczy" i podobnie dowcipnych stwierdzeń, natomiast bez żadnej wiedzy o faktach - czyste emocje zupełnie niewspółmierne do rzeczywistości.
Dziś przeczytałam, że jakaś grupa (KOD?) wołała pod pałacem prezydenckim "Duda na Wawel" - skojarzenie z rokiem 2010 oczywiste. Następstwo wydarzeń wydaje mi się dość jasne: czynnik niejawny wynosi Palikota z niebytu do sejmu z 10% poparciem, ten organizuje awantury typu krzyż na Krakowskim Przedmieściu, po czym wraca do nicości, z której się wyłonił. Petru ze swoim nowoczesnym KOD-em jest powtórką dokładnie tego samego (czyżby z Kukizem też próbowano?). Mam nadzieję podzieli los poprzedniej kreatury swoich mocodawców.
Dr. Krajski zauważył, że na Krakowskim Przedmieściu miała miejsce manifestacja nienawiści szatańskiej w sensie jak najbardziej dosłownym. Ta sama nienawiść zdaje się napędzać "młodych oddolnych entuzjastów" z KOD-u. Może po prostu potrzebny egzorcyzm?!!!
P.S.
Nie należy zapominać o czynniku ludzkim - ewidentnie KOD i jego przejawy animują ci sami nieznani sprawcy, którzy przeprowadzili pokazową operację pod krzyżem. Szatańska nienawiść pchająca do przekraczania granic nieprzekraczalnych dla normalnego człowieka jest ich znakiem firmowym.
Etykiety:
ABW,
Ambergold,
Andrzej Hadacz,
Duda,
GW,
Jowita Kacik,
KOD,
Komorowski,
Latkowski,
Nowoczesna,
Palikot,
Petru,
Piotrowicz,
prof. Zybertowicz,
TK,
Wawel,
Wprost
Subskrybuj:
Posty (Atom)