Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 grudnia 2020

Łabędź


Samotny łabędź pływający wśród kaczek po fosie zawsze pobudzał wyobraźnię Malwinki. Patrząc na niego nie mogła nie myśleć o „Brzydkim kaczątku” Andersena. Tytuł bajki wydawał jej się absurdalny. Mały łabędź nigdy nie był brzydki – wyglądał dokładnie tak jak powinien na każdym etapie rozwoju. Jego problem polegał na tym, że zawsze otoczony był przez obcych, którzy mieli mu za złe jego inność. Dopiero spotkanie istot swojego gatunku uwalnia go od poczucia, że jest kimś gorszym. Jego wspaniała uroda nic by mu nie pomogła, gdyby nadal żył w wyłącznie kaczym towarzystwie. Nadal postrzegany byłby jako brzydki, bo taki wielki, ciężki, biały z tą niedorzecznie długą szyją, niemy i niezrozumiały. Byłby odmieńcem i wyrzutkiem. „Czy tak właśnie się czujesz łabędziu?” myślała współczująco Malwinka ilekroć tamtędy przechodziła.

 Pewnego dnia nie dostrzegła go jednak. „Może odleciał w poszukiwaniu swoich?” Przemknęło jej przez myśl. To była przyjemna wizja, ale z jakichś powodów Malwinka nie bardzo mogła w nią uwierzyć – zbyt piękna, żeby mogła być prawdziwa. Podeszła bliżej fosy, tknięta niedobrym przeczuciem zeszła po schodkach nad samą wodę.

 – Nie, ja chyba śnię! – Wykrzyknęła wstrząśnięta. Łabędź nie zniknął, tylko się zmienił. Gdzie podziała się śnieżna białość jego piór? Głowa i szyja do połowy była zielona z niebieskawym połyskiem, poniżej jasna obręcz, pierś brązowawa, skrzydła i grzbiet szare z podłużnymi czarnymi pasami, łapki pomarańczowe, a dziób żółty – słowem nieszczęśnik przebarwił się w kaczora w szacie godowej. Nie zmieniło się tylko jego zachowanie i pozycja w kaczym stadzie – dalej pływał na uboczu, ignorowany przez resztę.

- Łabędziu – powiedziała cicho Malwinka – mój biedny łabędziu.

Ptak na dźwięk jej słów podpłynął bliżej. Jego oczy były pełne łez.

- A więc ktoś mnie jednak rozpoznał – Wyszeptał ze ściśniętym gardłem. – Kim jesteś istoto o dziwnych oczach, które widzą?

- Jestem Malwinka, noszę okulary, bo mam wadę wzroku, ale mogę je ściągnąć.

- Czy nadal widzisz, że jestem łabędziem?

- Oczywiście, ale powiedz, co ci się stało?

- To smutna historia, Malwinko. Jestem… a właściwie byłem – bo teraz nie wiem już kim jestem – jedynym łabędziem w tej okolicy. Jedzenia jest dość, woda ciepła, nawet zimą nie zamarza… Kłopot w tym, że czułem się tak potwornie samotny między tymi wszystkimi kaczkami… zwłaszcza w okresie godowym, kiedy dobierają się w pary. Myślałem sobie „Być łabędziem piękna rzecz, ale oddałbym wszystko, żeby móc być teraz jednym z nich, bo nie zniosę dłużej tej strasznej samotności.” Wypowiedziałem moje pragnienie w złą godzinę i spełniło się jak widzisz. Przestałem być łabędziem, a nie stałem się kaczką. One dalej traktują mnie jak przedtem – istotę innego gatunku, z która nie maja nic wspólnego. – Łabędź zwiesił smutno swoja małą wdzięczną główkę. – Nie to jest jednak najgorsze…- Przełknął boleśnie – Dziś rano widziałem moich braci. Zatrzymali się tu na popas w podróży. Nie rozpoznali mnie, kiedy podpłynąłem się przywitać. Zignorowali kompletnie, tylko jeden zauważył, że te kaczki rosną coraz większe w dzisiejszych czasach, a nawet uczą się obcych języków… - Łabędź zapłakał gorzko.

- Ale przecież twoje pióra kiedyś odrosną i nikt nie będzie miał wątpliwości…

- To moja jedyna nadzieja, ale będzie to trwało długo i nawet kiedy będę całkiem biały, trudno będzie moim braciom zobaczyć łabędzia w kimś, kogo wcześniej uznali za kaczkę…

Malwinka nie wiedziała jak go pocieszyć. „Może nie chce być pocieszony?” Pomyślała.

- Malwinko – Ptak spojrzał jej prosto w oczy – Obiecaj mi jedno - powiedział z mocą – Obiecaj mi, że nigdy tego nie zrobisz, a uznam, ze nie cierpię nadaremno.

- Czego ?

- Że nigdy nie wyrzekniesz się tego kim jesteś, aby stać się kimś, kim nie jesteś

- Nie, nie zrobię tego – W głosie Malwinki brzmiało przekonanie

- Choćby nie wiem ile cię to miało kosztować – odrzucenie, prześladowanie, samotność…

Malwinka skuliła się nieco na taką perspektywę – samotność jak samotność, ale odrzucenia, a zwłaszcza prześladowania zdecydowanie nie lubiła.

- Widzisz wydawało mi się, że jestem nieszczęśliwy z powodu samotności, ale w porównaniu z tym, co teraz czuję to była drobna niedogodność. Oddałbym wszystko żeby stać się znowu prawdziwym łabędziem. - Ledwo wypowiedział te słowa jego pióra stały się na powrót lśniąco białe, dziób czerwony, a duże błoniaste łapki czarne.

- Popatrz! Popatrz na swoje odbicie! – Wykrzyknęła rozradowana Malwinka.

Łabędź znieruchomiał wpatrując się w wodę. Po czym rozłożył wielkie skrzydła, trzepocząc nimi rozpędzał się przez całą długość fosy aż w końcu wzbił się w powietrze. Zatoczył krąg nad głową dziewczynki. Nie była pewna, czy usłyszała ciche „pamiętaj” czy to tylko odgłos łabędzich skrzydeł w locie ją omamił. Szczęśliwa biegła do domu. „Nie zapomnę. Łabędziu. Nigdy nie zapomnę!” powtarzała w duchu.




niedziela, 3 marca 2019

Jeszcze o zboczeńcach w PRL-u

W charakterze post scriptum do poprzedniego wpisu załączam rozdział o zboczeńcu z mojej (nigdzie nie publikowanej) książeczki dla dzieci uciemiężonych p.t. Malwinka, opowiadającej o dzieciństwie w PRL-u

Zboczeniec 

Następnego dnia Malwinka nie widziała ani Rudej Kitki, ani brudnobiałego psa. Usiadła na tej samej ławce. „Może ktoś się jednak pojawi” westchnęła w duchu. Nagle jakiś szelest dobiegł jej uszu. Odwróciła się i zobaczyła stojącego za krzakiem mężczyznę. Coś było z nim nie tak, ale minęło trochę czasu zanim ustaliła co. Jego spodnie spuszczone były do kolan z powodów całkowicie niezrozumiałych, a w dłoniach miętosił coś, co wydawało się z niego wyrastać na wysokości bioder. Malwinka nie rozumiejąc zupełnie dlaczego, rzuciła się do ucieczki. Pewnie pobiła tego dnia rekord świata w biegach przełajowych z tornistrem na plecach. Wpadła do bramy, w pośpiechu zapominając sprawdzić czy żaden zboczeniec na nią nie czyha. Wbiegła na górę po dwa schodki. Serce waliło jej jak młotem. Kiedy udało jej się wreszcie uporać z kluczem i zamkiem, zziajana oparła się plecami o drzwi zastawiając je sobą od wewnątrz. Upewniwszy się, że nikt jej nie ściga, ani się nie dobija weszła do swojego pokoju, rzuciła na łóżko i przykryła kocem z głową. Najdziwniejsze było, że nie rozumiała zupełnie nic z tego, co jej się przytrafiło. Kim był ten człowiek?
Dlaczego obnażał te wstrętną narośl? Wszelka logika, a nawet zwykłe poczucie wstydu nakazywałoby raczej szczelnie ukryć coś tak paskudnego! Jakaś obrzydliwość biła od niego i Malwinka czuła się jakby wpadła w błoto, albo coś znacznie gorszego. Nawet gdyby teraz wyprała i wygotowała wszystkie rzeczy, które miała na sobie, to jeszcze wzrok i pamięć domagałyby się oczyszczenia. Chciałaby móc komuś powiedzieć – ale komu? Mama po powrocie z pracy wciąż jeszcze przeżywała wydarzenia dnia i opowiadała o nich tacie w sposób wykluczający włączenie się dzieci do rozmowy. Nieszczególnie była zainteresowana słuchaniem kogokolwiek. Zresztą Malwinka prawdopodobnie nie byłaby w stanie z nią o tym mówić „Izka” przyszło jej na myśl „Izka Wójcik z podwórka Ani Kluski. Ona mogłaby coś na ten temat wiedzieć”
     Bloki komunalne, do których należał blok Ani Kluski, Izki Wójcik i  co dziwniejsze Królewny Żanety oddzielała od bloków Spółdzielni Cichy Kącik ulica swego czasu przemianowana ze Słonecznej na Pawłowa. „Pewnie od dużej ilości Pawłów, którzy tu zamieszkali, aż dziw, że nie znam żadnego” myślała Malwinka. Mieszkania komunalne należały się uboższym obywatelom. „Czy te wszystkie samochody zaparkowane po drugiej stronie ulicy też są komunalne?” zastanawiała się. Pod blokiem spółdzielczym stał tylko jeden – wysłużona syrenka inżyniera Dudka. Na podwórku od frontu bawiły się w piaskownicy zupełnie małe dzieci pod mniej lub bardziej czujnym okiem mam plotkujących na ławkach. Za blokiem na górce zbierali się starsi chłopcy, których Malwinka zdecydowanie wolała omijać. Od śmietnika do śmietnika przeciągał osobnik zwany Wackiem Lewatywką, który jak wieść gminna niosła podczas wojny dostał odłamkiem w głowę i rozum mu się pomieszał. Pchał swój wózek  mamrocząc niezrozumiale, zapadnięty w siebie, ale na widok każdej młodej osoby ożywiał się nadzwyczajnie.
- Lewatywa! Dupa lewatywa! – Wołał radośnie, obnażając w obleśnym uśmiechu bezzębne dziąsła.
   Z tych wszystkich względów, Malwinka wolała pokonywać ulicę „Pawłową” w poszukiwaniu bardziej odpowiedniego towarzystwa. Ania Kluska i Malwinka chodziły do tej samej klasy, a nawet zostały posadzone razem w pierwszej ławce, jedna - ze względu na niski wzrost, druga - z powodu wady wzroku. Ania nie była zbyt pojętna, toteż Malwinka często pomagała jej w lekcjach. Mama nie była zachwycona ani tą znajomością Malwinki, ani jej częstym przebywaniem na sąsiednim podwórku, a już zupełnie nie tolerowała Izki. Dlaczego – Malwinka nie mogła zrozumieć. Izka wiedziała o tylu zdumiewających rzeczach, może dlatego, że jej mama miała więcej mężów (którzy nie do końca byli jej mężami) niż inne mamy. Opowiadała nie zupełnie jasne kawały, w których nieodmiennie ktoś na koniec wołał psa o wdzięcznym imieniu „mocniej” albo „jeszcze”, a kiedy Malwinka nie wiedziała z czego się śmiać dodawała równie mętne wyjaśnienia.
W sprawie mężczyzny o spuszczonych spodniach pogląd Izki był jasny.
- To zboczeniec. - Orzekła bez wahania.
Malwinkę zatkało. Przecież to właśnie przed zboczeńcami napadającymi małe dziewczynki w bramach kryła się w parku. Wiadomości mamy były najwyraźniej niesprawdzone, a w każdym razie nie wytrzymywały konfrontacji z rzeczywistością. Na pytanie o potworną narośl eksponowaną tak rozpaczliwie przez zboczeńca Izka uśmiała się serdecznie.
- Przecież to pisiorek, nie mów, że nigdy nie widziałaś.
Malwinka musiała przyznać, że owszem, na ciszy poobiedniej w przedszkolu. Wniosek, który się nasuwał był wstrząsający – a więc ten człowiek był w istocie kimś w rodzaju wyrośniętego Maćka Dzięcioła. Pokazywanie pisiorka  tak weszło mu w krew, że musiał to robić nawet, kiedy już dawno wyrósł z wieku przedszkolnego. Pozbawiony idealnej widowni - dzieci pozorujących sen w swoich łóżeczkach  - uciekał się do występów w parku przed przypadkowymi widzami.


     Dalsze roztrząsanie tematu przerwało pojawienie się w oddali Ani Kluski wymachującej tryumfalnie nad głową długim kablem. Izka ochoczo zeskoczyła z trzepaka, na którym siedziały. Wobec perspektywy gry w kręconego nawet rozmowa o zboczeńcach traciła urok. Kwestię kto kręci, a kto skacze nieodmienne rozstrzygała wyliczanka.
- „Nie ma masła, nie ma serka
    Wyrzucamy pana Gierka”
Ania i Malwinka z napięciem obserwowały palec Izki. Było powszechnie wiadome, że oszukuje absolutnie zawsze.
– „Raz, dwa, trzy
    sekretarzem bę – dziesz TY”                                             
Tu palec Izki wskazał na Malwinkę  – musiała pomylić się w oszukiwaniu. Tym razem zniosła to dobrze i razem z Anią zaczęły kręcić kablem skandując:
- „Opa, opa
    Ameryka, Europa
    Azja stój
    Malwinka wska – kuj !”
Na ten błogi dźwięk kto żyw nadbiegał, żeby przyłączyć się do zabawy. Przyzwoitość nakazywała zacząć od kręcenia – Ania i Izka skwapliwie wręczyły końce kabla nowo przybyłym. Póki zmiany między kręcącymi a skaczącymi następowały szybko po sobie wszyscy bawili się zgodnie, ale wystarczyło, aby Izka uznała, ęe kręci już zbyt długo konflikt był nieunikniony.
- Skułaś! – Zawołała podając koniec kabla Grażynie Podeszwie.
- Wcale, że nie! – Grażyna schowała ręce za siebie nie przyjmując go – Wcale, że nie skułam tylko ty poderwałaś oszustko jedna!
- Sama jesteś tą oszustką!
Przejście od słów do rękoczynów było płynne i naturalne.
- Ała, wariatko! Zobacz co zrobiłaś szczypawico jedna – Krzyczała Grażyna podtykając Izce pod nos lekkie zaczerwienie na skórze przedramienia. – Od tego można dostać raka i umrzeć!
- To sobie umieraj! – Izka była zniecierpliwiona.
Grażyna zamilkła z oburzenia na tak straszny cynizm i natarła z tym większą siła. Nie mogąc pokonać Izki w walce sięgnęła po ostateczny argument.
- Wynoś się stąd przybłędo jedna to nie twoje podwórko!
- Ani nie twoje tylko państwowe. Tu każdy może przyjść, nawet Murzyn z Afryki i nasrać!!! – Argumentacja Izki była bez zarzutu. Malwinka nie mogła jej nie podziwiać. Kiedy jednak strony konfliktu przeszły do obrzucania obelgami bliższych i dalszych krewnych do trzeciego pokolenia włącznie, Malwinka uznała, że ma dość wrażeń na dziś.
     W domu przy dużym stole w ich pokoju, obłożona podręcznikami i zeszytami, siedziała Marzenka, jej starsza siostra i pozorowała odrabianie lekcji. Rozkładała tą dekorację zaraz po obiedzie na wyraźną sugestię mamy. Nie dość uważny obserwator mógłby przeoczyć do połowy przykrytą piórnikiem książkę z biblioteki. Czytanie było właściwym zajęciem Marzenki.  Cokolwiek miała zrobić, nie robiła tego, bo zajmowała się lekturą gdzieś sprytnie ukrytej książki. Malwinka podziwiała jej mocne nerwy i spokój, z jakim znosiła ponaglenia rodziców, słowa pełne wyrzutów, zachęty lub niepokoju. Wytrzymywała to wszystko cały czas robiąc wrażenie bardzo grzecznej i uległej dziewczynki, nie mając najmniejszej intencji zastosowania się do ich poleceń. Książki były jej schronieniem, magicznym przejściem do innego świata, w którym czuła się bezpieczna, nic więc dziwnego, że nie chciała z niego wracać.

Rzeczywistość – musiała przyznać Malwinka – jest brutalna i w gruncie rzeczy mało pociągająca, pełna zboczeńców obnażających się po parkach i długich pustych godzin między końcem lekcji a powrotem domowników, kiedy nie ma nikogo na podwórku. 

niedziela, 18 stycznia 2015

O utraconej niewinności

Wróciłam  właśnie z Hobbita - ostatniej części (Dzięki Bogu!) i pominę rzecz całą miłosiernym milczeniem. Nieszczęsny Tolkien przewracałby się w grobie, a ja siedziałam na przemian znudzona i zażenowana. Zwrócił moją uwagę tylko jeden szczegół - Metro Goldwyn Mayer i Warner Bros w czołówce. Nie wiem czy to wszystko wyjaśnia, ale nie wykluczone, że tak. Jakoś tak jest , że w rękach pewnych ludzi (dysponujących ogromnymi środkami) z Bożego Narodzenia zostają jingle bells, a z Tolkiena monstrualne orki z trupią czaszką na przyrodzeniu.

Chciałam natomiast napisać o zupełnie innych filmach, których twórcy na szczęście dysponowali o wiele skromniejszymi środkami więc zadbali przede wszystkim o jakiś sensowny scenariusz. Pierwszy to My Little Princess Evy Ionesco - opowieść o matce uważającej się za artystkę (fotograficzkę) i używającej swojej córki (na oko lat ok.10) do erotycznych fotografii, okradając ją tym samym z normalnego dzieciństwa i rujnując jej życie już na starcie. Przemiana normalnej, ładnej, świeżej dziewczynki w małą kokotę o tlenionych lokach, ciężkim makijażu, wyzywającym stroju i takimż sposobie bycia jest dla wrażliwszego widza po prostu bolesna, tym bardziej, że film jest oparty na prawdziwej historii. Dziewczynka na szczęście w którymś momencie się buntuje, ale ukradzionej niewinności i dzieciństwa nikt jej już nie zwróci.

Ten mroczny obraz kontrastuje z moim serialem odstresowującym Road to Avonlea ( 4 sezon) na podstawie opowiadań Lucy Maud Montgomery. Scenarzyści zapewne dodają swoje 5 albo nawet 10 groszy tu i ówdzie, ale postacie, nastrój i wartości, którymi się kierują pozostają w związku z literackim pierwowzorem i to decyduje o atrakcyjności całego przedsięwzięcia. Atrakcyjny dla widza jest świat uporządkowany w przejrzysty sposób: dorośli są dorośli, dzieci są dziećmi, nawet jeśli niektóre z nich wcześnie muszą zarabiać na swoje utrzymanie. Ich niewinność jest uszanowana.



Właśnie zestawienie tych dwóch filmów uświadomiło mi dogłębnie, co współczesny świat wyrabia z dziećmi - na podobieństwo zaburzonej matki z My Little Princess odziera z niewinności i zamienia w zużyte kokoty zanim osiągną jakąkolwiek dojrzałość psychiczną.