Nie będę bardzo oryginalna, gdy zauważę, że podjęta została próba zamachu stanu, ani też że jej bezpośrednim powodem jest ustawa dezubekizacyjna.
10.12 jakiś ubek zakłóca z gromadą ex- palikociarzy miesięcznicę smoleńską. 13.12. odcięci-od-koryta z ubekami w liczbie kilku tysięcy szwendają się po ulicach na użytek "światowej opinii publicznej". Tego też dnia rejestrują w warszawskim ratuszu demonstrację, która ma się spontanicznie odbyć 16 wieczorem pod sejmem. Kłopotek-nie-chce-być-Kasandrą wysypuje się rano w TVP, że jest przewidziana hucpa na wieczór. Piotr Marzec zauważa, że zamówiono 1000 kanapek do Sejmu na ten dzień. Szczerba jest wytypowany do wszczęcia rozróby, marszałek sejmu nie zaczaił o co chodzi. Pod sejmem "spontaniczna" demonstracja kuca Kijowskiego, niejaki Diduszko kładzie się na ulicy i udaje ofiarę śmiertelną policyjnego terroru na użytek "zaprzyjaźnionych mediów".
Jesteśmy świadkami narodzin nowej narracji - PO obrońcą wolnych mediów. Bezwstyd tych ludzi nie zna granic!
Nie mogłam patrzeć na sceny w sali plenarnej sejmu, gdyż za bardzo kojarzą mi się ze szkołą. Każdy nauczyciel był światkiem podobnej sytuacji w jakiejś mocno spatologizowanej klasie. Identyczny mechanizm wypowiedzenia posłuszeństwa p.t. "ty nam nie będziesz mówić co mamy robić, nic nas nie obchodzą reguły, to my zniszczymy ciebie". Normalny człowiek (tzn nie trenowany przez służby) zawsze jest zaskoczony takim obrotem rzeczy, bowiem sądząc po sobie zakłada, że prawo będzie respektowane.
Najbardziej niepokojąco brzmią doniesienia o nie odbieraniu sygnału TVP w dużej części kraju - ubecja kontratakuje wspierana przez zdrajców i folksdojczów. Nawet Tusk pojawił się w kraju zupełnie przypadkowo. Czyżby miało im się udać po raz trzeci?!!
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
niedziela, 18 grudnia 2016
sobota, 3 grudnia 2016
O „szkole dialogu cywilizacji”, jaką zafundowało mi życie.
To jedna z tych denerwujących nocy, kiedy nie mogę spać na
skutek przerabiania „materiału”, którego dostarczył mi dzień (zwłaszcza, że
toksyczni sąsiedzi tłuką się na klatce schodowej jak opętani). Nie pozostaje mi
więc nic innego jak pomóc sobie przelewając na „papier” ten ładunek.
Historię o „szkole dialogu cywilizacji” piszę także dla
Ciebie, drogi potencjalny czytelniku, żeby przestrzec Cię przed podejmowaniem pewnych
decyzji pod wpływem desperacji.
Rzeczona szkoła ogłosiła się na stronie wrocławskiej, że
potrzebuje nauczyciela języka obcego w określonym wymiarze godzin. Długo
omijałam wzrokiem to ogłoszenie, gdyż nie mam już ochoty uczyć nikogo, a
zwłaszcza dzieci. Kiedy jednak nie wypaliło coś, na co miałam nadzieję
zrozumiałam, że prawdopodobnie zmuszona będę robić coś, na co nie mam ochoty –
czemu więc nie to najlepiej znane!
Sekretarka brzmiała przyjemnie przez telefon, byłam mile
zaskoczona, kiedy w reakcji na przesłane CV i skany dokumentów – w tym dyplomu
z katolickiej uczelni – zostałam zaproszona na rozmowę. Wchodząc do holu
poczułam się lekko dziwnie widząc gwiazdę Dawida, hebrajskie napisy na drzwiach
(także kibla), cytat z Korczaka podpisany jego prawdziwym nazwiskiem i
malowidło przedstawiające świątynię Salomona, a wszystko to wśród ogromnej
ilości podobizn kotów. Na zaszczyt dialogu z dyrektorką i „prezeską” musiałam
odpowiednio długo poczekać by dowiedzieć się, że najpierw muszę przeprowadzić
próbną lekcję, co uczyniłam (nie mając pojęcia o poziomie grupy zresztą).
Wypadła lepiej niż drugiej kandydatki i dopiero wtedy mogłam „negocjować”
warunki zatrudnienia. Umowa , którą mi przedstawiono do podpisu nie miała wiele
wspólnego z wynikiem tych negocjacji, a po tygodniu została mi wypowiedziana
przez telefon bez zbędnych ceregieli (z powodu choroby gardła). Historia jakich
wiele – sorry, taki mamy „rynek pracy”.
Coś mnie jednak zafrapowało w owej instytucji
prowadzonej przez fundację tej samej nazwy. Przede wszystkim to specyficzne
uczucie, które zazwyczaj towarzyszy wchodzącemu do pewnych antykwariatów,
galerii sztuki i innych tego typu miejsc służących np. za pralnię brudnych
pieniędzy. Wszystkie obecne tam osoby wpatrują się w potencjalnego klienta w
charakterystyczny sposób usiłując ustalić czy to jakiś naiwny jeleń, swój z
interesem czy policja. Podobne nieżyczliwe, podejrzliwe i uciekające spojrzenia
ciemnych oczu towarzyszyły mi od pierwszego dnia. Było jasne, że nie jestem
swoja (dokumenty & wygląd), więc co właściwie tam robię i jak się dostałam?
Miejsce z punktu widzenia nauczyciela wyjątkowo
nieatrakcyjne. W pokoju nauczycielskim w porywach 4 krzesła – więcej nie trzeba,
gdyż wszyscy po skończeniu lekcji zobowiązani są pozostawać w klasach całą
przerwę słuchając opętańczego wrzasku podopiecznych. Mają do wyboru dusić się w
ich smrodzie lub zafundować sobie przeziębienie otwierając okna (nie wolno im
wyjść z sali póki nie pojawi się następca). Na określonych przerwach muszą
sprowadzać dzieci do stołówki w piwnicy (z drugiego piętra na przykład) na
śniadanie, zupę i drugie danie, a także usługiwać przy stole. Czas przewidziany
dla nauczyciela, żeby się nieco zregenerował między lekcjami – 0 minut. Higiena
pracy – nieistniejąca, ryzyko zachorowania (przeziębienia, infekcje dróg oddechowych,
infekcje wirusowe „oddziecięce”) 100%. Dzieci jak dzieci - niektóre miłe i
przylepne, niektóre niesforne a sympatyczne, inne rozwydrzone do obrzydliwości,
ewidentnie proszące się o rzetelne przetrzepanie zadu póki nie jest za późno. Wygląd
wielu z nich nie zdradza przynależności do mniejszości narodowej, natomiast rzuca
się w oczy duża ilość rosyjskich nazwisk i imion (zupełnie nie widziałam żadnych
Rosenzweigów ani Bernsteinów – pewnie przodkowie zmienili nazwiska u zarania
PRLu). Życzliwe ciemne oczy rzuciły mimochodem, że w tej szkole są przede
wszystkim uczniowie trudni, którzy nie poradzili sobie w normalnych szkołach publicznych,
co wiele wyjaśnia np. dlaczego w pewnych klasach do przeprowadzenia lekcji potrzebnych
jest dwóch nauczycieli.
Zawzięte ciemne oczy cedzą przez zaciśnięte zęby, że nie
rozumieją jak można pozwalać uczniom na pewne (niesprecyzowane) zachowania. „Dyrektorka?”
– dopytuję – „prezeska” – słyszę w odpowiedzi – „ona tu wszystkim rządzi,
dyrektorka nie ma nic do powiedzenia”.
Wierzę bez trudu po krótkim doświadczeniu z tym tandemem.
Prezeska, która jest zbyt wielka, żeby osobiście rozmawiać z osobą, którą
przyjmuje do pracy ewidentnie ma „wielkie serce dla dzieci”. W holu na
widocznym miejscu wywieszona lista praw dziecka, szukałam analogicznej listy obowiązków
ucznia, szukałam, lecz nie znalazłam… Widocznie obowiązki należą wyłącznie do
nauczycieli – taki „trynd” w wychowaniu młodego pokolenia, którego skutków doświadczamy
wszyscy. Moim skromnym zdaniem powinna być za to odpowiedzialność karna. Nic na
to nie poradzę, ale skojarzenie z Kajetanem P(Oznańskim) – też „prawniczego”
pochodzenia – samo się narzuca. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że jeśli
mamusia-prokurator załatwi mu wariackie papiery umożliwiające uniknięcie
odpowiedzialności za ohydną zbrodnie będzie kolejną osobą, którą synalek wolny
od „chrześcijańskich przesądów” zechce zjeść.(Smacznego!)
Kolejny „trynd” to zatrudnianie w prywatnych szkołach
dziennych dla dzieci i młodzieży nauczycieli na umowę-zlecenie. Nauczyciel ma w
umowie wyłącznie prowadzenie zajęć i tylko za to mu się płaci (23PLN za
godzinę), pozostałe czynności jak opieka nad uczniami na przerwach, prowadzenie
ich do stołówki i usługiwanie przy stole, rady pedagogiczne i zebrania z
rodzicami wykonuje za darmo, łudzony nadzieją, że jak się sprawdzi, to będzie
umowa o pracę. Obiecać można wszystko, to nic nie kosztuje…, a międzyczasie na
święta gojowskie i ferie semestralne niech poszuka sobie, jeleń, innej pracy.
Umowę – zlecenie wypowiada się nadzwyczaj łatwo, a i to zbyt-wielka–na–kontakty-z-nauczycielami-prezeska
wysługuje się sekretarką. Proszę o wypowiedzenie na papierze i jestem zbyta
kłamliwym zapewnieniem, że zostanie mi wysłane pocztą. Nie muszę nikomu tłumaczyć,
że nic takiego nie następuje, więc udaję się osobiście po rzeczony papier i
pieniądze, których wbrew zapewnieniom też mi nie wpłacono na konto.
Kiedy zbliżam się do jaskini zbyt-wielkiej-prezeski z pomieszczenia
obok wyskakują złe małe ciemne oczka z napastliwym pytaniem „a pani do kogo?”, „jestem
umówiona z panią zbyt-wielką” odpowiadam skromnie „a nazwisko?” „Igrekowska!”. Złe
małe oczka wskakują do jaskini zbyt-wielkiej i przy wpół otwartych drzwiach
anonsują mnie z właściwą sobie uprzejmością „przyszła ta Igrekowska czy jak tam
się ona nazywa!”
Nie jestem godna widoku oblicza zbyt-wielkiej, więc równie
uprzejmie skierowana zostaję do sekretariatu, gdzie obsługują mnie -
niezręcznie czujące się w tej sytuacji - jasne oczy. Wychodząc odczuwam silną
pokusę nakopania w zadek złym małym oczkom, ale powstrzymują mnie „chrześcijańskie
przesądy” i konieczność zachowania swojej niekaralności w nadziei na następną
świetną posadę. Ograniczam się do rytualnego otrzepania butów, żeby nawet
najmniejszy pył z tego miejsca do nich nie przywarł.
Szansa na następną fantastyczną posadę pojawia się niebawem.
Tym razem na tej samej stronie wrocławskiej ogłasza się szkoła fiksum-dyrdum z
ofertą zatrudnienia na umowę o pracę. Chwytam za telefon i słyszę wygłoszone
nieprzyjemnym tonem „proszę złożyć papiery!” Sprawdzam fiksum-dyrdum w Internecie
– oczywiście szkoła żydowska again.
Nie mam ochoty na kolejny dialog z cywilizacją, w której
pojęcie prawdy jest - oględnie mówiąc - inaczej pojmowane. Mam poważne obawy, że
owa umowa o pracę to owszem, ale za rok „jak się Pani sprawdzi” albo, że
wynegocjowana ustnie stawka ulegnie tajemniczej redukcji w umowie pisemnej. Tym
razem papierów przezornie nie składam.
Swoją drogą czy to nie ciekawe, że powstaje tyle nowych
szkól żydowskich we Wrocławiu. Czy jest aż taki popyt? Czy sami inicjatorzy są
Żydami czy też podszywają się pod mniejszość narodową ciesząca się statusem
świętej krowy z zupełnie innych powodów? Trudno wymyślić sobie lepszy szyld dla
dowolnej działalności „wymagającej dyskrecji”. W razie ujawnienia czegoś śmierdzącego
pozostaje zawsze oskarżenie o antysemitnictwo.
A może rzeczywiście mamy w społeczeństwie taką ilość kryptożydów,
którzy wcale nie wyjechali do Izraela – jak nam mówiono – tylko zmienili
nazwiska? A może wiatr historii zamierza nam ich nawiać, a wtajemniczeni już
przygotowują na ich przyjęcie wylęgarnie nowych elit (w stylu Kajetana P.)?
Tak czy siak, po osobistym zetknięciu się z żydowskim (albo
podszywającym się pod Żyda) pracodawcą muszę przychylić się do zdania papieża
Benedykta XIV wyrażonego w cytowanej wcześniej bulli "A quo primum" z 1751 r., że dla chrześcijanina
jest to sytuacja wysoce niewskazana.
niedziela, 27 listopada 2016
Jakub Frank, a sprawa polska.
Ciekawa jestem ile osób obejrzało film "Daas" Adriana Panka z 2011 - rewelacyjny debiut zdaniem niektórych krytyków. Reżyserowi przyznano nawet nagrodę Janusza Morgensterna "Perspektywa" dla najbardziej obiecującego młodego twórcy. Ciekawa jestem ile z owych widzów zrozumiało o co w nim chodzi poza ogólnym wrażeniem tajemniczości. Moim zdaniem bez pewnej wiedzy historycznej film jest całkowicie nieczytelny, więc powstaje pytanie do kogo ów młody, obiecujący reżyser go robił. .Dla stowarzyszenia filmowców "Zebra", dla kapituły nagrody "Perspektywa" czy dla "Polskiego" Instytutu Sztuki Filmowej? (którego członkowie na co dzień posługują się językiem jidysz, jak złośliwie zauważył onegdaj Piotr Gociek)
Film niewątpliwie nawiązuje do ciekawego epizodu w historii mniejszości żydowskiej w I Rzeczypospolitej, który miał wpływ na dalsze losu ogółu mieszkańców - pojawienia się w XVIII w. żydowskiego "mesjasza" znanego jako Jakub Frank. Frank był w istocie trzecim z serii "mesjaszy" po Sabbataju Cwi i Osmanie Babie. Podobnie jak jego poprzednicy w którymś momencie życia (przed przyjazdem do Polski) przeszedł na Islam. Podobnie jak Sabbataj Cwi postulował i wprowadzał w życie amoralność i rozwiązłość posuniętą do granic absurdu, odrzucał Talmud, opierał się na Kabale (Zohar), która - jak twierdził - nie jest sprzeczna z objawieniem chrześcijańskim. Mimo, że był jedynie zamożnym kupcem nosił się jak król, woził karetą, zawsze otoczony świtą swoich wyznawców.
Pokolenie wcześniej ortodoksyjni żydzi potępili na zjeździe w Brodach wyznawców Sabbataja Cwi i obłożyli ichniejszą ekskomuniką, która obejmowała także Franka i jego popleczników.
Kolejna dysputa odbyła się we Lwowie. Zgodził się na nią administrator diecezji ks. Mikulski pod warunkiem wszakże, że frankiści przyjmą chrzest.
Trwała wiele dni, tezy frankistów dostarczano talmudystom na piśmie i dawano kilka dni do namysłu
Po owej dyspucie wielu frankistów przyjęło chrzest (ok. 6 tys., a potem nawet 24 000) - sam Frank chyba dwa razy (jego ojcem chrzestnym był sam król) - co wiązało się z uzyskaniem szlachectwa i dóbr ziemskich, a w dalszej konsekwencji zasilenie elity społecznej naszego narodu.
Nawrócenie Franka i jego wyznawców było w oczywisty sposób nieszczere więc pod zarzutem herezji zamknięto "mesjasza" w klasztorze jasnogórskim, skąd dopiero uwolnił go carski generał, który zdobył twierdzę z rąk konfederatów barskich. Frank udał się do Wiednia, gdzie nawiązał przyjazne stosunki z Marią Teresą i jej synem. Tym epizodem zajmuje się wspomniany przeze mnie film Daas.
Mnie osobiście najbardziej zainteresował wątek owych nieszczerze nawróconych frankistów, którzy pozostali w kraju, skąd słali znaczne kwoty pieniędzy swemu mistrzowi (a po jego śmierci córce Ewie). Przez kilka pokoleń żenili się wyłącznie między sobą i pozostawali wierni swoim praktykom udając katolików. Niektórzy z nich przyjęli w końcu tę pozorowaną tożsamość jako własną, inni pozostali przy swojej.
Film niewątpliwie nawiązuje do ciekawego epizodu w historii mniejszości żydowskiej w I Rzeczypospolitej, który miał wpływ na dalsze losu ogółu mieszkańców - pojawienia się w XVIII w. żydowskiego "mesjasza" znanego jako Jakub Frank. Frank był w istocie trzecim z serii "mesjaszy" po Sabbataju Cwi i Osmanie Babie. Podobnie jak jego poprzednicy w którymś momencie życia (przed przyjazdem do Polski) przeszedł na Islam. Podobnie jak Sabbataj Cwi postulował i wprowadzał w życie amoralność i rozwiązłość posuniętą do granic absurdu, odrzucał Talmud, opierał się na Kabale (Zohar), która - jak twierdził - nie jest sprzeczna z objawieniem chrześcijańskim. Mimo, że był jedynie zamożnym kupcem nosił się jak król, woził karetą, zawsze otoczony świtą swoich wyznawców.
Pokolenie wcześniej ortodoksyjni żydzi potępili na zjeździe w Brodach wyznawców Sabbataja Cwi i obłożyli ichniejszą ekskomuniką, która obejmowała także Franka i jego popleczników.
Spór o „rząd dusz", jaki rozgorzał między frankistami a talmudystami, spowodował, że obie strony zwróciły się o arbitraż do władzy kościelnej, zawieszając tym samym własną autonomię religijną. Publiczna dysputa rabinów z frankistami odbyła się 20 czerwca 1757 roku przed sądem konsystorskim w Kamieńcu Podolskim. Jej podstawą były główne dogmaty wiary przedstawione przez Franka. Sąd uznał , że bliższa objawieniu chrześcijańskiemu jest zakorzeniona w Zoharze nauka frankistowska aniżeli Talmud, który nakazano publicznie spalić jako „pełny łgarstw i bluźnierstw". Jak to ujął Graetz, „stos dla Talmudu podpaliła Kabała". (http://www.fronda.pl/a/jak-falszywy-mesjasz-jakub-frank-chcial-zniszczyc-polske,46705.htmlWarto dodać, że protektor Franka biskup kamieniecki Dembowski szybko umarł po tym zdarzeniu
Kolejna dysputa odbyła się we Lwowie. Zgodził się na nią administrator diecezji ks. Mikulski pod warunkiem wszakże, że frankiści przyjmą chrzest.
Trwała wiele dni, tezy frankistów dostarczano talmudystom na piśmie i dawano kilka dni do namysłu
Na dziesięciu posiedzeniach załatwiono się z pierwszymi sześciu tezami. Pozostała tylko teza siódma, że "talmud naucza, że potrzebna jest krew chrześcijańska, a kto wierzy w talmud, musi jej potrzebować".
Był to niewątpliwie punkt ciężkości całej dysputy, najważniejszy i największy w ogóle budzący interes, tym bardziej, że od wieków niepokojona tą sprawą opinia szerokich warstw, zostawała właśnie pod wrażeniem niedawnego faktu, który zdarzył się w Żytomierzu na Wołyniu w r. 1753. Oto sąd tamtejszy kazał uwięzić 25 żydów pod zarzutem, że roku wspomnianego "w sam wielki piątek, złapawszy dziecię półczwarta roku mające imieniem Stefana Studzieńskiego, syna Adama i Ewy Studzieńskich, w wielką sobotę po sabacie zgromadzeni, okrutnie zamordowali, z każdej żyły i junktury krew wypuszczając przez klocie". "Po uczynionej pilnie inkwizycji" zbrodnię "prawnie dowiedziono" i wydano wyrok, mocą którego "z jedenastu żydów żywcem pasy darto, a potem ćwiertowano, trzynastu chrzest św. przyjąwszy, ścięci byli, jeden zaś mniej winny dla świadectwa innym talmudystom przy życiu zachowany został, chrzest św. przyjąwszy".
O godzinie 2 administrator ks. Mikulski zagaił zebranie i wezwał Frankistów, aby przytoczyli dowody na siódmą tezę.
Powstał na to tłumacz Frankistów, niejaki Moliwda-Kossakowski i ich imieniem w te słowa odezwał się po polsku:
"Żądanie krwi chrześcijańskiej od pospólstwa talmudystów nie tylko w Królestwie Polskiem, ale i w cudzych krajach jest jawne, wiele bowiem historji minąwszy w cudzych państwach, tu się w Polsce i Litwie zdarzyło, że talmudystowie niewinną krew chrześcijańską okrutnie wylali i za ten bezbożny uczynek przekonani, w różne czasy dekretami na śmierć osądzeni, zawsze jednak statecznie zapierając się, chcieli się przed światem oczyścić, że to na nich niewinnie chrześcijanie wkładają, powiadają".
"My jednak Boga wszystko widzącego, mającego przyjść sądzić żywych i umarłych, wziąwszy na świadectwo, nie ze złości albo zemsty na onych, ale z miłości Wiary świętej, którą przyjmujemy, tę złość onych talmudystów wydajem światu całemu do wiadomości, bośmy się i sami w młodości naszej u onych tego uczyłi".
Dowody na poparcie swego twierdzenia przynieśli Frankiści na piśmie zebrane. Czytał je tłumacz wśród ciszy obecnych, a były one następujące: Księga talmudu zwana Aur ech Chaim Megine Erec tj. ścieżka żyjących, obrona ziemi, której autorem jest rabin Dawid, mówi fol. 242 rozdz. 412; Micwe lachzeur acher jain udym zeycher leydam, co znaczy: przykaż (rabinie) starać się o wino czerwone, pamiątkę krwi
Zaraz potem ten sam autor dodaje: Od reymez leudym zeycher leydam szeochoiu parę szoychet benay Isruel tj. jeszcze mrugam ci dlaczego pamiątka czerwonej krwi, bo Farao rznął dzieci Izraelitów. Niżej zaś następuje zdanie: Wayhuidne nimneu milayikachjain udym mipney eliloys szeykurym, co znaczy: a teraz opuszczone zażywanie czerwonego wina gdyż fałszywe napaści są.
Tekstami przytoczonymi udowadniali Frankiści, że talmud domaga się krwi chrześcijańskiej, gdyż słowa jam udym "rabinowie sekret trzymający tłumaczą wino czerwone", tymczasem w hebrajskim piśmie tymi samemi literami (aleph, dalet, wow, men) pisze się tak słowo udym tj. czerwony, jak i słowo edym tj. według ks. talmudu Rambam fol. 55 - ten, który pierwszy dzień czyli niedzielę święci, a zatem chrześcijanin. Oba słowa różnią się tylko u spodu pierwszej litery (aleph) kropkami czyli akcentami, zwanemi sygiel i kumec, dla których kropek raz czyta się udym to znowu edym. "Trzeba zaś wiedzieć, że talmud księga Aurech Chaim Megine Erec, w której jest rozkaz dla rabinów, aby się starali o czerwone wino na Wielkanoc dwa te słowa podaje bez żadnych kropek, przez co te dwa hebrajskie słowa są obojętne. Wolno je rabinom tłumaczyć przed pospólstwem jam udym tj. wino czerwone a u siebie rozumieć jain edym tj. krew chrześcijańska pod alegorją wina". http://polskawalczaca.com/viewtopic.php?f=52&t=23373Nie zamierzam cytować w pełnym brzmieniu argumentów frankistów i kontrargumentów talmudystów w lwowskiej dyspucie z roku 1759. Wszystkie one zostały spisane w "Złości żydowskiej przeciwko Bogu i bliźniemu" przez jezuitę, ks. Gaudentego Pikulskiego i zamieszczone na wyżej wymienionej stronie w obszernych fragmentach. Nie jestem w stanie ich ocenić, ale wydają się zbieżne z Blood Passover Ariela Toaffa. "Insiderzy" są znacznie śmielsi w swoich oskarżeniach wobec współbraci niż zahukani chrześcijanie. W dzisiejszych czasach jednak nawet semityzm nie chroni przed oskarżeniem o antysemitym.
Po owej dyspucie wielu frankistów przyjęło chrzest (ok. 6 tys., a potem nawet 24 000) - sam Frank chyba dwa razy (jego ojcem chrzestnym był sam król) - co wiązało się z uzyskaniem szlachectwa i dóbr ziemskich, a w dalszej konsekwencji zasilenie elity społecznej naszego narodu.
Nawrócenie Franka i jego wyznawców było w oczywisty sposób nieszczere więc pod zarzutem herezji zamknięto "mesjasza" w klasztorze jasnogórskim, skąd dopiero uwolnił go carski generał, który zdobył twierdzę z rąk konfederatów barskich. Frank udał się do Wiednia, gdzie nawiązał przyjazne stosunki z Marią Teresą i jej synem. Tym epizodem zajmuje się wspomniany przeze mnie film Daas.
Mnie osobiście najbardziej zainteresował wątek owych nieszczerze nawróconych frankistów, którzy pozostali w kraju, skąd słali znaczne kwoty pieniędzy swemu mistrzowi (a po jego śmierci córce Ewie). Przez kilka pokoleń żenili się wyłącznie między sobą i pozostawali wierni swoim praktykom udając katolików. Niektórzy z nich przyjęli w końcu tę pozorowaną tożsamość jako własną, inni pozostali przy swojej.
niedziela, 13 listopada 2016
Jak syn naczelnego rabina Rzymu został antysemitnikiem
Przeczytałam właśnie "Blood Passover" prof. Ariela Toaffa, syna naczelnego rabina Rzymu zresztą (http://bloodpassover.com/) . Ponieważ rzeczony uczony pracuje na izraelskim uniwersytecie Bar-Illan (jest specjalistą od renesansu i średniowiecza) jego praca ukazała się najpierw po hebrajsku i pies z kulawą nogą nie zaprotestował. Problem pojawił się, kiedy miała zostać wydana po włosku i zaistniało niebezpieczeństwo, że zainteresują się nią Goyim. Do akcji wkroczyła ADL z łatwym do przewidzenia skutkiem - autor musiał odszczekać swoje tezy i wycofać książkę. Na szczęście jest dostępna w Internecie w angielskim przekładzie.
Główna teza jest taka, że niektóre z oskarżeń o mord rytualny na chrześcijańskich dzieciach płci męskiej wysuwane wobec Żydów aszkenazyjskich mogą być prawdziwe. Autor skupił się na szczegółach dobrze udokumentowanego procesu o zamordowanie 2- letniego Szymona (Simonino) z Trydentu.
Niezależnie od tego, czy teza jest prawdziwa czy nie, z pracy Ariela Toaffa wyłania się dość odrażający obraz aszkenazyjskich Żydów. Autor stwierdza w pewnym momencie, że Chrześcijanie mieli wszelkie powody obawiać się ich, gdyż Ci od wieków porywali dzieci i sprzedawali w niewolę muzułmanom, przy czym chłopców kastrowali, żeby uzyskać lepszą cenę. Złapani z towarem przekupywali kogo trzeba i odpływali w siną dal. Natomiast sproszkowanej krwi ludzkiej (dziecięcej) używano do celów medycznych, okultystycznych i rytualnych - osiągała bajeczne ceny.
Zupełnie inny temat to niewiarygodna nienawiść Żydów do Jezusa, którego podczas święta Purim utożsamiano z Hamanem. W tym czasie zdarzały się świętokradcze przypadki krzyżowania jagniąt, niszczenia wiszących w kościołach krucyfiksów, profanacji hostii i co najmniej jeden przypadek zabicia chrześcijańskiego chłopca, który reprezentował "fałszywego mesjasza, boga chrześcijan".
Podczas święta Paschy wymieniano wszystkie plagi egipskie zanurzając palce w winie i spryskując stół z intencją sprowadzenia ich na chrześcijan, w których kraju mieszkali.
Opis lżenia zwłok zamordowanego chłopca w synagodze (w którym biorą udział także kobiety) przyprawia o mdłości - określenie Synagoga Szatana nie wydaje się w tym przypadku żadną retoryczną przesadą.
Książkę polecam wszystkim prostodusznym chrześcijanom - moim braciom i siostrom - którzy nie mają pojęcia o skali nienawiści wymierzonej w nas i są gotowi przepraszać za fikcyjne przewinienia i bratać się ze "starszymi braćmi w wierze".
Tymczasem owi "starsi bracia" przed I wojną Światową (a także po niej) sprzedawali do burdeli w Ameryce Południowej żydowskie dziewczęta z terenów dawnej Rzeczypospolitej w takich ilościach, że słowo "Polaca" stało się synonimem prostytutki (http://www.fronda.pl/a/zydowscy-alfonsi-dostarczali-dzieci-do-burdeli-argentyny,81709.html). Po drugiej wojnie światowej przerzucili się na sprowadzanie młodych kobiet z biednych krajów postkomunistycznych do burdeli w Izraelu i handel narządami (Gadowski zrobił o tym dobry film "Mitzwah").
Widzę tu pewną ciągłość - tradycję traktowania ludzi jako towar jak każdy inny- od starożytności do czasów obecnych. (Żydzi sefardyjscy zdominowali handel niewolnikami z Afryki sprzedawanymi na plantacje obu Ameryk).
90% żydowskich kolaborantów (z Judenratów i policji żydowskiej w gettach) przeżyło niemiecką okupację, a tylko 10% ich"podopiecznych", których życiem zapłacili za swoje.
Oczywiste jest dla mnie, że owi "holocaust survivors" nie mają ochoty opowiadać nikomu prawdy, a wolą promować ckliwe, łzawe i całkowicie fikcyjne historie pisane na użytek naiwnych Goyim.
Co gorsza owe fikcje literackie prezentowane są jako autentyczne wspomnienia, a ich autorzy wymyślają sobie nową tożsamość lub podszywają się pod prawdziwe ofiary. Przypadek Elie Wiesela. który ukradł tożsamość Lazarowi Wieselowi (zbieżność nazwisk przypadkowa) i został zdemaskowany przez jego przyjaciela i współwięźnia Miklosa Grunera (w książce Identity Theft), a mimo to uhonorowano do Pokojowa Nagrodą Nobla, wydaje się dość charakterystyczny dla tego trendu. Trudno dziwić się, że wielu zainspirowało się jego pomysłem biznesowym: Kosiński ze swoim "Malowanym ptakiem",Binjamin Wilkomirski (Fragments: Memories of a Wartime Childhood, 1995) ,Misha Defonseca (Misha: A Mémoire of the Holocaust Years, 1997), Martin Grey (Au nom de tous les miens), Herman Rosenblat (Angel at the Fence), Rosemarie Pence (Hannah: From Dachau to the Olympics and Beyond, 2005), Enric Marco (Memorias del infierno, 1978), Donald J. Watt (Stoker, 1995), Denis Avey (The Man who Broke into Auschwitz, 2011) czy Alex Kurzem (The Mascot, 2002).
Jak bezwstydne kłamstwa podawane są Gojom do wierzenia świadczy przypadek Mishy Defonseca (Monique de Wael), która miała podążyć za deportowanymi rodzicami z Belgii do Polski, gdzie odrzucona przez "local population" przeżyła w lesie karmiona przez wilki. Byłoby to zabawne, ale jednak przez pewien czas uchodziło za prawdę.
Co innego oskarżenia o mord rytualny! Są zmaltretowane zwłoki dziecka, są świadkowie, ale wyciągnąć logiczny wniosek to dołączyć do grona antysemitników!
niedziela, 16 października 2016
Bulla Benedykta XIV "A quo primum" z 1751, a żydowska polityka historyczna
Zamieszczam obszerne fragmenty bulli "A quo primum" Benedykta XIV z 1751 wyrażającej zaniepokojenie papieża liczbą Żydów w Polsce i ich nadmiernymi wpływami.
Klasyczne radio Erewań - prześladowania, z tym że Chrześcijan przez Żydów, których niedoli papież pragnie ulżyć uświadamiając polskich hierarchów czym grozi żydowska dominacja ekonomiczna w społeczeństwie. Przyszłość przyznała mu rację! Zawsze mnie zadziwia ile mądrości Kościół Katolicki zgubił po drodze (albo wstydzi się jej używać).
Ta konkretna bulla jest dla mnie przypadkiem instruktażowym jak działa żydowska polityka historyczna. To nic, że dokument istnieje, jest powszechnie dostępny w internecie po polsku, angielsku, włosku i łacinie (a w innych językach europejskich zapewne też), ale ponieważ pokazuje Żydów jako prześladowców, a nie ofiary, albo się go pomija milczeniem, albo zmienia znaczenie o 180 stopni, czyli ordynarnie kłamie. Uczmy się z kim mamy do czynienia!
"Ilość żydów znacznie się powiększyła w Polsce. Mianowicie pewne miejscowości, osiedla i miasta, otoczone niegdyś wspaniałymi murami (czego dowodzą obecnie ruiny), i które, jak dowiadujemy się ze starych, wciąż istniejących list i rejestrów, były zamieszkane przez dużą ilość chrześcijan, obecnie są zaniedbane i w brudnym stanie i są zamieszkane przez wielką ilość żydów i niemalże pozbawione chrześcijan. Poza tym w tymże królestwie jest pewna ilość parafii, w których ludność katolicka bardzo się zmniejszyła. Konsekwentnie dochód z tych parafii, skurczył się do tego stopnia, że zachodzi niebezpieczeństwo, iż zostaną pozbawione księży. W dodatku cały handel artykułami ogólnego użytku, jak napoje, a nawet wina, jest w rękach żydowskich. Pozwala im się także administrować publicznymi funduszami. Oni są dzierżawcami karczm i gospodarstw wiejskich, a także nabywają majątki ziemskie. We wszystkich tych wypadkach oni (żydzi) nabywają uprawnienia właścicieli dworów nad nieszczęśliwymi chrześcijańskimi robotnikami rolnymi; i korzystają oni nie tylko ze swych uprawnień w bezlitosny i nieludzki sposób, zmuszając chrześcijan do uciążliwej i męczącej pracy przez nakładanie na nich nadmiernych ciężarów, lecz w dodatku poddają chrześcijan karom cielesnym, jak bicie i zadawanie ran. A więc ci nieszczęśliwi ludzie są w stanie poddaństwa względem żyda tak, jak niewolnicy są zdani na kaprysy ich władcy i pana. Prawda, że jeżeli chodzi o wykonanie kary, to żyd musi odnieść się do chrześcijańskiego oficjalisty, któremu ta funkcja jest powierzona. Z chwilą jednak, gdy oficjalista jest zmuszony podporządkować się zarządzeniom żydowskiego pana pod rygorem utraty stanowiska, tyrańskie rozkazy żyda muszą być wykonane.Na stronach żydowskich, na których wymienione są wszystkie dokumenty papieskie dotyczące Żydów, ta konkretna bulla jest pominięta. W nocie na temat Benedykta XIV w encyklopedii żydowskiej - wśród informacji o dokumentach na temat chrztu Żydów - jest krótka wzmianka, że w liście do biskupów polskich wziął ich w obronę kiedy w Rzeczypospolitej wybuchły prześladowania... Liczba 6 milonów tym razem nie pada (aż dziw!)
Dowiedzieliśmy się, że zarząd funduszami publicznymi, dzierżawa zajazdów, dóbr i gospodarstw wiejskich jest w rękach żydowskich, ku wielkiej krzywdzie chrześcijan pod wieloma względami. Lecz musimy także zwrócić uwagę na inne skandaliczne anomalie, po dokładnym zbadaniu których, zobaczymy, że anomalie te mogą stać się źródłem jeszcze większego zła i bardziej rozpowszechnionej ruiny niż te, o których już wspomnieliśmy. To jest sprawa brzemienna w poważne konsekwencje, że żydzi są dopuszczeni do arystokratycznych domów w charakterze pełnomocników lub zarządców w zakresie spraw domowych lub gospodarczych. A więc żydzi żyją na warunkach zażyłej poufałości pod tym samym dachem, co i chrześcijanie, których traktują w arbitralny sposób, nie ukrywając swej dla nich pogardy. W miastach i innych osiedlach żydzi są wszędzie widziani wśród chrześcijan; i, co jest bardziej pożałowania godne, żydzi wcale nie obawiają się angażować chrześcijan obu płci w charakterze służby domowej. W dodatku, żydzi, zaangażowani w przedsiębiorstwach handlowych, kumulują z tych przedsiębiorstw olbrzymie masy pieniędzy i przez nadmierny lichwiarski wyzysk dążą do systematycznego pozbawienia chrześcijan ich dóbr i własności. Chociaż żydzi jednocześnie pożyczają pieniądze od chrześcijan na niezwykle wysokie oprocentowanie, a synagogi ich służą jako zabezpieczenie spłaty, to jednak nie trudno jest zrozumieć powody ich postępowania. Po pierwsze żydzi uzyskują od chrześcijan pieniądze, które, po zaangażowaniu w handlu, przynoszą im dochód, pozwalający na spłatę zgodzonych procentów, a poza tym pieniądze te pomnażają ich własny dobrobyt. Po drugie oni pozyskują sobie tylu protektorów, opiekujących się synagogami i żydami, ilu mają kredytorów."
Klasyczne radio Erewań - prześladowania, z tym że Chrześcijan przez Żydów, których niedoli papież pragnie ulżyć uświadamiając polskich hierarchów czym grozi żydowska dominacja ekonomiczna w społeczeństwie. Przyszłość przyznała mu rację! Zawsze mnie zadziwia ile mądrości Kościół Katolicki zgubił po drodze (albo wstydzi się jej używać).
Ta konkretna bulla jest dla mnie przypadkiem instruktażowym jak działa żydowska polityka historyczna. To nic, że dokument istnieje, jest powszechnie dostępny w internecie po polsku, angielsku, włosku i łacinie (a w innych językach europejskich zapewne też), ale ponieważ pokazuje Żydów jako prześladowców, a nie ofiary, albo się go pomija milczeniem, albo zmienia znaczenie o 180 stopni, czyli ordynarnie kłamie. Uczmy się z kim mamy do czynienia!
sobota, 15 października 2016
"Guwernantka", czyli o aktualności bulli Sicut Judeis non
Obejrzałam wczoraj film niejakiej Sandry Goldbacher (scenariusz i reżyseria) p.t. Governess (https://www.youtube.com/watch?v=E6O7vU9PQhU). Miałam wprawdzie ochotę iść spać, ale toksyczni sąsiedzi zakłócali tzw. mir domowy i ciszę nocną zarazem, więc wezwałam policję i czekając na interwencję przeglądałam Internet w poszukiwaniu przyjemnego filmu kostiumowego. Rzeczona "Guwernantka" na takiego właśnie widza czyhała.
Historia jest taka, że dziewczę z zamożnej rodziny żydowskiej traci ojca i krewni pragną wydać ją za handlarza rybami. Dziewczęciu taki pomysł się nie podoba i postanawia zostać guwernantką. Wymyśla sobie chrześcijańskie imię, angielsko brzmiące nazwisko i nową tożsamość - wszystko to napawa ją szczerym obrzydzeniem. I tak "under false pretences" zwala się na glowę szlacheckiej rodzinie katolickiej w Szkocji, gdzie również wszystko budzi jej wstręt - zapierający dech w piersiach krajobraz, intensywna zieleń, pożywne i elegancko podane jedzenie, a nade wszystko krucyfiks w pokoju i modły w domowej kaplicy.
Rosina - bo takie jest jej prawdziwe imię - sprawnie oszukuje znudzoną panią domu, pacyfikuje rozkapryszoną córkę za pomocą kilku gróźb, uwodzi pana domu przy okazji pomagania mu w pracy (nad rozwojem fotografii), a potem także jego syna. Na odchodnym prezentuje gojom nagie zdjęcie ojca i męża, żeby nikt nie miał żadnych wątpliwości i w swoim żydowskim stroju dumnie opuszcza rodzinę, którą właśnie zrujnowała.Wraca do swoich i zaczyna karierę fotograficzną, która "pozwala jej zapomnieć".
Wielu internautów pisze, że film jest piękny, niektórzy porównują go do twórczości Bergmana. Dla mnie jest ohydny, a na jego uwodzicielską stronę audio-wizualną jestem dziwnie odporna.
Najbardziej zirytowało mnie sięganie po gatunek, który w jakimś stopniu opierał się psuciu przez wiadome podmioty - film kostiumowy, gdzie jeszcze czasem zachowała się czystość, odwaga, wierność itp. zapewne pod wpływem pierwowzorów literackich. One również są psute na potęgę (vide Lady Audley's Secret), ale niektórzy przytomni reżyserzy i scenarzyści rozumieją czego szuka widz i nie usiłują poprawiać klasyki.
Sandra Goldbacher zatęskniła za żydowską Jane Eyre i stworzyła karykaturę skromnej,czystej, dzielnej i uczciwej bohaterki Charlotte Bronte. Żydowska wersja nie jest zaprawiona w trudach życia jak jej angielski pierwowzór, tylko wychowana w dobrobycie, skromność też nie należy do jej cnót. Czarna suknia, którą nosi przez cały film odsłania dekolt, plecy i ramiona w stopniu nie spotykanym w tej epoce, a już na pewno nie wśród Żydów. Scenarzystka i reżyserka w jednym chce nas jednak przekonać, ze Żydówki - w przeciwieństwie do Chrześcijanek - zawsze były wyzwolone i bezpruderyjne. Oto dziewicza jeszcze Rosina widząc zachwyt mężczyzny nad jej bosą stopą (podczas pozowania do fotografii) podnosi powoli spódnicę, żeby mógł zobaczyć (i dotknąć) więcej. Kiedy zaszokowany chce się wycofać z tej zabawy, całuje go w usta. Widz ma wrażenie, że nie jest to wyraz uczucia ani nawet pociągu tylko eksperymentowanie na gojach. W związku z tym widzimy w filmie dużo męskiej golizny - dziwnie bezbronnej - "obrabianej" przez bohaterkę.
Najobrzydliwszy jednak jest dla mnie nachalnie manifestowany wstręt, do wszystkiego co chrześcijańskie. Podziela go nawet młody syn rodziny, który zakochuje się z Żydówce właśnie dlatego, ze jest inna niż znane mu kobiety. Wszystko w tym filmie jest ahistoryczne, skrajnie nieprawdopodobne i wydumane. Autentyczna wydaje się jedynie odraza autorki do gojów, ich religii i kultury, którą zresztą usiłuje swoim filmem zatruć.
Nieźle byłoby wrócić do wytycznych bulli Sicut judaeis non, która z jednej strony zabrania zabijania, i okradania Żydów, zakłócania ich świąt i niszczenia cmentarzy, ale z drugiej zakazuje im psucia chrześcijańskiej kultury. To wydaje mi się właściwy modus vivendi oparty na realistycznej ocenie specyfiki mentalności żydowskiej. Czy w Watykanie ktoś jeszcze o tym dokumencie pamięta?
Historia jest taka, że dziewczę z zamożnej rodziny żydowskiej traci ojca i krewni pragną wydać ją za handlarza rybami. Dziewczęciu taki pomysł się nie podoba i postanawia zostać guwernantką. Wymyśla sobie chrześcijańskie imię, angielsko brzmiące nazwisko i nową tożsamość - wszystko to napawa ją szczerym obrzydzeniem. I tak "under false pretences" zwala się na glowę szlacheckiej rodzinie katolickiej w Szkocji, gdzie również wszystko budzi jej wstręt - zapierający dech w piersiach krajobraz, intensywna zieleń, pożywne i elegancko podane jedzenie, a nade wszystko krucyfiks w pokoju i modły w domowej kaplicy.
Rosina - bo takie jest jej prawdziwe imię - sprawnie oszukuje znudzoną panią domu, pacyfikuje rozkapryszoną córkę za pomocą kilku gróźb, uwodzi pana domu przy okazji pomagania mu w pracy (nad rozwojem fotografii), a potem także jego syna. Na odchodnym prezentuje gojom nagie zdjęcie ojca i męża, żeby nikt nie miał żadnych wątpliwości i w swoim żydowskim stroju dumnie opuszcza rodzinę, którą właśnie zrujnowała.Wraca do swoich i zaczyna karierę fotograficzną, która "pozwala jej zapomnieć".
Wielu internautów pisze, że film jest piękny, niektórzy porównują go do twórczości Bergmana. Dla mnie jest ohydny, a na jego uwodzicielską stronę audio-wizualną jestem dziwnie odporna.
Najbardziej zirytowało mnie sięganie po gatunek, który w jakimś stopniu opierał się psuciu przez wiadome podmioty - film kostiumowy, gdzie jeszcze czasem zachowała się czystość, odwaga, wierność itp. zapewne pod wpływem pierwowzorów literackich. One również są psute na potęgę (vide Lady Audley's Secret), ale niektórzy przytomni reżyserzy i scenarzyści rozumieją czego szuka widz i nie usiłują poprawiać klasyki.
Sandra Goldbacher zatęskniła za żydowską Jane Eyre i stworzyła karykaturę skromnej,czystej, dzielnej i uczciwej bohaterki Charlotte Bronte. Żydowska wersja nie jest zaprawiona w trudach życia jak jej angielski pierwowzór, tylko wychowana w dobrobycie, skromność też nie należy do jej cnót. Czarna suknia, którą nosi przez cały film odsłania dekolt, plecy i ramiona w stopniu nie spotykanym w tej epoce, a już na pewno nie wśród Żydów. Scenarzystka i reżyserka w jednym chce nas jednak przekonać, ze Żydówki - w przeciwieństwie do Chrześcijanek - zawsze były wyzwolone i bezpruderyjne. Oto dziewicza jeszcze Rosina widząc zachwyt mężczyzny nad jej bosą stopą (podczas pozowania do fotografii) podnosi powoli spódnicę, żeby mógł zobaczyć (i dotknąć) więcej. Kiedy zaszokowany chce się wycofać z tej zabawy, całuje go w usta. Widz ma wrażenie, że nie jest to wyraz uczucia ani nawet pociągu tylko eksperymentowanie na gojach. W związku z tym widzimy w filmie dużo męskiej golizny - dziwnie bezbronnej - "obrabianej" przez bohaterkę.
Najobrzydliwszy jednak jest dla mnie nachalnie manifestowany wstręt, do wszystkiego co chrześcijańskie. Podziela go nawet młody syn rodziny, który zakochuje się z Żydówce właśnie dlatego, ze jest inna niż znane mu kobiety. Wszystko w tym filmie jest ahistoryczne, skrajnie nieprawdopodobne i wydumane. Autentyczna wydaje się jedynie odraza autorki do gojów, ich religii i kultury, którą zresztą usiłuje swoim filmem zatruć.
Nieźle byłoby wrócić do wytycznych bulli Sicut judaeis non, która z jednej strony zabrania zabijania, i okradania Żydów, zakłócania ich świąt i niszczenia cmentarzy, ale z drugiej zakazuje im psucia chrześcijańskiej kultury. To wydaje mi się właściwy modus vivendi oparty na realistycznej ocenie specyfiki mentalności żydowskiej. Czy w Watykanie ktoś jeszcze o tym dokumencie pamięta?
czwartek, 13 października 2016
O specyficznym stosunku Żydów do prawdy
Michnik w wywiadzie dla Der Spiegel stwierdził, że jego rodzice zginęli w holokauście, choć w dowolnym łatwo dostępnym źródle można znaleźć, że Ozjasz Szechter zmarł w 1982, a Helena Michnik w 1969, oboje z przyczyn naturalnych.
Ann Applebaum nakłamała w Washington Post (o ile dobrze pamiętam), że film Smoleńsk został nakręcony na zlecenie obecnego rządu, a tymczasem był prywatną inicjatywą z 2013 r., o czym powszechnie wiadomo (zbiórka pieniędzy była ogłaszana w mediach, Krauze daremnie zwracał się o dofinansowanie do PISFu, wszystkie autorytety wypowiadały się na ten temat przez ostatnie lata). Co gorsza przypisała generałowi Błasikowi zachowania i słowa, na które nie ma żadnego dowodu - są jej czystym wymysłem.
Patrząc na te dwa przykłady chrześcijanin jest całkowicie bezradny. Są to kłamstwa tak oczywiste i tak łatwe do zweryfikowania, że autorzy musieli wiedzieć, że wyjdą na jaw. Być może uważają, że maja taką pozycję na arenie międzynarodowej, że ich słów nikt nie będzie sprawdzał i w świat pójdzie właśnie taka wersja, nawet jeśli w kraju każdy będzie wiedział co o tym myśleć.
Cywilizacja żydowska podobno nie zna pojęcia prawdy w takim ujęciu jak rozumieli ją Grecy (a my za nimi). Patrząc na produkcję amerykańskich tzw. historyków holokaustu ze szczególnym uwzględnieniem Grossa, amerykańskie gazety z 6 mln Żydów zabitych na długo przed dojściem Hitlera do władzy czy 6 mln kobiet na "czarnych marszach" , całą masę tzw. "holocaust survivors", którym udowodniono, że zmyślili swoje duszaszczypatielnyje historie dla kasy, wypada się z tym zgodzić.
Co robią ci ludzie kiedy ich kłamstwo wychodzi na jaw? Wzruszają ramionami! Że nie 200 000 tysięcy Żydów zginęło po wojnie tylko ok. 300 (w tym za zdradę, w napadach rabunkowych, od niewypałów itp). Zabić jednego to tak jakby zginął cały świat! Dmowski nikogo nie mordował? Jak to nie - słowa mogą zabijać równie skutecznie jak karabin! Historia jest zmyślona?!! Ale przecież mogłaby równie dobrze być prawdziwa i to się liczy!!!
Mój ojciec opowiadał, że Żyd sklepikarz zapytany np. o wełnę, której akurat nie miał na składzie, wciskał co bądź, zaklinając się na wszystkie świętości, że to właśnie dokładnie to czego szanowny pan szuka! Sama się zetknęłam z takim podejściem kiedy chciałam kupić bawełniane rajstopy. "Te są bawełniane - akrylowe" powiedziała sprzedawczyni podając mi towar bez mrugnięcia powieką. Przypominam sobie też "masło- margarynę" czy "polską komedię z Luisem de Fines".
Na pewnym wykładzie ks. Waldemar Chrostowski, który zjadł zęby na tzw "dialogu z judaizmem", uświadamiał słuchaczy, ze GW wykazuje typowo żydowskie rozumienie pojęcia prawdy, co każdy średnio rozgarnięty czytelnik sam zapewne już odkrył. Problem w tym, że większość mediów światowych tak ma, o czym świadczy chociażby sposób relacjonowania tzw. "kryzysu imigracyjnego" w zeszłym roku czy sytuacji w Polsce po ostatnich wyborach parlamentarnych, o katastrofie smoleńskiej nie wspominając.
Ann Applebaum nakłamała w Washington Post (o ile dobrze pamiętam), że film Smoleńsk został nakręcony na zlecenie obecnego rządu, a tymczasem był prywatną inicjatywą z 2013 r., o czym powszechnie wiadomo (zbiórka pieniędzy była ogłaszana w mediach, Krauze daremnie zwracał się o dofinansowanie do PISFu, wszystkie autorytety wypowiadały się na ten temat przez ostatnie lata). Co gorsza przypisała generałowi Błasikowi zachowania i słowa, na które nie ma żadnego dowodu - są jej czystym wymysłem.
Patrząc na te dwa przykłady chrześcijanin jest całkowicie bezradny. Są to kłamstwa tak oczywiste i tak łatwe do zweryfikowania, że autorzy musieli wiedzieć, że wyjdą na jaw. Być może uważają, że maja taką pozycję na arenie międzynarodowej, że ich słów nikt nie będzie sprawdzał i w świat pójdzie właśnie taka wersja, nawet jeśli w kraju każdy będzie wiedział co o tym myśleć.
Cywilizacja żydowska podobno nie zna pojęcia prawdy w takim ujęciu jak rozumieli ją Grecy (a my za nimi). Patrząc na produkcję amerykańskich tzw. historyków holokaustu ze szczególnym uwzględnieniem Grossa, amerykańskie gazety z 6 mln Żydów zabitych na długo przed dojściem Hitlera do władzy czy 6 mln kobiet na "czarnych marszach" , całą masę tzw. "holocaust survivors", którym udowodniono, że zmyślili swoje duszaszczypatielnyje historie dla kasy, wypada się z tym zgodzić.
Co robią ci ludzie kiedy ich kłamstwo wychodzi na jaw? Wzruszają ramionami! Że nie 200 000 tysięcy Żydów zginęło po wojnie tylko ok. 300 (w tym za zdradę, w napadach rabunkowych, od niewypałów itp). Zabić jednego to tak jakby zginął cały świat! Dmowski nikogo nie mordował? Jak to nie - słowa mogą zabijać równie skutecznie jak karabin! Historia jest zmyślona?!! Ale przecież mogłaby równie dobrze być prawdziwa i to się liczy!!!
Mój ojciec opowiadał, że Żyd sklepikarz zapytany np. o wełnę, której akurat nie miał na składzie, wciskał co bądź, zaklinając się na wszystkie świętości, że to właśnie dokładnie to czego szanowny pan szuka! Sama się zetknęłam z takim podejściem kiedy chciałam kupić bawełniane rajstopy. "Te są bawełniane - akrylowe" powiedziała sprzedawczyni podając mi towar bez mrugnięcia powieką. Przypominam sobie też "masło- margarynę" czy "polską komedię z Luisem de Fines".
Na pewnym wykładzie ks. Waldemar Chrostowski, który zjadł zęby na tzw "dialogu z judaizmem", uświadamiał słuchaczy, ze GW wykazuje typowo żydowskie rozumienie pojęcia prawdy, co każdy średnio rozgarnięty czytelnik sam zapewne już odkrył. Problem w tym, że większość mediów światowych tak ma, o czym świadczy chociażby sposób relacjonowania tzw. "kryzysu imigracyjnego" w zeszłym roku czy sytuacji w Polsce po ostatnich wyborach parlamentarnych, o katastrofie smoleńskiej nie wspominając.
Etykiety:
A. Applebaum,
Adam Michnik,
cywilizacja żydowska,
gen. Blasik,
GW,
Helena Michnik,
Krauze,
ks. W. Chrostowski,
Ozjasz Szechter,
prawda,
Smoleńsk
Subskrybuj:
Posty (Atom)