Cierpię na ciężką chorobę duchową zwaną zwątpieniem totalnym.
Nie narusza ona mojej wiary w sensie religijnym, ani moich poglądów w kwestii dobra i zła, które jak mniemam są dość ortodoksyjne (w sensie ortodoksji katolickiej).
Zwątpienie dotyczy mojego własnego życia. Mimo że moja obecna sytuacja jest całkiem nieznośna nie chce mi się ruszyć palcem w bucie, bo nie wierzę, że cokolwiek da się zmienić - tego, niestety, nauczyło mnie życie.
Zastanawiam się czy istnieje jakakolwiek kuracja na tę przypadłość.
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
czwartek, 19 czerwca 2014
wtorek, 17 czerwca 2014
O manipulujących k....wach (MP)
Tym wulgarnym określeniem nazywam ludzi obu płci niezdolnych do wyższych uczuć, ale za to nadzwyczajnie biegłych w kokietowaniu, uwodzeniu i ogólnie manipulowaniu, Zarzekałam się, że nie poświęcę tym zakałom rodu ludzkiego ani pół słowa, ale po namyśle stwierdziłam, że istnieje zjawisko, więc jego opis także powinien być dostępny.
Z pewną dopuszczalną dozą manipulacji mamy do czynienia w wychowywaniu dzieci, panowaniu nad grupą w zawodach , które tego wymagają i w pewnych sytuacjach, kiedy jawne okazanie swoich intencji byłoby niebezpieczne. Wyobrażam sobie sytuację kiedy ktoś słabszy jest zagrożony przez silniejszego i nie może mu się przeciwstawić wprost, więc ucieka się do pewnego rodzaju podstępu. Mogę to łatwo zrozumieć i usprawiedliwić.
Podobnie z sytuacją, kiedy kobiecie podoba się określony mężczyzna, a kulturowo jest nie do przyjęcia, żeby to ona pierwsza jawnie okazała zainteresowanie, więc chcąc nie chcąc musi zastosować bardziej subtelne środki. (Od razu mówię, że sama słabo się w tej materii rozeznaje, gdyż nie ćwiczyłam się za młodu, wychowana w błędnym przekonaniu, że to mężczyźni pełni są inicjatywy.) Oczywiście mam na myśli przypadek, kiedy chodzi o rzeczywistą relację, a nie zaliczanie kolejnych obiektów w stylu Anusi Borzobohatej kręcącej fartuszkiem i strzygącej oczami obwieszczając raz po raz, że kolejny nieszczęśnik "pogrążon". Sienkiewicz sam miał ochotę ukatrupić tę niepoprawną kokietkę, co też zrobił - jak sobie wyobrażam - z pewną satysfakcją.
Z drugiej strony pewna moja znajoma z Ukrainy zaprawiona w kokieterii od młodego wieku twierdzi, że bez niej żadna relacja damsko-męska po prostu nie powstanie. Być może tak jest, z perspektywy mojego doświadczenia brzmi bardzo prawdopodobnie. Nie będę więc drążyć tematu zjawiska kokieterii, tylko jej niewłaściwego użycia.
Wszystkie kobiety biegłe w tej materii, które miałam nieszczęście znać, używały swoich manipulacyjnych sztuczek nie tylko aby pozyskać mężczyznę, na którym im zależało, ale wobec wszystkiego co się rusza aby stać się środkiem mikrokosmosu w którym jakiś złośliwy demon je postawił. Jak wygląda rodzina w której matka jest kimś takim szkoda się wypowiadać. Drogi potencjalny czytelniku użyj wyobraźni. Rozmawiałam niedawno ze swoją klientką 60-letnią kobietą sukcesu - piękną, wykształconą spełniona zawodowo, kochaną zoną, matka 2 udanych, już usamodzielnionych dzieci. Kiedy opowiadała o swojej matce i układach w domu cały jej staranny makijaż popłynął, a ja siedziałam ze szczęką na bruku bo słyszałam swoja historię tylko - odwrotnie niż w moim przypadku - zakończoną happy endem.
Manipulująca k...wa, kiedy udaje przyjaciółkę, bardzo szybko zaczyna traktować swoją ofiarę jak starającego się o nią pośledniejszego absztyfikanta. Ciągle czegoś się domaga jako rzeczy jej należnej (pieniędzy, czasu, pomocy) w najmniejszym stopniu nie czując się zobowiązana do zrewanżowania się tym samym. Przypuszczam, że wyobraża sobie, ze znajomość z nią jest zaszczytem, za który jej ofiara nie wypłaci się do końca życia.
Jest to coś niewymownie ohydnego, o czym nawet nie mam ochoty pisać, ale istnieje coś jeszcze gorszego a mianowicie męska odmiana tego paskudztwa. Taki osobnik kokietuje kobiety dokładnie tak jak Anusia Borzobohata mężczyzn, pogrąża kolejne naiwne, które wyobrażają sobie, że właśnie są na drodze do zbudowania trwałej relacji i tzw. "urządzenia sobie życia". Męska manipulująca k...wa nie dąży do skonsumowania swoich podbojów, gdyż satysfakcję większą od seksualnej czerpie z udanego emocjonalnego oszustwa. Być może także dlatego, że w gruncie rzeczy nie jest mężczyzną i nie tylko brak jej uczuć, ale nawet popędów zwykle mu przypisywanych.
Mimo głębokiego obrzydzenia, którym napełniają mnie MK obu płci dopuszczam wyjaśnienie, że cierpią na rodzaj nerwicy, przymus sprawiania, by wszyscy się w nich zakochiwali jako formę kontroli nad innymi ludźmi, a pośrednio nad swoim życiem.
Mam nawet pomysł na wyleczenie ich - zesłanie na bezludną wyspę, gdzie będą jak pasożyt bez żywiciela. Zdechną albo się przestawią.
P.S.
Gwoli ostrzeżenia, jeśli słyszymy lub widzimy, że ktoś jest kochany i podziwiany przez wszystkich w swoim otoczeniu miejmy się na baczności, a najlepiej wiejmy stamtąd z wrzaskiem zanim wyciągnie po nas swoje lepkie macki.
Z pewną dopuszczalną dozą manipulacji mamy do czynienia w wychowywaniu dzieci, panowaniu nad grupą w zawodach , które tego wymagają i w pewnych sytuacjach, kiedy jawne okazanie swoich intencji byłoby niebezpieczne. Wyobrażam sobie sytuację kiedy ktoś słabszy jest zagrożony przez silniejszego i nie może mu się przeciwstawić wprost, więc ucieka się do pewnego rodzaju podstępu. Mogę to łatwo zrozumieć i usprawiedliwić.
Podobnie z sytuacją, kiedy kobiecie podoba się określony mężczyzna, a kulturowo jest nie do przyjęcia, żeby to ona pierwsza jawnie okazała zainteresowanie, więc chcąc nie chcąc musi zastosować bardziej subtelne środki. (Od razu mówię, że sama słabo się w tej materii rozeznaje, gdyż nie ćwiczyłam się za młodu, wychowana w błędnym przekonaniu, że to mężczyźni pełni są inicjatywy.) Oczywiście mam na myśli przypadek, kiedy chodzi o rzeczywistą relację, a nie zaliczanie kolejnych obiektów w stylu Anusi Borzobohatej kręcącej fartuszkiem i strzygącej oczami obwieszczając raz po raz, że kolejny nieszczęśnik "pogrążon". Sienkiewicz sam miał ochotę ukatrupić tę niepoprawną kokietkę, co też zrobił - jak sobie wyobrażam - z pewną satysfakcją.
Z drugiej strony pewna moja znajoma z Ukrainy zaprawiona w kokieterii od młodego wieku twierdzi, że bez niej żadna relacja damsko-męska po prostu nie powstanie. Być może tak jest, z perspektywy mojego doświadczenia brzmi bardzo prawdopodobnie. Nie będę więc drążyć tematu zjawiska kokieterii, tylko jej niewłaściwego użycia.
Wszystkie kobiety biegłe w tej materii, które miałam nieszczęście znać, używały swoich manipulacyjnych sztuczek nie tylko aby pozyskać mężczyznę, na którym im zależało, ale wobec wszystkiego co się rusza aby stać się środkiem mikrokosmosu w którym jakiś złośliwy demon je postawił. Jak wygląda rodzina w której matka jest kimś takim szkoda się wypowiadać. Drogi potencjalny czytelniku użyj wyobraźni. Rozmawiałam niedawno ze swoją klientką 60-letnią kobietą sukcesu - piękną, wykształconą spełniona zawodowo, kochaną zoną, matka 2 udanych, już usamodzielnionych dzieci. Kiedy opowiadała o swojej matce i układach w domu cały jej staranny makijaż popłynął, a ja siedziałam ze szczęką na bruku bo słyszałam swoja historię tylko - odwrotnie niż w moim przypadku - zakończoną happy endem.
Manipulująca k...wa, kiedy udaje przyjaciółkę, bardzo szybko zaczyna traktować swoją ofiarę jak starającego się o nią pośledniejszego absztyfikanta. Ciągle czegoś się domaga jako rzeczy jej należnej (pieniędzy, czasu, pomocy) w najmniejszym stopniu nie czując się zobowiązana do zrewanżowania się tym samym. Przypuszczam, że wyobraża sobie, ze znajomość z nią jest zaszczytem, za który jej ofiara nie wypłaci się do końca życia.
Jest to coś niewymownie ohydnego, o czym nawet nie mam ochoty pisać, ale istnieje coś jeszcze gorszego a mianowicie męska odmiana tego paskudztwa. Taki osobnik kokietuje kobiety dokładnie tak jak Anusia Borzobohata mężczyzn, pogrąża kolejne naiwne, które wyobrażają sobie, że właśnie są na drodze do zbudowania trwałej relacji i tzw. "urządzenia sobie życia". Męska manipulująca k...wa nie dąży do skonsumowania swoich podbojów, gdyż satysfakcję większą od seksualnej czerpie z udanego emocjonalnego oszustwa. Być może także dlatego, że w gruncie rzeczy nie jest mężczyzną i nie tylko brak jej uczuć, ale nawet popędów zwykle mu przypisywanych.
Mimo głębokiego obrzydzenia, którym napełniają mnie MK obu płci dopuszczam wyjaśnienie, że cierpią na rodzaj nerwicy, przymus sprawiania, by wszyscy się w nich zakochiwali jako formę kontroli nad innymi ludźmi, a pośrednio nad swoim życiem.
Mam nawet pomysł na wyleczenie ich - zesłanie na bezludną wyspę, gdzie będą jak pasożyt bez żywiciela. Zdechną albo się przestawią.
P.S.
Gwoli ostrzeżenia, jeśli słyszymy lub widzimy, że ktoś jest kochany i podziwiany przez wszystkich w swoim otoczeniu miejmy się na baczności, a najlepiej wiejmy stamtąd z wrzaskiem zanim wyciągnie po nas swoje lepkie macki.
niedziela, 15 czerwca 2014
Jeszcze o miłości nieodwzajemnionej
Jest taki wiersz ks. Twardowskiego:
Nie sądź miłości nie oskarżaj żadnej
Nie wybrzydzaj zbyt wielka więc się nie nadaje
Tak czysta, że ją tylko ocala rozstanie
Miej litość dla niewzajemnej biednej,
Co wydała się tobie jak but niepotrzebny
Uszanuj półidiotkę dokładnie od rzeczy
Taką która umarła i jeszcze się leczy
Sto lat temu pisała moja babka w listach
Wiersz ładny, pogodnie pogodzony jak - przypuszczam - sam jego autor, który szczęścia w miłości nie miał. Dziewczyny, w których się zakochiwał traktowały go jako ucho zawsze gotowe do wysłuchiwania zwierzeń na temat innych chłopaków.
Jest coś kojącego w "uszanowaniu" wszystkich swoich uczuć nawet jeśli patrząc z perspektywy czasu wydają się głupie, a nawet destrukcyjne. Oczywiście przeszłości nie da się zmienić, ale warto zapamiętać jakie skutki uboczne mają źle ulokowane uczucia, albo raczej zupełny brak dystansu wobec nich, traktowanie zbyt poważnie, dramatyzowanie itp.
Mnie dwukrotnie taka sytuacja kosztowała utratę pracy - po raz pierwszy sama zrezygnowałam nie chcąc przebywać 8 godzin dziennie z człowiekiem, którego uczucia do mnie w stosunku do moich wobec niego pozostawały w bardzo rażącej dysproporcji. Myśląc o tym jestem wściekła na siebie, że z powodu jednego bałwana zrezygnowałam z bezpieczeństwa finansowego i socjalnego, którego dzisiaj tak bardzo mi brak. Kiedy spotkałam go po 15 latach nie mogłam uwierzyć, że ktoś taki mógł mieć jakikolwiek wpływ na moje decyzje.
Po raz drugi nadałam nadmierne znaczenie relacji z kimś, kto zajął się mną by tak rzec profesjonalnie. Kiedy zdałam sobie sprawę, że ze wszystkiego, co mu powiedziałam w zaufaniu on zrozumiał tylko tyle, że jestem kimś gorszym i tak należy mnie traktować - pomijać w sytuacjach towarzyskich, wykluczać z życia grupy itp.- odchorowałam to w sensie jak najbardziej dosłownym, a wszelkie dobro, które pojawiło się w moim życiu przy jego wsparciu znikło, przestało istnieć. Straciłam pracę (3 miejsca), nie stać mnie było na wynajmowanie dłużej mieszkania (musiałam wrócić do toksycznego gniazda), wobec braku miejsca skończyła się moja twórczość plastyczna...
Tak więc drogi potencjalny czytelniku dobrze się zastanów zanim pofolgujesz wyobraźni...
Koszty są nieproporcjonalnie wysokie.
Nie sądź miłości nie oskarżaj żadnej
Nie wybrzydzaj zbyt wielka więc się nie nadaje
Tak czysta, że ją tylko ocala rozstanie
Miej litość dla niewzajemnej biednej,
Co wydała się tobie jak but niepotrzebny
Uszanuj półidiotkę dokładnie od rzeczy
Taką która umarła i jeszcze się leczy
Sto lat temu pisała moja babka w listach
Wiersz ładny, pogodnie pogodzony jak - przypuszczam - sam jego autor, który szczęścia w miłości nie miał. Dziewczyny, w których się zakochiwał traktowały go jako ucho zawsze gotowe do wysłuchiwania zwierzeń na temat innych chłopaków.
Jest coś kojącego w "uszanowaniu" wszystkich swoich uczuć nawet jeśli patrząc z perspektywy czasu wydają się głupie, a nawet destrukcyjne. Oczywiście przeszłości nie da się zmienić, ale warto zapamiętać jakie skutki uboczne mają źle ulokowane uczucia, albo raczej zupełny brak dystansu wobec nich, traktowanie zbyt poważnie, dramatyzowanie itp.
Mnie dwukrotnie taka sytuacja kosztowała utratę pracy - po raz pierwszy sama zrezygnowałam nie chcąc przebywać 8 godzin dziennie z człowiekiem, którego uczucia do mnie w stosunku do moich wobec niego pozostawały w bardzo rażącej dysproporcji. Myśląc o tym jestem wściekła na siebie, że z powodu jednego bałwana zrezygnowałam z bezpieczeństwa finansowego i socjalnego, którego dzisiaj tak bardzo mi brak. Kiedy spotkałam go po 15 latach nie mogłam uwierzyć, że ktoś taki mógł mieć jakikolwiek wpływ na moje decyzje.
Po raz drugi nadałam nadmierne znaczenie relacji z kimś, kto zajął się mną by tak rzec profesjonalnie. Kiedy zdałam sobie sprawę, że ze wszystkiego, co mu powiedziałam w zaufaniu on zrozumiał tylko tyle, że jestem kimś gorszym i tak należy mnie traktować - pomijać w sytuacjach towarzyskich, wykluczać z życia grupy itp.- odchorowałam to w sensie jak najbardziej dosłownym, a wszelkie dobro, które pojawiło się w moim życiu przy jego wsparciu znikło, przestało istnieć. Straciłam pracę (3 miejsca), nie stać mnie było na wynajmowanie dłużej mieszkania (musiałam wrócić do toksycznego gniazda), wobec braku miejsca skończyła się moja twórczość plastyczna...
Tak więc drogi potencjalny czytelniku dobrze się zastanów zanim pofolgujesz wyobraźni...
Koszty są nieproporcjonalnie wysokie.
sobota, 14 czerwca 2014
Jeszcze o zakochiwaniu się
Nie pamiętam skąd pochodzi ten cytat z Dantego czy Petrarki z Boskiej Komedii czy Sonetów do Laury ani w czyim jest przekładzie, ale brzmi mniej więcej tak "Miłość, co serc zacnych się chwyta dodała wdzięku jej ziemskiej postaci...".
Chodzi za mną od liceum. Z czasem jego znaczenie zaczęło się przebijać do mojej świadomości. Owe zacne serca są kluczem - tylko one są zdolne do miłości w takim sensie, w jakim się zwykle ją rozumie tzn. do zachwytu, poświecenia, ofiary, wierności itp.
Pytanie tylko jaką część populacji stanowią. Myślę, że śmiało mogę zaryzykować twierdzenie, że mniejszość. Jaką nie wiem, czy 1%, 5% czy może nawet 10%.. Niestety owym wzniosłym uczuciem obdarzają obiekty delikatnie mówiąc znacznie mniej zacne, ze szczególnym uwzględnieniem manipulujących k....w płci obojga. Mam na myśli osoby niezdolne do żadnych wyższych uczuć, ale za to biegłe w kokieterii, uwodzeniu i manipulacji. Nie chcę mi się tym zakałom rodu ludzkiego poświęcać ani pól słowa więcej.
Skutek jest taki że mamy albo perły przed wieprze albo wieprze kontra wieprze, jeśli im to z jakichś powodów pasuje.
Tu pozwolę sobie jeszcze raz powrócić do filmu Fantaghiro i mojego ulubionego bohatera Tarabasa, który cierpiąc z powodu nieodwzajemnionej miłości do nałogowej kokietki zastanawia się kto wymyślił tę "cruel game of impossible rules" i czy jest regułą, że kochamy tych, którzy nas nie chcą.
W końcu postanawia, że w jego świecie będzie inaczej - ci, którzy kochają dostaną miłość, której pragną, bo szkoda by tak piękne uczucie było jedynie powodem łez i cierpienia.
Postanawia zwrócić się ku pewnej namolnej księżniczce, która latając za nim od początku części 4 przeszła długą drogę od zepsutego bachora, który musi dostać to, czego pragnie, do osoby mającej głównie na względzie dobro ukochanego. Tarabas zamierza uczynić ją szczęśliwą siłą woli w nadziei, że z czasem sam doświadczy szczęścia w tym związku. Nie byłabym taka pewna, że to tak działa, ale biorąc pod uwagę niezwykłą szlachetność naszego bohatera, a też wyjątkowo dobrze wyćwiczoną wolę kto wie...
Istnieje także wyjaśnienie fenomenu zakochiwania się w tych, którzy nas nie chcą, jako efektu niedostatku miłości w dzieciństwie, kiedy to nieszczęsne DDD pragnęły miłości rodziców, ich uwagi i akceptacji nadaremnie, więc nieświadomie powtarzają tę męczącą sytuację w dorosłym życiu jako znaną.
Jeśli tak rzeczywiście jest, to Tarabas podjął słuszną decyzję...
Chodzi za mną od liceum. Z czasem jego znaczenie zaczęło się przebijać do mojej świadomości. Owe zacne serca są kluczem - tylko one są zdolne do miłości w takim sensie, w jakim się zwykle ją rozumie tzn. do zachwytu, poświecenia, ofiary, wierności itp.
Pytanie tylko jaką część populacji stanowią. Myślę, że śmiało mogę zaryzykować twierdzenie, że mniejszość. Jaką nie wiem, czy 1%, 5% czy może nawet 10%.. Niestety owym wzniosłym uczuciem obdarzają obiekty delikatnie mówiąc znacznie mniej zacne, ze szczególnym uwzględnieniem manipulujących k....w płci obojga. Mam na myśli osoby niezdolne do żadnych wyższych uczuć, ale za to biegłe w kokieterii, uwodzeniu i manipulacji. Nie chcę mi się tym zakałom rodu ludzkiego poświęcać ani pól słowa więcej.
Skutek jest taki że mamy albo perły przed wieprze albo wieprze kontra wieprze, jeśli im to z jakichś powodów pasuje.
Tu pozwolę sobie jeszcze raz powrócić do filmu Fantaghiro i mojego ulubionego bohatera Tarabasa, który cierpiąc z powodu nieodwzajemnionej miłości do nałogowej kokietki zastanawia się kto wymyślił tę "cruel game of impossible rules" i czy jest regułą, że kochamy tych, którzy nas nie chcą.
W końcu postanawia, że w jego świecie będzie inaczej - ci, którzy kochają dostaną miłość, której pragną, bo szkoda by tak piękne uczucie było jedynie powodem łez i cierpienia.
Postanawia zwrócić się ku pewnej namolnej księżniczce, która latając za nim od początku części 4 przeszła długą drogę od zepsutego bachora, który musi dostać to, czego pragnie, do osoby mającej głównie na względzie dobro ukochanego. Tarabas zamierza uczynić ją szczęśliwą siłą woli w nadziei, że z czasem sam doświadczy szczęścia w tym związku. Nie byłabym taka pewna, że to tak działa, ale biorąc pod uwagę niezwykłą szlachetność naszego bohatera, a też wyjątkowo dobrze wyćwiczoną wolę kto wie...
Istnieje także wyjaśnienie fenomenu zakochiwania się w tych, którzy nas nie chcą, jako efektu niedostatku miłości w dzieciństwie, kiedy to nieszczęsne DDD pragnęły miłości rodziców, ich uwagi i akceptacji nadaremnie, więc nieświadomie powtarzają tę męczącą sytuację w dorosłym życiu jako znaną.
Jeśli tak rzeczywiście jest, to Tarabas podjął słuszną decyzję...
piątek, 13 czerwca 2014
Jeszcze o Tarabasie
Nie wiem czy w życiu miłość (wzajemna, udana, zrealizowana) istnieje (nie podważam istnienia zjawiska zakochiwania się i cierpienia z miłości), natomiast z całą pewnością istnieją mniej lub bardziej udane opowieści o miłości - czy to w formie literackiej czy filmowej.
Tarabas, o którym pisałam ostatnio, jest idealnym bohaterem porywająco pięknej opowieści, lecz niestety jego wątek został przez scenarzystę zmarnowany w sposób haniebny, z czym nie mogę się pogodzić.
Zaczyna się obiecująco - młody, piękny i bardzo zły czarnoksiężnik dowiaduje się o przepowiedni, według której jego królestwo zostanie zniszczone przez niewinne królewskie dziecię poniżej lat dziesięciu. Tarabas jest zaintrygowany jak niewinność może mu zagrozić - nie może go przecież zabić, bo jest nieśmiertelny, ani umniejszyć jego mocy, bo jest nieskończona więc jak?!!!
Postanawia porwać wszystkie królewskie dzieci w przedziale od 0 do 10 lat i zbadać rzecz na materiale ludzkim. Efektem ubocznym tej akcji zupełnie niezamierzonym ani zauważonym przez Tarabasa jest zaklęcie księcia Romualda w kamień. Ukochana księcia, tytułowa księżniczka Fantaghiro, dowiedziawszy się kto za tym stoi, postanawia winowajcę odszukać i ukraść mu pocałunek, który przywróci życie Romualdowi.
Sam pomysł jest dość figlarny.
Fantaghiro ratuje przed uprowadzeniem wyjątkowo rozkapryszoną księżniczkę, a w momencie szczególnej frustracji wyzywa Tarabasa, aby się z nią zmierzył w imię miłości.
Tarabas jest na tyle zaciekawiony, że mimo oporu swej matki wyrusza do świata żywych aby zobaczyć ową szaloną, która go wyzwała.
Dalszy ciąg łatwo przewidzieć. Fantaghiro, zdeterminowana kokietka uzyskuje co chciała, a nieszczęsny Tarabas cierpi męki nieodwzajemnionej miłości, nawraca się przy tym radykalnie i postanawia zerwać z magią i żyć jak śmiertelni.
Widz jednak nie jest usatysfakcjonowany takim zakończeniem.
Po pierwsze gdzie decydująca rola królewskiego dziecięcia - kapryśna jasnowłosa księżniczka Esmeralda jest tylko dodatkiem do Fantaghiro i samodzielnie nic by nie wskórała gdyby Tarabas się nie zakochał w tej drugiej.
Po drugie w opowieści szlachetność i wielkoduszność powinny być nagrodzone, nawet jeśli w życiu nie są, a tu Tarabas odrzucił wszystko czym żył do tej pory i zyskał jedynie ból nieodwzajemnionej miłości.
Po trzecie postać rozpieszczonej Esmeraldy ma potencjał, który nie został wykorzystany.
Za pewien czas, jakieś 7-8 lat, powinna znowu spotkać Tarabasa i wyleczyć go z beznadziejnej miłości do zupełnie nieodpowiedniej osoby...
Jestem całkowicie niepocieszona, że ten obiecujący wątek został tak beznadziejnie zmarnowany.
Pewnie dzięki temu przywodzi na myśl życie Dorosłych Dzieci z Rodzin Dysfunkcyjnych (DDD), dla których też nie ma nagrody za cnotę, ani rekompensaty za cierpienia.
Tarabas, o którym pisałam ostatnio, jest idealnym bohaterem porywająco pięknej opowieści, lecz niestety jego wątek został przez scenarzystę zmarnowany w sposób haniebny, z czym nie mogę się pogodzić.
Zaczyna się obiecująco - młody, piękny i bardzo zły czarnoksiężnik dowiaduje się o przepowiedni, według której jego królestwo zostanie zniszczone przez niewinne królewskie dziecię poniżej lat dziesięciu. Tarabas jest zaintrygowany jak niewinność może mu zagrozić - nie może go przecież zabić, bo jest nieśmiertelny, ani umniejszyć jego mocy, bo jest nieskończona więc jak?!!!
Postanawia porwać wszystkie królewskie dzieci w przedziale od 0 do 10 lat i zbadać rzecz na materiale ludzkim. Efektem ubocznym tej akcji zupełnie niezamierzonym ani zauważonym przez Tarabasa jest zaklęcie księcia Romualda w kamień. Ukochana księcia, tytułowa księżniczka Fantaghiro, dowiedziawszy się kto za tym stoi, postanawia winowajcę odszukać i ukraść mu pocałunek, który przywróci życie Romualdowi.
Sam pomysł jest dość figlarny.
Fantaghiro ratuje przed uprowadzeniem wyjątkowo rozkapryszoną księżniczkę, a w momencie szczególnej frustracji wyzywa Tarabasa, aby się z nią zmierzył w imię miłości.
Tarabas jest na tyle zaciekawiony, że mimo oporu swej matki wyrusza do świata żywych aby zobaczyć ową szaloną, która go wyzwała.
Dalszy ciąg łatwo przewidzieć. Fantaghiro, zdeterminowana kokietka uzyskuje co chciała, a nieszczęsny Tarabas cierpi męki nieodwzajemnionej miłości, nawraca się przy tym radykalnie i postanawia zerwać z magią i żyć jak śmiertelni.
Widz jednak nie jest usatysfakcjonowany takim zakończeniem.
Po pierwsze gdzie decydująca rola królewskiego dziecięcia - kapryśna jasnowłosa księżniczka Esmeralda jest tylko dodatkiem do Fantaghiro i samodzielnie nic by nie wskórała gdyby Tarabas się nie zakochał w tej drugiej.
Po drugie w opowieści szlachetność i wielkoduszność powinny być nagrodzone, nawet jeśli w życiu nie są, a tu Tarabas odrzucił wszystko czym żył do tej pory i zyskał jedynie ból nieodwzajemnionej miłości.
Po trzecie postać rozpieszczonej Esmeraldy ma potencjał, który nie został wykorzystany.
Za pewien czas, jakieś 7-8 lat, powinna znowu spotkać Tarabasa i wyleczyć go z beznadziejnej miłości do zupełnie nieodpowiedniej osoby...
Jestem całkowicie niepocieszona, że ten obiecujący wątek został tak beznadziejnie zmarnowany.
Pewnie dzięki temu przywodzi na myśl życie Dorosłych Dzieci z Rodzin Dysfunkcyjnych (DDD), dla których też nie ma nagrody za cnotę, ani rekompensaty za cierpienia.
czwartek, 12 czerwca 2014
Przypadek Tarabasa
Zupełnie przypadkiem trafiłam na YouTube na włoski serial dla młodych widzów p.t. Fantaghiro (zamieszczam link do pierwszego kawałka pierwszego odcinka 3 części http://www.youtube.com/watch?v=F57nH5qSmYM). Film chwilami dość przewrotny z odrobiną perwersji dla nieco starszych widzów, ale ogląda się to w miarę.
W trzeciej części pojawia się postać złego czarnoksiężnika, który okazuje się dusza-człowiekiem, najbardziej szlachetnym z bohaterów, lecz zły i przewrotny scenarzysta nie nagrodził go szczęściem osobistym (to znaczy próbował w 4 części, ale niezbyt przekonywująco to wyszło).
Tarabas (bo tak nazywa się nasz bohater) mimo, ze jest najpotężniejszym i najokrutniejszym z czarnoksiężników obdarzonym nieśmiertelnością, wieczna młodością i niezniszczalną mocą, a także niepospolitą urodą, mieszka z matką w podziemnym królestwie za całe towarzystwo mając oprócz swej nadopiekuńczej rodzicielki marchewki, ziemniaki i grzyby w charakterze strażników i sług.
Szczęściem pewna przepowiednia uruchamia ciąg zdarzeń, w wyniku których udaje mu się zmienić swoje życie. Niestety w trakcie tej zabawy zakochuje się bez wzajemności w tytułowej bohaterce, która ma przymus kokietowania wszystkiego co się rusza. Wiedząc, że nie jest kochany zwraca jej słowo i odchodzi, a raczej odjeżdża smutny.
Poruszyła mnie ta historia out of proportion, pewnie dlatego, że niechcący pokazała pewną prawidłowość - dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych (DDD) nawet jeśli uda im się odejść z toksycznego gniazda nie spotykają w życiu miłości, życzliwości itp tylko coś wręcz przeciwnego.
W 4 części mamy okazje poznać ojca psychopatę, któremu jednak zależy na synu i który próbuje przeciągnąć go na swoją stronę. Zostaje jednak zabity, a Tarabas - wobec całkowitej obojętności obiektu swoich uczuć - układa sobie życie z pewną namolną azjatycką księżniczką zafascynowaną ciemną strona jego natury.
Słuchałam niedawno fragmentów audiobooka p.t. Rozwinąć Skrzydła czy coś w tym rodzaju o terapii Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA), którzy podobno stanowią 40% społeczeństwa. DDA to szczególny przypadek DDD i jestem ciekawa jaki procent stanowiłaby ta grupa w całości, podejrzewam, że ponad połowę.
Ubawiło mnie jak ksiądz-autor przekonuje czytelnika, ze ponieważ rzeczone DDA są w większości ludźmi wierzącymi powinny mieć okazję zostać zaakceptowane w jakiejś wspólnocie wiary np. duszpasterstwie akademickim i w takim środowisku uzdrawiane. Teoretycznie zgadzam się w zupełności, ale każdy, kto zetknął się z DA i miał okazję posłuchać wypowiedzi duszpasterzy akademickich na temat, kogo by chcieli w takich grupach widzieć wie, ze rzecz jest całkowicie beznadziejna. Jak to wyraził pewien dominikanin na łamach wDrodze duszpasterstwo młodzieży takiej lub owakiej nie jest dla pokręconych nastolatek tylko dla tych, którzy uzdrowienia nie potrzebują. Problem w tym, ze taka młodzież Boga też nie potrzebuje, ani go nie szuka więc dzielni duszpasterze obmyślają kolejne atrakcje mające na celu przyciągniecie jej do Kościoła jednocześnie wykopując tych, którzy sami przyszli z potrzeby serca.
W trzeciej części pojawia się postać złego czarnoksiężnika, który okazuje się dusza-człowiekiem, najbardziej szlachetnym z bohaterów, lecz zły i przewrotny scenarzysta nie nagrodził go szczęściem osobistym (to znaczy próbował w 4 części, ale niezbyt przekonywująco to wyszło).
Tarabas (bo tak nazywa się nasz bohater) mimo, ze jest najpotężniejszym i najokrutniejszym z czarnoksiężników obdarzonym nieśmiertelnością, wieczna młodością i niezniszczalną mocą, a także niepospolitą urodą, mieszka z matką w podziemnym królestwie za całe towarzystwo mając oprócz swej nadopiekuńczej rodzicielki marchewki, ziemniaki i grzyby w charakterze strażników i sług.
Szczęściem pewna przepowiednia uruchamia ciąg zdarzeń, w wyniku których udaje mu się zmienić swoje życie. Niestety w trakcie tej zabawy zakochuje się bez wzajemności w tytułowej bohaterce, która ma przymus kokietowania wszystkiego co się rusza. Wiedząc, że nie jest kochany zwraca jej słowo i odchodzi, a raczej odjeżdża smutny.
Poruszyła mnie ta historia out of proportion, pewnie dlatego, że niechcący pokazała pewną prawidłowość - dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych (DDD) nawet jeśli uda im się odejść z toksycznego gniazda nie spotykają w życiu miłości, życzliwości itp tylko coś wręcz przeciwnego.
W 4 części mamy okazje poznać ojca psychopatę, któremu jednak zależy na synu i który próbuje przeciągnąć go na swoją stronę. Zostaje jednak zabity, a Tarabas - wobec całkowitej obojętności obiektu swoich uczuć - układa sobie życie z pewną namolną azjatycką księżniczką zafascynowaną ciemną strona jego natury.
Słuchałam niedawno fragmentów audiobooka p.t. Rozwinąć Skrzydła czy coś w tym rodzaju o terapii Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA), którzy podobno stanowią 40% społeczeństwa. DDA to szczególny przypadek DDD i jestem ciekawa jaki procent stanowiłaby ta grupa w całości, podejrzewam, że ponad połowę.
Ubawiło mnie jak ksiądz-autor przekonuje czytelnika, ze ponieważ rzeczone DDA są w większości ludźmi wierzącymi powinny mieć okazję zostać zaakceptowane w jakiejś wspólnocie wiary np. duszpasterstwie akademickim i w takim środowisku uzdrawiane. Teoretycznie zgadzam się w zupełności, ale każdy, kto zetknął się z DA i miał okazję posłuchać wypowiedzi duszpasterzy akademickich na temat, kogo by chcieli w takich grupach widzieć wie, ze rzecz jest całkowicie beznadziejna. Jak to wyraził pewien dominikanin na łamach wDrodze duszpasterstwo młodzieży takiej lub owakiej nie jest dla pokręconych nastolatek tylko dla tych, którzy uzdrowienia nie potrzebują. Problem w tym, ze taka młodzież Boga też nie potrzebuje, ani go nie szuka więc dzielni duszpasterze obmyślają kolejne atrakcje mające na celu przyciągniecie jej do Kościoła jednocześnie wykopując tych, którzy sami przyszli z potrzeby serca.
niedziela, 19 stycznia 2014
Kilka złośliwości żałosnej frustratki na temat wydarzenia kulturalnego sprzed paru lat
Odsłonięcie „Lokomotywy do nieba" było wydarzeniem w życiu miasta, obecni
byli pan prezydent Dutkiewicz himself, właściciel Archicomu - zięć twórcy wraz
z małżonką (córką twórcy o ile dobrze zrozumiałam), liczni notable i nawet pan
z Anglii entuzjasta parowozów, który przeszedł długa drogę do akceptacji
takiego ekscesu jak postawienie jednego z nich na sztorc (a właściwie w niezdecydowanym skosie) na
placu Strzegomskim naprzeciwko Archicomu. Artysta bowiem wspierany - o ile
dobrze pamiętam - finansowo przez swego zięcia zrealizowawszy swe dzieło,
podarował je miastu, a miasto podarowało trawnik przed Archicomem, aby artysta
mógł swe dzieło wyeksponować i tym samym uświetnić wizualnie otoczenie
rzeczonego Archicomu tzn firmy swego zięcia i - jak to często bywa w wyższych
sferach - wszystko pozostało w rodzinie.
Uroczystość była radosna, tylko
szampan nie chciał się rozbić, co w pewnych kulturach odczytano by zapewne jako
znak. Nikt jednak tym się nie przejął i następnego dnia w Empiku odbyła się
sesja na temat tego przełomowego dzieła. Co do tego, że jest przełomowe nikt
nie miał wątpliwości, ani czołowa krytyczka sztuki GazWyb Agata S. ani zięć i
sponsor artysty ani młody architekt, nie pamiętam w jakim stopniu. z nim spokrewniony
choć nie wykluczone, że syn, ani fundacja entuzjastów (nie wiem czy
spokrewnionych).
Dyskusja przebiegała przewidywalnie to znaczy przełomowa lokomotywa
zestawiona została z anachronicznym Chrobrym, który został zaliczony przez
zięcia artysty do obiektów nieznośnie martyrologicznych,
o zgrozo, szpecących nasze miasto. Tematu jednak nie rozwinął i nie wiemy do
dziś czyją właściwie martyrologię miał na myśli Związku Wieletów czy innych
Luciców czy może Czechów albo mieszkańców wschodnich marchii Cesarstwa.
Artysta jak przystało na człowieka luzu nudził się w trakcie tych wywodów
o przełomowości, więc teatralnym szeptem wydębił od swego zięcia i sponsora
jeden lub kilka stuzłotowych banknotów i poszedł oglądać filmy wideo, z których
przygarścią po pewnym czasie wrócił. Pani Agata S. usiłowała dorównać artyście
w luzie więc wymieniała z nim uwagi przez całą szerokość sali w trakcie
wypowiedzi mniej luźnych uczestników.
Publiczność jednak, a w każdym razie jej część nie podzielała rodzinno-luźnego
nastroju i padło kilka gorzkich stwierdzeń o komercyjnej naturze
przedsięwzięcia i reklamowaniu prywatnej firmy przy udziale władz i gruntów
miejskich. Zięć artysty się przed tym zarzutem bronił, a sam artysta wykonując
coś w rodzaju mutacji gestu Kozakiewicza stwierdził rezolutnie, że rzeczywiście
Archicom ma teraz reklamę i to jaką!!!
Z takim właśnie przytupem „Lokomotywa do nieba” rozpoczęła przełomowe
wzbogacanie przestrzeni miejskiej na placu Strzegomskim.
Subskrybuj:
Posty (Atom)