czwartek, 27 stycznia 2011

Dziś będzie o snach, prekognicji i intuicji

Większość snów jest obrabianiem tego, co przytrafia nam się na jawie. To zwykle mało przyjemne, ale czasem zyskujemy wgląd w istotę zjawisk, prawdziwą naturę napotykanych ludzi, ich stosunek do nas itp.

Są rownież sny zapowiadajace przyszłość choć ich znaczenie w pełni objawia sie dopiero, kiedy zapowiedziane zdarzenie następuje. Pamiętam doskonale obraz polskiej flagi z kirem i tłumy pogrążone w smutku widziane we śnie na długo przed śmiercią Jana Pawła II. Pamiętam podejrzanych ludzi w turbanach kryjących sie wzdłuż jakiejś swojskiej drogi - przed atakiem na World Trade Center.

Czasem jakiś głos coś obwieszcza lub tłumaczy. Wyraźnie pamiętam, jak  ktoś powiedział mi, że moja babcia nie żyje. Po obudzeniu pomyslałam z ulgą, że to nieprawda, ale tego samego dnia przyszedł telegram zawiadamiajacy o jej śmierci. Pamiętam też dobrze sen, w którym stałam boso na rynku i wołałam do Boga. Moje modlitwy zamieniały sie w ptaki lecące prosto w niebo, a jakiś głos wyjaśniał mi, że one wszystkie tam trafiają.

Na ogól każdy ma swój własny repertuar symboli, które coś zapowiadają. Dla mnie najlepsze są:  pies - życzliwi ludzie, jazda konna lub buty - fucha lub praca, ekskrementy - pieniądze, latanie - coś, co udaje się znacznie lepiej niż oczekiwałam.

 Czasem, kiedy czekam na wynik pisemnego egzaminu albo rozpatrzenie podania w ważnej sprawie, śni mi się jakieś gremium pozornie zupełnie nie związane z tematem, podejmujące decyzje w sprawie zupełnie innej niż moja, ale tak się dziwnie dzieje, że jest ona całkowicie zbieżna z tą, o której wkrótce dowiaduje sie oficjalnie. To właściwie nie jest prekognicja tylko jakaś forma telepatii - ktoś coś postanawia w mojej sprawie, a ja jakoś to odbieram, zanim sam mi zakomunikuje.

Najdziwniejsze są sny,w których doświadczamy czegoś dobrego, z czym na jawie nigdy sie nie zetknęliśmy jak na przykład miłość, czułość i ta przedziwna słodycz. Skąd się biorą i po co? Nie można wyjaśnić ich doświadczeniem, prekognicją, telepatią czy intuicją.  Moja teoria głosi, że to Bóg pociesza nas w ciężkich chwilach.

środa, 26 stycznia 2011

O skuteczności modlitwy

Jestem dziś bardzo przygnębiona i to zapewne będzie miało znaczący wpływ na to, co tu napiszę.


Ostatnio przy okazji spowiedzi usłyszałam wiele zachęt do modlitwy (błagalnej), bo zdaniem duchownych, ktorzy udzielali mi pouczeń, Bóg po prostu nie może odmówić osobie w takiej sytuacji jak moja, zwłaszcza jesli ta osoba robi to, co do niej należy.

Moje doświadczenie jest inne - być może dlatego, że jednak nie staram się tak, jak powinnam wypełniać ludzkiej części pracy.
Być może...
Może sposób w jaki praktykuję modlitwę od tych 42 lat, które obejmuję pamięcią jest z gruntu błędny.
Być może...
Być może to w gruncie rzeczy infantylna ucieczka przed rzeczywistoscią, w której zupełnie sobie nie radzę?
Być może...


Chciałabym jednak opisać w miarę rzetelnie to, czego pod wpływem modlitwy rzeczywiście doświadczyłam, żeby nie utonąć w dogłębnym zniechęceniu i goryczy, które mnie dziś dopadły.

Po pierwsze Bóg uwalnia nas od złudzeń. Chodzi mi o sytuacje, kiedy np szukamy pracy i ktoś nas zwodzi, że być może..., zobaczymy co się da zrobić... itd. Pod wpływem modlitwy sytuacja wyjaśnia się szybko i na ogół brutalnie. Dowiadujemy się, że -  ponad wszelką wątpliwość - nic z tego nie wyjdzie. Jest to jak cios zadany sprawnie i szybko dobrze naostrzoną stalą. Cięcie jest bolesne, ale rana jest czysta i goi się szybko - płaczemy całą noc, albo wieczór, ale już na drugi dzień  czujemy się zdrowsi. W tym sensie prawda rzeczywiście wyzwala.

Po drugie Bóg ofiarowuje nam krople miłosierdzia w koszmarnych sytuacjach - np jesteśmy przedmiotem wyjątkowo obrzydliwego ataku, spotkało nas odrzucenie albo kompromitacja czujemy (na ogół słusznie), że wszyscy, a w każdym razie większość, jest przeciwko nam i wtedy pojawia się jedna życzliwa osoba, znana lub nie, która ciepłym słowem lub uśmiechem rzuca linę ratowniczą. Nadzieja, jak wątłe źbło trawy na betonowym balkonie, znowu zaczyna kiełkować.
Możnaby się zastanawiać jakie szanse ma nieszczęsna roślinka, ale tego rodzaju rozważania mogą podsunąć nam wyłącznie skok z wysokości.

Po trzecie Bóg ofiarowuje nam "treuga dei" (rozejm Boży) w niedziele i święta i pośród najkoszmarniejszej nocy możemy cieszyc się odblaskiem Bożej radości, która nie ma żadnego związku z naszym życiem, przychodzi z daleka i ulatnia się wraz z powrotem codzienności. Kiedy przeczytałam u Stinissena o radowaniu się szczęściem Boga uznałam to za nawiedzone bzdury, a jednak moje doświadczenie potwierdziło to wielokrotnie.

Po czwarte modlitwa często bywa skuteczna w drobnych sprawach dnia codziennego np przed jakąś rozmową czy spotkaniem, przed podróżą, żeby wszystko poszło dobrze itp

Po piąte z doświadczenia mojej siostry mogę stwierdzić, że błogosławienie wrogów i prześladowców  może przynieść pozytywne skutki, jesli praktykowane jest z heroiczną wytrwałoscią - mniej swięte osoby, jak np ja, mają z tym poważne problemy.

Po szóste nasze modlitwy podsłuchuje także inna centrala i usiłuje to perfidnie wykorzystać. Np jesteśmy w rozpaczliwej sytuacji finansowej, nie mamy pracy, wywalają nas z mieszkania i oto nie zdążyliśmy się jeszcze dobrze pomodlić, a już w skrzynce mamy maila od Murzynka Bambo albo ukraińskiego biznesmena proponującego nam 10% zysku od jakiejś astronomicznej sumy w zamian za możliwośc jej przelania na nasze konto. Lub informację o mieszkaniu do wynajęcia. Czynsz za nie wynosi wprawdzie więcej niż zarabialiśmy kiedykolwiek, nawet w tzw lepszych czasach, a są jeszcze opłaty... Okrutne drwiny i dobrze wymierzone.


Po siódme modlitwa różańcowa niezwykle pomaga na lęki nocne - tzn kiedy budzimy sie w nocy z lękiem i zaczynamy odmawiać różaniec uspokajamy się i po pewnym czasie nawet możemy zasnąć

Po ósme nawyk codziennej modlitwy uodpornia nas na wpływ "zapaści semantycznej" - ostro i wyraźnie rozróżniamy dobro i zło. Niestety nie oznacza to, że wiemy co robić w przypadku wyborów ważnych, ale moralnie obojętnych.

Po dziewiąte praktykujący modlitwę miewają silne impulsy, które bywają słuszne, ale bywają również takie, o których nie wiadomo, co mysleć Fakt, że jakieś natchnienie nawiedziło nas podczas mszy lub adoracji jeszcze o niczym nie świadczy. Może być tak, że idziemy za nim i zupełnie nic, poza zmarnowaną energią, z tego nie wynika. Czy to zmyła czy wynik ograniczoności naszej perspektywy nie wiem.


Po dziesiąte codzienna modlitwa rozumiana jako trwanie przed Bogiem w ciszy jest zwyczajnie niezbędna dla zachowania zdrowia psychicznego.

I to tyle na dzisiaj.

środa, 19 stycznia 2011

O (chwilowej?) zmianie wiatru

Telewizji nie oglądam od 1984r. Nigdy poza karnawałem Solidarności 1980-81, stanem wojennym, rokiem 1989 i pierwszymi wyborami prezydenckimi nie interesowałam się polityką.
Sytuacja zmieniła się dramatycznie po katastrofie smoleńskiej, która stała się dla mnie - jak i wielu Polaków - eye opening experience.

Jak relacjonowały media głównego nurtu to, co się po niej działo, nie muszę nikomu przypominać. Pojęcie oszołom, wariat i zwolennik spiskowej teorii dziejów rozciągnęlo sie na każdego, kto dopuścił się  krytyki rosyjskiego śledztwa albo nieśmiało sugerował powołanie międzynarodowej komisji.

Anita Gargas straciła pracę bezpośrednio po pokazaniu w Misji Specjalnej celowego niszczenia wraku tupolewa przez rosyjskie służby mundurowe. Inni tzn Karnowski, Ziemkiewicz, Wildstein i Pospieszalski musieli odejść za całokształt bycia prawicowymi oszołomami.

I nagle - surprise! surprise! - co znajduję na YouTube (telewizora nadal nie posiadam)? Otóż znajduję program o wdzięcznym tytule Superwizjer  "Co pokazywały kamery na lotnisku w Smoleńsku?", a w nim coś w rodzaju śledztwa dziennikarskiego na wyżej wymieniony temat.

No cóż powiał inny wiatr i to, co było synonimem ciemnogrodu, paranoi, choroby nienawiści,  i innych równie groźnych zaburzeń można pokazywać w TVN bez groźby utraty pracy, a prawicowe oszołomy, które wysuwały się przed szereg, mogą to sobie tylko pooglądać.

niedziela, 16 stycznia 2011

O raporcie MAK słów kilka

W sprawie raportu MAK mam pewną intuicję.
Przyjmijmy przez chwilę, że Rosjanie całkowicie jawnie i bez skrępowania ustawili na lotnisku działo przeciwlotnicze i zestrzelili polski samolot. Załóżmy, że ktoś to sfilmował i nagranie obiegło świat i jest dostępne w internecie dla wszystkich zainteresowanych.
Założę się z każdym o wszystko, że nawet w takiej sytuacji w godzinę później nachalnie lansowanoby tezę o czterokrotnym podchodzeniu do lądowania, nacisku ze strony Lecha Kaczyńskiego i alkoholu we krwi generała Błasika.
Założę się o każde pieniądze, że nawet wtedy "polskie" media głównego nurtu podchwyciłyby ochoczo te wytyczne, twórczo je rozwijając i dodając od siebie wszelkie możliwe i niemożliwe insynuacje.
Raport MAK byłby identyczny i przyjęcie jego tez na zachodzie równie bezkrytyczne.
Nawet wtedy premier rządu RP przekazałby w ręce Rosjan śledztwo i po ogłoszeniu raportu nie byłby w stanie zachować się adekwatnie do sytuacji, tylko skamlałby cichutko o mitycznym "polsko-rosyjskim pojednaniu", a prezydent Komorowski łasiłby się przez telefon  do Miedwiediewa, który jak wiadomo - w przeciwieństwie do braci Kaczyńskich - jest bardzo wysokiego wzrostu (podobnie zresztą jak Putin i Sarkozy)

sobota, 13 listopada 2010

Przedszkole wszechogarniające

Co najbardziej przeraża mnie w polskim życiu publicznym, to jego uderzające podobieńswo do stosunków znanych mi z przedszkola. Te same samozwańcze elity monopolizujace najlepsze zabawki, ta sama sztywna hierarchia ustalona według kryteriów całkowicie niezrozumiałych dla większości zainteresowanych, podział na "coolowych"(cacy) i "obciachowych"(be) dokonany przez "opiniotwórcze gremia" zawsze na usługach silniejszego, dyżurny kozioł ofiarny atakowany przez wszystkich na wyścigi itp.
"Debata" koncentruje się na cechach fizycznych przeciwnika i brzmieniu jego nazwiska/nazwy partii. Repertuar wyzwisk nieco rozszerzony i uładzony - obok swojskiego wieśniaka czy buraka  funkcjonuje "mniej wykształcony, gorzej zarabiajacy, z mniejszej miejscowości". "Głupią wariatkę" czy "debila jednego'  zastępuje się na ogół "oszołomem", "frustratem" względnie, "nieudacznikiem" i sugeruje badania psychiatryczne.
Celem skompromitowania przeciwnika w oczach ogółu nie wystarczy już stwierdzenie, że śmierdzi, "spierdział się" lub narobił w gacie, lepiej widziane na salonach medialnych jest oskarżenie o mityczny "język nienawiści", "faszyzm", "szowinizm", "homofobię", "ksenofobię", "ciemnogród" i obowiązkowy "antysemityzm".

Gorzej mi od tego.

Lata spędzone w przedszkolu były największym koszmarem mojego życia. Nawet w najgorszych snach nie podejrzewałam, że jako dorosła osoba będę musiała do niego wrócić. Jednak od czasu  pracy w pewnym liceum prowadzonym przez zakonnice, gdzie  jedna starsza wiekiem siostra powiedziała mi z przyganą w głosie, że mam niewłasciwy kolor włosów (chodziło o kolor naturalny), nic mnie już nie jest w stanie zadziwić.

Politykom partii rządzącej, funkcjonariuszom "mainstreamowych" mediów  i  spotkanym na drodze życia czcigodnym osobom, które mimo wieku nie wyzbyły się przedszkolnego patrzenia na bliźnich, dedykuję pierwszy rozdział mojej książeczki dla dzieci uciemiężonych (nigdzie wcześniej nie publikowanej).

Przedszkole



      Wszystkie nieszczęścia Malwinki zaczęły się pewnego jesiennego poranka, kiedy to mama zaprowadziła ją do tego strasznego miejsca zwanego przedszkolem. Malwinka szła ufnie przy boku mamy, nie przeczuwając, co ją czeka, Ciężkie okulary zjeżdżały z małego noska i dziewczynka musiała co chwilę je poprawiać. Grube szkła powiększały szarozielone oczy Malwinki do rozmiarów spodków, nadając jej twarzy wyraz ciągłego zdziwienia lub przerażenia. Lewe zasłonięte było plastrem, więc musiała się zadowolić tym, co widziało jej prawe oczko. Nie było to zbyt wyraźne, bo prawe oczko Malwinki nie chciało pracować, a co gorsza uciekało w stronę noska. „Wcale się nie dziwię - pomyślała Malwinka, kiedy zobaczyła przedszkole od środka - sama bym chętnie uciekła”.
       Nigdy jeszcze nie widziała takiej ilości dzieci zgromadzonych w jednym miejscu. Pani była tylko jedna, toteż po przywitaniu nowej podopiecznej, zostawiła ją samej sobie. Zdrętwiała z przerażenia dziewczynka przycupnęła w jakimś kątku wstrzymując oddech, pragnąc stać się niewidzialna. Udało jej się to w pewnym stopniu, gdyż dzieci w większości zignorowały ją. Te, które ją jednak zauważyły ograniczyły się do skomentowania jej okularów w tonie nieprzychylnym. Malwinka była zaszokowana – okulary wprawdzie utrudniały jej życie, ale nie mogła zrozumieć, dlaczego przeszkadzają innym dzieciom albo dlaczego kolor jej włosów budził taką dziwną reakcje. „Przecież nie zrobiłam im nic złego. – myślała - Dlaczego mi dokuczają?”
      Wszystkie kolejne dni w przedszkolu były powtórzeniem pierwszego w nieco złagodzonej wersji. Malwinka nigdy nie poczuła się tam dobrze. Mimo wielkiej ilości dzieci nie zawsze miała się z kim bawić i większość czasu po prostu przeczekiwała. Podobały się jej tylko makabryczne piosenki z nieoficjalnego obiegu dobrze oddające nastrój tej ponurej kazamaty jak np. ta o fabrycznej dziewczynie. Życie fabrycznej dziewczyny nie było łatwe, gdyż „co dzień o szóstej rano ryk syren budził ją” – Malwinka czuła tą sprawę gdyż i ją o podobnej porze wyciągano z łóżeczka i wleczono do tego przedpiekla. Niewyspana fabryczna dziewczyna musiała przysnąć lub się zagapić, bo „nagle pędzące koła w tryby wkręciły ją, krew popłynęła z czoła, oczy zbryzgane krwią”. W efekcie „nad jej grobem chłopak stał, o śmieć Boga prosił”. Tu Malwinka mogła bezkarnie dać upust łzom żalu nad nieszczęsną fabryczną dziewczyną, swoja własną niedolą i chłopakiem, który nie mógł się doprosić śmierci. To musiał być naprawdę swój człowiek, myślała Malwinka, nie tak jak Hendryk, bohater kolejnego hitu.
      Otóż pewien człowiek mający córkę przecudnej urody z niejasnych względów „wydał ci ją za Hendryka, największego rozbójnika”, który zabił jej brata i zabrał jego chustkę. Zapewne była skrwawiona, gdyż Hendryk zażądał:
„Żono, żono wypierz mi ja i na słońcu wysusz mi ją
Żona prała i płakała, bo tą chustkę poznawała
To jest chustka brata mego, wczoraj w nocy zabitego”
Hendryk, gdy to usłyszał bardzo się na nią rozzłościł i                
„rano wywlókł ją na łączki, powyrywał białe rączki
Powyrywał białe rączki i wydłubał jasne oczy…”
      Potworność tego czynu nie mogła się pomieścić w głowie, choć po namyśle Malwinka stwierdziła, że niektórzy chłopcy, jak np. Maciek Dzięcioł – jej główny prześladowca – mogli być zdolni do czegoś podobnego. Mówili brzydkie słowa jak na przykład pisiorek, albo nawet sisiorek i inne, których znaczenia nie rozumiała. Podczas ciszy poobiedniej, gdy tylko pani wyszła, wyskakiwali z pościeli i pokazywali wszystkim dzieciom gołe tyłki i inne przedziwne części ciała. Maciek Dzięcioł robił świecę na łóżku, po czym na przemian błyskawicznie ściągał i nakładał majtki, wołając „iii – ooo, iii – ooo jedzie karetka pogotowia!”
     Karetka pogotowia rzeczywiście przyjechała, kiedy Magda Szczypalska popchnęła małą Taśtę tak mocno, że ta upadła uderzając głową o kant ławki i rozcięła sobie łuk brwiowy. „Krew popłynęła z czoła, oczy zbryzgane krwią”, choć Taśta nie była fabryczna dziewczyną i Malwinka miała niepokojące przeczucie, że nad jej grobem nikt by o śmierć Boga nie prosił. Tymczasem żyła jeszcze, leżała na podłodze trzymając biedne małe rączki przy twarzy, a jej płacz nie miał już w sobie nic ludzkiego, przypominał skowyt rannego zwierzęcia. Malwinka nie widziała nigdy w życiu takiej ilości krwi – i to wszystko wypłynęło z drobnej, chudej Taśty
     Rana wymagała szycia. Pani wezwała obie mamy – dręczycielki i jej ofiary. Mama Taśty – starsza, zmęczona, skromnie ubrana – wyglądała dziwnie obojętnie, bardziej skrępowana faktem wezwania jej do przedszkola niż przejęta losem swego dziecka. Mama Magdy Szczypalskiej – śliczna, młoda i elegancka, z pobladła twarzą i łzami napływającymi do oczu – była przerażona i roztrzęsiona. Malwinka współczuła jej z całego serca, że urodziła takiego potwora.
     Magda Szczypalska, bowiem, choć należała do dworu królewny Żanety - przedszkolnej elity - i mogła bawić się najładniejszymi zabawkami, szybko się tym nudziła. Zdecydowanie wolała zabawę kosztem innych dzieci. Taśta była ofiarą idealną – zastraszona, drobna i słaba, sepleniła(mówiła „t” zamiast „k”) i często robiła „tuptę” w majtki. Płakała wtedy cichutko, bojąc się powiedzieć komukolwiek, gdyż pani, kiedy cos takiego odkryła, nie kryjąc zniecierpliwienia i obrzydzenia, zawstydzała ją przed innymi dziećmi.
- Zesrała się w gacie!!! – wołała Magda Szczypalska w uniesieniu, wybuchając przy tym śmiechem, o którym trudno powiedzieć czy był bardziej okrutny czy głupkowaty. Na jej widok Taśta bladła i drętwiała w bezruchu jak mały ptaszek pod wzrokiem jadowitego węża. Dręczycielka próbowała jak daleko może się posunąć, a nie napotykając oporu posunęła się za daleko. Teraz nawet ona czuła się nieswojo. Przez kilka dni wszystkie dzieci unikały jej jak zadżumionej i Malwinka ze zdziwieniem odkryła na jej twarzy coś, co trochę przypominało ludzki wyraz smutku i zagubienia. Taśta do przedszkola już nie wróciła, a Magda Szczypalska po krótkim okresie niełaski zajęła swoje miejsce na dworze królewny Żanety, gdyż nikt, absolutnie nikt nie mógł się oprzeć pięknym drogim zabawkom i słodyczom, których nie skąpili jej zamożni rodzice.
     Niedługi czas po tym zdarzeniu, kiedy Malwinka wciąż miała w oczach zakrwawioną Taśtę, a w uszach jej krzyk, wyglądając na przedszkolne podwórko zauważyła coś niezwykłego. Na nagich gałęziach drzewa oprócz wróbli, które zawsze tam były, siedział kanarek. ”Musiał uciec z klatki” pomyślała i uśmiechnęła się mimo woli Wyglądał jak promień słońca w tym ponurym otoczeniu. Tego dnia oczekiwanie na mamę nie dłużyło jej się tak bardzo.
     Nazajutrz jesienne słońce nieśmiało przezierało się przez zasłonę chmur, więc pozwolono dzieciom wyjść na dwór. Malwinka rozglądała się bacznie w nadziei ujrzenia kanarka - dziś nie była całkiem pewna czy jej się nie przywidział. Straciła już nadzieję, gdy nagle wzrok padł na jaskrawożółty przedmiot leżący na ziemi – był to kanarek, martwy. Malwinka przykucnęła i podniosła go – był zimny i sztywny.
- Zadziobały go wróble – głos dochodził z góry, więc Malwinka podniosła wzrok. Na najniższej gałęzi drzewa siedział nieduży, ciemny ptak z żółtym dzióbkiem. Jego skrzydła połyskiwały wszystkimi kolorami tęczy.
- Dlaczego? – wyszeptała dziewczynka.
Szpak wzruszył skrzydłami.
 – Był inny i nie umiał się obronić. Każdy z tych powodów z osobna byłby wystarczający, a co dopiero oba naraz – ptak wydawał się znudzony wyjaśnianiem takiej oczywistości.
- Przecież chyba nie zrobił im nic złego? – nie mogła zrozumieć Malwinka.
- Co to ma do rzeczy? – ptak był wyraźnie zniecierpliwiony.
- Bo moja mama mówi, że jak ktoś jest dobry dla innych, to i inni są dobrzy dla niego i że nie wolno odpłacać złem, nawet jeżeli ktoś jest dla nas zły, a co dopiero atakować kogoś, kto nic nam nie zawinił – wyjaśniła Malwinka cierpliwie.
- Nigdy czegoś podobnego nie słyszałem – prychnął ptak pogardliwie. – I nie widziałem nigdy ludzi stosujących się do takiej nauki – dodał po chwili namysłu.
Malwinka milczała. Musiała w duchu przyznać mu rację. Spojrzała na mieniące się kolorowo piórka na skrzydłach ptaka
 I cos ja zastanowiło.
- Przecież ty także jesteś kolorowy, dlaczego nikt nie zadziobał ciebie? – zapytała olśniona.
 - Wszystkie szpaki takie są – odrzekł ptak z godnością. – A poza tym jak możesz porównywać niewypowiedzianie elegancki połysk moich piórek z wściekłym kolorem tego tu nieszczęśnika – dodał urażony.
- Mi się podoba, jest jak słońce.
- Lepiej by było dla niego, żeby nie był, albo żeby poszukał sobie towarzystwa innych nieprzyzwoicie żółtych kanarków – odparował szpak i już go nie było.
Malwinka zakopała małego trupka i zamyślona wróciła do przedszkola.


      Tego dnia przy obiedzie Maciek Dzięcioł wymyślił sobie nową rozrywkę – chlapanie zupą na Malwinkę. Z chwilą, gdy tłuste krople zlądowały na okularach dziewczynki i ładnej, uszytej przez mamę sukience, coś się w niej odmieniło. „Nie chcę być zadziobanym kanarkiem, niech dorośli, jeśli są tacy mądrzy, decydują, czym należy odpłacać za coś takiego” pomyślała gwałtownie wstając od stołu i kierując się prosto w stronę pani przedszkolanki. Skutek tej interwencji przerósł najśmielsze oczekiwania Malwinki – Maciek Dzięcioł musiał skończyć swój obiad na środku stołówki, siedząc na ziemi przy krzesełku. „Ponieważ je jak świnka” wyjaśniła pani. Wyglądał przez chwilę jak bardzo nieszczęśliwy zawstydzony chłopczyk do momentu, kiedy jego wzrok padł na Malwinkę.
- Sssskarżypyta – wysyczał złowieszczo.
- Sam się o to prosiłeś – odpowiedziała z bezpiecznej odległości.
     Całe to zajście wstrząsnęło przedszkolną opinią publiczną. Nie przyczyniło się do wzrostu popularności Malwinki na dworze królewny Żanety, z którym Maciek był związany, ale inne dzieci były usatysfakcjonowane widokiem jego upokorzenia – praktycznie każdemu dał się kiedyś we znaki. Malwinka miała niewygodne poczucie, ze złamała reguły jakiejś gry, w której mimowolnie brała udział, że wykroczyła poza rolę, którą jej wyznaczono. Nikt nie ośmielił się już dokuczać jej, otoczył ją niewidzialny mur i tylko wysyczane szeptem słowo „skarżypyta” dobiegało czasem jej uszu.
     Wkrótce potem przyszło upragnione wyzwolenie i to za sprawą niesfornego, uciekającego prawego oczka – Malwinka musiała iść na operację do szpitala. Była to perspektywa sama w sobie mrożąca krew w żyłach, ale oznaczała koniec przedszkola, czyli to, czego pragnęła najgoręcej.

czwartek, 11 listopada 2010

I już po roku zrozumiałam...

W czasach kiedy namiętnie oddawałam się lekturze duchowej przeczytałam wiele świadectw. Zwroty typu "wtedy spotkałem Jezusa", "Pan powiedział mi/dał mi poznać" albo "już po roku/dwóch/trzech/pięciu zrozumiałem..." (czemu miało słuzyć jakieś konkretne, zazwyczaj trudne doświadczenie) należały do stałego repertuaru. Szczerze zazdrościłam tym, którzy spotkali Jezusa i tym, którym Pan powiedział albo dał poznać co mają robić, ale najbardziej tym, którzy już po roku zrozumieli.

Niedawno, a mówiąc konkretnie w Dzień Zaduszny, skończyłam 45 lat. Według wszelkiego prawdopodobieństwa mam bliżej do końca swojej ziemskiej wędrówki niż do początku, a wciąż nie mogłabym uczciwie powiedzieć o sobie, że zrozumiałam cokolwiek z tego, co mi sie przydarzyło, albo zobaczyłam dobroczynne skutki traumatycznych doświadczeń. Owszem, widzę, że rezygnacja z pierwszej pracy, gdzie mało zarabiałam i nie traktowano mnie poważnie, była największym głupstwem jakie popełniłam w życiu, ale ta wiedza niczego mi nie ułatwia, wręcz przeciwnie.

Wyjątkiem jest jedno doświadczenie, którego sens zrozumialam już po sześciu latach. W czasach kiedy moje dochody były w miarę stabilne zdarzało mi się kupić coś, co nie było absolutnie niezbędne. Tak było z butami firmy Ecco przecenionymi z czterystu coś tam na dwieście coś tam PLN. Były tak wygodne, że na ulicy czułam się jakbym wyszła z domu w kapciach. Ich wygląd też wydawał nieco zbyt kapciowaty w zestawieniu z moją ówczesną elegancją. Poszły więc w odstawkę jako ewentualni następcy butów górskich. Mijały lata. Moja sytuacja finansowa zmieniła się dramatycznie wraz z utratą pracy, co gorsza szanse na zmianę, nie wspominajac o jakiejś stabilizacji, przestały istnieć na skutek przekroczenia czterdziestego roku życia. Ten piękny wiek bowiem na rynku pracy oznacza wyrok śmierci, skazanie na niebyt.

Mój ojciec zachorował i umarł, moja matka zachorowała na reumatoidalne zapalenie stawów i też chciała umrzeć (każdy by chciał), ale jej czas jeszcze nie nadszedł. Musiała się przestawić na zupełnie inny rytm, zaakceptować ograniczenie zdolności ruchu i zależność od sterydów. Odwagi, aby po raz pierwszy (od czasu choroby) wyjść na dwór nabrała na widok owych "kapciowatych" butów na moich nogach. Oddałam bez wahania. Nie muszę chyba tłumaczyć czym sa wygodne, dobrze zrobione buty dla chorych stóp. Służą jej dobrze do dziś.

Nie wiem czy to świadectwo zbuduje kogokolwiek. Wniosek - nie należy wyrzucać dobrych rzeczy. Tyle tylko dane mi było zrozumieć w życiu. Reszta pozostaje tajemnicą i nie sądze, aby to się zmieniło.

środa, 10 listopada 2010

Jeszcze o teorii gór lodowych

W poprzednim poscie umieściłam napisany onegdaj artykuł o torturowaaniu kobiet idiotycznym ideałem urody. Pozornie nie ma wiele wspólnego z teorią gór lodowych, a jednak...

Na zdrowy rozum, człowiek nie powinien kwestionować kształtu i rozmiaru swego ciała, zwłaszcza jesli jest zdrowe i dobrze mu służy. Skąd ta autodestrukcyjna niezgoda na własny wygląd? Nikt nie wpadłby na coś takiego, gdyby nie inni, którzy podsunęli mu chorą ideę: Powinieneś  wyglądać nie tak jak wyglądasz tylko zupełnie inaczej. Przyznanie im racji (nawet częściowe) to rozpoczęcie beznadziejnej walki przeciw naturze, w której człowiek zawsze jest przegrany niezależnie od tego czy osiągnie swój absurdalny cel czy nie.

Pewnej analogii dostarcza nauka Kościoła o powołaniach, a ścislej ten jej fragment, który głosi, że zasadniczo są dwa: małżeństwo i kapłaństwo/życie konsekrowane. Jeśli ktoś nie łapie na jedną z tych opcji to znaczy, że coś jest z nim nie tak. I znowu zaczyna się beznadziejna walka, aby dopasować rzeczywistość do przyjętych z góry założeń.

Podobne zjawiska można zaobserwować w życiu publicznym - vide Gazeta Wyborcza pouczająca tubylczy naród jak bardzo jego tradycja jest głupia, anachroniczna i szkodliwa oraz dostarczająca "postępowych" idei, które nosi się na "europejskich" salonach.

Przyklady możnaby mnożyć.

Być może jest tak, że szarpiemy się z jakąś niemożnością tylko dlatego, że nie potrafimy zaakceptować rzeczywistości takiej jaka jest? Nie wiem. Gdzie przebiega granica miedzy tym, co możemy zmienić, a tym, co powinniśmy zaakceptować?

Nie ośmieliłabym się powiedzieć komuś bezdomnemu, albo wlaśnie wyrzucanemu na bruk, bo nie ma  z czego zapłacić czynszu, "zaakceptuj to". Nie sądzę, że taki argument trafiłby do samobójcy, który nie ma pracy ani mieszkania ani żadnej nadziei na zmianę tego stanu rzeczy.