niedziela, 13 października 2024

O skaldzie Grimoaldzie

Grimoald pojawił sie w mojej wyobraźni mniej wiecej na studiach albo tuż po. Imię pochodzi z jakiejś powieści o Longobardach skandynawskiego autora, którego nazwiska nie pamiętam (tytułu powieści też nie). Wyglądał mniej wiecej tak:

Grimoald pojawił się w mojej wyobraźni w czymś co wygląda na stylizowany, póżnosredniowieczny strój burgundzki, stąd ta Burgundia zupełnie z innej epoki niż poźniejsza opowieść utrzymana we wczesnośredniowiecznych pólnocnych klimatach, pełna skandynawskich imion i zwyczajów inspirowanych powieściami Sigrid Undset.
Grimoald skald z północy (dość nieokreślonej) pojawił sie na dworze burgundzkim (nie pytajcie dlaczego) i tam poznał księżniczkę. Księżniczka, która potem zyskała imie Rowana w pierwszej swej wersji była niezależna i nie miała ochoty na małżeństwo z wybranym przez rodzinę mężczyzną i w ogóle miała awersję do pełnienia roli społecznej przypisanej do jej pozycji. Tak więc księżniczka "zakochuje się" w skaldzie, który śpiewa pieśń o morzu przebierając po strunach lutni długimi palcami. Potem oboje udają sie na tajemniczą wyspę na północy, skąd pochodzi Grimoald...
Jak to się zmienia z wiekiem. W mlodości pociagajacy jest ktoś, kto kojarzy sie z przygodą, w wieku dojrzałym ktoś, kto reprezentuje stabilizację...
W pierwszej wersji do ślubu z wybranym przez rodzinę kandydatem nie dochodzi więc można sobie wyobrazić jakiś happy end.

W drugiej wersji księżniczka Rowana jest żoną bezimiennego mężczyzny, kiedy poznaje Grimoalda i zostają kochankami. Narysowałam na ten temat cykl obrazków tuszem, ale je przy którejś kolejnej przeprowadzce wyrzuciłam. Pamiętam, że nie wiedziałam dokładnie dlaczego małżeństwo Rowany się nie układa i co było nie tak z jej mężem. Natomiast wymyśliłam jak wyglądał 
Grimoald po lewej i Rajnald po prawej

Miał jasne włosy i brodę,szare oczy, był wysoki i postawny i nosił strój z motywami heraldycznymi.

Życia nabrał dopiero w trzeciej wersji opowieści, robionej na komputerze. Zyskał też imię - earl Rajnald z Northumbrii. Starał sie o Rowanę Burgundzką przez swojego człowieka na tamtejszym dworze, Gunnara Lisa. Najprawdopodobniej nie brano by Rajnalda pod uwagę jako przyszłego męża księżniczki, gdyby nie fakt, że miała za sobą romans z pewnym skaldem z północy, co mogło mieć wiadome konsekwencje Rajnald wie o tym (Gunnar Lis go oświecił), a jednak ciągle uważa związek z dynastią burgundzką za korzystny....
Scena na dworze burgundzkim. Ksiąze Roderyk (w czerwieni, po prawej) rozmawia z Gunnarem Lisem. Na pierwszym planie Rowana (po lewej) z Grimoaldem
Jak wyżej. Rudowłosa dziewczyna na pierwszym planie to Deidre, dwórka Rowany, która siedzi wyżej w różowym welonie, po prawej Gunnar Lis. W głębi Grimoald gra na lutni i śpiewa pieśń...

Rajnald bowiem ma złamane serce i romansowa strona tego przedsięwzięcia go nie interesuje.  Jako młodzieniec odwiedził strony rodzinne swojej matki - ową wyspe na połnocy, skąd pochodzi Grimoald i Gunnar Lis i poznał tam Fror - pogańską kaplankę świętego ognia i choć to nigdy nie powinno się zdarzyć, spędzili ze soba upojną noc...


Potem jednak Fror zapadła sie pod ziemię i po wielu latach poszukiwań Rajnald daje za wygraną i postanawia poważnie pomyśleć o następcy. Rowana tymczasem jest w ciązy, co wiąże się z dużym ryzykiem w przypadku, gdyby urodził sie syn. Dziewczynka natomiast nie stwarzałaby większych problemów.

Kiedy sie więc spotykają Rajnald daje do zrozumienia Rowanie, że wie o jej stanie i nie przeszkadza mu to i jeśli się zgodzi na jego propozycję, będzie traktowana z należytym szacunkiem...
Rowana sie zgadza i udaje do kraju swego swego szlachetnego małżonka, gdzie rodzi córkę Grimoalda Christianę.

Małżeństwo Rajnalda i Rowany układa się  w dobrze aż do momentu, kiedy księżniczka znowu spotyka Grimoalda. Nie jest jasne w jakich okolicznościach to się odbywa, niemniej finał jest taki, że wyjeżdżają razem na Wyspę Lodów na północy.

Rajnald nie próbuje odnaleźć swojej wiarołomnej żony. Jest poinformowany gdzie i z kim przebywa dzięki swemu nieocenionemu kuzynowi Gunnarowi Lisowi.

Rowana szybko zaczyna żałować swojej decyzji. 
Życie na wyspie Lodów u boku Grimoalda nie jest łatwe, warunki są o wiele bardziej prymitywne niż te, do ktorych przywykla, poza tym myśli o swojej córce Christianie, która dorasta bod bokiem mężczyzny, który nie jest jej ojcem...


Christiana też nie ma lekko. Nie rozumie, dlaczego matka ją opuściła, dowiaduje sie przypadkiem, że nie jest córką Rajnalda. Jej miłość do niego nabiera nowego wymiaru. Zaczyna być zazdrosna o każdą kobietę, której on okazuje względy...


Tymczasem sama staje sie obiektem zainteresowania mężczyzny, co o mało nie kończy się porwaniem. Sytuacja jest na tyle poważna, że Rajnald decyduje sie czasowo umieścić ją w wieży pod strażą. Zadanie dopilnowania dziewczyny powierza młodemu dowódczy Isbjornowi.
Christiana śpiewa renesansowa balladę Dowlanda - takie to jest pomieszanie epok...


Rowana tymczasem kontaktuje się z Gunnarem Lisem, aby wybadać, czy jest jakakolwiek szansa na pojednanie z męzem, po czym decyduje sie do niego powrócić.
Rajnald przebacza jej niewierność i przyjmuje ją znowu do swego domu.

Isbjorn, którego tożsamość wyszła międzyczasie na jaw dostaje rekę Christiany. Kiedy oboje wyjeżdżają, Rowana rodzi Rajnaldowi syna - następcę...

Tymczasem porzucony Grimoald prosi Gunnara Lisa o rękę jego siostry Sigrid, która kochała sie w nim od dziecka...

Wygląda na całą serię happy endów. W rzeczywistości to nie koniec tej historii, która ma wiele wątków, tutaj pominiętych.

Nigdy nie udało mi się jej zapisać w formie opowiadania czy czegoś podobnego. Rozwijała sie poprzez kolejne obrazki opatrzone dialogami. Nie zamierzam tu wszystkich publikować, bo część nie nadaje się do pokazania. Pewna moja znajoma spytała kiedyś, dlaczego Rajnald zawsze rozmawia ze swoją żoną w łóżku. A skąd mam to wiedzieć? Moje postacie usamodzielniły sie na dość wczesnym etapie tej historii. Dopóki miałam odbiorców zachowywałam jakąś dyscyplinę, potem wszystko się rozlazło. Publikuję więc "pierwszy odcinek" na próbę, a nuż mnie to zmobilizuje.

P.S.
Licznych błędów w dialogach nie dało sie poprawić. Taki urok programu paint.

piątek, 11 października 2024

O "prolajferce" Gajewskiej i jej Myrsze

Nie mam najmniejszej ochoty komentować sytuacji w kraju, bo wyszedł by z tego jeden wielki bluzg. Jednak stosunkowo "lightowa"- jak na możliwości obecnej ekipy rządzącej - afera Gajewskiej i Myrchy wyzwoliła we mnie taką reakcję emocjonalną, że muszę dać jej wyraz na blogu.

Słuchając przy robieniu obiadu o telefonie Gajewskiej do dziennikarza z Rzepy, w którym wyrażała się tak niecenzuralnie, że nie nadawało się to do zacytowania, złapałam sie na szczerej ochocie nakopania tej babie po ryju. Chęć ta się wzmogła kiedy zobaczyłam osławioną parę parlamentarzystów zasłaniających się małymi dziećmi (przyniesionymi na tę okoliczność do sejmu) jak tarczą przed zarzutami "złych ludzi".

Szukam w swoim czarnym serduszku, co mnie tak wk..wiło i wydaje się, że ma to związek rzeczywistą kastowością naszego społeczeństwa. Jedne dzieci są "zlepkami komórek" i można je bezkarnie zabijać w łonach matek (na podstawie jakiegoś świstka kupionego za pieniądze) i przy okazji łamać kręgosłupy lekarzom i dyrektorom szpitali, a inne są tak cenne, że zasłaniajac się nimi można bezkarnie wyłudzać dowolne ilości pieniędzy od państwa...

Miałabym w związku z tym kilka pytań do posłanki G. :

Dlaczego, k.rwo jedna, nie wyabortowałaś swoich trzech zlepków komórek, nie wiesz, że od tego planeta płonie? Nie płonie? Nie zlepki komórek? To dlaczego, kurwiszonie, swoją obłudną mordą, poprawioną photoshopem, promujesz eksterminację dzieci na koszt podatnika i zmuszanie uczciwych ludzi do przykładania do tego ręki? Szpitalom odbierane jest dofinansowanie za odmowę zabicia zdrowego dziecka w piątym miesiącu ciąży, a potem brakuje pieniędzy na leczenie chorych, bo jakaś durna cipa  najpierw się gzi, a potem myśli, a sejmowe kurwiszcza rządzącej koalicji za tym głosują...

Ale posłanka G. jest "pro life" pełna gębą. Może tego otwarcie nie deklaruje, ale ze swoim Belzebubem działają intensywnie aby jak najwięcej komórek "Myrcho-Gajewskich"się zlepilo. Na te zlepki kasa się znajdzie. Najpierw dlatego, że G. jest bogata z domu i żadną pracą rąk nie musiała sobie nigdy kalać. Po szkole poszła do "polityki" znaczy młodzieżówki PO i tak już zostało. Dojenie kasy państwowej to jej pomysł na życie. Nic sobą to bydle nie reprezentuje, poza byciem pazernym zepsutym bachorem... 

O oślizłym Belzebubie nie chce mi się nawet wspominać. Ciekawe czego zlepkiem jest? Może to po prostu hodowla plemników zaopatrzona w ch.j do wlewania do wnętrza posłanki G. Do tego rzeczywiście się nadaje, czego dowiódł czynem.

Wszystko to bardzo pięknie, ale dlaczego hodować zlepki komórek Myrcho-Gajewskich na koszt podatnika? Rodzice posłanki G. dali jej dom pod Warszawą, zapewne mogliby ją zatrudnić w swojej firmie z dobrą pensją wystarczajacą na opiekunkę do zlepków. Belzebub też mógłby jakoś zarabiać, w najgorszym razie pokazywać części ciała w filmach lub mediach społecznościowych..

Odpowiedź jest prosta wracamy nie tylko do mentalnośći plemiennej, ale wręcz stadnej. Rozmnażanie staje się przywilejem najwyżej postawionych w hierarchii. Na wykarmienie i wychowanie ich potomstwa pracuje cała reszta, która nie bedzie nigdy mogła sobie na taki luksus pozwolić. A gdyby jednak sobie pozwoliła to od czego jest aborcja? Aborcja to je dobre, czyż nie? Czemu posłanko G. nie pokazałaś tego czynem? Dlaczego zasłaniasz się teraz ze swoją Myrchą żywymi zlepkami, a nie ich zdjęciami po "zabiegu"? To dopiero byłoby europejskie i nowoczesne! 


środa, 9 października 2024

O zwycięskich ilustracjach w konkursie Biedronki "Piórko 2024"

Wspomniałam w poprzednim wpisie o ilustracjach nagrodzonych w konkursie biedronki "Piórko 2024", które skłoniły mnie do poważnej refleksji. Można zobaczyć kilka z nich na stronie https://piorko.biedronka.pl Konkretnie okładkę, szczeniaczki w lesie, jadący samochód, fragment ulicy z domkami i niewielkimi postaciami ludzkimi (prawdopodobnie bohaterką i jej mamą).

Zacznijmy od okładki. Przedstawia rudowłosą dziewczynkę w wieku szkolnym niosącą w plecaku pieska. w głębi domki, drzewa i ulica, powyżej niebo, na tle ktorego umieszczono tytuł i nazwisko autorki.

Postać ludzka poddana jest dość szczególnej stylizacji - bardzo uproszczona i płaska, ma idealnie okrągłą glowę i pomarańczowe włosy, W jej twarzy jedynie oczy w okularach przypominają odnośne organy człowieka, natomiast nos sprowadzony jest do bladego trójkąta a usta do wygiętej szparki mniejszej od brwi chowających się pod grzywką. Znacznie więcej uwagi poświęciła autorka szczegółom jej ubioru jak np kratka na spódniczce, zapięcie białej bluzki koszulowej, listwa krótkiej bluzy, zamek i kieszonka plecaka... 

Piesek nie jest stylizowanym szczeniaczkiem (jak wynika z tekstu) tylko ożywioną zabawką. Widać to na wszystkich ilustracjach - autorka nie wie jak wygląda pies, a tym bardziej szczenię. Mniejsza o dziwne proporcje (głowa pieska niewiele mniejsza od głowy dziecka), ale pyszczek z doszytym językiem, oczy z brwiami i uszy są przeniesione żywcem z jakiejś maskotki, a przynajmniej tak wyglądają.

Domki w tle (poniżej, gdyż horyzont jest obniżony) mają wyraźne ciemnoczerwone dachówki (nawet na kominach), wątek cegieł też jest widoczny (mimo warstwy tynku), o futrynach okien nie wspominając. Budynki rzucają błękitne cienie na chodniki, ulica robi wrażenie wyłożonej kostką brukową utrzymaną w tonie oliwkowym. Przy tej wypieszczonej architekturze maksymalnie uproszczone, drzewa przypominajace ciemnoniebieskie stylizowane dmuchawce, rdzawe u góry, wyglądają jak z innej bajki. Niebo jest podzielone na nieregularne smugi, jasniejące w miarę zbliżania się do horyzontu, na jego tle kilka uproszczonych sylwetek ptaków w locie i gwiazdy reprezentujące blask bijący od tytułu.

To, co mnie uderza, to ogromna dysproporcja w potraktowaniu różnych elementów kompozycji. Widać, że autorka jest absolwentką architektury i umie i lubi ją malować. Znacznie gorzej z tym, co żywe. W postaci ludzkiej najbardziej interesują ją szczegóły garderoby, gatunek zwierzęcia trudno rozpoznać, a drzewo mogłoby być równie dobrze wyrośniętym grzybem.

Na obrazku ze szczeniaczkami w lesie z plątaniny stylizowanych zarośli wyglądają trzy główki zwierzątek nieokreślonego gatunku. Uśmiechnięte pyszczki  wskazują na kota z Cheshire, ale nie pasują zbyt małe oczy i oklapnięte uszy. Obrazek bylby całkiem udany, gdyby odbiorca nie wiedział, że chodzi o porzucone w lesie, przerażone szczenięta...

Następna ilustracja z ulicą ukazuje bardzo ładnie malowane fasady trzech kamieniczek z całym bogactwem detalu architektonicznego jak wątek muru, podziały okien, nadproża, witryny sklepowe i nawet kolory zasłonek... Dokładnie na osi środkowego domku, przed licem muru płaski, jakby wycięty z kartonu kształt bardzo stylizowanego, grzybopodobnego drzewa. Na prawo dwie niewielkie postacie ludzkie - zapewne bohaterka ze swoja mamą - w ruchu. Dziewczynka nie ma już na te okoliczność stylizowanych warkoczy z okładki tylko pomarańczową aurę wokół głowy... Całość mogłaby być projektem rewitalizacji zabytkowego ciągu  kamienic z symbolicznym drzewem i postaciami ludzkimi dla ukazania skali.

Na tej samej stronie konkursu fragmenty zwycięskich ilustracji z poprzednich edycji, wyglądajacych jakby wyszly z tej samej ręki albo co najmniej z tej samej pracowni... Bardzo podobna stylizacja i kolorystyka...

Każdy, kto oskarży mnie o złośliwość i niskie pobudki, będzie miał rację, ale zastanówmy się nad jeszcze jedną istotną informacją umieszczoną na stronie:  34 tys. nadesłanych prac na 9 edycji konkursu. Średnio nieco mniej niż pięć tys. na jedną. Nadsylanie prac do końca czerwca, wyłonienie zwycięscy koniec lipca - miesiąc na przejrzenie 5 tys. prac dla kilkuosobowego jury! Jakiej wysokości honoraria trzeba by im zapłacić? Zwykle w konkursach plastycznych jest wstępny odsiew prac naiwnych jeleni, a jury ocenia tylko te wyselekcjonowane, znaczy wybiera np z 20, a reszty nigdy nie widzi na oczy.

Czy podobną procedurę zastosowano w tym przypadku? Wydaje mi się to dość prawdopodobne, bo trudno uwierzyć, że z prawie 5 tys. autorów wybrano akurat osobę, która nie jest zbyt mocna w przedstawianiu ludzi i zwierząt, kiedy właśnie to są bohaterowie ilustrowanej książki. Tym bardziej, że ta słabość jest podkreślona kontrastem z biegłością w potraktowaniu architektury...

Nie mam łaski wiary w takie cuda. Nie wierze, że z 5 tys. prac nie dalo sie wybrac czegoś lepszego...

P.S.

Porzucony, smutny szczeniaczek wygląda mniej więcej tak:

Albo tak:
A rudowłosa dziewczynka w okularach tak:
Albo tak:


Znaczy wygląda tak samo jak każda inna dziewczynka, tylko ma wiecej żółtego pigmentu, co widoczne jest na jej buzi i w kolorze wlosów. Nie są to w żadnym wypadku pomarańczowe serdelki!

P.P.S.
Czemu by nie zrobić wystawy pokonkursowej? Bardzo jestem ciekawa tych co najmniej 20 czy iluś zestawów, które widziało i oceniało jury!





wtorek, 8 października 2024

Ilustracja książkowa też nie?

Wydawało mi sie kiedyś w mojej naiwności, że mogłabym ilustrować książki. Przecież całe życie trzaskałam cykle rysunkowe inspirowane literaturą. Okazało się jednak, że to nie to samo. Mogę to łatwo sama stwierdzić porównując swoje prace z ilustracjami książkowymi (zwłaszcza dla dzieci) z okresu PRL.

Pierwszym wielkim rozczarowaniem były obrazki do mojej własnej książeczki dla dzieci uciemiężonych (opublikowałam ją na tym blogu w odcinkach) wykonane akwarelą i nieco poprawione komputerowo:



Szczerze mówiąc nawet nie wiem jakiej wiedzy wymaga przygotowanie ilustracji do książki. Czy jest to wieloletni trening na kierunku grafika użytkowa czy kilka prostych myków, które można zgłębić we własnym zakresie. Są na YouTube liczne tutoriale, ale nie o tym.

Widziałam prace wielu ilustratorów posługujących sie akwarelą i piórkiem, więc uznałam, że i ja mogę wykorzystać tę technikę przystępując do konkursu biedronki (Piórko) w czerwcu tego roku. Ponieważ już został rozstrzygnięty nie naruszam regulaminu publikując tutaj swoje prace:

Ciekawe, że bohaterką obu książeczek jest rudowłosa dziewczynka w okularach!

Ten cykl ilustracji wydaje mi sie dużo lepszy. Obrazek z czterema przytulonymi do siebie szczeniaczkami na białym tle jest calkiem niezły, zwłaszcza, że robiony był od razu piórkiem bez żadnego "ostrożnego" szkicu ołówkiem. Scena w szkole (z pustym miejscem na tekst) też się raczej broni. Co do reszty ocena zależy od stosunku widza do niesfornej plamy barwnej charakterystycznej dla akwareli. Z całą pewnością można nią lepiej operować, a  rysunek piórkiem też nie wolny jest od błędów...

Wielce pouczajace było porównanie moich prac ze zwycięskimi, które zresztą nie podobają mi się wcale. Starannie obwiedzione konturem postacie. Kontur wypelniony równomiernie kolorem. Tło, mocno stylizowane, znacznie lepsze niż postacie na pierwszym planie. Bardzo nie podoba mi się stylizacja postaci głownej bohaterki, wydaje mi się dość karykaturalna, to samo dotyczy jej pieska. Mam wrażenie, że autorka nie wie jak wygląda szczeniak, ani rudowłosa dziewczynka.

Ktoś mi może zarzucić, że przemawia przeze mnie zazdrość, ewentualnie gorycz. Nie wypieram się żadnego z tych uczuć, ale zajrzyj sobie czytelniku na tę stronę https://piorko.biedronka.pl i sam wyrób sobie zdanie.

To jest pewnie owa "staranność wykonania", której brak moim pracom. Być może laureatka ma wiedzę jak takie ilustracje powinny byc przygotowane albo coś. Moje czarne serduszko podpowiada mi dosadne sformułowania na  temat jej dzieł, ale wielkodusznie sie powstrzymam.
  
Żałuje, że nie znam nikogo, kto by mi wyjaśnił czym kieruje się takie jury konkursowe.



Sztuka religijna?

Sztuka jest religijna z zasady. Związek sztuki i całej kultury z religią jest oczywisty. Póki społeczeństwa wyznawały jakąś religię, artyści mogli się wyżywić z uprawiania sztuki na potrzeby kultu. To się - niestety - skończyło. Zamówień jest mało i bardzo specyficzne. Jednak chrześcijaństwo jest tak bogatym źródłem inspiracji, że mam nadzieję, całkowite wyschnięcie mu nie grozi... 

W kręgach związanych z Kościołem modne sa ikony. Dlaczego? Bo bezpieczne w swoim skostnieniu? Nie popieram. Uważam, że tradycję zachodnią w sztuce religijnej ktoś powinien wskrzesić.

Fascynację ikonami - zwłaszcza najstarszymi - w jakimś stopniu rozumiem. Sama pozostaję pod głębokim wrażeniem pierwszej ikony Chrystusa Pantokratora z klasztoru św. Katarzyny na Synaju odkąd ją zobaczyłam na wykładzie ze sztuki bizantyńskiej:

Prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek!
Wykonana jest enkaustyką czyli pigmentem rozmieszanym z woskiem, który topi się podczas malowania (trzeba podgrzewać podobrazie) Taką techniką malowano obrazy na desce w późnym antyku vide portrety trumienne z Fajum. Słowem nie była to technika zarezerwowana dla świętych obrazów chrześcijaństwa, toteż kopię wykonałam najpopularniejszą w naszym kręgu cywilizacyjnym techniką olejną na płótnie
Proporcje twarzy "samoczynnie" się zmieniły - jest krótsza, szersza, ma wyraźniejsze kości policzkowe i jaśniejszą pigmentację. Rzecz jest tajemnicza, bo robiłam kratkę, żeby trzymać sie ściśle pierwowzoru


Muszę wyznać, że bardzo mnie drażni cały ten folklor wokół ikon tzn jajka jako spoiwo dla tempery, ale bez żołtka itp. Jeśli robią to prawosławni, to O.K. W przypadku katolików uważam za dziwactwo. Mamy swoją tradycję, z całą pewnościa nie gorszą, i z jej bogactwa możemy czerpać.

Chciałam mieć na ścianie duży wizerunek Michała Archanioła. W pierwszym odruchu pomyślałam o kopii, ale nie znalazłam odpowiedniego obrazu ani w tradycji zachodniej, ani wschodniej. Zaczęłam się więc zastanawiać, jak można by ująć starcie z wiadomo kim. Zrobiłam na próbę dwa szkice akwarelą:
Archanioł Michał jako motylek strofujący Lucyfera, który nie wygląda na nadmiernie przejętego
Włócznia nieco bardziej przekonywująco skierowana, ale przeciwnik nie wydaje się przerażony, tylko bajeruje Archanioła Michała
Wersja olejna na podstawie powyższej koncepcji wyszła tak, czyli nie wyszła. Poza tym odpada grunt

Nie posłużyłam się znanym schematem ikonograficznym, czyli Szatan jako smok, wąż lub brzydki człowiek wijący się pod stopami  Archanioła Michała. Ciągle miałam w głowie, że Lucyfer był najwspanialszym ze stworzeń. Chciałam, żeby był upadły, ale wciąż zdolny do uwodzenia swoją dawną wspaniałością, stąd ten błękit skrzydeł przez skojarzenie z piórami pawia. Archanioł Michał powstał jako negatyw - miejsce niezamalowane.

Efekt tak bardzo mnie rozczarował, że porzuciłam swoje dzieło.  Tego rodzaju tematów nie może malować ktokolwiek. Trzeba by pościć czy coś, albo mieć to coś.

Natomiast moje wczesne grafiki komputerowe m.in. na temat Ksiegi Rodzaju pełne były świeżych pomysłów jak np przedstawienie upadku pierwszych ludzi:
Grzech pierworodny zostawia nam zaledwie odblaski rzeczywistości, z którą pierwsi ludzie mieli pełny kontakt

 Z Ukrzyżowaniem poradziłam sobie tak:

Św. Jan Ewangelista podtrzymuje Marię, matkę Jezusa
Maria Magdalena. Nie wiem czy krzyże stosowane przez Rzymian były takie wysokie. Na moich obrazkach tak. Jezusa dzięki temu nie widać, ale jest obecny przez swoją krew i reakcje najbliższych.

Syrofenicjanka, moja siostra, w dwóch odsłonach:

Wolę to drugie ujęcie, bo trudno przedstawić w jakiejkolwiek dziedzinie sztuki Jezusa bez rozczarowania i poczucia, że jest poza zasiegiem naszych możliwości . To w jeszcze większym stopniu dotyczy filmów czy literatury niż sztuk plastycznych