poniedziałek, 31 marca 2025

Judith z Konga, czyli gorzki romans transgraniczny

Wiosna w pełni, więc ciąg dalszy romansów, a raczej pomysłów na świetne scenariusze filmowe: niebanalne, oryginalne i - co ważniejsze - gwarantujące uznanie krytyki oraz międzynarodowy sukces. Sama ich nie wymyślam, raczej twórczo rozwijam poruszające, zwięzłe utwory beletrystyczne rozpowszechniane w minionej, mrocznej epoce rządów ZP przez media (wówczas) opozycyjne. 

Część z nich wykorzystała Agnieszka Holland w filmie Zielona Granica w sposób bardzo pobieżny, pozostawiając widza z niedosytem w serduszku. Byłoby stratą niepowetowaną, gdyby tak wybitna twórczość literacka odeszła w zapomnienie jako wymysł antypolskiej propagandy (czasów wojny hybrydowej z Łukaszenką) sponsorowanej przez GRU/KGB. Jakie znaczenie ma źródło finansowania, jeśli umożliwia rozkwit tak wielu niepospolitych talentów?

Zacznijmy więc od Judith z Konga.  Nie dowiedzieliśmy się ani z okopress ani filmu Holland o jej urodzie tak olśniewającej, że nawet kongijskie słońce, kiedy ją widziało, uśmiechało i mówiło "dzień dobry!"


Ona zaś odwzajemniała się uśmiechem odsłaniając śnieżnobiałe ząbki. W życiu nie przyszłoby jej do głowy opuszczać kraj swoich przodków, gdzie ich duchy kryły się za każdym kamieniem, za każdą palmą. 

Tak się jednak złożyło, że Judith była zamężna, jak na niewiastę zbliżającą się do trzydziestki przystało.

Mąż jej, Mbalo, lubił obserwować swą piękną małżonkę budującą/naprawiającą ich chatę i ogrodzenie, uprawiającą pole i dojącą kozy. Kiedy zarzucała wielki kosz z gliną na plecy i na smukłych ramionach nabrzmiewały z wysiłku wszystkie żyły, odczuwał fizyczne podniecenie. Wtedy ruchem ręki przywoływał ją na małe mbatu-mbatu w cieniu palmy. Niestety żadne dzieciątko się z tego nigdy nie poczęło, a Mbalo z coraz wiekszym niepokojem myślał o przyszłości, zwłaszcza, że Judith nie była już młódką, a na kolejną żonę nie bylo go stać.

Kiedy więc pojawiła sie perspektywa wyjazdu do Dziermany długo sie nie zastanawiał. Po krótkim wahaniu zdecydował, że żonę weźmie ze sobą zamiast oddać w zastaw przemytnikom. W końcu kto będzie się o niego troszczyć w podróży i zaspakajać potrzeby jak nie jego główny zasób, który w razie czego można spieniężyć?


W lesie za granicą, ale jeszcze nie w Dziermany, (to musiała być Bolanda) Judith niosąca plecak z dobytkiem i sprzętem bardzo spowolniała marsz. Poirytowany Mbalo pomyślał, że rzeczywiście się starzeje i niedługo nie będzie z niej żadnego pożytku.


Kiedy więc Bolandowie w zielonych mundurach zastąpili im drogę, zwinny Mbalo zbiegł zostawiając zmęczoną Judith na ich pastwę. Z bezpiecznej odległości obserwował jak zabierają jej plecak i pakują do wojskowej furgonetki.

Przewieziono ją do ośrodka, gdzie trochę odpoczęła po trudach przeprawy i nawiązała kontakty z miejscowymi. Zwłaszcza jeden z nich, młody funkconariusz slużby leśnej, wzbudzil jej zaufanie i sympatię. W dzień zakopywał trupy migrantów i aktywistów w płytkich zbiorowych mogiłach w głębi puszczy, a wieczorem miał trochę wolnego czasu, który spędzał z Judith. Po sposobie w jaki na nią patrzył kobieta mogła zgadnąć, że mbatu-mbatu zbliża się wielkimi krokami. Z pewnym zaskoczeniem łapała się na myśli, że nie miałaby nic przeciwko, zwłaszcza, że byla wypoczęta (nie musiała pracować na roli cały dzień, ani dźwigać ciężarów) i wzmocniona dietą wysokobiałkową.

Nie wiedziała jednak, gdzie jest Mbalo i jaka byłaby jego reakcja. Tenże tymczasem był całkiem blisko i zastanawiał się dokładnie nad tym samym zagadnieniem - tzn jak taki obrót rzeczy pomógłby mu dostać się do Dziermany. Mógłby np zaproponować swą piękną żonę w zamian za przewóz. Tylko, że Bolando miał już do niej nieograniczony dostęp bez płacenia czymkolwiek.

Nieuchronne w takich okolicznościach mbatu-mbatu nastąpiło, co więcej, po pewnym czasie Judith uświadomiła sobie, że jest w ciąży.
- Bejbi - powiedziała uszczęśliwiona kiedy sie znów spotkali.
Młody Bolando rozpromienił się sądząc, że to do niego zwróciła sie tak pieszczotliwie i już chciał zamknąć ją w namiętnym uścisku, ale Judith powstrzymała go ruchem dłoni
. - Bejbi - powtórzyła pokazując na swoj brzuch - Ziziuś - dodała dla wszelkiej pewności w miejscowym języku.

Reakcja Bolanda była przedziwna: zesztywniał, zbladł i Judith miała wrażenie, że widzi myśli przebiegajace przez jego glowę. Wszystkie bardzo brzydkie i do pojęcia trudne.
- Nie chce ziziusia - pomyślała - nie chce zisiusia mieszanej krwi, bo rasist!

Tak było w istocie, z tym jednak zastrzeżeniem, że młody leśnik nie chciał żadnego dzidziusia, nawet z rodaczką w odpowiednim wieku, a co dopiero starszą o kilka lat afrykańską pięknością przebywajacą w kraju nielegalnie. W tym drugim przypadku kłopoty multiplikowały się.

Tak więc Judith nie zobaczyła już wiecej młodego Bolanda, natomiast w ośrodku kazali się jej zdecydować czy składa papiery czy wraca na Białoruś.
- Dziermany - powiedziała wskazując na siebie!
- No Dziermany - pogrożono jej palcem - You back to Łukaszenka!

 - Gdzie jesteś Mbalo - myślała w udręce - co mam zrobić?
Mbalo nieoczekiwanie zmaterializował się
- Przyjdzie po ciebie jeden Bolando w mundurze - powiedział szybko, bez zbędnych wstępów - Zaproponuj mu mbatu-mbatu i... - nie dokończył spłoszony dźwiękiem ciężkich, żołnierskich butów i już go nie było...

- No, chodź mała - powiedział strażnik - trochę cię szkoda, bo ładna jesteś... - zawiesił głos jakby na coś czekając
Judith zrozumiała czego chciał Mbalo - miała teraz zaproponować mbatu-mbatu w zamian za umożliwienie ucieczki. Zawahała się
- Bejbi - powiedziała w końcu wskazując na swój brzuch - nie mogę mbatu-mbatu bo bejbi...
- Jak chcesz - Bolando wzruszył ramionami.


Zaprowadzili ją pod ogrodzenie na granicy

- Wysoko - powiedział ten drugi
- Podsadzimy ją - odmruknął pierwszy i zanim się zorientowała szybowała w powietrzu na drugą stronę odprowadzana wzrokiem ogromnych Bolandów.


Mbalo tymczasem uratowany został przed przymusowym zawróceniem przez mamę Jane, najwybitniejszą działaczkę humanitarną w całej Bolandzie. Mama Jane wzięła go pod swoje skrzydła jako afrykańskiego inżyniera biegłego w wielu językach. 

Mbalo czuł sie nieco niekomfortowo, bo nie wiedział, czego mama Jane chce w zamian. Miał nadzieję, że nie mbatu-mbatu, ale pewności nie miał. Toteż kiedy pewen młody działacz lewicy zaproponował mu mieszkanie, zgodził się pośpiesznie.

 Zbyt pośpiesznie, jak się wkrótce okazało, bo aktywista - sądząc po jego niecodziennym zachowaniu - myślał, że Mbalo jest kobietą. Kiedy więc Afrykanin, celem wyjaśnienia sytuacji, pokazal mu swój organ męski, ten tak się podniecił, że grzmotnięcie w szczękę i poprawienie kopniakiem w podbrzusze okazało się minimum koniecznym, aby go powtrzymać od dalszych umizgów. To z kolei wprawilo napastnika w trudny do pojęcia stan ekstazy...
- Mbalo - wyszeptał osuwając się na ziemię - mój słodki, czarny brutalu...
Dalszych rasistowskich wypowiedzi już nie słyszał, bo siedział w pociągu do Dziermany, konkretnie w toalecie, gdyż nie zdołał kupić biletu z miejscówką w tak krótkim terminie.

Nie minął rok, a może dwa kiedy z Dziermany zaczęto masowo zawracać migrantów do Bolandy, nawet tych, którzy przybyli zupełnie innym szlakiem. Na granicy nikt tego nie sprawdzał, przyjmowano wszystkich jak leci. Na odchodnym zapewniano, że Bolanda będzie wkrótce musiała wypłacać im równie wysokie zasiłki jak Dziermany, bo UE ją zmusi.

Mbalo siedząc więc w ośrodku z podobnymi sobie myślał o Judith, jej gibkim jędrnym ciele i aksamitnej skórze. Po doświadczeniach ostatnich lat przeczuwał, że zapewnienie sobie mbatu-mbatu z odpowiednią partnerką nie będzie wcale takie proste, a bez tego jak żyć?!!!

Tymczasem Judith - spadłą jak z nieba - zainteresowało się bialoruskie KGB. Do burdelu dla VIPów była  o 20 lat za stara, więc oddano do dyspozycji służbom zaprzyjaźnionego imperium. W efekcie  wylądowała w Moskwie na uniwersytecie im Lumumby z perspektywą powrotu do Afryki w nieodległej przyszłości...

Dziecko urodziła i z perspektywy czasu musiała przyznać, że wymiana męża na zachwycajacego synka była w gruncie rzeczy korzystna. Poza tym przekonała się, że jest płodna i wszystko jeszcze przed nią, jeśli się troszeczkę pośpieszy. A chętnych kolegów z uczelni bylo calkim sporo...

niedziela, 30 marca 2025

Justyna, czyli niedole cnoty ( względnie dola niecnoty)

Zacznę od pomysłu na scenariusz romansu zainspirowanego konkretnymi osobami i zdarzeniami z życia wyższych sfer, czyli lewicy. 

Oto pewien lewicowy polityk w randze wiceministra w MSZ zostaje przymusowo urlopowany pod pretekstem choroby alkoholowej. Zarzut, choć poważny, wydaje się dęty, gdyż w tym samym rządzie - też w randze wiceministra (sprawiedliwości) - niepokojony przez nikogo - zasiada Belzebub M. obdarowany przez teścia-mafioza ładnym domkiem pod Warszawą, który to fakt zataił w oświadczeniu majątkowym, aby wraz z małżonką ciągnąć kasę na dopłaty do wynajmu mieszkania w stolicy należne posłom z prowincji.

Nasz bohater - nazwijmy go Andrzejem Sz.-  oddaje się więc niewesołym rozmyślaniom nad flaszką, zastanawiając się gdzie popelnił błąd i jego myśli biegną nieuchronnie ku Justynie, a widz towarzyszy mu oglądając retrospekcję.


Nigdy nie mógłby nawet marzyć o takiej dziewczynie, gdyby nie staż partyjny i stanowisko oraz jej ambicje + gotowość do wykorzystania swoich "zasobów" do ich realizacji.

Od fantazji do flirtu, od flirtu do dotyku i tak dalej, aż rozbudzone zmysły podlane alkoholem eksplodują w pewnym momencie przemocą wobec zachwycającej Justyny, która natychmiast po tak intensywnej sesji biegnie na obdukcję i zamieszcza w internecie zdjęcia obrażeń oraz wynik oględzin lekarskich.

Potem zdjęcia znikają, a Justyna nieoczekiwanie wprowadza się do mieszkania w Warszawie, gdzie zajmuje się powiększaniem rożnych części ciała i wrzucaniem "fotek" na media społecznościowe.

Widz obserwując dziewczynę na ekranie odkrywa jej sekret, ukrytą milość życia, której obiektem jest wlasny tyłek, namiętnie fotografowany nie bez poświęceń (zważywszy niewygody), a zdjęcia publikowane w internecie przy różnych okazjach.




Niestety jak wiele wybitnych i nietuzinkowych kobiet, Justyna pada ofiarą hejtu, który boli nieskończenie bardziej niż ciosy nawalonego Andrzeja Sz. Zresztą tak skutecznie je wyparła, że zaprzecza jakoby kiedykolwiek miały miejsce.

Najgorsi - jak łatwo zgadnąć - są katole, którym ze szczodrości serduszka zadedykowała zdjęcie swej zachwycajacej pupy na Boże Ciało czy też Wielkanoc. Podniósł sie wielki krzyk oburzenia, a przecież ona tylko chciała podzielić się nawet z nimi, tymi nienawistnikami, tym, co najdroższe jej sercu.

Fakt - myśli Justyna - nie wiedzą o tym, że towarzysze zabronili mi publikowania zdjęć gołego tyłka wśród żonkili na rocznice powstania w gettcie. Nie chcieli słyszeć o wytatuowaniu na pośladkach gwiazdy Dawida ani nawet sierpa i młota na rocznicę rewolucji październikowej...

Widz - głęboko zasmucony - odkrywa, że nawet na lewicy panuje ciemnogród i zaścianek, po czym z oczami pelnymi łez opuszcza kino.

Niestety obawiam się, że nie jest to materiał na hit. Raczej kameralne, studyjne klimaty.

środa, 26 marca 2025

Jak nakręcić film, który odniesie sukces międzynarodowy

Najważniejsze to wybrać taki region i okres historyczny, żeby w roli ofiar wszelkiego zła móc obsadzić ludy bliskiego wschodu, a w roli oprawców Europejczyków, najlepiej z północy, z wyłączeniem jednak wikingów/Skandynawów, Anglosasów i Niemców. Najbezpieczniejszy będzie północny wschód Europy znaczy Polacy, Białorusini, ewentualnie Bałtowie (Rosjanie absolutnie nie, Ukraińcy chwilowo też).

Jeśli chodzi o ofiary optymalna jest rodzina i to tradycyjna:  patriarchalny mężczyzna bliskowschodni, który troszczy się o dzieci i - uwaga - szanuje żonę (to ważny szczegół), delikatna i skromna kobieta o oczach gazeli i dwa słodkie dzieciąteczka - śliczna mała dziewczynka i jej rezolutny, nieco starszy braciszek.

Trzeba koniecznie pamiętać o drobnej korekcie bliskowschocnich zwyczajów tzn mąż niesie plecak, dzieli się jedzeniem i kocami z rodziną, synek nie kopie ani nie bije po twarzy mamusi, ani siostrzyczki itd


Rodzina jest w drodze, wymuszonej, rzecz jasna. Nie trzeba zanadto się wgłębiać w przyczynę jej tułaczki, bo można zaliczyć wtopę. Nieuchronnie trafia do kraju nieokrzesanych tubylców.

Tubylcy MUSZĄ być przede wszystkim nieestetyczni i biedni (to ich główna wina). Należy tak ich ucharakteryzować by kojarzyli sie ze świniami na kartoflisku: jasna skóra zaczerwieniona od słońca małe oczka i konopne rzęsy, a włosy jak len, co w błoto wpadł, do tego tłuste, podobnie jak cera. Obowiązkowo: nadwaga, wielkie czerwone łapy, fatalny stan uzębienia, obciachowe, przepocone ciuchy i gumofilce. Ich jedzenie nieodmiennie niezdrowe i paskudne, wnętrza brudne, a obejście pełne krowich placków.

W orientalnej rodzinie (i widzu) mają budzić przede wszystkim obrzydzenie niezależnie czy gonią  z widłami, czy oferują ohydne żarcie, smrodliwe okrycia albo nocleg w swojej paskudnej norze.



Z tymi podludźmi, chciałoby sie rzec "bydlętami o ludzkich twarzach" (goyim) kontrastują fascynujące uosobienia zła absolutnego. Ci mają szykowne mundury, atletyczne sylwetki i dobrą broń. Lepiej być przez nich zabitym niż poczęsowanym kartoflanką przez obmierzłych tubylców.

Dobrze jest przynajmniej niektórych uczynić atrakcyjnymi seksualnie, aby uwiarygodnić pociąg ofiar do swoich katów.

Bohaterka nie powinna należeć do żadnej z tych grup, ale jakoś je łączyć. Może być młoda wyksztalcona z dużego miasta,  a jej korzenie też bliskowschodnie. Stąd ma owe czarne oczy rannej gazeli, które przez cały film będą nam wskazywały gdzie jest prawdziwe czlowieczeństwo. 

Alternatywnym rozwiązaniem jest aspirująca blond tubylczyni o niebieskich oczętach, niewinna jak aniołek, która jednocześnie wstydzi sie swego narodu i chce go nieco dźwignąć, gdyż liznęła nieco ogłady via GW, TVN i Onet

Przy wyborze należałoby zwrócić uwagę, który typ bohaterki będzie lepiej się komponował w nieuniknionych scenach erotycznych z szykownymi sexy siepaczami.

Być może anielska niewinność blond aniołeczka jest zbyt rażącym kontrastem w kontekście sado-macho? Może nie zawadziłaby odrobina doświadczenia, pikanterii albo nawet pewna doza perwersji?

Rodzinę bliskowschodnią umieszczamy na tle swojskiego krajobrazu, aby pokazać jej wyobcowanie i zagubienie.

Absolutnie konieczna jest co najmniej jedna niemiła/niebezpieczna interakcja z tubylcami. Mogą zaatakować widłami, kamieniami lub - co gorsza - oferując kanapki z szynką, grochówkę z boczkiem lub tanie ciuchy...

Po takiej traumie rodzina bliskowschdnia kryje się w lesie

Tam znajdują ich siepacze.

Dzieciom udaje się uciec, ale spotykają wilki... 

Do zjedzenia dzieci przez drapieżniki nie można za żadną cenę dopuścić, gdyż widz miałby konflikt lojalności. Nie wiedziałby za kogo trzymać kciuki - bliskowschodnie dzieci czy głodne zwierzęta.

Musi nadejść odsiecz w postaci skomplikowanego bohatera w samochodzie. On to ocali niewinną bohaterkę z rąk sexy siepaczy, a dzieciątka od zjedzenia przez watahę.

Pod żadnym pozorem nie nalezy zostawiać widza z obrazem zwierząt, które obeszły się smakiem. Nie zniósłby tego. Znacznie lepiej zasugerować, że znalazły żer, jednak nie pokazując sceny konsumpcji.

 Zbliżenie na trupy w lesie będzie wystarczająco mocnym końcowym akcentem, a stojące nad nimi zamyślone zwierzęta wydadzą sie bardziej ludzkie niż większość ludzi pokazanych w tym filmie

Wracając do bohatera obowiązkowo musi być postacią niejednoznaczną, nie zapowiadającą się na wybawcę uciśnionych, którym zostaje niejako przez przypadek. Może zaczynać jako przemytnik ludzi o mętnych powiązaniach ze wschodnimi reżimami:

lub agent GRU chędożący opozycyjne dziennikarki (lub/i dziennikarzy - zróżnicowanie bardzo pożądane!) aby ściągnąć im dane z telefonów, a rejestrując seksualne ekscesy uzyskać kompromaty:


Jednak pod wpływem widoku zagubionej bliskowschodniej rodziny okrutnie częstowanej przez tubylców chlebem ze swojskim smalcem (ze skwarkami) i małosolnymi ogórkami przeżywa głębokie nawrócenie...

Wierz mi czytelniku, jeśli w twoim filmie zawrzesz wszystkie wyżej wspomniane elementy i dobrze obsadzisz główne role, masz nominację do Oskara w kieszeni!

P.S.
Po namyśle do tej nominacji to konieczny jest jeszcze jeden element - właściwe pochodzenie. Jeśli go nie masz, możesz próbować ze zmianą nazwiska. Jest kilka sposobów:
    • od miejscowości, najlepiej dużych miast np Warszawski, Wrocławiak, Kijowski, Trocki (może być wersja niemiecka:Krakauer, Breslauer)
    • niemieckie złożone jak Zuckerberg, Rotermund, Rosenzweig, Apfelbaum, Rubinstein (należy unikać nazwisk zbyt znanych i charakterystycznych jak Katzenellenbogen i mających końcówki typu schwanz - znaczy ogon)
    • charakterystyczne dla przechrztów nazwiska od dni tygodnia lub miesięcy (w których zostali ochrzczeni) Poniedziałek, Piątek, Środa, Styczeń, Marzec, Kwiecień, Maj Grudzień (mogą być po Niemiecku)
    • od funcji w synagodze jak Kantor, Singer czy Śpiewak/Spivak
    • od dziedzicznej godności kapłana (kohanim) Cohen, Kohn, Kun, Kon
Obawiam się jednak, że jeśli nie masz odpowiedniego pochodzenia, prawie na pewno brakuje ci właściwych kontaktów, więc zmiana nazwiska na wiele się nie zda. Nie zniechęcaj się jednak - Cannes, Wenecja i Berlin przed tobą.





wtorek, 25 marca 2025

Wspomnień czar w limerykach o tuskowych wybrykach...

Premier Donald Tusk z Wybrzeża

patriotą zostać zamierza

w tym celu w opozycję

co mu podważa pozycję

zarzutem zdrady uderza


Tymczasem to cyngle jego 

Rubcowa niejakiego

serdecznie pokochali 

i dupy nadstawiali

jeden przez drugiego



Gacie były ściągane

i z telefonów dane

a nagrania z tych sesji

zwyczajem jego profesji

do Moskwy wysyłane



Teraz na cyngla każdego

Putin ma coś fajnego

może to światu objawić

i wszystkich zaciekawić

gdyby słuchac nie chcieli jego

Pomniejsze zaś przydupasy

ruskiej nabrały kasy

za "j*bać PIS" skandowanie

i gwiazdek smarowanie

i inne wygibasy


A za pierwszego Tuska 

tak uwielbiano Ruska

że pobór zlikwidowano

aby się nas nie bano

Centrala zleciła pruska?


Za owo dokonanie

Klich Bogdan niespodziewanie

miał zostać ambasadorem,

ale się spotkał z oporem

- prezydent miał inne zdanie


W zemście Tusk męczy Błaszczaka,

którego zbrodnia jest taka,

że stan armii podwoił

i porządnie dozbroił

kara musi spotkać biedaka


Gdy szpiegów wymieniali

Rubcowa ruskim oddali

A Poczobut wciąż siedzi

dalej w łagrze sie biedzi

tuskowe go olali!


Radek Sikorski niejaki

parcia na szklo ma ataki

lubi skoczyć do baru 

i pieniądze z Kataru

Kto płaci w sposób taki?


Tak więc Tusku, łachudro

patriotą nazwać cię trudno

z obcych potęg nadania

dorwałeś się do panowania

kampanię prowadząc brudną.


W zamian za Niemcow zasługi

splacasz im swoje długi

 rozwój sabotujesz

stare wiatraki kupujesz

czemu nie końskie pługi?


Za  zjednoczonej prawicy 

na bialoruskiej granicy

szlag migracyjny nowy

jako atak hybrydowy

otwarli bolszewicy


 Wtedy tuskowa zgraja

robiła sobie jaja

żółnierzy opluwając

migrantów przemycajac

  od sierpnia czy nawet maja!


Płot na granicy wzniesiony

"łajdactwem" był określony

przez Tuska tego samego,

co lansując się na tle jego

opowiada androny!


poniedziałek, 24 marca 2025

Gdzie dziś są dzieci z Michałowa?!!!

Na fali patriotycznego wzmożenia premier Tusk oskarża obecną opozycję o prorosyjskość, a naleśnik Zembaczyński rozstawia na mieście plakaty z napisem: PIS + Konfederacja = Rosja Cieszę się, że znalazł treść, którą potrafi zapisać bez błędu. Widać, że przerobił za młodu przynajmniej tę lekcję pisząc kredą na śmietniku Witek + Dżesika = WM

A mi tymczasem łza się w oku kręci, kiedy pomyślę o nieodległym przecież czasie, kiedy to bestialscy polscy funkcjonariusze stawali na drodze biednym ludziom szukającym swego miejsca na ziemi, a rząd zjednoczonej prawicy dopuścił się łajdactwa tysiąclecia budując na granicy polsko-białoruskiej płot.

"Ci biedni ludzie szukający swego miejsca na ziemi" po pokonaniu granicy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamieniali się w dzieci z Michałowa.


A tam już czekały na nich wyżyny czlowieczeństwa w postaci komitetu powitalnego złożonego z wybitnych parlamentarzystów Szczerby i Jońskiego z pizzą w dloniach!

Niebawem i hurysy z Lechistanu o miękkich serduszkach wspięły się na wyżej wpomniane wyżyny.

Kurwaaa Szatan dokonała wpisu w mediach społecznościowych antagonizując wiele środowisk, a nieco przywiędła pierwsza krasawica polskiego ekranu, Ostaszewska Maja, pozowała do zdjęcia tuląc but do płaskiej piersi.

Generalnie robiono wtedy dużo zdjęć na granicy i wrzucano na media spolecznościowe. Po ostatnim wzmożeniu pana premiera zaniepokoilam się, czy wciąż można je tam zobaczyć. Na wszelki wypadek wrzucam więc swoje. Zapamiętajmy tych humanitarnych mocarzy i ich akcje. Jesteśmy to winni potomnym.

Do dziś dnia nie mogę wybaczyć Agnieszce Holland, że nie wykorzystała w swym wybitnym filmie Zielona Granica wzruszającej historii Ibrahima, który dniem i nocą przez tydzień płynąl rzeką Bug, wychodząc tylko na godzinę celem naładowania smartphona. Na szczęście mam dokumentację fotograficzną

Mam także zdjęcia rzeczki Świsłocz, w której pływa 70 trupów, dokładnie tak jak to opisał bohaterski urzędnik samorządowy z Podlasia.

Premierze Tusk pamiętamy o twoim bohaterstwie, przemówieniu Łukaszenki transmitowanym w TVN i rewelacji eurodeputowanej Ochojskiej w GW. Chodzi mi rzecz jasna o trupy uchodźców zakopywanych przez służbę leśną w dołach z wapnem!!!

Czy w końcu zapewniono im należyty pochówek? A co z aktywistami zabitymi przez polską SG jak zeznał Emil Czeczko, kolejny bohater walki z kaczyzmem? Jakoś nie słyszę propozycji jego pośmiertnego awansu! A jak tam pozew do międzynarodowego trybunału w Hadze?
Mecenasie Giertych, ty milczysz? Zamiast procesu o zbrodnie wojenne przesłuchanie sekretarki Kaczyńskiego w mocno dętej aferze twojego własnego pomysłu?

Zdrada, wszędzie zdrada. Nawet bezstronny i nieupolityczniony mecenas Dubois w rozmowie z prokurator Wrzosek sprzed dwóch lat stwierdził półgębkiem, że nie znalazł żadnego materiału dowodowego na temat przerzucania przez płot ciężarnej Judith z Konga, którym to incydentem p. Wrzosek była bardzo poruszona w swym wrażliwym serduszku....


A wystarczyło zwrócić się do mnie. Ja wszystko dokumentuję bardzo skrupulatnie. Jest Judith szybująca  nad ogrodzeniem jak krowa na miedzy i - co ważniejsze - jej oprawcy na pierwszym planie!

P.S.
Kinga Dunin napisała wtedy w Krytyce Politycznej sławny tekst o "Książętach Orientu", ktory tak pobudził medialne i NGO-sowe krasawice, że poleciały sprawdzać. I faktycznie kilku książąt wśród tłumu nieszczęśliwych ludzi i dzieci z Michalowa udało się uchwycić aparatem Zorka 5 (na pierwszym planie w diademach).



niedziela, 23 marca 2025

O kazaniach o. Tomasza OSPPE

Kazania ojca Tomasza nieodmiennie przywodzą mi na myśl pewną średnio lotną koleżankę z liceum. Miała zawsze zaskakujące skojarzenia, które nikomu innemu nie przyszłyby do głowy np:

- Clarus to taki rus, a pulcher to taki her - wyjaśniała jak zapamiętuje łacińskie słówka.

Każdemu innemu clarus(-a, -um) kojarzy się z żeńskim imieniem Klara, a pulcher, a tymbardziej żeńska forma tego przymiotnika - pulchra - z polskim pulchna. Skojarzenie jest natychmiastowe tym bardziej, że towarzyszy mu odkrycie oczywistego ongiś związku urody/atrakcyjności z należytym odkarmieniem. Wspomniana koleżanka z liceum takich skojarzeń jednak nie miała z powodu niedostatków wiedzy ogólnej lub małej bystrości umysłu i dlatego usiłowała zapamiętać przez kojarzenie końcówek rodzaju męskiego. Jest to wyjątkowo nieprzydatny sposób, gdyż rodzaj żeński i nijaki mają zupełnie inne końcówki. W clara czy clarum nie ma rus, a w pulchra czy pulchrum nie ma her. Natomiast wiele innych przymiotników w rodzaju męskim ma identyczne końcówki np rarus czy carus.

Z podobnie błyskotliwymi skojarzeniami zetknęlam się na jakimś idiotycznym szkoleniu w firmie, w ktorej chciałam sie zatrudnić. Kiedy wszyscy przedstawiliśmy się współuczestnikom z imienia, młody prowadzący podzielił się z nami swoimi skojarzeniami. Np imię Aldona, które każdemu w moim pokoleniu kojarzy się nieodmiennie z żoną Konrada Wallenroda z poematu Mickiewicza, ewentualnie z pierwszą litewską małżonką Kazimierza Wielkiego, młodemu szkoleniowcowi skojarzylo sie z jakąś dawna znajomą, co być może pomogło zapamiętać jemu samemu imię tej konkretnej osoby, ale dla wszystkich pozostałych było całkowicie bezużyteczne.

Ojciec Tomasz OSPPE, przeor wroclawskiego klasztoru paulinów ma podobny rodzaj skojarzeń na temat czytań mszalnych. Nie zapomnę jego komentarza do początku Ewangelii według św. Jana, tzn zdań "Na początku bylo Słowo..."  "Ono było na początku u Boga i Bogiem było slowo..." "Przez nie wszystko sie stało stało, co się stalo..." itd (cytuję z pamięci). Wszystkie one nie mają wielkiego sensu, dopóki nie uświadomimy sobie, że pod polski przekład "słowo" należy podłożyć grecki "logos" z całym bogactwem znaczeń jak np ład, porządek, boski plan czy zamysł.

Rącza myśl o. Tomasza pobiegła jednak w zupełnie innym kierunku "słowo" skojarzylo mu się z "gadaniną" czy wręcz "paplaniną", nie jestem pewna czy nie towarzyszyl mu przymiotnik "czcza" albo "pusta" (czcza gadanina, pusta paplanina). O. przeor był zdaje się pod wrażeniem, że z tej czczej gadaniny czy też pustej paplaniny może powstać wrzechświat. A być może chodziło mu o to, że zbytnia gadatliwość może wpędzić nas w klopoty? Tu pełna zgoda, tylko gdzie związek z Ewangelią św Jana? Wysłuchawszy wielu innych kazań o. Tomasza podejrzewam, że raczej chodzilo mu o to, że z czegoś mało poważnego, lekceważonego  może powstać coś wielkiego, co pozostaje z przesłaniem tego konkretnego fragmentu ewangelii w związku nader luźnym.

Według o. Tomasza Anioł Boży mówi do Mojżesza z jednej strony, a ten jest zupelnie nie zainteresowany, gdyż zaobserwował ciekawe zjawisko zupelnie gdzie indziej - oto krzak płonie i się nie spala. Ignorując więc głos Boga szoruje zobaczyć jak to jest możliwe. Zdaniem kaznodziei wszyscy mężczyźni tak mają. Siedzą w pięknej sali koncertowej wśród przepychu barokowego wystroju, marmurów i złota, a całą ich uwagę zaprząta zagadnienie jakiej mocy żarówki wkręcone są w kryształowe kandelabry.

Kiedy więc niepoprawny Mojżesz staje w końcu przy krzaku, zignorowany Anioł Boży, który za nim gonił,  wchodzi dopiero do krzewu i woła"Mojżeszu, Mojżeszu" mniej wiecej takim tonem:  "Ej durak, ty durak!", jak mawiają nasi wschodni sąsiedzi.

No cóż z tekstu nic takiego nie wynika, bo od razu w pierwszym zdaniu anioł mówi z wnętrza płonącego krzewu. Anioł mówi, ale Mojżesz nie słyszy głosu, tylko widzi znak. Podchodzi bliżej i dopiero słyszy głos. Interpretacja o. Tomasza nie mówi nic o tekście, natomiast sporo o autorze komentarza.

Zastanawiam się jaka jest wartość tego rodzaju "przepowiadania". Mój stosunek do takiej swobody interpretacyjnej jest raczej ostrożny, choć czasem kanodzieja może "niechcący" trafić do jakiegoś słuchacza. Pewien znajomy dominikanin twierdził wręcz, że na w każdym kazaniu, nawet najgłupszym, jest chociaż jedno zdanie, przeznaczone dla każdego ze słuchających. Nie wiem czy w każdym, ale dziś nieoczekiwanie się znalazło coś dla mnie.

W komentarzu do ewangelii o. Tomasz zauważył, że figowiec został celowo zasadzony w winnicy, choć powodu nie znamy. Otoczony winoroślami czuje się sfrustrowany, że ma inne liście i owoce (problem w tym, że owoców akurat nie rodzi...). Pan Bóg ma jednak dla niego dużo cierpliwości - w końcu sam go takim stworzył i posadził w tym miejscu - i wierzy, że wyda owoce w swoim czasie, w domyśle zupelnie innym niż czas winorośli... 

Na koniec o. przeor zasugerowal, że być może wielki post jest także po to, żebyśmy nawrócili się nie tylko do Boga, lecz także powrócili do naszego prawdziwego ja, a raczej stali tym kim powinniśmy być według Bożego zamysłu.

Sugestia bardzo rozsądna, choć nie jestem pewna czy da się ją wywieść z tej konkretnej ewangelii... Tak czy siak przemawia do mnie w mojej konkretnej sytuacji życiowej.

P.S.

Ktoś może zapytać, po co wlaściwie chodzę na msze celebrowane przez o. Tomasza, skoro tak krytycznie wypowiadam się o jego kazaniach. Sęk w tym, że decyzją tegoż o. przeora wroclawskich paulinów na mszy o godz. 12 nieszczęsne neony(neokatechumenat) są zmuszane do mówienia przed  czytaniami wstępów, które mają się do liturgii jak pięść do nosa, a o. Marcin mówi zwykle 3 kazania - jedno lepsze od drugiego. Mszę o 10. 30 odprawia właśnie ojciec Tomasz, a na 7.30 czy 9 w niedziele nie chcę się spieszyć...

P.P.S.

Na mszy o 10.30 udziela się Kościól Domowy czy też Oaza Rodzin. Bardzo trudno znieść świeckich celebrujących swoją ważność przy podchodzeniu do pulpitu i teatralnym głosem odczytujących teksty czytań czy modlitwy wiernych. It would embarass a cat, jak sie wyraził bohater książki, której tytułu nie pamiętam...



piątek, 21 marca 2025

Owsik wspiera niewinną ofiarę hejtu.

 


Mamy to - wyżyny człowieczeństwa!!! Największy autorytet III PR, świecki święty Juras Owsik wsparł bohaterską, bezstronną i bezbronną, niewinnie atakowaną prokurator Wrzosek, która przez ponad 4 godziny przesłuchiwała wraz z apolitycznym mecenasem Dubois i adwokatem z kancelarii Giertycha p. Barbarę Skrzypek, w wyniku czego ta umarła na rozległy zawał serca po dwóch dniach.




Niewinna Wrzosek nie dopuściła pełnomocnika, przesłuchanie nie bylo rejestrowane. Z 4 i pół godziny powstał "protokół" autorstwa pani prokurator liczący z uwagami początkowymi i końcowymi 9 stron, czyli mogący zawierać mniej wiecej pół godziny rozmowy. A co z pozostałymi czterema godzinami?

Czuchnowski z GW dotarł do innej wersji "protokołu" niż później ujawniona. Pani Srzypek twierdziła po przesłuchaniu, że najbardziej atakował ją adwokat z kancelarii Giertycha, w protokole facet się nie odzywa. Pani Skrzypek nie mogła nic przeczytać, bo niedowidzi. 

Tusk aby ten skandal przykryć zarządził głosowanie uchwały, która ma na celu rezygnację z suwerenności Polski, oddanie Brukseli (znaczy Niemcom) decydowania o naszej polityce obronnej, w tym o zakupie sprzętu. Nie mam zdrowia tego komentować.

Podobno 16% mieszkańców naszego kraju po prostu nienawidzi Polski, skąd bierze sie pozostałe 14%, które sprawia, że PO/KO ma ok. 30% poparcia. Czy taki jest odsetek mafiosów w stylu tatula Kiniuli Gajewskiej i specjalistów od karuzel VATowskich w naszej nieszczęśliwej ojczyźnie?