niedziela, 4 stycznia 2026

O powieściach Rodziewiczówny (że nie są romansami, za które uchodzą)

Niedzielne popołudnie, zapada zmierzch, bierze mnie jakiś wirus czy inna bakteria. Dziś w kościele usłyszałam takie oto zdanie "Niech Bóg spełni nasze godziwe pragnienia..." Znaczy moje były niegodziwe?

Skończyłam czytać Czachary Rodziewiczówny. Nie mogę pojąć dlaczego ta kobieta uznana została za autorkę romansów! Wszystkie (prawie) jej bohaterki są  wyjątkowo mało romansowe. Małżeństwo i miłość nie należą do ich priorytetów, a sposób bycia nie ma nic wspólnego z kokieterią czy uwodzeniem, raczej odstrasza potencjalnych absztyfikantów swoją rzeczowością i prostolinijnością.

Jeśli miałabym wskazać, co łączy te bardzo różne książki, to umiłowanie ziemi i walka o jej zachowanie. Ponadto kresy - od Żmudzi po Polesie. Bardzo sugestywne opisy ludzi i krajobrazów. Kobieta ewidentnie wiedziala o czym pisze. No i oczywiście jej poglądy bardzo krytyczne wobec własnej klasy społecznej - ziemiaństwa, a także żydostwa i chlopstwa. Tych przemyśleń bywa wręcz za dużo i zbyt radykalne jak na mój gust...

Chwilami mam wrażenie, że intryga głównie służy dostarczeniu pretekstu do wygłaszaniu poglądów autorki na kwestie społeczne, ekologiczne, duchowe, religijne i każde inne. Czasem jedzie takim New Agem, że strach się bać jak np w Ragnaroku. Tam zresztą bohaterem jest młody mężczyzna, a jego romans zdycha gdzieś w pierwszej połowie powieści...

Dlaczego więc przyczepiono jej tak mylącą etykietę? Żeby ją umniejszyć, oczywiście. "Coś w rodzaju Mniszkówny", "powieści dla kucharek" itp. Nic z tych rzeczy. Ona po prostu nigdzie nie pasowała. Ziemianka, a poglądy tak radykalne, niby feministka, a szczera chrześcijanka...

Czy to jest wielka literatura, to całkiem inna kwestia. Na pewno nie brakuje talentu narracyjnego, ale zacięcie publicystyczne trochę szkodzi spójności powieści.

Jeśli ktoś ocenia autorkę po adaptacjach jej książek -  jak "Między ustami a brzegiem pucharu" z lat 80-tych, przedwojenny "Wrzos", czy tez całkiem niedawny serial "Dewajtis" - najprawdopodobniej nie ma pojęcia o co chodzi w jej twórczości.Wydawanie jej w serii "klasyki literatury kobiecej" ze zdjęciami z przedwojennych romansów na okładkach bardzo skutecznie zniechęca potencjalnego czytelnika.

Bardziej uzasadnione byłoby wydawanie w ten sposób Sienkiewicza, gdyż w każdej jego powieści znajdziemy wątek romansowy, często integralny dla przebiegu akcji. Heroiny też bardziej pasują niż mocno wyemancypowane bohaterki książek Rodziewiczówny...


czwartek, 1 stycznia 2026

Nowy Rok

Czwartek, ósmy dzień w oktawie Bożego Narodzenia, czyli Nowy Rok. Cisza trwa, śnieg się stopił więc nici z planowanego zimowego spaceru. Trafiłam dziś na mszę odprawianą przez o. Stanisława OSPPE i była to znaczna ulga...

Nie lubię Nowego Roku, nie chcę się zastanawiać jaki on będzie. Sny są niepokojące, a nie mam owej pewności o.Sebastiana OSPPE, żeby twierdzić z niezachwianym przekonaniem, że "sen mara, Bóg wiara". Pewna moja koleżanka z roku dodawała jeszcze na jednym oddechu "Biecz fara". Właśnie umarła, po strasznej chorobie...

Chciałabym wiedzieć gdzie jest uczciwa zima. Widziałam duże ilości biegających wiewiórek mimo mrozu. Mnie natomiast czeka wymuszony remont - izolacja akustyczna na suficie. Straszne wydatki, straszny wysiłek, a efekt niepewny...

P.S.

To był najspokojniejszy Sylwester od nie pamiętam ilu lat. Niestety, po ukradzionych świętach Bożego Narodzenia została taka wyrwa, że nawet owa niezwykła cisza nie jest w stanie zrekompensować mi straty. Gniew sobie poszedł, zostało przygnębienie. Czy zasługuje na odę?

Znowu tu jesteś smutku?

Przyszedłeś mnie znieczulić, przyjacielu?

Może masz rację, może potrzebuję odpoczynku...

Tylko, czy aby wróg jest daleko?

Czy nie wkroczy w moją przyjemną apatię?

Czy nie zaskoczy mnie w melancholijnym półśnie?

A gdzie śnieżna pierzyna?

Gdzie moja bezpieczna gawra?

Muszę jeszcze wyłożyć ją korkiem lub styropianem

i dopiero wtedy mogę zapaść w sen zimowy...

środa, 31 grudnia 2025

Oda do gniewu

Siódmy dzień w oktawie Bożego Narodzenia (Sylwester). Przedziwna cisza, na dworze śnieg. Chwilo trwaj, bo jesteś piękna! Martwię się tylko, że śnieg nie dotrwa do jutra, do mojego spaceru po parku. Nie specjalnie lubię wychodzić wieczorem, ale jeśli okoliczności będą tego wymagały, wyjdę i ja.

Wyspałam sie na zapas. Mój gniew dalej mnie grzeje i napędza. Co ja bym bez niego zrobiła?  Świat może zamknąć przed tobą wszystkie drzwi, ale kiedy masz swoją izdebkę i najskromniejszy dochód możesz go olać, zwłaszcza jeśli jesteś introwertykiem. Kiedy jednak, ktoś intensywnie się do tej izdebki dobija, odbiera ci spokój, najeżdża go łomotem, pijackim gwarem i ohydną muzyką w wigilię i Święta Bożego Narodzenia, to nie masz już nic oprócz swojego gniewu...

Ksiądz Twardowski napisał Odę do rozpaczy:

Biedna rozpaczy
uczciwy potworze
strasznie ci tu dokuczają
moraliści podstawiają nogę
asceci kopią
lekarze przepisują proszki zebyś sobie poszła
nazywają cię grzechem
a przecież bez ciebie
byłbym stale uśmiechnięty jak prosię w deszcz
wpadałbym w cielęcy zachwyt
nieludzki
okropny jak sztuka bez człowieka
niedorosły przed śmiercią
sam obok siebie

 Czekam na poetę, który napisze Odę do gniewu, ale póki to nie nastapi spróbuję sama (bez pretensji do poezji):

Gniewie, mój stary przyjacielu

znowu przychodzisz w godzinie próby, kiedy inni się zmyli

Przynosisz energię, odwagę i motywację do życia

Bez ciebie siedziałabym drżąca w kącie zakrywając twarz rękoma

sparaliżowana lękiem i rezygnacją

Wiem, że zaliczyli cię do siedmiu grzechów głównych

wiem, że czasem bywasz niebezpieczny

ale zazwyczaj ratujesz mi życie

Tobie zawdzięczam najpiękniejsze chwile,

więc jeszcze chwilę posiedź tu ze mną

i wiedz, że jestem ci wdzięczna...

Nie udało mi się tu wpleść porównania do ognia, bo za późno przyszło mi do glowy. Kiedyś się bardziej postaram.

Pisałam niedawno o liście biskupów czytanym w kościołach w zeszłą niedzielę. Napomknęłam, że spora jego część skierowana była do ludzi żyjących w związkach nieregularnych. Czy pod tym pojęciem kryli się tylko "cudzołożnicy" (według dawnej terminologii) czy też homoseksualiści nie wiem, ale to bez znaczenia, bo ani jedni i ani drudzy go nie słyszeli.

To teraz, drodzy księża biskupi, wasze eminencje, powiem wam, kto rzeczywiście tego listu mógl posłuchać. Mam znajomą w sąsiedniej bramie, ktora opiekuje się zdemenciałą matką. Musiała zrezygnować z pracy tuż przed emeryturą. Ma dwóch braci, z których jeden jest za granicą, a drugi mieszka z teściami i "matka mogłaby dla niego nie istnieć", jak się wyraził. Jednak ona istnieje i to córka, za którą nie przepadała się nią zajmuje, a nie któryś z ubóstwianych syneczków. "Stara panna" zaciskająca zęby z wyrazem udręki na wciąż pięknej twarzy trwa przy starej, calkowicie nieobliczalnej kobiecie, ktora nie zdaje sobie sprawy kim ona jest. To jest heroizm, virtus albo arete, jak określali to starożytni. Tłumaczy się jako cnota, ale bliższa prawdy byłaby dzielność albo męstwo.

To bardzo ciekawe, że ja znam mnóstwo takich osób i takich przypadków, a księża biskupi nigdy się z tym zjawiskiem nie zetknęli. Ich wrażliwe serduszka wyrywają się do osób w nieregularnych związkach! Ciekawe dlaczego? Mam swoją teorię...

A może to neopelagianisty są! Że własnym wysiłkiem, decyzją woli! To niedobra teraz jest! Teraz po nowemu trzeba! Chędożyć wszystko, co się rusza, bo to milość jest! Regularnie czy nie, wsio ryba! Czyżby Wasze eminencje też tak na boku? Niepodobna! Zresztą, co ja tam wiem. Przecież takich ludzi jak ja w Kościele nie ma, ani takich jak moja znajoma i tysiące podobnych, którzy codziennie przychodzą żywić się okruszkami ze stołu zastawionego dla kogoś innego. Dla kogoś, kto ma to w dupie...

wtorek, 30 grudnia 2025

O gniewie i modlitwie

Szósty dzień w oktawie Bożego Narodzenia. Wyspałam się i smutek zaczyna przechodzić w gniew. Przynajmniej mam więcej energii. "Moja dłoń zaciska się w pięść" jak śpiewała Martyna Jakubowicz, a szczęki się zwierają. Zapłacicie mi za to - powtarzam sobie - drogo mi za to zapłacicie! I od razu mam więcej życia w sobie. Co by człowiek zrobił bez poczciwego gniewu i jemu podobnych silnych emocji negatywnych. Usiadł by w kącie i płakał, tzn gdyby zachował w tym późnym wieku zdolność do płaczu, co w moim przypadku nie zachodzi, więc skazana jestem na zupełnie inne spektrum uczuć.

Kiedyś był jakiś durny film o potworze, który ukradł Boże Narodzenie. Nie mogłam się nadziwić jak można wymyślić coś równie niedorzecznego. A jednak film okazał sie proroczy, z tym że to nie zielony potwór ukradł mi święta tylko ukraińska rodzina. Czy ukraińska i czy rodzina tak naprawdę nie wiem, bo równie dobrze może być to ruska agentura produkująca bomby albo coś w tym stylu, ze złośliwym bachorem dla niepoznaki.

Jednak za tą ruską agenturą czy też ukraińską rodziną stoi ktoś inny, o wiele potężniejszy. Niedawno mialam sen w którym walczę z jakimś złowrogim bytem najbardziej podobnym do Balroga z Władcy Pierścieni. Grzmocę go i grzmocę bronią na długim drzewcu (halabardą?), ale mam świadomość, że moje ciosy nie wyrządzają mu wielkiej szkody i to ja prędzej osłabnę niż on...

Nie, nie zwariowałam. Istoty duchowe wrogie czlowiekowi istnieją, a najlepszym dowodem na to są moi sąsiedzi dręczący mnie jakby według rozpiski - raz uaktywnia się jeden, potem drugi, trzeci i tak dalej. Ich działania są w tajemniczy sposób zsynchronizowane...

A co na to modlitwa? Ano nico! Modlitwa nie przebija się przez betonowy mur, przez który tak łatwo przechodzą odgłosy aktywności toksycznych sąsiadów. Nie twierdzę, że nikt jej nie słyszy, bo ktoś ewidentnie ją słyszy i wykorzystuje, żeby uderzyć precyzyjnie i w punkt.

Tajemniczą rzeczą jest fakt, że modlitwa prośby nie pomaga w bardzo wielu (w żadnych?) trudnych sprawach np braku pracy i środków na zapłacenie czynszu albo w sytuacji dręczenia. W moim przypadku są tylko dwie prośby, których wiadomo kto nie może przechwycić i obrócić przeciwko mnie: o odwagę do życia oraz poznanie prawdy (i wyzwolenie jakie ono daje). Same wypowiadanie tych słów już wlewa we mnie ducha... Jakiego? Mam nadzieję, że męstwa i prawdy właśnie...


poniedziałek, 29 grudnia 2025

O powołaniach z przygnębieniem

Poniedziałek, piąty dzień w oktawie Bożego Narodzenia. Tej nocy spałam, ale na przygnębienie nie pomogło. Wielki smutek z kategorii tych, co odbierają sily fizyczne.

Wczoraj w kościele byl czytany list biskupów o rodzinie. Duża część skierowana do osób żyjących w związkach nieregularnych w tonie ciepłym i zapraszającym. Wszystko to bardzo pięknie, tylko tacy ludzie do kościoła nie chodzą, a listy biskupów mieliby w glębokim poważaniu, gdyby wiedzieli o ich istnieniu.

"Osobom, które nie weszły w związki malżeńskie" nie poświęcono nawet pełnego zdania. Zostały tylko wymienione wraz ze staruszkami i niemowlętami jako ci którzy "TEŻ mają swoje miejsce w rodzinie". Jakiej rodzinie niby, skoro żadnej nie założyli?

Nawet się tym nie zdenerwowałam, bo byłam zbyt przygnębiona i niewyspana, ale w mojej głowie znów uruchomil się proces myślowy nieodmiennie prowadzący do wniosku, że nauka Kościoła o tzw "powołaniach", a przynajmniej jej wersja dla parafian, ma słaby związek z rzeczywistością.

Kiedyś - pod wpływem rekolekcji ignacjańskich - pisałam na tym blogu o rozeznawaniu powołania. Proces - w uproszczeniu - miał składać się z badania własnego serca, a następnie droga, którą się wybrało, musiała być poddana weryfikacji przez Kościół lub świat. Np mlodzieniec czuje powołanie zakonne (spowiednik też tak uważa) - znajduje więc klasztor, który go przyjmie, a potem przygląda mu sie przez ileś lat i jeśli zaakceptuje, znaczy trafił na swoje miejsce. Inny chłopak uważa, że ma powołanie małżeńskie i konkretną dziewczynę na myśli. Podejmuje decyzje, kupuje kwiaty, Pan Jezus się do niego uśmiecha z obrazu, a wybranka daje mu tzw "odkosza" i sprawa się rypła. Jeśli z drugą lub kolejną się uda, znaczy, że dobrze rozeznał.

Pytanie co się dzieje kiedy on czuje powołanie malżeńskie, a żadna go nie zechce? To samo odnosi się do kobiety. Kościół nie ma na to żadnej, ale to żadnej odpowiedzi i nie jest w najmniejszym stopniu zainteresowany jej szukaniem. Teksty, że "każdy jest powołany do miłaści" są na takim poziomie ogólności, że po prostu nic nie znaczą. Tak samo slowo milość nic nie znaczy, skoro używamy go na określenie zjawisk tak różnych jak siła, która stwarza świat z niczego i podtrzymuje w istnieniu, instynkt macierzyński lub rozrodczy czy milosierdzie, w ludzkiej wersji najczęściej przypominające litość.

Na własny użytek już dawno wyrzuciłam takie rozumienie powołania do śmieci, jako całkowicie nieprzydatne, a wręcz szkodliwe dla zrozumienia  mojej sytuacji życiowej. Bliższe mi jest podejście bardziej szczególowe jak np "lekarz z powołania" lub "nauczyciel z powołania". Niestety również one podlegają weryfikacji przez świat, który musi je potwierdzić. Musisz znaleźć takie miejsce i okoliczności, by móc je realizować. A jeżeli nie znajdziesz? Znaczy, że się mylileś? Tylko ci się wydawało? Jeśli nie znajdziesz, a trafisz na coś zupelnie innego, w czym się z czasem odnajdziesz, a z perspektywy czasu uznasz za lepsze rozwiązanie, to możesz uznać, że Opatrzność skorygowała twoje plany z korzyścią dla ciebie.

Co jednak się dzieje, kiedy świat cię odrzuca, a Opatrzność patrzy w inną stronę? Nie znalazłeś (-aś) czego szukałeś (-aś), ani niczego innego. Nie masz żadnego powołania czy Bog ci nie pobłogoslawił?

Weźmy na przykład Adama Humera. Mimo, że syn małorolnych chłopów miał możliwość studiowania prawa w sanacyjnej Polsce przez trzy lata na KULu aż do wybuchu wojny, a następnie, jako komunista, mógł kontynuować studia we Lwowie. Po wojnie szybki awans w UB, a kiedy jego metody wyszły z mody, chwilowy azyl w ministerstwie rolnictwa i powrót tylnymi drzwiami do SB w charakterze doradcy.

Dlaczego wybralam zbrodniarza komunistycznego? Właśnie dlatego! Jeśli otwieranie się kolejnych drzwi jest oznaką blogosławieństwa lub właściwego rozeznania swojej życiowej drogi, to Humer był katem z powołania. Na tej samej zasadzie Kiniula Gajewska jest parlamentarzystką z powołania i z blogosławieństwem bożym, podobnie jak Belzebub Myrcha (wice)ministrem, a jego teściu mafiozem!

Co z tego wynika? Dokładnie nic, niestety! Albo, że pojęcia, ktorymi się poslugujemy są wzięte z dupy i powinny do niej wrocić, bo się do niczego innego nie nadają!

P.S.

Widziałam w Internecie sporą ilość filmików wrzucanych przez amerykańskich nauczycieli rezygnujących z pracy w szkolnictwie z powodu "evil" albo "mean students", rodziców, dyrektorów i chorego systemu zamienionego z edukacji na jeden wielki "babysitting service". 

Te nieszczęsne młode kobiety, które od dziecka marzyły o pracy nauczycielki, ze szlochem opowiadają z czym się zetknęły ze strony bachorów i ich rodziców. Jak boleśnie prawdziwe są te historie i emocje mogę zaswiadczyć mając bardzo podobne doświadczenia z rodzimą kanalią. Słuchanie tego jest dla mnie jak katharsis, mogę uwolnić emocje bez konieczności wspominania własnej traumy. Płakałabym z nimi, gdybym była do tego zdolna.

Więc co z nimi? Nie miały jednak powołania? Nikt nie ma takiego powołania? Powszechna edukacja jest contra naturam, więc z definicji nie może być tylu powołań nauczycielskich?

Magda Umer opowiada, że jako juz jako 12-letnia dziewczynka marzyła o pracy nauczycielki i dlatego po maturze poszla na polonistykę. "By przeczytać jak najwięcej mądrych książek o literaturze" i uczyć dzieci. Cytuję z pamięci, ale raczej sie nie mylę, gdyż te słowa mnie uderzyły. Magda Umer -licealistka- wyobraża sobie studia filologiczne jako czytanie książek O LITERATURZE, a nie samej literatury. To potwierdza moje podejrzenia, że w humanistycznej klasie liceum dla komunistycznych elit młodzież nigdy nie obcowała bezpośrednio z literaturą, tylko zawsze w formie zapośredniczonej - z opracowań pozbawionych ideologicznie wątpliwych wątków i odniesień. Stąd kiedy znalazla się na studiach, jakiekolwiek aluzje do Pisma Świętego w tekstach literackich były dla niej zupełnie nieczytelne, jak sama wyznała.

Jednak nauczycielką nie została, bo wkroczyła Opatrzność w postaci starszych kolegów z wiadomego liceum, którzy zaproponowali jej współpracę w tworzonym przez nich kabarecie, bo ładnie śpiewała i deklamowala wiersze. Dalej "naturalną koleją rzeczy" zabawa w kabaret zamieniła się w pracę i okazało się, że powołaniem Magdy jest scena!

W ogóle Opatrzność bardzo troskliwie opiekowala się rodziną Umerów/Humerów i innymi podobnymi, których potomkowie straszą z mediów, scen teatrów i ekranów kinowych. Niektórych powołaniem okazały się kariery bardziej dyskretne, ale zdecydowanie bardziej lukratywne...

Co robi z tą wiedzą katolik w swoim udręczonym serduszku. Ano to samo co zawsze, czyli po raz kolejny utwierdza się w przekonaniu, że myśli Boga nie są naszymi myślami, a drogi jego naszymi drogami, a ludzie Kościoła nie powinni wymyślać pojęć, ktore nie maja związku z rzeczywistością i straszyć nimi wiernych, amen.




niedziela, 28 grudnia 2025

Z przygnębieniem o świętach

Niedziela po Bożym Narodzeniu, 6 nocy do tyłu (znaczy minimalna ilość snu albo zaburzony), ból w klatce piersiowej i chce mi się płakać, ale nie mogę. Nie wiem czy to z powodu starości, stwardniałego serca czy wyschłych od komputera oczu. Tak czy siak nie moge posłużyć się tym prostym mechanizmem, aby uwolnić się od skrajnego przygnębienia.

Piekłam, gotowałam, sprzątałam, chodziłam na roraty, przygotowałam prezent, wysłałam życzenia, a Świąt Bożego narodzenia  w tym roku (dla mnie) nie było. Tak jakby nie było. Żadnej radości w sercu, żadnego pokoju. Czy to już tak będzie? Będą człowiekowi zabierane wszystkie punkty oparcia, wszystkie pociechy, chwile wytchnienia i to, co Stinissen nazywa radością Boga, a czego zdarzało mi się doświadczać mimo bardzo trudnej i niepewnej sytuacji?

Nie opuszczając swojego domu  zamieszkałam w ukraińskiej melinie z chałupniczą produkcją 24/7 i towarzyszącym jej joggingiem całodobowym, o nieustannym zgrzycie przesuwanych po gołej podłodze mebli nie wpominając. W nocy z 25na 26.12 wzywałam policję. Pomogło na 10 minut tzn tak długo jak funkcjonariusze przebywali u sąsiadów z góry...

Chwilowo jest cicho, ale nie mogę się odprężyć bo podświadomie czekam, kiedy znowu zaczną się moje tortury...

Nie jestem szczególną optymistką, ale takiej sytuacji się nie spodziewałam.

Jedynym pocieszeniem w takiej sytuacji i każdej innej zresztą jest świadomość, że i tak muszę żyć. Dotrwać do śmierci, bo nikt mnie wcześniej nie zwolni do domu z powodu złego samopoczucia.


czwartek, 25 grudnia 2025

Wigilia z demonami

Boże Narodzenie z demonami ukraińskimi z góry. Podczas wigilii uruchomiły swoja produkcję nie wiem czego. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby to były urządzenia do wysadzania polskich pociągów. Nie mam pewności, nie mam dowodów, nie umiem przenikać przez ściany, żeby je zdobyć. 

Bydlaki latały po całym mieszkaniu za nami i bynajmniej nie mówiły ludzkim głosem. Gdziekolwiek chcieliśmy tę wieczerzę celebrować, nad sufitem ukraiński "diabeł walił w beczkę". Poinstruował też swego obleśnego bachora, żeby jeszcze uprawiał jogging po wszystkich pomieszczeniach. Cały arsenał lącznie z maszyną do obróbki metali na chodzie o godzinie 21! Ten bachor zresztą chyba jest wynajęty dla odwracania uwagi swoimi harcami i "lekcjami gry na gitarze", po prostu ma zagłuszać produkcję.

Wczoraj produkcja całą parą, a dzisiaj o 7 rano już płonął kościół w Lublinie na Kunickiego. Przypadek? Nie sądzę! Nie, jeszcze nie zwariowałam. Po prostu mam dwie noce do tyłu z czyjego powodu już powiedziałam. Dodam jeszcze, że jakbym dorwała w swoje ręce, to byłby koniec po minucie.

Wracając do pożaru kościoła, to wcale nie byłoby dziwne, że ktoś, kto mialby za zadanie taką akcję przeprowadzić, nawet we wschodniej Polsce, działałby w oparciu o bazę we Wroclawiu, czy raczej Ukrocławiu. Wszyscy ludzie związani ze służbami zgodnie twierdzą, że "rosyjskojęzyczna społeczność" w Polsce to najlepszy prezent dla Putina, jaki mógłby sobie wyobrazić. A gdzie owa sieć powiązań jest największa i najgęstsza?

Policja natomiast przyznaje, że na każde 10 oszustw, 9 jest autorstwa "ludzi ze wschodu" (znaczy z krajów postsowieckich). 

Teraz widać jasno, że to Braun i Konfederacja mieli od początku rację w sprawie Ukrainy i polskiej polityki wobec niej. Rząd ZP nie zdążył sie opamiętać zanim stracił władzę, a o obecnym szkoda gadać. 

Przypomnę tylko dla jasności, że rządzą nami ludzie ukształtowani w komuszo-SBeckich szkołach dla "elity". Taka to była elita, że dla jej pomiotów w dobrym warszawskim liceum o profilu matematyczno-fizyczno-chemicznym trzeba było utworzyć "klasę humanistyczną", w której nigdy nie zetknęli się z literaturą ani historią Polski. Tacy z nich "humaniści" jak z Zembaczyńskiego Naleśnika, Sroki-spod-Ogona czy Jońskiego-i-Scerby, ale wymaganie od nich zrozumienia czegokolwiek z matematyki byłoby gwałtem ze szczególnym okrucieństwem na tej jedynej komórce mózgowej w którą są wyposażeni. Poprzednie pokolenia żyjące w PRLu dawno odkryły, że trzeba studiować kierunki ścisłe jako stosunkowo wolne od komucha, który jest na nie za głupi.

"Pierwszorzędne pochodzenie" + trening jak wyżej i mamy "elity", które tak nienawidzą Polski, że zrobią wszystko, cokolwiek jest sprzeczne z jej racją stanu i dobrem obywateli. Będą lizać dupę nie tylko Szwabom, Żydowinom czy Ruskim, ale nawet Ukrom. I właśnie to robią. To im zawdzięczam zakłócanie świąt przez dzicz stepową, jakiego nie doświadczyłam nigdy, nawet za komuny!