czwartek, 26 września 2024

"Sztuki plastyczne w architekturze"

Tak oficjalnie nazywało sie studium podyplomowe na wrocłwskiej ASP organizowane - o ile dobrze pamiętam - przez wydział architekury wnętrz, a może wzornictwa przemysłowego (albo jednego i drugiego). Kiedy usłyszałam o jego otwarciu pierwsza poleciam się zapisać - na indeksie mam numer1! To bylo jak odpowiedź opaczności na moje - wypowiedziane i niewypowiedziane - modlitwy.  Dwuletnie, weekendowe, a więc łatwo dające sie pogodzić z moją ówczesną pracą w szkole...

Było nas ok 12 osób: 7 absolwentów architektury, dwie panie uczące plastycznego bez formalnego wykształcenia w tym kierunku, jedna dziewczyna po iberystyce, polsko-niemiecki biznesmen i ja. Całe towarzystwo w wieku miedzy 25 a ok. 40 lat. 

Teoretycznie studium powstało głównie z myślą o absolwentach architektury, ale z różnych wypowiedzi można było odnieść wrażenie, że chodzi o sprzedanie snobistycznym jeleniom namiastki przynależnośći do "środowiska artystycznego". Wielokrotnie słyszeliśmy o tzw "piątym wydziale" czyli kawiarni, gdzie ma się rzekomo odbywać zasadnicza część edukacji artystycznej... 

Słuchałam tego zniesmaczona i zażenowana. Miałam w rodzinie dwoje profesjonalnych artystów i nie byli to ludzie kojarzący sie z siedzeniem godzinami po kawiarniach, a raczej z wielką wewnętrzną dyscypliną, organizacją, pracowitością i porannym wstawaniem. Do uprawiania malarstwa bowiem niezbędne jest światło dzienne i ten jeden prosty fakt wyklucza nocny tryb życia... Jakiś specjalny image też nie jest prawdziwemu artyście do niczego potrzebny, natomiast niezbędny jest tym, którzy za artystów chcą uchodzić bez żadnego obiektywnego uzasadnienia swoich pretensji...

Nie byłam odosobniona w tym odczuciu, gdyż wielu z nas chcialo sie jak najwięcej nauczyć i jak najwięcej skorzystać z możliwości, jakie daje uczelnia artystyczna tzn głównie dostepność pracowni i modela, a takze - oczywiście - profesjonalnej korekty. Tutaj szczęście nam dopisało, bo w osobie profesora Mickosia zyskaliśmy bardzo rzetelnego nauczyciela malarstwa i rysunku. Pierwszy raz w życiu mogłam studiować akty z natury! Zachowałam 23, z których kilka prezentuję:

Ten był pierwszy. Rysowany ołówkiem na kartonie formatu 100 x 70. Mam problem ze zmieszczeniem postaci w kadrze

Ten rysowany jest kredką (ołówek mnie męczy jako zbyt twardy) znowu na małym formacie (100 x70). Stopy się nie zmieściły, czasu (2 godziny) na porządne opracowanie ciała nie starczyło. W człowieku najbardziej interesuje mnie jego twarz i glowa!

Na takie figle zaczynam sobie pozwalać na drugim roku (lub semestrze). Kredka czarna i biała na ciemnym kartonie formatu 100 X 70. Profesor to toleruje, ale nie popiera, gdyż uważa za płytkie efekciarstwo. Raczej ma rację

W któryms momencie zaczynam sklejać dwa arkusze kartonu, jeśli nie ma w sprzedaży formatu 140 x 100, na jakim rysują studenci dzienni. Podczas 4-godzinnej sesji na ogół udaje mi się skończyć rysunek

Mam zakazane - a wkażdym razie miałam na początku - używanie węgla, ze wzgledu na efekt "watowatości", ale jednak czasem to robię. Karton formatu 140 x 100

Osobiście ustawiłam modelkę w kontraposcie, bo profesor - wyjątkowo - się spóźnił. Kredka, format 140 x100

Czyżby ołówek? Aż mi się wierzyc nie chce! Format jak wyżej

Tu  na pewno kredka na dużym formacie. Jedno z moich najlepszych studiów aktu

Węgiel jak nic! Format duży

Kredka na dużym formacie

A tu wegiel. Dobrze widać o co chodziło profesorowi z tą "watą". Węgiel się po prostu rozmazuje i nie widać, które plamy są zamierzone, a które nie. Mało precyzji, a jakiś efekt jest. Można przemknąć się nad kłopotliwymi szczegółami jak dłonie i stopy

Pierwsze studium aktu w kolorze - tempera na papierze 100 x70. "Proszę nie czarować, proszę to po prostu namalować" (chodziło o stosowanie laserunków, że nie należy)

Więc nie czaruję tylko maluję bardzo kryjąco, bez laserunków, temperą na papierze formatu 100 x70

Tu zrobiłam po swojemu: karton formatu 140 x 100 zagruntowałam i malowałam na nim farbami olejnymi. 4 godziny to o wiele za mało na takie studium, więc wyszedł szybki  barwny szkic, calkiem udany zresztą

Rysunek 3 pastelami na dużym formacie - bardzo malarski - nie znalazł zrozumienia u profesora

Znowu to efekciarstwo! Tym razem na dużym formacie

Zdecydowanie moje najlepsze studium aktu. Profesor doszukał się w opracowaniu rzeźby analogii do kreski Szukalskiego...

Kończę powyższe studium aktu jako jedna z ostatnich (jedyna w grupie pracuje na formacie 140 x 100). Przychodzi asystentka profesora i następna grupa. Stoją mi za plecami wpatrując sie w rysunek. "Pani się tu nauczyła tak dobrze rysować, czy umiała to pani wcześniej" - pytają. Uśmiecham się niezdecydowanie. "Wcześniej" - odpowiadają sobie sami - "nie dało by się tak od zera".

Ile sie nauczyłam możecie sami ocenić porównując pierwszy akt z najbardziej udanymi z poźniejszych. Faktem jest, że wnioslam swoje zdolności i 100% - owe zaangazowanie. Bez pracy nie byłoby tego efektu, ale bez wkladu wlasnego tym bardziej nie...  

Inna rzecz, że nikt z prowadzących nie spodziewa sie po nas żadnego talentu. Bylby sporym dysonansem poznawczym, bo przecież talenty to tylko na studiach dziennych, u dzieci znajomych członków komisji, którzy do platnego kursu przygotowawczego (lub płatnych lekcji u któregoś z profesorów) nic nigdy nie stworzyli, poza zdjęciem znalezionych nad morzem kamyków. Takich można "własciwie" uksztaltować i dać im dyplom  licencjonowanego artysty, który otworzy przed nimi drzwi galerii sztuki itp...

My mamy bulić kasę i cieszyć się, że dostąpiliśmy zaszczytu stąpania po szacownym gmachu ASP, a gdyby tego było mało, możemy posiedzieć na "piątym wydziale" i poudawać artystów...  


środa, 25 września 2024

Chcę malować!!!

Na studiach szybko sobie zdałam sprawę, że historia sztuki - jakkolwiek jest to fascynująca dziedzina i leżąca, jak najbardziej, w obszarze moich zainteresowań - nie jest wyborem optymalnym. KUL był fajnym miejscem, ale Lublina zdecydowanie nie lubiłam. Moja samodzielność przyniosła mi wiecej stresu niż swobody, ale ogólnie był to dobry czas.

Oczywiście nie przestałam rysować, ani malować, jak zwykle głównie portrety i studia postaci. Coś tam robiłam z wyobraźni, ale nie uznałam tego za godne zachowania. 

Wczesny (chyba 1 rok studiów) autoportret piórkiem. zaskakująco dobry...

Portret Eli, mojej przyjaciółki, węglem. "Zachowaj go sobie, żebyś pamiętała jaka byłaś kiedyś dobra" - poradziła mi kuzynka po latach

Znacznie gorszy autoportret węglem z tego samego czasu, tzn 3 roku najprawdopodobniej

Studium postaci Anki, koleżanki, z którą dzieliłam pokój na pierwszym roku, malowane temperami na kartonie 100 x 70. Anka wyraźnie lewituje!

Gdzieś na początku studiów zaczyna się moja przygoda z farbami olejnymi. Pierwsze, NRD-owskie, kupiłam sobie sama, a potem dostałam od wujka Olgierda van goghi Talensa (przydzielone mu na plenerze, nie wykorzystane więc zbyteczne, bo normalnie używal droższych, rembrandtów). Mam bardzo słabe pojęcie o przygotowaniu podobrazia, więc maluje na czym popadło, gruntuje farbą emulsyjną albo nawet nie...

Szkic olejny na tekturze (od pudła), raczej nie gruntowanej. Autoportret oczywiście...

Olejne studium postaci na sklejce robione w domu. Pozuje mi siostra

Szybki szkic olejny na sklejce - siostra czytająca książkę


Po powrocie do Wrocławia, a zwłaszcza w pierwszej pracy uświadamiam sobie, że ja - tak naprawdę - to chce malować, a nie katalogować zbiory graficzne w Ossolineum, zwłaszcza że pieniądze, jakie mi płacą nie pozwalają nawet marzyć o usamodzielnieniu się. Zwolnienie się stamtąd było przypuszczalnie najgłupszą decyzją, jaką podjęłam w życiu, ale wtedy tego nie wiedziałam. Myślałam, że jestem na najlepszej drodze do realizacji swoich marzeń...

W pewnym momencie wzięłam wszystkie swoje obrazki i pojechałam do kuzynki Irki, absolwentki grafiki użytkowej i nauczycielki - bardzo cenionej - w liceum plastycznym w Zielonej Górze. Kiedyś mnie zapraszała i zachęcała do pokazania, co robię, więc wzięłam ją za słowo. Chciałam opinii kogoś w miarę życzliwego, a jednocześnie kompetentnego. Jest coś w tym, czy to tylko strata czasu i ambarasu? 

Moja mama też miała tą wątpliwość, więc zapytała swego brata pokazując mu moje dwie kopie olejne - Czerwonych Winnic van Gogha i jakiegoś jeziora z żaglówkami Vlamincka (wisiały w moim pokoju). Najwyraźniej orzekł, że to nic nie warte i dla mamy temat był zamknięty, dla mnie nie, gdyż opinia wujka Olgierda była  - jak wiele innych, przez niego wygłoszonych w podobnych okolicznościach - klasycznym "odkopywaniem drabiny". Sam sie po niej wspiął, ale nie chciał, żeby ktokolwiek powtórzył ten wyczyn. Natomiast jego córka, Irka, była nie tylko profesjonalną artystką, lecz przede wszystkim pedagogiem pomagajacym się rozwijać ludziom z talentem plastycznym, od bardzo skromnego do wybitnego...

Obejrzawszy moje prace odetchnęła z ulgą, gdyż obawiała się, że będą "bardzo ohydne" tymczasem okazały się świeże i jakieś tam jeszcze. "Są w nich twoje dziewczęce marzenia" stwierdziła, co bylo o tyle zabawne, że miałam wtedy jakieś 28 lub 29 lat!

Uznała, że mam dobrą rękę do lekkich technik jak piórko i akwarela, dostrzegła we mnie talent portrecistki, ale miała sporo zastrzeżeń do ubóstwa kolorystyki w pracach olejnych. Wytknęła mi też liczne błędy anatomiczne w rysunkach z wyobraźni...


"Ten mężczyzna nie zajmował sie niczym pożytecznym tylko samymi głupotami" - akwarela i piórko na jakimś lepszym papierze. Cytat i inspiracja z Rabidranatha Tagore. ("Ty masz zawsze drugi plan lepszy niż pierwszy")

Jeźdźcy łosi - akwarela

Zwierzę morza - akwarela


Czerwone niedżwiedzie polarne - też chyba akwarela



Wzlot - akwarela? tempera?

Żywioły - akwarela

Irka namówiła mnie do malowania na jedwabiu

Coś okropnego malowanego temperą na czarnym papierze

To najprawdopodobniej jedna zachowana scena jakiegoś dłuższego cyklu, jednego z tych, które robiłam całe życie. Nigdy nie uważałam, że nadają się do pokazywania w całości. Ten jest malowany tuszem - piórkiem i pędzlem.

Tu i poniżej też sceny z jakiegoś cyklu o dziewczynce na książęcym dworze. Piórko i akwarela. Irka dopatrzyła się w nich przejawów talentu do technik lekkich. Z żalem muszę stwierdzić, że obie prace są raczej słabe, choć widać, że w miarę sprawnie posługuję się piórkiem (bez uprzedniego szkicu ołówkiem).


Strona tytułowa do opowieści o Skaldzie Grimoaldzie. Rysunek jakąś podejrzaną kredką wypełnioną akwarelą na dobrym papierze. Tło miało imitować witraż.

Grimoald - rysunek ołówkiem. Nie wiem skad się pojawił, prześladował mnie całe dorosłe życie - on i jego historia, o czym jeszcze będzie przy okazji grafiki komputerowej

Autoportret temperą, znaczy plakatówkami, na kartonie. Jestem swieżo po studiach

Kobieta w futrze - autoportret. Olej na kartonie. Jedyny mój obraz, który podobał się mamie

Autoportret z dzieckiem wewnętrznym. Pastel. Irka nauczyła mnie zabezpieczać pastele (i  rysunki węglem) folią samoprzylepną, dzięki czemu zyskują kolor bardziej nasycony niż oleje!

Irka pokazała mi jak naciągać i gruntować płótno, malować szpachlą itp. Namalowałam u niej dwa obrazy, z których jeden zjechała, głównie za ubóstwo kolorystyczne, a drugi pochwaliła.

Bez tytułu - olej na płótnie, bardzo sposponowany przez Irkę. "Jak on może tak z innego wymiaru po prostu podać jej rekę? Jak ty to sobie wyobrażasz?"

Widok z balkonu jej mieszkania w Zielonej Górze. Olej na płótnie. "Dopiero tu widzę w tobie kolorystkę". Niestety zniszczyłam go eksperymentem ze starym olejem lnianym zamiast werniksu końcowego.

wtorek, 24 września 2024

Czas decyzji

 Z liceum zachowałam wyłącznie szkice z natury, rysowane węglem, pastelami suchymi i woskowymi.

Zaczynając od węgla, pierwsze dwa rysunki to bardzo szybkie szkice kuzynek, kiedy były dziećmi, na szarym papierze. Ponieważ nie umiałam utrwalać węgla, ani pasteli, wszystkie są w dość fatalnym stanie, aż dziw, że coś jeszcze widać!



Następne to szybkie szkice mojej siostry - twarzy i postaci - też na szarym papierze



A dalej dwa jej portrety na porządnym kartonie, znacznie bardziej udane




Dalej dwa moje autoportrety z profilu rysowane przy użyciu dwóch lusterek ze skutkiem takim sobie i jeden en face nieco lepszy




Nie mogło zabraknąć Polijki! Na szarym, już mocno sfatygowanym papierze pyszczek i całość. 



Dwa moje autoportrety rysowane pastelami

Ten jest zdecydowanie najlepszy. Moja kuzynka-profesjonalistka stwierdziła na jego podstawie, że mam niewątpliwy talent portrecistki. "Te oczy patrzą tak inteligentnie..."


Portret siostry...


... i studium postaci tyłem. Najpiękniejsze włosy w tej części Europy!


A na koniec pastele woskowe moja siostra z profilu i ja.



Ten ostatni, rysowany podczas jakiejś solidnej infekcji pokazuje jak bardzo starałam się oddać rzeczywistość, nie bojąc się że stracę na urodzie ukazując swój czerwony nos i włosy w strąkach.

Ktoś powie, że to nic nadzwyczajnego. Pełna zgoda, ale proszę pamiętać, że to dzieła samouka, osoby w wieku gdzieś między 15 a 18 rokiem życia. Przyznam, że nie było wśród moich znajomych nikogo innego, ktoby coś porównywalnego umiał wyprodukować, aż do momentu kiedy przeniosłam się do III LO w połowie trzeciej klasy. Była to szkoła o profilu matematycznym i matematyczno-fizycznym, (jedna w dwóch najlepszych we Wrocławiu) co nie znaczy, że nie było w niej osób uzdolnionych humanistycznie i artystycznie.

Poznałam tam dwie koleżanki jedną bardzo zdolną, a drugą bardzo piękną, moją imienniczkę zresztą, które podzielały moje artystyczne zainteresowania. Zaczęłam z nimi chodzić do MDKu na kółko plastyczne. Ku mojemu zdziwieniu było tam pelno uczniów liceum plastycznego. Sam ich "artystyczny" wygląd już mnie onieśmielał, a co dopiero próbować swoich wśród tak imponujacej "cyganerii"!!! No cóż zazwyczaj okazywalo się, że to moja praca, ewentualnie koleżanki zdolnej, jest najlepsza na sali i uczniowie plastyka stoją mi za plecami i obserwują z ponurym wyrazem twarzy jak maluję/rysuję.

Najpiękniejsze było pytanie pani prowadzącej odkąd rysuje. "Odkad pamiętam" wyznałam szczerze. "Tak dobrze, odkad rysujesz tak dobrze?" uściśliła. Tu zdębiałam. Nie wiedziałam, że rysuje dobrze, a zwłaszcza  TAK dobrze... Pamiętam jak ta sama kobieta porównała kolorystykę mojej pracy do dzieł Velasqueza, bo złamane róże i perłowe szarości, a wszystko to uzyskiwane poczciwymi plakatówkami na kartonie! Poza tym moje postacie zawsze miały twarz zasugerowaną kilkoma plamami cienia, a uczniowie plastyka - jak jeden mąż - rysowali w tym miejscu żóltą płaską plamę. 

Koleżanki wybierały się na ASP (raczej PWSP jak to się wtedy nazywało) to znaczy koleżanka piękna, bo zdolna, obdarzona także niebagatelnym talentem literackim, brała pod uwagę więcej opcji. Pani prowadząca była zdziwiona, że ja nie. Wzruszyłam ramionami "nie wydaje mi się, żebym miała coś do powiedzenia w sztuce" powiedziałam. Brzmi to wybitnie głupio dzisiaj, ale wtedy miałam zapewne na myśli, że sa ciekawsze studia niż malowanie garków i dzbanków czy też modelek na tle niechlujnych draperii...

Moja piękna imienniczka wybierała sie na dni otwarte na PWSP i poprosila mnie, abym jej towarzyszyła w charakterze pomocy technicznej. Pomogłam jej więc rozłożyć prace w holu szkoły i natychmiast, jak z pod ziemi, zmaterializowal się asystent i zaczął doradzać koleżance, że powinna wiecej malować z natury. Zalożę się o każde pieniądze, że gdyby nie jej uroda, nie poświęcił by jej 3 minut swego cennego czasu. Byłam zaskoczona jak słabe są jej prace i także tym, że można coś takiego przynieść i zostać potraktowanym poważnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że właśnie ludzie którzy dopiero wczoraj odkryli, że chcą "tworzyć", w żaden sposób nie uksztaltowani, to najbardziej pożądany materiał na przyszłych "artystów". Muszą tylko zapisać sie na płatny kurs przygotowawczy prowadzony przez kogoś z komisji i nauczyć obowiązującej maniery i będzie dobrze... Nie wiedząc tego, wyobrażałam sobie, że mialabym szansę, gdybym sie zdecydowała startować...

Byłam jednak zbyt  rozbudzona intelektualnie, zainteresowana starożytnymi cywilizacjami, a ponadto pragnęlam za wszelką cenę wyrwać sie z domu, znaczy wyjechać na studia do innego miasta. Myślałam o archeologii śródziemnomorskiej na UJ, ale na jakimś wyjeździe zgadałam sie z chlopakiem, który dał mi informator KULu. Nie było tam wprawdzie archeologii, ale była historia sztuki. Na UWr też, ale ja chciałam studiować uniwersytecie wolnym od komuny, jak mi sie wtedy zdawało...

Ku zaskoczeniu wszystkich, 6 osób z naszej klasy nie zdało matmy na maturze, w tym moje artystyczne koleżanki, które były naprawdę dobrymi uczennicami. Straciły rok, potem moja imienniczka dostała się za którymś razem na ceramikę, a koleżanka zdolna bardzo skomplikowała sobie życie przez romans z żonatym facetem i - o ile wiem - nigdy nie dostała na architekturę wnętrz (chciala być scenografem teatralnym), choć próbowała...







poniedziałek, 23 września 2024

Żywot Agnieszki Staford

Nie pamiętam co rysowałam jako małe dziecko. Nie pamiętam pokazywania mamie z dumą swoich rysunków. Moja mama zresztą, sama bardzo uzdolniona plastycznie, a przy tym bardzo krytyczna wobec swoich córek, na pewno niczym takim by sie nie zachwyciła.  Natomiast świetnie pamiętam cykle zwane "żywotami" tworzone namiętnie przez środkowe lata podstawówki. Utworzyłyśmy nawet z siostrą czasownik "żywotować" na czynność rysowania tychże i rzeczownik "żywociarka" na bohaterkę. Żywotowałyśmy zgodnie po obu stronach stołu stojącego pod oknem w naszym pokoju. 

Nadałam mojej żywociarce imię Agnieszka, które mnie wtedy zachwycało, a nazwisko Staford zaczerpnęłam z jakiegoś filmu o "świętym" z Rogerem Moore. Rzeczona Agnieszka Staford mieszkała w niewielkim miasteczku, gdzie nie było złych ludzi (chorób i smierci też raczej nie). Narysować oczywiście się tego nie dało, ale takie założenie leżało u podstaw każdego żywota. Chodniki na pewno były pokryte malowidłami albo mozaikami, jesienią zawsze zdarzała się malownicza wichura, pełna wirujących liści, a po niej powódź, która zalewała pokój mojej bohaterki w takim stopniu, że mogła w nim pływać. Podobna powódź miała miejsce wiosną i cały transport w miasteczku odbywal się łodziami. Jako istota ziemno-wodna uważałam takie rozwiazanie za bardzo atrakcyjne. Ponadto w miesiącach letnich można było podrożować na chmurach.

Moja żywociarka mieszkała w domku jednorodzinnym o 24 pokojach (czyli 12 razy więcej niż nasze mieszkanie w bloku) i - oczywiście - otoczonym ogrodem. Nie miała rodzeństwa, a jej rodzice - o ile pamiętam - nigdy nie pojawiali sie na kartach żywota. Miała psa - który mógł być dogiem lub seterem, albo jakąś olbrzymią rasą wymyśloną przeze mnie - oraz konia i wielbłąda.

Co do wieku pewności nie mam ale musiała mieć co najmniej jakieś 15-16 lat. A może nawet 18 albo 20? Nie pamiętam, ale swego czasu wierzyłam, że księżniczki przychodzą na świat od razu w wieku 20 lat, więc wszystko jest możliwe! Raczej chodziła do szkoły niż pracy, a jej koleżanki i koledzy byli w podobnym wieku, inni ludzie nie pojawiali sie na kartach żywota.

Agnieszka Staford była olśniewajaco piękną tlenioną blondynką. Zawsze bardzo wyraźnie rysowałam jej czarne odrosty. Moja siostra patrzyła na to ze zgrozą. Co do oczu, to mogły być fioletowe choć tu mogę się mylić, ale najważniejsze było, że jej włosy rosły w takim tempie, że mogła sobie zahodować warkocz do ziemi w ciągu miesiąca. Na pewno miała najbliższą przyjaciółkę, grono koleżanek i chłopaka o południowej urodzie,ktory pojawił sie znacznie później.

Jakkolwiek głupawa i humorystyczna wydaje się ta moja wersja swiata Barbie, to łatwo zauważyć, że była wyzwaniem w sensie plastycznym. Wiele postaci ludzkich i zwierząt w ruchu, sceny we wnętrzach, sceny w plenerze, fantastyczna architektura itp

Moja starsza siostra rysowała o wiele lepiej ode mnie. Jej postacie miały zawsze odpowiednie proporcje i dobrze oddany ruch. Najpierw robiła szkic ołówkiem, który następnie wypelniała kolorem (rysowałyśmy kredkami ołówkowymi). Wiele ujęć bylo naprawdę dobrych. Pamiętam jej żywociarkę wsiadającą do łodzi z ganku swojego domu albo scenę na basenie gdzie dziewczęta w strojach (wszystkie tyłem do widza) myją sie pod prysznicami.

Zanim moja siostra zrobiła jeden obrazek ja kończyłam czwarty, gdyż rysowałam od razu kredkami nie przywiązując wagi do precyzji wykonania, a moje pomysły były o wiele bardziej fantastyczne...

Z czasem zaczęłam zwracać coraz wieksza uwagę na anatomię postaci i sugestywność tła. Wyraźnie pamiętam wysiłek włożony w realistyczne przedstawienie fontanny i odkrywczą obserwacje, że słup wody wyrzucanej przez nią jest w istocie biały, a nie niebieski czy przeźroczysty. Coraz bardziej męczyły mnie ograniczone możliwości kredek ołówkowych...

Mniej wiecej wtedy moja mama przyniosła z pracy tempery pompejańskie w 24 kolorach (pracowała w hurtowni papierniczej, do której producenci przynosili swoje oferty w nadziei na kontrakt). Żadna z nas nie była fanką malowania farbami, które "brzydko" sie rozlewały i nie pozwalaly na precyzję istotną szczególnie w przypadku twarzy, ale tempery jako kryjące były zdecydowanie lepsze niż akwarele.

Do przejścia na farby przyczynił sie jeszcze jeden istotny czynnik. W wieku 11 lat przeczytałam Trzech Muszkieterów Aleksandra Dumas i wtedy właśnie zostałam namiętną czytelniczka powieści historycznych. Ich pełnokrwiści bohaterowie wyparli Agnieszke Staford i jej idealne miasteczko z mojej wyobraźni. Moim ulubionym zajeciem stały sie próby oddania ich na papierze przy użyciu wyżej wspomnianych farb. To było coś zupełnie nowego - realistyczne portrety bohaterów powieściowych z wyobraźni wzbogacone obserwacją jak układają sie cienie na ludzkiej twarzy i wlosach i jak zmienia się pod ich wpływem kolor skóry. Twarze Rzymian i Rzymianek z charakterystycznymi fryzurami wypełniały całe kartki papieru, każda obdarzona indywidualnym charakterem.

Moja siostra nigdy nie przekonała sie do farb, zreszta skończyła podstawówkę i jeśli coś rysowała to głównie psy, konie albo projekty swetrów. Ja natomiast nabierałam rozmachu i chwytałam za coraz większe formaty, żeby móc oddać nie tylko twarze powieściowych bohaterów, ale całe sceny z ich udziałem.

Szczególnie napaliłam sie na scenę z Ivanhoe Waltera Scotta, w której Żydowka Rebecca, córka Izaaka z Yorku, w obronie swojej cnoty wskakuje na parapet i grozi dumnemu templariuszowi Brianowi de Bois-Guilbert, że się rzuci z okna, jeśli sie do niej zbliży. Zaopatrzyłam sie w szary papier formatu co najmniej 100 x 70, ale nie mając deski takiej wielkości, którą mogłabym ustawić pionowo, męczyłam się malując na stole, co spowodowało zaburzone proporcje i ogólne niepowodzenie tego śmiałego projektu...

Łatwiej było robić monochromatyczne szkice mniejszego formatu ilustrujace romansowe wątki moich lektur zwane "migdaleniem". Jednak i one rodziły trudności natury anatomicznej i zmuszały do przygladania się w jakim skrócie narysować ramiona i ręce obejmujących się ludzi, ich profile itp.

Niestety nic z tego sie nie zachowało, więc nie mam czym zilustrować mego wywodu...





niedziela, 22 września 2024

Czym jest talent?

Myślę, że stwierdzenie, że wszyscy ludzie mają jakieś zdolności nie jest szczególnie kontrowersyjne.  Posunę nawet się do twierdzenia, że zdecydowana większość posiada jakieś zdolności artystyczne. Każda kobieta potrafi dobrać rajstopy do spódnicy, bluzkę do żakietu, a szalik do płaszcza. We wszystkich mieszkaniach kolor ścian, dywanu i zasłon pozostaje w jakiejś harmonii. We wspólnie spiewanym hymnie na dowolnym zgromadzeniu da się rozpoznać jego melodię. Często ogródki działkowe, nie wspominajac już o przydomowych, to małe dzieła sztuki. Wielu ludzi słuchamy tylko dlatego, że mają talent narracyjny, choć zdajemy sobie sprawę, że konfabulują, ale budują napięcie swych opowieści tak umiejętnie, że - chcąc nie chcąc - dobrze sie bawimy. A sztuka kulinarna? Ileż tu najprawdziwszych talentów między ludźmi, którzy zawodowo zajmują sie czym zupelnie innym.

Wśród samowystarczalnych społeczności wiejskich rzecz była jeszcze bardziej ewidentna. Wszyscy umieli robić wszystko potrzebne do życia + tworzyć kulturę na potrzeby własne (rękodzielo, muzyka, spiew, taniec + "literatura mowiona" w formie opowieści w długie zimowe wieczory). Jeśli ktoś wyróżniał sie talentem w jakiejś określonej dziedzinie np tkactwo lub krawiectwo, byl proszony przez sąsiadów o zrobienie tego lub owego w zamian inną przysługę.

Wieczór muzyczny w domu rodzinnym w Łaszukach na Wileńszczyźnie namalowany przez wujka Olgierda na starość, z pamięci 

Problem zaczynał się z takimi ludźmi jak mój wujek Olgierd, który nie tylko miał możliwości intelektualne i aspiracje znacznie wykraczajace poza horyzont małej wsi na kresach, lecz także był obdarzony "nadmiarowym" talentem plastycznym. Nie byl w stanie upleść koszyka, który by się nie przewracal, ale z upodobaniem lepil z chleba lub gliny realistyczne figurki zwierząt domowych, a potem rysował kawałkiem węgla udane portrety co ładniejszych panien.

Co najistotniejsze, on się ze swoim talentem męczył, gdyż był on wiekszy niż zapotrzebowanie na kulturę w jego rodzinnej wsi czy powiecie. Było dla niego oczywiste, że musi udać sie do stolicy na studia i znależć się w elitarnym gronie profesjonalnych artystów. Bylo to jasne również dla jego nauczycieli, nawet tych sowieckich (po 1939), ale niekoniecznie dla rodziców.

Paradoksalnie wojna go wyzwoliła. Przeszedl cały szlak  bojowy od Lenino do Berlina i zostal zawodowym oficerem WP. Dzięki poważnym problemom ze zdrowiem udalo mu się od wojska uwolnić, zrobić studia na ASP w Warszawie (w pracowni Eibischa), po czym osiąść na Śląsku i realizować się jako artysta po godzinach pracy w szkole, gdzie uczył plastyki. W jakimś momencie nie musiał już tego robić i mógł zająć się wyłącznie malarstwem. Wymagało to iluś tam kompromisów, malowania portretow partyjnych kacyków, ale dopiąl swego.

Portret Józefa Skrzeka autorstwa wujka Olgierda

Nie mam trudności ze zrozumieniem jego racji, choć wiele decyzji mi sie nie podoba. Ale to nie podejrzane kompromisy mnie niepokoją w życiu artystów, którzy osiągnęli sukces, tylko pewne cechy charakteru umożliwiajace osiągnięcie tak egzotycznego celu jak życie ze sztuki. Prawie zawsze jest to przerost ego + nadwrażliwość na punkcie swojej tworczości + nadmierna koncentracja na niej, bardzo krzywdząca dla rodziny, która zawsze pozostaje sprawą drugorzędną.

Nurtuje mnie pytanie czy tzw. talent to "nadmiarowe" zdolności, zbyt duże na własny użytek i domagające się realizacji (in spe, aby wielu mogło z nich korzystać), powołanie - używając terminologi katolickiej - czy też wada charakteru, rozdęte ego, które potrzebuje zdolności jako pretekstu, aby uważać się za kogoś niezwykłego, cenniejszego od ludzi przeciętnych. Innymi słowy, czy to nadmiarowe zdolności powodują rozdęcie ego czy też wada chakteru - rozdęte ego - chwyta się jakichkolwiek zdolności i przez nadzwyczajny upór i determinację kreuje się na wybitnego twórcę. A może muszą istnieć oba te czynniki talent + wielkie ego. Tego nie wiem, ale jakakolwiek jest proporcja obu tych czynników, wynikiem jest niepokój, który domaga się tworzenia, a nawet zmusza do niego.

Znana jest anegdota chyba o Rainerze Marii Rilke, który wyjaśnił młodemu poecie, że ocena jego wierszy przez kogokolwiek nie ma żadnego znaczenia. Poetą jest, jeśli musi pisać niezależnie od wszystkiego, czy sie komuś to podoba czy nie.

Dlaczego z dwóch sióstr uzdolnionych plastycznie, rysujacych spontanicznie od wczesnego dzieciństwa jedna poprzestaje na kredkach i traci zainteresowanie do końca podstawówki, a druga około lat 12 łapie za farby i dopiero sie rozkręca, zaczyna studia rysunkowe i malarskie z natury i udane portrety węglem i pastelami? Czy ta druga ma wiekszy talent czy jest gorszym człowiekiem? A może przekroczyła jakąś barierę do ktorej tamta nie doszła i odkryla zupełnie nowe horyzonty? Tak, jak bywa przy nauce języka, kiedy nagle wraz z możliwością czytania w oryginale otwiera się nowy kontynent, albo kiedy wraz z umiejetnością szycia zyskuje się nieograniczone możliwości kreowania własnego stylu albo kiedy po przekroczeniu bariery lęku można bez treningu przepłynąć każde  jezioro.... Tu można sobie dopisać dowolną umiejetność, którą się w jakimś stopniu zgłębiło... 

To otwieranie sie zupełnie nowych horyzontów tak wciąga człowieka, że chce iść dalej i dalej... Chce czy musi? Czy istnieje jakaś granica, do której musi dojść, aby się uspokoić czy jest nią dopiero śmierć? 


O zazdrości i mediach społecznościowych

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby zamieścić na grupie znajomych z roku zdjęcie Odry tuż przed falą kulminacyjną. Wszyscy sie przez chwilę zaniepokoili o moje bezpieczeństwo, ja ich uspokoiłam i temat sie skończył, bo nikt z nich nie jest bezpośrednio zagrożony. Jeden z kolegów jeszcze podczas trwania tego wątku wrzucił swój kolejny obraz z motywem wody i kobiecych ud, że to niby na temat. Nie wiem co mi sie stało, że uznałam za stosowne zareagować zamieszczeniem swoich prac:

Widok z wiezy katedry. Olej na dziadowskiej płycie

To samo w technice collage z tkanin

Odra jesienią. Olej na płótnie

I się zaczęło. Ludzie się ożywili i dawaj mnie chwalić na prześcigi, to ja dalej wrzucam kolejne z obszernym komentarzem, oni mi na to "są świetne, uwierz nam". Więc ja im na to, jaka to straszna klika we Wroclawiu i jak nie mogę się przebić. Tu pojawiły się inne głosy o lokalnych sitwach w instytucjach kultury i na wyższych uczelniach i w tym momencie kolega J. poczuł się dotknięty do żywego zachwytem kolegów nad moim "dorobkiem" i mówieniem o sitwach, do których trzeba należeć, aby odnieść sukces. 

Wdłuższym wywodzie zapewnił nas, że on do zadnej sitwy nie należy, a sukces odniósl dzięki talentowi i ogromnej pracowitości, a od tego kadzenia i "zalizywania się na śmierć" w ramach towarzystwa wzajemnej adoracji jest mu niedobrze. Iluś ludzi poczulo się dotkniętych, iluś próbowało załagodzić sytuację, ale sielanka sie skończyła i pewnie dobrze, bo media społecznościowe są bardziej uzależniajace niż substancje chemiczne czy hazard. Zawsze to czulam intuicyjnie i trzymałam sie od nich z daleka.

Historia ta jednak nie daje mi spokoju ze wzgledu na dwa aspekty. Pierwszy to zazdrość osób, które odniosły sukces wobec tych, którym się znacznie gorzej wiedzie. Brzmi dziwnie, ale zjawisko istnieje, czego dowodem reakcja kolegi J. na zainteresowanie moimi pracami.

Kolega J. tuz po studiach lub niedługo po został dyrektorem BWA w mieście Z. i jest nim do dnia dzisiejszego, a przy tym uznanym malarzem sprzedajacym swoje dzieła w jakimś domu aukcyjnym w "warszawce". Powstała o jego twórczości nawet praca magisterska na KULu, czym sie nie omieszkał pochwalić. Mimo tych licznych sukcesów nigdy nie ma dość atencji i zachwytów i nie może znieść, kiedy kto inny jest chwalony zamiast niego.

Drugi aspekt to uświadomienie sobie jakiejś głebokiej potrzeby wydobycia na światło dzienne wszystkiego tego, co jest zwiazane z moją twórczością - prac jako takich, ich historii oraz emocji i refleksji towarzyszących ich powstawaniu. Potrzebuję uwolnić sie nie tylko od goryczy odrzucenia, ale przede wszystkim od ciężaru tego tematu jako takiego. Mam ten talent czy go nie mam? A jesli tak to czy go zmarnowałam czy rozwinęlam itp. Jest to jakiś ciężar, który niosę, byc może fałszywy krzyż...

Dlatego drogi potencjalny czytelniku strzeż się, bo w najbliższych wpisach wyleje się to wszystko na Ciebie!




sobota, 21 września 2024

O "grzechu ekologicznym" i powodzi na Dolnym Śląsku

Papież Franciszek wynalazł przygarść nowych grzechów. Nie pamiętam wszystkich ale "grzech przeciw synodalności", "traktowania doktryn jak kamieni do rzucania w innych" i "ekologiczny" utkwiły mi w pamięci. Z okazji powodzi skupię się na tym ostatnim.

Wrocław i Opole nie zostały zalane dzięki inwestycji w Raciborzu, która - jak rozumiem - nie jest retencyjnym zbiornikiem całorocznym jak początkowo planowano. Dlaczego zmieniono pierwotny plan? Z tego samego powodu, dla którego zrezygnowano z budowy zbiorników w Kotlinie Klodzkiej, które uratowałyby Stronie Śląskie, Głuchołazy, Kłodzko, Lewin i mnostwo innych miejscowości, gdzie ludzie stracili cały dobytek - z powodu protestów "ekologów"

Dr Grzegorz Chocian z fundacji "Eco pro bono" zaproponował bardziej adekwatną nazwę - ekoterroryści - która już od dłuższego czasu jest w obiegu. Wyjaśnil, ze za tymi "protestami" stoją obce służby, które werbują lokalnych jeleni i organizują awantury, ktore mają nie dopuścić do powstania w Polsce infrastruktury, która zagroziłaby interesom Niemiec (jak np drogi wodne na Odrze, Wiśle i Warcie). Wyjaśnił bardzo dokładnie jak np introdukuje się zagrożone gatunki dokladnie w miejsce planowanej inwestycji itp.

Obcym służbom pomagała chyba świadoma ich celów opozycja w czasie rzadów ZP - ta małpiarnia urządzajaca histerię wokół każdego działania rządu, nawet jeśli w oczywisty sposob służylo interesom Polski i bazpieczeństwu jej mieszkańców. Nieszczęśni wyborcy tej zgrai, ktorzy dominują na Dolnym Śląsku mogli sie przekonać na własnej skórze kogo wybrali. Nie sadzę, ze im to pomoże przejrzeć na oczy, bo musieliby przyznać, ze sa kretynami działajacymi na własna zgubę z lęku przed "obciachem"

Jeśli to nie jest grzech ekologiczny, to co nim jest?