Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KUL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KUL. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 grudnia 2025

Nostalgicznie o Lublinie

Wysłałam właśnie życzenia świąteczne do ludzi z roku i jakoś mi się tak lubelsko zrobiło na sercu. Zamieszczam więc kilka zdjęć zrobionych podczas ostatniej bytności (w zeszłym roku) w owym mieście, którego w czasie studiów szczerze nie cierpiałam, a obecnie nastraja mnie nostalgicznie.

Obiektywnie, miasto - jako położone na wzgórzach - jest bardzo malownicze i świetnie by się nadawało na plener dla studentów architektury, zwłaszcza starówka...

Zacznę więc od zamku, a konkretnie wieży mieszkalnej (donżonu) z XIII wieku. W czasie okupacji było tam więzienie, a zaraz po niej UBecka katownia.

XIII-wieczny donżon na zamku w Lublinie, w tle kaplica z freskami

Koniec II wojny światowej w Lublinie nie oznaczał końca tragedii. Już we wrześniu 1944 roku na zamku lubelskim siły komunistyczne utworzyły więzienie służb bezpieczeństwa (najpierw sowieckich – podległych NKWD i Smierszowi, a następnie polskiemu Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego); zamek stał się po wkroczeniu wojsk sowieckich głównym więzieniem w Polsce.

Warunki były porównywalne do tych, jakie panowały podczas okupacji niemieckiej. Wyposażenie było to samo co w latach 1939–1944 (na przykład sienniki, ale też narzędzia tortur). Według relacji pierwszych osadzonych, kiedy ich aresztowano, cele były jeszcze mokre od krwi ofiar mordu z 22 lipca. W kwietniu 1945 roku na zamku miało się znajdować około 8000 osób, co znacznie przekraczało najwyższe stany liczbowe z lat wojny.

Koleżanka, rodowita Lublinianka, mówiła mi, że - o ile dobrze pamiętam - po przekazaniu obiektu na cele kulturalne trzeba było usunąć półtora metrową(?) warstwę zaschniętej krwi. Nie wiem ile w tym prawdy...

Neogotycki zamek wygląda obecnie tak:

Neogotycki zamek w Lublinie
Poprzednią wersję  (przed przebudową w duchu neogotyckim)można zobaczyć w muzeum (mieszczącym się na zamku):


W widocznej w tle kaplicy zamkowej, istniejącej do dziś, Wladysław Jagiełło ufundował freski w stylu rusko-bizantyńskim.

Ten łysy, klęczący to Władysław Jagiełło

Lubelskie stare miasto jest unikalne. W latach osiemdziesiątych nie poszłabym nigdy tam po zmroku, a i przed zmrokiem bardzo niechętnie, a obecnie - odpicowane - tętni życiem jako atrakcja turystyczna:


W Lublinie nigdy nie chodziłam do Dominikanów, może dlatego, że ich kościół i klasztor mieszczą się na Starym Mieście cieszącym się wówczas bardzo złą sławą. Najczęściej wpadałam do Kapucynów przy Krakowskim Przedmieściu w drodzę na KUL lub spowrotem, a na mszę niedzielną do kaplicy KUL-owskiej albo do Jezuitów

Kościół Dominikanów w Lublinie
Kościół Kapucynów przy Krakowskim Przedmieściu

Swoją drogą do niedawna nie miałam pojęcia, że na KULu (w latach 1936-39) studiował prawo Adam Humer, a jego siostra, Wanda Umer, filologię klasyczną... Humer ewidentnie zachował katolicką młodość we wdzięcznym serduszku, (podobnie jak reszta tej zasłużonej rodziny):
"Adam Humer osobiście torturował również więźniów-księży, w tym ordynariusza kieleckiego, biskupa Czesława Kaczmarka, któremu podczas pokazowego procesu komuniści zarzucili szpiegostwo."
Lublin z wieży zamkowej

Toteż, kiedy Magda Umer postanowiła się ochrzcić w latach 80-tych (razem z synkiem) nie poinformowała rodziców, gdyż sądziła, że uznają to za zdradę! 

Jej ojciec, Edward, przed śmiercią widział we śnie koleżankę, ze szkoły podstawowej, która umarła w dzieciństwie.
- Co ty tu robisz? - zapytał - Przecież tak dawno umarłaś...
- No właśnie - odpowiedziała rezolutnie - więc co TY tu robisz? (https://youtu.be/dmLfgiZGLZ4)

poniedziałek, 22 grudnia 2025

"Dziewczyny płaczą, bo skończyło się już lato..."

Oczywiście te wrażliwe, subtelne i eteryczne. Ale są też dziewczyny, które starają się nie płakać nawet kiedy  leżą na podłodze UBeckiej katowni, nagie i kopane przez wielu funkcjonariuszy na raz, nawet bite drutem kolczastym w piersi i krocze, nawet sadzane na nodze stołka, tak aby weszła głęboko w odbyt...

Chłopaki natomiast nie płaczą, chyba raczej krzyczą, kiedy miażdzy się im jądra szufladą... Płacze starszy człowiek próbując opowiedzieć po 40 latach, co który z oskarżonych funkcjonariuszy z nim robił podczas przesłuchań, a wysoki sąd patrzy na na niego surowo i podejrzliwie, bez tej zachwycajacej empatii, z którą zwraca się do emerytowanych UB-ków...

Wolne sądy! Wolne sądy! Wolne sądy!

Niezawisły sąd (bo jeszcze nie zawisł, jak to tłumaczy Stanisław Michalkiewicz) skazuje jednak "parszywą dwunastkę" (copyright by Tadeusz Płużański) tzn Adama Humera i towarzyszy za stosowanie niedozwolonych metod podczas przesłuchań. Humer dostaje w pierwszej instancji 9 lat więzienia, w drugiej wyrok zmiejsza się do 7 i pół. 

Trafia do tzw "pawilonu cudów", gdzie mieścił się jego dawny gabinet. Służba więzienna zwraca sie do niego "panie dyrektorze czego pan jeszcze potrzebuje". Lekarz orzeka zły stan zdrowia. Umiera w "przerwie wykonywania wyroku". Stan zdrowia pozostałych UB-eków także nie najlepszy, a lekarz uczynny, być może też resortowy? Czy którykolwiek odsiedział chociaż rok, chociaż pół? Niektórzy ani dnia.

Edward Umer - pracujący w informacji wojskowej - uniknął kary, choć ta formacja była jeszcze brutalniejsza i bardziej zbrodnicza niż cywilny UB. Nie znamy więc szczegółów jego dokonań na niwie zawodowej, jak w przypadku starszego brata.

Wiemy natomiast od córki, że miał piękny głos i po godzinach siadał do pianina i śpiewał przedwojenne przeboje...

Koncert, koncert, koncert na dwa świerszcze i wiatr w kominie...

Śpiewał np balladę o niewdzięcznym (wobec ojca) Srulu. Dlaczego własnie o Srulu? To musiał być raczej niszowy utwór. Pochodzenie? Tylko w jednym źródle znalazłam wzmiankę, że rodzina Umerów była polsko-żydowska i widziałam jedno zdjęcie Wincentego Umera, które mogłoby ewentualnie to potwierdzać, gdyż wygląd miał raczej "bliskowschodni" w przeciwieństwie do Adama Humera, Magdy Umer i jej braci...

Z drugiej strony dowiadujemy się, że oboje rodzice pochodzili z rodzin małorolnych chłopówi i dlatego wyemigrowali do USA, a tam - jako praktykujący katolicy - ochrzcili najstarszego syna w parafii rzymsko-katolickiej św. Józefa Robotnika  w Camden. Wiadomo też, że Adam Humer - po powrocie rodziny do kraju - przed wojną studiowal 3 lata prawo na KULu, co nie przeszkodziło mu należeć do Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy i Białorusi... Na tejże uczelni studiowała filologię klasyczną jego młodsza siostra Wanda. Edward Umer natomiast - według córki - za młodu był ministrantem... Kamuflaż czy apostazja? 

Wiem, wiem, to bardzo niewrażliwie z mojej strony wyciągać takie informacje po śmierci artystki, która przecież nie ponosi winy za czyny swoich przodków czy krewnych. Owszem, ale korzyści z ich pozycji i dokonań czerpała. Być może na jakimś etapie była nawet zupelnie tego nieświadoma.

W filmie Magda z 1993 r. Andrzej Woyciechowski opowiada, że pierwszy raz zobaczyl Magdę Umer w sali gimnastycznej Liceum Klementa Gottwalda jak pięknie recytowała wiersze i równie pięknie śpiewała stare, ruskie romanse na akademii szkolnej. Wydała mu się bardzo miła, nieśmiała i okrąglutka (na zdjęciu jest szczupła, może chodziło o twarz?). Był to rok 1963, czyli musiała być w pierwszej klasie. Parę lat później, gdy zaczynał z kolegami tworzyć kabaret, przypomniał sobię owa młodszą koleżankę i zaproponował współpracę. Magda postawiła warunek, że będzie występować tylko dla znajomych. Woyciechowski wyjaśnił, że to nie byla jednak nieśmiałość tylko "wewnętrzna delikatność". "None of us performs for strangers" - jak to ujął Mr Darcy mając na myśli siebie i Lizzie Bennet.

Tak więc, droga potencjalna czytelniczko, jeśli jesteś delikatna, miła i okrąglutka, a przy tym pięknie śpiewasz, grasz, recytujesz, malujesz, piszesz czy tańczysz i liczysz na to, że w związku z tym ktoś Ci zaproponuje pracę i jeszcze będziesz mogła stawiać warunki, to raczej się przeliczysz...

Mogę sobie jednak wyobrazić jak młoda Magda rzeczywiście wierzyła, że tą czy ową propozycję pracy/współpracy zawdzięcza wyłącznie swojemu talentowi, urodzie i urokowi osobistemu. "Tak się ułożyło", że zabawa w kabaret stała się codzienną pracą... Samo się ułożyło czy może  drogę do sukcesu wygrzmocił jej stryjaszek nahajką z metalową kulką tłukąc wstrętne, zupelnie nie delikatne dziewuszyska w miejsca intymne, a pomógł i tatuś w informacji wojskowej...

Uwielbiam tę delikatność i empatyczność UB-ckich/komuszych pomiotów. Tatusiowie wybijali zęby i wyrywali paznokcie najlepszym z nas, a ich dzieci i wnuki są tak wrażliwe, ze zawsze mowią "w Ukrainie", bo "na Ukrainie" nie przeszlo by im przez subtelne gardziołka. Zawsze używają odpowiednich zaimków i nigdy, przenigdy nikogo nie "misgenderują". Mniejszości seksualnych bronili by własną, wątłą piersią do ostatniej kropli krwi. Tak samo wolności religijnej, jeśli chodzi o chanukę w sejmie oczywiście... 

Co innego katole i faszyści. Ci są prymitywni i z grubsza ciosani. Ciągle przynudzają, że ktoś im kogoś zamordował podczas przesłuchania, a potem zakopal w dole z wapnem i postawił tam toaletę dla niepoznaki. Kogo to dzisiaj obchodzi? Takie były czasy! Albo ciągle o sadzaniu na nodze od krzesła. Sami to wymyślili w swoich perwersyjnych możdżkach, żeby zniesławić zasłużonych towarzyszy. A że jakieś stare próchno płacze zeznając w sądzie na wspomnienie  rzekomych tortur, których doświadczyło podczas przesłuchania... To bylo 40 lat temu, więc się nie liczy. Poza tym widok jest nieestetyczny dla wrażliwych oczu i subtelnych gustów, a to co mówi jeszcze bardziej... Że nagi, że skuty i bity do nieprzytomności, a potem wrzucony do odchodów karceru... Widocznie zasłużył, więc to nie jest żadne okrucieństwo. Okrucieństwo to jest, kiedy ktoś spojrzy krzywo na geja, albo ciemnoskórego, bo przecież nie murzyna. Tak mówić niedobra jest!

Czarzasty z łańcuchem na szyi w sejmie, bo prezydent zawetował idotyczną ustawę nakazującym ludziom zapewnić lepsze warunki mieszkaniowe psom, niż sami mają. Ewidentne pole do nadużyć i trzepania kasy przez szemrane organizacje żerujące na ludzkiej naiwności. Ale nie, on ma wrażliwe serduszko podobnie jak wszyscy towarzysze z PZPR zawsze mieli.

Mieli też subtelne gusta artystyczne, dzięki czemu zapewnili nam tę zachwycającą "elitę kulturalną", którą w dużej części sami spłodzili, a z jej pozostałą częscią spali. A że ci roszczeniowi nieudacznicy zazdroszczą? Niech sobie zazdroszczą. Wylewają hejt? Młodsi towarzysze wprowadzą cenzurę w internecie i się skończy! Będą siedzieć za wpisy w internecie jak ich nieestetyczni (zwłaszcza po przesłuchaniu) poprzednicy, którym nie podobała sie władza ludowa! Know how jak ich traktować dawno wypracowane. Izraelskie służby do dziś dnia wyrywają paznokcie, a francuskie podobno piorą w pralce (jak twierdzi red. Parafianowicz)...

P.S.

Informacje zawarte w tym tekście czerpię głównie z filmu Magda https://youtu.be/dmLfgiZGLZ4, Humer i inni https://youtu.be/eMXh4JJP8KI, Bestie - Edward Umer https://youtu.be/QR8uN8_o68c, artykułu Adam Humer - stalinowski zbrodniarz skazany w III RP https://wiadomosci.wp.pl/adam-humer-stalinowski-zbrodniarz-skazany-w-iii-rp-6126020387444353a oraz artykułu Wojciecha Hanusa Rodzina Umerów i jej działalność w powiecie tomaszowskim w latach 1936–1946.




środa, 25 września 2024

Chcę malować!!!

Na studiach szybko sobie zdałam sprawę, że historia sztuki - jakkolwiek jest to fascynująca dziedzina i leżąca, jak najbardziej, w obszarze moich zainteresowań - nie jest wyborem optymalnym. KUL był fajnym miejscem, ale Lublina zdecydowanie nie lubiłam. Moja samodzielność przyniosła mi wiecej stresu niż swobody, ale ogólnie był to dobry czas.

Oczywiście nie przestałam rysować, ani malować, jak zwykle głównie portrety i studia postaci. Coś tam robiłam z wyobraźni, ale nie uznałam tego za godne zachowania. 

Wczesny (chyba 1 rok studiów) autoportret piórkiem. zaskakująco dobry...

Portret Eli, mojej przyjaciółki, węglem. "Zachowaj go sobie, żebyś pamiętała jaka byłaś kiedyś dobra" - poradziła mi kuzynka po latach

Znacznie gorszy autoportret węglem z tego samego czasu, tzn 3 roku najprawdopodobniej

Studium postaci Anki, koleżanki, z którą dzieliłam pokój na pierwszym roku, malowane temperami na kartonie 100 x 70. Anka wyraźnie lewituje!

Gdzieś na początku studiów zaczyna się moja przygoda z farbami olejnymi. Pierwsze, NRD-owskie, kupiłam sobie sama, a potem dostałam od wujka Olgierda van goghi Talensa (przydzielone mu na plenerze, nie wykorzystane więc zbyteczne, bo normalnie używal droższych, rembrandtów). Mam bardzo słabe pojęcie o przygotowaniu podobrazia, więc maluje na czym popadło, gruntuje farbą emulsyjną albo nawet nie...

Szkic olejny na tekturze (od pudła), raczej nie gruntowanej. Autoportret oczywiście...

Olejne studium postaci na sklejce robione w domu. Pozuje mi siostra

Szybki szkic olejny na sklejce - siostra czytająca książkę


Po powrocie do Wrocławia, a zwłaszcza w pierwszej pracy uświadamiam sobie, że ja - tak naprawdę - to chce malować, a nie katalogować zbiory graficzne w Ossolineum, zwłaszcza że pieniądze, jakie mi płacą nie pozwalają nawet marzyć o usamodzielnieniu się. Zwolnienie się stamtąd było przypuszczalnie najgłupszą decyzją, jaką podjęłam w życiu, ale wtedy tego nie wiedziałam. Myślałam, że jestem na najlepszej drodze do realizacji swoich marzeń...

W pewnym momencie wzięłam wszystkie swoje obrazki i pojechałam do kuzynki Irki, absolwentki grafiki użytkowej i nauczycielki - bardzo cenionej - w liceum plastycznym w Zielonej Górze. Kiedyś mnie zapraszała i zachęcała do pokazania, co robię, więc wzięłam ją za słowo. Chciałam opinii kogoś w miarę życzliwego, a jednocześnie kompetentnego. Jest coś w tym, czy to tylko strata czasu i ambarasu? 

Moja mama też miała tą wątpliwość, więc zapytała swego brata pokazując mu moje dwie kopie olejne - Czerwonych Winnic van Gogha i jakiegoś jeziora z żaglówkami Vlamincka (wisiały w moim pokoju). Najwyraźniej orzekł, że to nic nie warte i dla mamy temat był zamknięty, dla mnie nie, gdyż opinia wujka Olgierda była  - jak wiele innych, przez niego wygłoszonych w podobnych okolicznościach - klasycznym "odkopywaniem drabiny". Sam sie po niej wspiął, ale nie chciał, żeby ktokolwiek powtórzył ten wyczyn. Natomiast jego córka, Irka, była nie tylko profesjonalną artystką, lecz przede wszystkim pedagogiem pomagajacym się rozwijać ludziom z talentem plastycznym, od bardzo skromnego do wybitnego...

Obejrzawszy moje prace odetchnęła z ulgą, gdyż obawiała się, że będą "bardzo ohydne" tymczasem okazały się świeże i jakieś tam jeszcze. "Są w nich twoje dziewczęce marzenia" stwierdziła, co bylo o tyle zabawne, że miałam wtedy jakieś 28 lub 29 lat!

Uznała, że mam dobrą rękę do lekkich technik jak piórko i akwarela, dostrzegła we mnie talent portrecistki, ale miała sporo zastrzeżeń do ubóstwa kolorystyki w pracach olejnych. Wytknęła mi też liczne błędy anatomiczne w rysunkach z wyobraźni...


"Ten mężczyzna nie zajmował sie niczym pożytecznym tylko samymi głupotami" - akwarela i piórko na jakimś lepszym papierze. Cytat i inspiracja z Rabidranatha Tagore. ("Ty masz zawsze drugi plan lepszy niż pierwszy")

Jeźdźcy łosi - akwarela

Zwierzę morza - akwarela


Czerwone niedżwiedzie polarne - też chyba akwarela



Wzlot - akwarela? tempera?

Żywioły - akwarela

Irka namówiła mnie do malowania na jedwabiu

Coś okropnego malowanego temperą na czarnym papierze

To najprawdopodobniej jedna zachowana scena jakiegoś dłuższego cyklu, jednego z tych, które robiłam całe życie. Nigdy nie uważałam, że nadają się do pokazywania w całości. Ten jest malowany tuszem - piórkiem i pędzlem.

Tu i poniżej też sceny z jakiegoś cyklu o dziewczynce na książęcym dworze. Piórko i akwarela. Irka dopatrzyła się w nich przejawów talentu do technik lekkich. Z żalem muszę stwierdzić, że obie prace są raczej słabe, choć widać, że w miarę sprawnie posługuję się piórkiem (bez uprzedniego szkicu ołówkiem).


Strona tytułowa do opowieści o Skaldzie Grimoaldzie. Rysunek jakąś podejrzaną kredką wypełnioną akwarelą na dobrym papierze. Tło miało imitować witraż.

Grimoald - rysunek ołówkiem. Nie wiem skad się pojawił, prześladował mnie całe dorosłe życie - on i jego historia, o czym jeszcze będzie przy okazji grafiki komputerowej

Autoportret temperą, znaczy plakatówkami, na kartonie. Jestem swieżo po studiach

Kobieta w futrze - autoportret. Olej na kartonie. Jedyny mój obraz, który podobał się mamie

Autoportret z dzieckiem wewnętrznym. Pastel. Irka nauczyła mnie zabezpieczać pastele (i  rysunki węglem) folią samoprzylepną, dzięki czemu zyskują kolor bardziej nasycony niż oleje!

Irka pokazała mi jak naciągać i gruntować płótno, malować szpachlą itp. Namalowałam u niej dwa obrazy, z których jeden zjechała, głównie za ubóstwo kolorystyczne, a drugi pochwaliła.

Bez tytułu - olej na płótnie, bardzo sposponowany przez Irkę. "Jak on może tak z innego wymiaru po prostu podać jej rekę? Jak ty to sobie wyobrażasz?"

Widok z balkonu jej mieszkania w Zielonej Górze. Olej na płótnie. "Dopiero tu widzę w tobie kolorystkę". Niestety zniszczyłam go eksperymentem ze starym olejem lnianym zamiast werniksu końcowego.

wtorek, 24 września 2024

Czas decyzji

 Z liceum zachowałam wyłącznie szkice z natury, rysowane węglem, pastelami suchymi i woskowymi.

Zaczynając od węgla, pierwsze dwa rysunki to bardzo szybkie szkice kuzynek, kiedy były dziećmi, na szarym papierze. Ponieważ nie umiałam utrwalać węgla, ani pasteli, wszystkie są w dość fatalnym stanie, aż dziw, że coś jeszcze widać!



Następne to szybkie szkice mojej siostry - twarzy i postaci - też na szarym papierze



A dalej dwa jej portrety na porządnym kartonie, znacznie bardziej udane




Dalej dwa moje autoportrety z profilu rysowane przy użyciu dwóch lusterek ze skutkiem takim sobie i jeden en face nieco lepszy




Nie mogło zabraknąć Polijki! Na szarym, już mocno sfatygowanym papierze pyszczek i całość. 



Dwa moje autoportrety rysowane pastelami

Ten jest zdecydowanie najlepszy. Moja kuzynka-profesjonalistka stwierdziła na jego podstawie, że mam niewątpliwy talent portrecistki. "Te oczy patrzą tak inteligentnie..."


Portret siostry...


... i studium postaci tyłem. Najpiękniejsze włosy w tej części Europy!


A na koniec pastele woskowe moja siostra z profilu i ja.



Ten ostatni, rysowany podczas jakiejś solidnej infekcji pokazuje jak bardzo starałam się oddać rzeczywistość, nie bojąc się że stracę na urodzie ukazując swój czerwony nos i włosy w strąkach.

Ktoś powie, że to nic nadzwyczajnego. Pełna zgoda, ale proszę pamiętać, że to dzieła samouka, osoby w wieku gdzieś między 15 a 18 rokiem życia. Przyznam, że nie było wśród moich znajomych nikogo innego, ktoby coś porównywalnego umiał wyprodukować, aż do momentu kiedy przeniosłam się do III LO w połowie trzeciej klasy. Była to szkoła o profilu matematycznym i matematyczno-fizycznym, (jedna w dwóch najlepszych we Wrocławiu) co nie znaczy, że nie było w niej osób uzdolnionych humanistycznie i artystycznie.

Poznałam tam dwie koleżanki jedną bardzo zdolną, a drugą bardzo piękną, moją imienniczkę zresztą, które podzielały moje artystyczne zainteresowania. Zaczęłam z nimi chodzić do MDKu na kółko plastyczne. Ku mojemu zdziwieniu było tam pelno uczniów liceum plastycznego. Sam ich "artystyczny" wygląd już mnie onieśmielał, a co dopiero próbować swoich wśród tak imponujacej "cyganerii"!!! No cóż zazwyczaj okazywalo się, że to moja praca, ewentualnie koleżanki zdolnej, jest najlepsza na sali i uczniowie plastyka stoją mi za plecami i obserwują z ponurym wyrazem twarzy jak maluję/rysuję.

Najpiękniejsze było pytanie pani prowadzącej odkąd rysuje. "Odkad pamiętam" wyznałam szczerze. "Tak dobrze, odkad rysujesz tak dobrze?" uściśliła. Tu zdębiałam. Nie wiedziałam, że rysuje dobrze, a zwłaszcza  TAK dobrze... Pamiętam jak ta sama kobieta porównała kolorystykę mojej pracy do dzieł Velasqueza, bo złamane róże i perłowe szarości, a wszystko to uzyskiwane poczciwymi plakatówkami na kartonie! Poza tym moje postacie zawsze miały twarz zasugerowaną kilkoma plamami cienia, a uczniowie plastyka - jak jeden mąż - rysowali w tym miejscu żóltą płaską plamę. 

Koleżanki wybierały się na ASP (raczej PWSP jak to się wtedy nazywało) to znaczy koleżanka piękna, bo zdolna, obdarzona także niebagatelnym talentem literackim, brała pod uwagę więcej opcji. Pani prowadząca była zdziwiona, że ja nie. Wzruszyłam ramionami "nie wydaje mi się, żebym miała coś do powiedzenia w sztuce" powiedziałam. Brzmi to wybitnie głupio dzisiaj, ale wtedy miałam zapewne na myśli, że sa ciekawsze studia niż malowanie garków i dzbanków czy też modelek na tle niechlujnych draperii...

Moja piękna imienniczka wybierała sie na dni otwarte na PWSP i poprosila mnie, abym jej towarzyszyła w charakterze pomocy technicznej. Pomogłam jej więc rozłożyć prace w holu szkoły i natychmiast, jak z pod ziemi, zmaterializowal się asystent i zaczął doradzać koleżance, że powinna wiecej malować z natury. Zalożę się o każde pieniądze, że gdyby nie jej uroda, nie poświęcił by jej 3 minut swego cennego czasu. Byłam zaskoczona jak słabe są jej prace i także tym, że można coś takiego przynieść i zostać potraktowanym poważnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że właśnie ludzie którzy dopiero wczoraj odkryli, że chcą "tworzyć", w żaden sposób nie uksztaltowani, to najbardziej pożądany materiał na przyszłych "artystów". Muszą tylko zapisać sie na płatny kurs przygotowawczy prowadzony przez kogoś z komisji i nauczyć obowiązującej maniery i będzie dobrze... Nie wiedząc tego, wyobrażałam sobie, że mialabym szansę, gdybym sie zdecydowała startować...

Byłam jednak zbyt  rozbudzona intelektualnie, zainteresowana starożytnymi cywilizacjami, a ponadto pragnęlam za wszelką cenę wyrwać sie z domu, znaczy wyjechać na studia do innego miasta. Myślałam o archeologii śródziemnomorskiej na UJ, ale na jakimś wyjeździe zgadałam sie z chlopakiem, który dał mi informator KULu. Nie było tam wprawdzie archeologii, ale była historia sztuki. Na UWr też, ale ja chciałam studiować uniwersytecie wolnym od komuny, jak mi sie wtedy zdawało...

Ku zaskoczeniu wszystkich, 6 osób z naszej klasy nie zdało matmy na maturze, w tym moje artystyczne koleżanki, które były naprawdę dobrymi uczennicami. Straciły rok, potem moja imienniczka dostała się za którymś razem na ceramikę, a koleżanka zdolna bardzo skomplikowała sobie życie przez romans z żonatym facetem i - o ile wiem - nigdy nie dostała na architekturę wnętrz (chciala być scenografem teatralnym), choć próbowała...