czwartek, 24 października 2019

Do sędziego Pirogowicza i jego kolegów

Sędzia Pirogowicz uśmial się odczytując wyrok unieważniający decyzję komisji reprywatyzacyjnej w sprawie nieruchomości przy Nabielaka 9 w Warszawie. To dom, gdzie mieszkała Jolanta Brzeska - wywieziona do lasu, zabita i spalona przez czyścicieli kamienic.

Jej córka wyszla z sali nie mogą zdzierżyć tej cynicznej demonstracji siły i arogancji, co tak rozbawiło wyżej wspomnianego sędziego. Jemu i jego kolegom dedykuje znany wiersz Miłosza:

Który skrzywdzileś czlowieka prostego
śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
gromadę blaznów wokół siebie mając
na pomieszanie dobrego i zlego
(...)
Lepszy dla ciebie bylby świt zimowy
i sznur i gałąz pod ciężarem zgięta.

O "Lwie Pirenejów" Gastonie Febusie, z Noblem dla Tokarczuk w tle

Dopiero byl początek września, a już koniec października!!!

Wiele się wydarzylo w tzw międzyczasie, ale jakoś dziwnie nie mam ochoty tego komentować.

Szczególnie nie chce mi się pisać o:
  • wyniku wyborów parlamentarnych w Polsce
  • synodzie amazońskim (Germanzonian Synod)
  • Pachamamie i jej kąpieli w falach Tybru
  • wyroku sądu w sprawie nieruchomości na Nabielaka 9 w Warszawie i sposobie jego odczytania
  • młodzieży szkolnej i jej poglądach
  • ataku Konfederacji i jej zwolenników na Ziemkiewicza
  • perfidnych Żydowinach (przeczytałam Krew na naszych rękach Lisickiego i szlak mnie trafił)
  • Noblu dla Tokarczuk
Zatrudniłam się w tzw szkole młodzieżowej w nadziei na wzrost poczucia bezpieczeństwa, pokoju wewnętrznego i jakiś dochód.  Po tygodniu pracy zyskałam zapalenie zatok i gardła oraz nasilenie się stanów lękowych. Leżę w lóżku i nie mogę się na niczym poważnym skupić. 

Odnalazłam na YouTube film o hrabim Gastonie Febusie, którego nie mogłam obejrzeć w latach 80-tych. Widzialam tylko fragment, który dość mnie zainteresował, ale nie pamietając tytułu, ani żadnych szczegółów nie mogłam go do wczoraj namierzyć. Nieuniknione rozczarowanie! Postać niezwykła, historia niezwykła i jak na wiek XIV dobrze opisana w żródlach, a tu taki knot!!! Scenariusz na podstawie jakiegoś kretyńskiego romansidła napisany - zdaje się - przez jego autorów Myriam i Gastona de Béarn.

Dlaczego oni to robią? Mam na myśli autorów tzw powiesci historycznych, którzy ignorując źródła przypisują realnie istniejącym ludziom zachowania własnego pomyslu wbrew istniejącemu stanowi wiedzy.

Jeżeli Olga Tokarczuk oczernia biskupa Sołtyka usiłując wybielić talmudystów oskarżonych w debacie z frankistami o mordy rytualne na chrześcijańskich dzieciach płci męskiej, to jej motywacja jest jasna - przekłady, stypendia i nagrody na zachodzie, ale Gaston Febus?!! 

Po jaką cholerę przypisywać mu jakąś Myriam jako ukochaną żonę młodości, skoro nikt taki nie istniał, ani nie mógl istnieć. Po jaki grzyb oskarżać Agnieszkę z Navarry o otrucie konkurentki podyktowane zazdrością, skoro nie istniała ani taka osoba, ani takie uczucie. Istnieje natomiast podejrzenie, że jako nastolatka miała romans ze sławnym poetą i muzykiem Guillaume de Machaut (opisany w jego dziele), co moglo mieć wplyw na losy jej nieudanego malżeństwa. Milosiernie nie wspomnę o sztucznym niedźwiedziu i jego wkladzie w rozwój akcji serialu, ani kolejnej czysto fikcyjnej towarzyszce życia hrabiego Gastona. Sam pomysł, że ktoś poślubia tak wysoko postawioną kobietę, żeby się na niej mścić i ją upakarzać jest czystym idiotyzmem. Małźeństwa arystokracji były aranżowane przez rody, przy czym starannie negocjowano warunki finansowe. Nie wywiązanie się z powziętych zobowiązań przez ród kobiety moglo mieć - a często miało - zły wpływ na pożycie malżeńskie młodej pary.

Historia jest znacznie ciekawsza niż wypociny tzw twórców. Z ich wiekopomnych dziel poznajemy wyłącznie wyobrażenia i obsesje autorów przypisane dawno zmarlym, którzy nie moga się bronić. Już interpretowanie historii jest ryzykowne, a co dopiero radosne wycinanie realnych interesujących postaci i wstawianu kretyńskich, infantylnych i anachronicznych wątków własnego pomysłu.



niedziela, 15 września 2019

Jesień już!

Wrzesień  to dla mnie trudny czas, choć dni najpiękniejsze w całym roku. Niepewność sytuacji ekonomicznej przysłania mi oszałamiające piękno przyrody.

W zeszłym roku o tej porze wybrałam się do wrocławskiej galerii Platon. Ta placówka kulturalna zamieszczała onegdaj na portalu pracujwkulturze oferty pracy dla absolwentów historii sztuki średnio co 3 miesiące. Za każdym razem wysyłałam CV. Choć spełniałam dokładnie wszystkie wymagania, nigdy nie dostałam odpowiedzi, a nowe ogłoszenie pojawiało się wkrótce na wyżej wymienionym portalu. Zaintrygowana postanowiłam sprawdzić osobiście o co w tym wszystkim chodzi.

Kobieta w średnim wieku zerwała się na mój widok biorąc mnie za potencjalną klientkę, kiedy wyjaśniłam o co mi chodzi, po jej nadskakującej uprzejmości nie zostało ani śladu. Zmierzyła mnie teatralnie od stóp do głów, a nawet wyrzuciła dźwięk znany mi wyłącznie z literatury - coś w rodzaju pogardliwego "phi!" Następnie w tym samym tonie skwitowała rzecz całą "widocznie nie jesteśmy zainteresowani".

Od tego czasu żadne ogłoszenie galerii Platon na portalu pracujwkulturze nie pojawiło się!

Tego rodzaju zdarzenia uświadamiają mi, ze żyjemy na świecie, gdzie prawie nic nie jest tym za co usiłuje uchodzić. "Galeria sztuki" to przypuszczalnie synonim pralni brudnych pieniędzy, a ogłoszenia o poszukiwaniu kompetentnego pracownika skierowane są do zupełnie kogoś innego niż sugeruje ich treść.

czwartek, 8 sierpnia 2019

Na Świętego Dominika kilka refleksji o Syrofenicjance i psach

Nigdy w życiu nie słyszałam sensownego kazania o Syrofenicjance, kobiecie obcego plemienia proszącej o pomoc dla córki, na co Jezus odpowiedział "niedobrze jest odebrać chleb dzieciom i dać psom". Jest to jeden z fragmentów ewangelii szczególnie mi bliski i jedna z postaci, z którą bez trudu się utożsamiam. Nie dlatego, że moja wiara jest tak wielka jak owej niewiasty, która z miłości do dziecka przełyka obelgę bez mrugnięcia powieką i ma przy tym tyle przytomności umysłu, żeby inteligentnie ripostować. Po prostu, podobnie jak ona, zazwyczaj jestem postrzegana jako "nie swoja", co oznacza koniec rozmowy.



Słowa Jezusa są niezwykle brutalne i dla mnie przerażające, gdyż brzmią jak typowo żydowskie przekonanie, że goje są po prostu zwierzętami o ludzkich twarzach. Rozumiem jak trudno interpretować coś takiego i jak się trzeba nagimnastykować, żeby zatrzeć owo przykre wrażenie. Jednak to co usłyszałam niedawno u dominikanów dosyć mnie zirytowało. Zdaje się, że "trynd" w zakonie jest taki, że należy przy każdej okazji podkreślać wyższość niewierzących nad katolikami i przy okazji kwestionować sensowność praktyk religijnych i sakramentów.  W tym duchu wygłoszone zostało i wspomniane kazanie.


Drodzy dominikanie, w święto, waszego ojca założyciela chcę wam powiedzieć, że to co wielu z was głosi otwarcie, albo daje do zrozumienia w sposób bardziej subtelny, jest po prostu nieprawdą dająca się łatwo obalić.

Pierwsza z brzegu statystyka, która przychodzi mi do głowy to badanie Eurostatu na temat przemocy wobec kobiet w Europie. We wszystkich krajach katolickich, ze szczególnym uwzględnieniem Polski, ilość podpadających pod ta kategorię incydentów w przeliczeniu na liczbę ludności jest znacząco mniejsza niż w krajach postprotestanckich, a najgorzej wygląda sytuacja w tych przodujących w postępie obyczajowym jak kraje skandynawskie.

Przed wojną kraje katolickie nie dały się uwieść eugenice, entuzjastycznie wprowadzanej w państwach protestanckich. Szczególnie wyraźnie to widać na przykładzie Szwajcarii, gdzie kantony katolickie oparły się tej idei, a protestanckie uznały za dobrą.

Choćby na podstawie tych przykładów z pamięci (nie chce mi się szukać) można zauważyć, że samo wychowanie katolickie, ukształtowane pod jego wpływem sumienie (o sakramentach nie wspominając) sprawia, że całe społeczeństwa zachowują się w sposób zdecydowanie bardziej cywilizowany.

Nie jest więc bez znaczenia czy nasiąkamy wpływem nauki Kościoła (nawet biernie i bez szczególnego entuzjazmu) czy nie. Jeśli natomiast twierdzicie, że sakramenty nie mają wpływu na rozwój duchowy człowieka, to po jaką cholerę poświęciliście życie ich sprawowaniu? A może wasza motywacja przyjścia do zakonu nie miała nic wspólnego z wiarą tylko tzw "orientacją seksualną"?

Co można sądzić o zakonniku, który przekonuje ludzi licznie obecnych na mszy w dzień powszedni, że ich modlitwa ("paciorki") i udział w eucharystii nie ma żadnego znaczenia - albo wręcz szkodzi -skoro niepraktykujący i ateiści tak niebotycznie górują nad nimi moralnie i przewyższają ich w miłości? Przykład Syrofenicjanki niczego takiego nie uzasadnia. To raczej my wszyscy - ludy pogańskie, które przyjęły chrześcijaństwo - jesteśmy owymi psami, bydlętami o ludzkich twarzach, które uznały mesjasza odrzuconego i znienawidzonego przez własny naród. To na owych okruszkach, których nie broni się nawet szczeniętom wyrosła cywilizacja chrześcijańska, obiekt ataków odwiecznego wroga.

W obliczu niewiarygodnego wprost nasilenia tych ataków o. Góżyński nie skorzystał z okazji, żeby siedzieć cicho, tylko przyłączył się do nagonki na arcybiskupa Jędraszewskiego, który nazwał rzecz po imieniu. Ataki na księży, napady na kościoły, profanacje mszy świętej i wizerunku Maryi natomiast pozostawiły go dziwnie obojętnym. O czym to świadczy? Z kim identyfikuje się owa medialna gwiazda dominikańska? Dlaczego pozwalacie, żeby ktoś taki był twarzą zakonu w Polsce?

Komu potrzebny niewierzący kapłan albo zakonnik w służbie możnych tego świata?

W święto Marii Magdaleny usłyszałam kazanie o tym, że patriarchalny Kościół prześladował kobiety i że może w końcu się to zmieni. Czymś takim bombardują nas nieustannie dowolne lewicowo-liberalne media, albo ich wyznawcy w towarzystwie. Po kapłanie zakonnym oczekiwałabym czegoś innego np przekazywania owoców kontemplacji. Dlaczego tych owoców nie ma? Sami sobie odpowiedzcie.

Wyobrażam sobie jak taki oświecony aktywista dominikański musi się czuć np na bł. Czesława otoczony tłumem zabobonnych katoli, zakłopotany i zdegustowany czaszką w relikwiarzu ustawioną na ołtarzu i koniecznością odprawiania zupełnie zbytecznych guseł. Może dlatego na mszy o 12.00 nikt się nie ruszył, żeby pomóc rozdawać komunię, a Kościół był pełen ludzi, w tym pielgrzymek jak co roku zresztą. Drodzy Ojcowie wasz dystans - mówiąc bardzo oględnie - do wiernych, ich wiary i pobożności bardzo wyraźnie widać!

Tymczasem papież Franciszek wziął się energicznie (rękami b-pa Paglii znanego z homoerotycznego muralu) za destrukcję Akademii Życia i Rodziny założonej przez Jana Pawła II. Wśród zwolnionych profesorów o. Jarosław Kupczak OP! Smutne, ale prawdziwe. Ja natomiast już od dawna nie mam ochoty wybrać się do kościoła na św.Dominika.

sobota, 13 lipca 2019

Przy okazji ekskomuniki ks. Misiaka

Sprawa ekskomuniki ks. Michała Misiaka - duszpasterza z Łodzi, który przyciągał tłumy - początkowo nie specjalnie mnie poruszyła. Może dlatego, że go nie znam, albo dlatego, że jestem złym człowiekiem albo wreszcie dlatego, że czegoś podobnego spodziewam się po większości "gwiazd duszpasterskich".

Nie będę rozwijać kwestii jego chrztu w Jordanie, bo nie znam szczegółów. Jestem tylko pełna wątpliwości ile warta była owa - chwalona przez O. Remigiusza Recława SJ  - "genialna ewangelizacja" w wydaniu młodego kapłana, skoro on sam nie do końca wiedział w co właściwie wierzy.

Podobno zamieścił kilka wyjaśniających filmów na facebooku. Znam je tylko z omówień na deonie albo temu podobnej stronie. Dowiadujemy się z nich, że młody ksiądz czuł się jednocześnie powołany do kapłaństwa i małżeństwa. Zwracał się bezskutecznie w tej sprawie do biskupa, a od pewnego czasu wysyłał listy (z prośbą o udzielenie mu pozwolenia na małżeństwo) do papieża, bez odpowiedzi niestety.

Gdyby taka zgoda została mu udzielona, młody człowiek byłby w nie lada kłopocie, gdyż jak rozumiem zakochiwał się raczej często. Którą ze "swoich miłości" by wybrał? A jak poradziłby sobie z rozczarowaniem pozostałych? A co gdyby poślubiwszy jedną z nich, znowu zakochał się w kimś innym? Co wtedy? Kolejna prośba do papieża, tym razem o rozwód?

Najciekawsze jednak dla mnie było stwierdzenie, że nie czuje się kochany, nie czuje się synem tylko komandosem do zadań specjalnych. Rzecz o tyle interesująca dla mnie, że sama również swoje życie opisuje za pomocą podobnie "militarnej" metafory. Otóż czuję się trochę jak żołnierz zesłany ja jakąś zapomnianą przez Boga i ludzi placówkę, gdzie mam trwać na posterunku do odwołania. Nie wiem co się dzieje na froncie, nigdy nie miałam okazji wypróbować swoich sił w walce. Powierzono mi zadanie, które wygląda na zupełnie bezsensowne, którego zupełnie nie rozumiem, a nawet miewam wątpliwości czy ono istnieje. Jedyne, co wiem na pewno, to fakt, że sama się na tę placówkę ani nie prosiłam, ani nie zesłałam. Próbowałam się  z niej urwać. Podjęłam mnóstwo złych i głupich decyzji, zmarnowałam dużo czasu i energii na próby zmiany sytuacji wyjściowej. Jednak dowódca ewidentnie miał inne zdanie. Jego powód, żeby mnie tu umieścić nie jest mi znany i nie musi. Ja mam trwać na posterunku i nie kwestionować rozkazów.  Nie mam wystarczających danych, żeby ocenić ich sensowność.

Myślę, że świadomość bycia komandosem do zadań specjalnych jest o wiele bardziej ekscytująca. Zainteresowanie kobiet jest jedną z atrakcji takiej funkcji. Celibat owo zainteresowanie jeszcze wzmaga i pozwala gronu wielbicielek tolerować się nawzajem, gdyż żadna nie zdobędzie obiektu swoich westchnień na własność. Posiadanie żony skutecznie rozwaliło by tę sielankę w try miga. Jej zazdrość wyleczyłaby nieszczęsnego komandosa z zachwytu nad małżeństwem.

Zresztą, może wystarczyło poczekać. Wszak Synod na temat Amazonii ma właśnie na celu zniesienie celibatu. Parę lat i zgoda papieża nie będzie potrzebna. A potem jeszcze parę lat i może nawet rozwód będzie dostępny dla kleru?

Po tych drobnych złośliwościach pod adresem księdza sławionego w pieśniach zamieszczonych na YouTube ("Jesteś dla mnie znakiem nieba") muszę jednak odnotować z sympatią, że istnieją duchowni o normalnych popędach. Ludzie nie rezygnujcie tak łatwo!

niedziela, 7 lipca 2019

O polskim "Pakcie" i norweskim "Układzie"

Obejrzałam ostatnio na YouTube pierwszy odcinek serialu HBO p.t. Pakt. Na tyle mnie zainteresował, że poszukałam jakichś informacji na jego temat. Okazuje się, że scenariusz jest przeróbką norweskiej powieści Układ (nie pamiętam autora), na podstawie której powstał serial pod tym samym tytułem emitowany zresztą przez polską telewizję i dostępny na cda.
Obejrzałam więc sobie pierwszy sezon i nawet mnie wciągnął. Niestety na koniec, co było łatwe do przewidzenia, najbardziej sympatyczna postać - ojciec Petera, głównego bohatera - zostaje obrzydliwie potraktowana przez los, przełożonego, syna i wnuka. Dlaczego? Otóż jest on pastorem (polski lektor błędnie nazywa go księdzem) poważnie traktującym swoją posługę, człowiekiem obdarzonym silnym poczuciem sprawiedliwości i wymagającym ojcem. W serialu, gdzie m.in. małe dzieci palone są żywcem, twórcy wskazują nieubłaganym palcem na pastora Thore (?) jako zło wcielone. Jaka była jego wina? Ośmielał się karać starszego syna i krzyczeć na niego. W jednej retrospekcji lekko nim potrząsa i odmawia mu kolacji, nic gorszego nie widzimy. Widz dostaje lekką sugestię, że chłopak wziął na siebie winę młodszego brata, czego ojciec nie mógł wiedzieć.

Aktor grający pastora wygląda jak Lavrans z Krystyny córki Lavransa Sigrid Undset i jest niewątpliwie najprzystojniejszym mężczyzną jakiego w serialu widzimy. Widz rozumie, że człowiek może nie jest szczególnie łatwy w pożyciu, ale reprezentuje zasady i ład moralny - towar deficytowy w dzisiejszym świecie. To jednak przesądziło o jego winie. Ukochany syn wykrzykuje mu w twarz, że ponieważ był niesprawiedliwy wobec jego brata jest diabłem wcielonym, następnie rzuca nim o sprzęty, aż ojciec dostaje wylewu czy innego zawału, po którym jest wrakiem człowieka na wózku, dzielnie znoszącym swój los. Wtedy i wnuk stojąc nad nim z wyżyn swojej - nie wiadomo skąd wziętej - moralnej wyższości wygłasza kolejną, równie mądrą, mowę potępiającą, za to, ze próbował dobrze wychować syna. Nie do końca to się udało, bo ten wplątał się w jakiś szemrany układ - który zakończył się mnóstwem absurdalnych samobójstw i przerażających morderstw - dla kasy i kariery. Nic dziwnego, że ojciec widząc w nim moralną słabość, której skutki kontemplujemy przez cały serial, starał się syna z niej wyleczyć.

Tym jednak ściągnął na siebie wyrok potępienia, syn i wnuk zadowoleni z siebie bohatersko odchodzą zostawiając złamanego człowieka na wózku, Ten patrzy ze łzami w oczach nie rozumiejąc... Ma w sobie godność i tragizm, spotęgowany kontrastem z dwoma małymi gnojami, którzy wiedzą lepiej.  Metafora jest jasna i przerażająca zarazem - ojcobójstwo, a przy okazji odrzucenie Logosu, z wynikiem łatwym do przewidzenia.

O ile dobrze pamiętam podobny zabieg widziałam w kanadyjskiej adaptacji Emilki Lucy Maud Montgomery. Ciotka Emilki - osoba surowa i powściągliwa, ale szczerze kochająca siostrzenicę - zostaje przez scenarzystę utopiona w morzu ku szczerej radości pozostałych domowników. Taki "trynd" - każdy, kto czegoś wymaga, narzuca jakieś ograniczenia, zwraca uwagę lub odwołuje się do zasad jest złym człowiekiem!!!

Nic dziwnego, że prawo skazuje masowego zabójcę na 20 lat w eleganckim pensjonacie, a rodzicom za klapsa odbiera dzieci, by przekazać je homoseksualistom. To najbardziej radykalny bunt przeciw Logosowi jaki można sobie wyobrazić.

Wracając do polskiej przeróbki Układu, z pierwszego odcinka widać, że aby zatuszować zupełną nieprzystawalność intrygi do miejscowych realiów twórcy poszli w przemoc, seks i niecenzuralny język. Główny bohater każdą wypowiedź okrasza jakąś kurwą, kopuluje z funkconariuszką CBŚ, a jego brat popełnia samobójstwo podpalając się na oczach rodziny. W wersji norweskiej nie ma seksu (o związku głównych bohaterów dowiadujemy się z ich relacji) epatowania okrucieństwem, ani wulgarnością języka. To niestety uświadamia nam, jak bardzo jesteśmy kolonią. Zamiast napisać scenariusz na podstawie typowych dla postkomuny afer (jak np Układ zamknięty), związków przestępczości z polityką i służbami, z uwzględnieniem specyfiki "naszych" mediów, kopiuje się wydumane pomysły skandynawskiego pisarza. W charakterze szklanych paciorków dla tubylców dołącza się liczne "kurwy", kopulację i okrucieństwo. Schlebianie najniższym gustom jest niewątpliwie formą kontroli, a najlepsi polscy aktorzy, tak bardzo "miłujący wolność" bez zahamowań biorą udział w kolonizowaniu nas przez zachodnią neobolszewię.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Virtue signalling u dominikanów i jezuitów

W niedzielę na mszy o 20-tej u wrocławskich dominikanów, główny celebrans o. Marcin Dyjak OP wykorzystał ogłoszenia duszpasterskie, żeby poinformować wiernych, że ani on, ani jego współbracia nie organizują, ani też nie popierają akcji właśnie trwającej pod kościołem (św. Wojciecha). Informacja była podana charakterystycznym - tonem pozornie neutralnym, a jednak komunikującym "ludziom światłym" co należy sądzić o tych oszołomach.

Zaciekawiona, sprawdziłam co to za akcja. Zbieranie podpisów przeciw seksualizacji dzieci przez aktywistów LGBT....

Dziś  znalazłam na koncie twitterowym ks. Isakowicza-Zalewskiego taki oto retwit (a propos bojkotu IKEI, która wyrzuca pracowników nie chcących brać udziału w promocji LGBT)


Wink, wink salonie liberalno-lewicowy! Jesteśmy wprawdzie zakonnikami, ale z nauką Kościoła, ani z przywiazanymi do niej abominacyjnymi fundamentalistami nic nas nie łączy!

Dziękuję, nie mam więcej pytań...