sobota, 8 listopada 2014

O zemście i przywracaniu porządku świata

Muszę wyznać, że temat zemsty jest mi bliski i przypomina mi jak bardzo jeszcze jestem poganką.
Rezygnuję z niej z największą trudnością, po ciężkiej walce wewnętrznej. Nie byłabym w ogóle do tego zdolna, gdybym nie przekonała się parę razy w życiu, że zemsta należy do Boga. Na taki układ jestem w stanie pójść - przyjąć, ze Bóg przywróci porządek świata lepiej niż ja sama bym to zrobiła.

W zemście bowiem o to tylko chodzi, o przywrócenie porządku świata naruszonego przez kogoś, kto z własnej inicjatywy, bez żadnego powodu dopuścił się zła wobec kogoś. kto mu nie zawinił. Całe nasze jestestwo wzdraga się przed zaakceptowaniem czegoś takiego. Nawet abstrahując od emocji osoby bezpośrednio takim działaniem dotkniętej, nie chcemy przyjąć do wiadomości, że na świecie można bezkarnie czynić zło, zwłaszcza wobec niewinnych, po prostu nie chcemy takiego świata. Stąd gniew, który jest adekwatną reakcją na niesprawiedliwość. Gniew pobudza do działania, a jego celem jest oddanie sprawcy tego co mu się należy tzn. wymierzenie sprawiedliwości, a przez to przywrócenie porządku świata (nie można bezkarnie czynić zła!).

Jestem - mówiąc oględnie - bardzo podejrzliwa wobec ludzi, którzy zbyt łatwo wybaczają, albo co gorsza twierdzą, że nic się nie stało. Mam podejrzenie, że to po prostu lęk przed zmierzeniem się z tematem albo inercja. Jeśli chodzi o wybaczenie to dotyczy ono sytuacji przyznania się sprawcy do winy, jego skruchy i  szczerej chęci zadośćuczynienia. Co można jednak powiedzieć o ojcu nastolatki molestowanej przez kolegów z gimnazjum i doprowadzonej do samobójstwa, który twierdzi, że wybaczył w sytuacji kiedy te młodociane monstra i ich lojalni rodzice usiłują zrzucić winę na ofiarę?
W oczywisty sposób chce poświęcić dobre imię córki dla świętego spokoju i poprawnych relacji z sąsiadami. Nic na to nie poradzę, ale wydaje mi się to haniebne. Normalny ojciec powywieszałby gnoi za jaja na latarni.

W cywilizacji zachodniej honoru skrzywdzonej dziewczyny tak właśnie broniono - przez osobiste ukaranie krzywdziciela, które to prawo sądy do pewnego momentu respektowały, albo oddanie go katu. Wydaje się to nam oczywiste i naturalne, a jednak istnieją kultury, gdzie w takiej sytuacji zabija się ofiarę - kobietę, jak w islamie (osławione honour killing praktykowane nawet przez muzułmanów mieszkających w Europie). Jest to na pewno znacznie łatwiejsze do wykonania i obarczone znacznie mniejszym ryzykiem niż konfrontacja z agresorem, który na pewno usiłowałby się bronić i na ogół wiedział jak. Jak jednak ci ludzie w swoich sumieniach uzasadniają taki czyn nie mam pomysłu. Jakiego porządku świata bronią? Czy jest to myślenie typu: na świecie nie ma niezawinionego cierpienia, jeśli spotyka cię zło to znaczy, że na nie zasługujesz, a jeśli zasługujesz na tak wielkie zło to lepiej cię wyeliminować zanim ściągniesz je na cały swój ród. A może w ogóle nie myślą w kategoriach winy tylko jak w New Age - niektóre osoby po prostu ściągają nieszczęścia i choroby jak magnes pioruny więc samo ich istnienie jest dla rodu niebezpieczne.

Kiedy usiłuje wyobrazić sobie matkę, która chce śmierci 10-letniej córki, bo ta została zgwałcona przez mułłę, jestem wdzięczna Bogu, że urodziłam się w chrześcijańskim, europejskim kraju. To prawda, że i u nas zdarzają się sytuacje, kiedy winą obarcza się ofiarę, bo krzywdziciel jest zbyt potężny, żeby ludzka sprawiedliwość mogła go sięgnąć, ale rodzina na ogół nie usiłuje jej zabić, tylko udzielić wsparcia.

P.S.
Przeczytałam właśnie na jakimś portalu, że w Indiach pewien ojciec pomścił gwałt na swojej 14-letniej córce. Zwabił gwałciciela  (45-letniego) do domu i torturował go, aż facet się przekręcił (podobno nie chciał go zabić).
Nic na to nie poradzę, ale mam poczucie, że uczynił słusznie.


piątek, 7 listopada 2014

Jeszcze o zdobyczach cywilizacyjnych

Czytałam niedawno gdzieś, pewnie na portalu Frondy o zdarzeniu, które miało miejsce w Iranie lub podobnym kraju muzułmańskim. Mułła zgwałcił (chyba nawet w meczecie) 10-o letnią dziewczynkę. Tłumaczył się, że pozytywnie reagowała na jego zaloty. Dziecko o mało nie umarło z upływu krwi. Uratowała je jakaś fundacja zajmująca się tego typu sprawami. Mułła został skazany na jakąś symboliczną karę, a dziewczynce grozi śmierć z rąk własnej rodziny jak tylko wróci do domu ze szpitala. Własna jej matka miała powiedzieć do niej, że znajdzie pokój jedynie w grobie.

Ta sytuacja pokazuje dość jasno co się dzieje w kulturach, które nie uznają istnienia obiektywnej i możliwej do poznania prawdy. W cywilizacji chrześcijańskiej jest jasne, że zbrodnia popełniona na dziecku ma znacznie większy ciężar gatunkowy ze względu na jego bezbronność i konsekwencje jakie będzie miała dla całego jego życia. Gwałt na dziewicy (a co dopiero na dziecku) był jedną z najcięższych zbrodni i karany był w średniowiecznym prawie niemieckim ścięciem za pomocą zaostrzonej deski. Nikt nie miał trudności z ustaleniem w takiej sytuacji kto ponosi winę i kto powinien zostać ukarany. nikomu nie przyszło do głowy karanie ofiary - logiczna konsekwencja  przyjęcia do wiadomości prawdy i wymogu sprawiedliwości.
Od tego czasu prawo bardzo się zliberalizowało, ale wciąż przyjmujemy za oczywiste, ze karamy sprawcę, a nie ofiarę.
 Jak widać na załączonym przykładzie poza zasięgiem cywilizacji chrześcijańskiej nie jest to wcale oczywiste. Są kultury, gdzie nikogo nie interesuje co naprawdę się zdarzyło ani jak wymierzyć sprawiedliwość. Jeśli wychodzi na jaw coś, co wydaje się obrzydliwe i zakłóca tym samym porządek świata albo dobre samopoczucie społeczeństwa, trzeba zrobić coś, co ten porządek i dobre samopoczucie przywróci. Wyeliminowanie ofiary jest wyjściem najprostszym. Gdyby zachować ją przy życiu jej oczywista krzywda byłaby źródłem dyskomfortu dla całej wspólnoty. Poza tym w tym konkretnym przypadku pozycja sprawcy jest bez porównania wyższa jako dorosłego mężczyzny pełniącego ważną funkcję i otoczonego powszechnym szacunkiem. Uznanie winy kogoś takiego byłoby znacznie trudniejsze do przyjęcia niż pogodzenie się ze zniknięciem z tego świata jakiegoś dziecka. Nikt nie lubi patrzeć na skrzywdzonych, gdyż przypominają o istnieniu zła, które każdego może dotknąć. Rachunek zysków i strat jest prosty - to ofiara musi zostać wyeliminowana.

Ten właśnie sposób myślenia byłby i naszym udziałem, gdyby nie praca cywilizacyjna 20 wieków Chrześcijaństwa. Powiem więcej - ten sposób myślenia jest udziałem bardzo wielu ludzi w obrębie jego oddziaływania, ale nie mogą tego otwarcie głosić bo ciągle jeszcze nie da się zakwestionować wymogu ustalenia prawdy i wymierzenia sprawiedliwości.

O kupowaniu kobiet w przedziale wiekowym od 1 do 10

Wczoraj Fronda opublikowała na swojej stronie wiadomość, że państwo islamskie wystawiło na sprzedaż kobiety, głównie chrześcijanki. Kobietę w wieku 40-50 lat można kupić za równowartość 150 PLN, od 1-10 (sic!) za 600 PLN, ceny w pozostałych przedziałach wiekowych plasują się pomiędzy.
(Co zrobiono z kobietami powyżej 50 i poniżej 1? Przerobiono na kiełbaski?)
Najbardziej szokujące są dla mnie kobiety w wieku 1-10. Nie znam cenników antycznych, tatarskich ani tureckich, ale na zdrowy rozum młoda dziewczyna już dojrzała seksualnie, a jeszcze dziewica czyli w warunkach europejskich okolice 12-16 lat powinna, jako towar gotowy do konsumpcji, być w cenie znacznie wyższej niż roczne niemowlę. Tak jednak myśli Europejczyk/Europejka "skażona" pracą cywilizacyjną 20 wieków Chrześcijaństwa.

Jak wygląda punkt widzenia osób takim wpływem nietkniętych mamy okazję dowiedzieć się z pierwszej ręki - wszystko co się rusza jako obiekt seksualny. Tak właśnie było w wielu cywilizacjach starożytnych na pewnym poziomie wyrafinowania, wśród warstw na pewnym poziomie zamożności.

Dla normalnej Europejki (a ufam, że również dla normalnego Europejczyka) dziecko w wieku 1-10 to przede wszystkim odpowiedzialność, tony miłości, uwagi i pracy wychowawczej, oczywiście poza zapewnieniem odpowiednich warunków materialnych(nie twierdzę, że każde dziecko to dostaje, ale każdy wie, że powinno dostać). Tak myślimy na skutek wyżej wymienionego wpływu Chrześcijaństwa.

W innych kulturach dziecko może być towarem jak każdy inny, można je zaprowadzić do burdelu, sprzedać na niewolnicę seksualną lub na części zamienne. Dziewczynki są dodatkowo narażone na wyeliminowanie na etapie prenatalnym na skutek dostępności USG (jak w Indiach), lub zaraz po urodzeniu jak w starożytnym Rzymie (tzw. nienaturalne znikanie młodszych sióstr) i wielu miejscach dzisiejszej Azji.

Nie jest to wiedza tajemna i każdy przeciętnie rozgarnięty człowiek może ją pozyskać bez trudu.
Co jednak słyszymy w tzw. debacie publicznej? Piramidalne bzdury o ucisku i wyjątkowo niskiej pozycji kobiety w Chrześcijaństwie. Zastanawiam się czy te wszystkie feministki - aktywistki, zielono-czerwoni i tęczowi rzeczywiście tego nie wiedzą. Żaden/żadna z nich nie uczyła się łaciny w młodości i nie zauważyła ile jest imion przewidzianych dla chłopców, a że dla dziewczynki tylko jedno utworzone od nazwiska rodowego ojca, bo wszystkie młodsze siostry kończyły w lesie lub na śmietniku?

Wygląda na to, że Europa oszalała i odrzuca dokładnie wszystkie zdobycze cywilizacyjne, które zapewniły jej tak wyjątkową pozycje na świecie:dobrowolne monogamiczne małżeństwo dorosłych ludzi, zakaz kazirodztwa, dzieciobójstwa, niewolnictwa, sodomii, pedofilii, zoofilii, nekrofilii, eutanazji, eugenicznej hodowli człowieka, ofiar z ludzi i wszystkich okropności, które nie urodziły się dzisiaj ale zawsze istniały. Chrześcijaństwo otoczyło nas ochronnym kloszem tak skutecznie, że zapomnieliśmy co jest alternatywą.

czwartek, 6 listopada 2014

O instynkcie stadnym 1

Była w PRL- u taka seria kawałów o tym jak przychodzi ktoś do lekarza i mówi np "Wszyscy mnie pomijają", a lekarz na to "następny proszę". Nie specjalnie mnie te dowcipy bawiły, nie sądziłam jednak wtedy, że trafiają w samo sedno, dokładnie opisują jak zdecydowana większość ludzi odbiera świat - w sposób zapośredniczony, unikając jak ognia własnego osądu, z lęku że różniłby się od ogólnie przyjętego. Lekarz z dowcipu nie musi sie wysilać, bo pacjent sam dostarcza mu informacji jak powinien być traktowany.

O wesołych cmentarzach

Nawet nie chce mi się dyskutować z ludźmi wstydzącymi się własnej tradycji (a może nie jest dla nich własna?), promującymi obce zwyczaje jak osławiony halloween (w celach komercyjnych lub jeszcze gorzej), krytykującymi polski "płytki katolicyzm" itp.
Gdyby zachowali cień obiektywizmu i bez uprzedzeń wybrali się na cmentarz w okolicach Wszystkich Świętych zobaczyliby kwintesencje Chrześcijaństwa w formie równie przystępnej dla największego barana jak i subtelnego myśliciela - wesoły cmentarz. Śmierć jest pokonana czy też oswojona. Nie boimy się jej, nie uciekamy, nie ukrywamy jej wstydliwie, nasi zmarli dalej żyją - orędują za nami lub wciąż potrzebują naszych modlitw.
Piękne kwiaty (nawet jeśli są to owe łaciate bukiety - hit cmentarny tego roku), ciepłe płomienie zniczy, tłumy ludzi, rodziny zbierające się u grobów i gwarzące pogodnie o dokładnie wszystkim - temat śmierci i wspomnienia o zmarłych wkomponowane harmonijnie w wątki dotyczące życia i przyszłości. Pewna jarmarczność niektórych ozdób niczego nie ujmuje ogólnemu wrażeniu. Widziałam kiedyś reakcję Hindusek, którym po prostu dech zaparło z zachwytu i zaskoczenia na ten widok.
Na zdrowy rozum każdy człowiek powinien być dumny z tak pięknej tradycji, choć mi samej zajęło trochę czasu dochodzenie do docenienie jej w pełni.
Przede wszystkim urodziłam się 2 listopada i obchody Wszystkich Świętych zawsze przyćmiewały moje urodziny. Mama wyjeżdżała do Katowic na grób swego ojca i matki (a potem kolejno dwóch braci), co zawsze mocno zaburzało moje poczucie bezpieczeństwa. Wizyta na cmentarzu i próba poradzenia sobie z tajemnicą śmierci rujnowała je doszczętnie na pewien czas.
Pewien pozytywny aspekt zyskało dla mnie to święto kiedy studiowałam na KULu, gdzie jak we wszystkich instytucjach katolickich było ono związane z dłuższym okresem wolnego, a także wyjazdem do domu i urodzinami obchodzonymi wśród bliskich.
Po powrocie do Wrocławia znowu zaczęło mi się kojarzyć z czasową utratą poczucia bezpieczeństwa i nasileniem irracjonalnych lęków, dlatego w czasach gdy mieszkałam sama często odpuszczałam sobie wizytę na cmentarzu.
Odkąd zdałam sobie sprawę, że moja droga będzie samotna, a zwłaszcza od śmierci ojca, cmentarze zaczęły uświadamiać mi, że nie będzie miał mnie kto pochować i to dość skutecznie zniechęcało mnie do ich nawiedzania. Miałam jednak (i mam) obowiązki wobec rodziny więc chcąc nie chcąc chodziłam tam regularnie i zauważyłam, że moje podejście staje się coraz bardziej pogodne, a poczucie bezpieczeństwa (dość niskie) coraz mniej zaburzone.
Tego roku Zaduszki (i moje urodziny) wypadły w niedziele, była piękna pogoda i po raz pierwszy zdałam sobie sprawę w pełni jak radosny jest cmentarz katolicki w Zaduszki w Polsce (bo być może gdzie indziej nie tak bardzo).
Ciągle jeszcze obrabiam mentalnie fakt, że moim urodzinom patronują wierni zmarli, którzy wciąż potrzebują modlitwy i co to dla mnie znaczy lub powinno znaczyć.
W każdym razie w tym roku wizyta na cmentarzu dodała pogody moim 49, ostatnim przed półwieczem urodzinom. Tort zrobiłam z ciemnego biszkopta, mocno nasączony, do kremu (nieco się zwarzył) dodałam wiśnie, polewy użyłam kupionej i była za twarda. Moja matka stwierdziła, że jest dobry, ale kupiony byłby lepszy - typowe!
Ponadto nabawiłam się zapalenia pęcherza, uszyłam ocieplany płaszcz na zimę i czekam aż mój promotor skomentuje rozdziały pracy, które mu przesłałam, aby wziąć się za dalszą obróbkę.
Pewnej znajomej z uczelni (z którą prowadzę zajęcia) umarła matka (nagle, na serce, miała 81 lat). Ta osoba - dobrze po 50-ce, zamężna, nieźle ustawiona w życiu - powiedziała, że czuje się jak porzucona sierotka.

środa, 5 listopada 2014

Bardzo spostponowani Trzej Muszkieterowie

Długo nie pisałam, a tyle rzeczy wydarzyło się na świecie, że nawet gdybym chciała nie zdołałabym skomentować nawet jednym zdaniem najważniejszych zdarzeń. Nie mam takiego obowiązku, a też chwilowo mi się nie chcę, toteż podejmę mą opowieść tam gdzie ją przerwałam tzn. na ulubionych lekturach mej młodości i ich ekranizacjach.
Obejrzałam 3 ekranizacje Hrabiego Monte Christo Alexandra Dumas, nigdy nie czytałam książki więc wydały mi się akceptowalne. Najbardziej podobał mi się francuski serial z Gerardem Depardieu w roli tytułowej. Kiedyś bardzo go lubiłam, na Zieloną Kartę poszłam kilka razy tylko ze względu na jego rolę, ale w realu okazał się tak beznadziejnym kretynem, że wszystkie jego kreacje aktorskie są dla mnie skażone.
Przy okazji Dumasa nie mogłam nie zobaczyć nowych ekranizacji Trzech Muszkieterów. To zupełnie wyjątkowa książka w moim życiu, początek pasji czytelniczej. Przeczytałam ją mając lat 11 i to był absolutny przełom. Wcześniej oczywiście zdarzało mi się zmęczyć jakąś książczynę, sprawdzając co chwilę ile mi zostało stron do końca, jeśli to było wymagane w ramach lektur szkolnych.
Czym może być literatura, jaką przyjemność daje czytanie dowiedziałam się za przyczyną rzeczonego Alexandra Dumas i jego muszkieterów.
Nie sięgnęłabym jednak po to dziełko gdyby nie ekranizacja z lat 70-tych z Michaelem Yorkiem w roli D'Artagnana i Raquel Welch - Konstancji. Miałam 9 lat kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy i odtąd chodziłam na wszystkie możliwe seanse do każdego kina w okolicy jak długo film był grany.
Nie oparłam się kupieniu obu części na DVD parę lat temu i przeżyłam szok jak bardzo są głupie i nieoglądalne.
Pogląd mój musiałam zrewidować po wyrywkowym obejrzeniu ekranizacji z lat 90-tych i początku najnowszej z 2013(?) - więcej nie zmogłam. Już ta wcześniejsza osiąga poziom kretyństwa nieznany w historii - kardynał Richelieu pragnie korony i królowej dla siebie i w tym celu spiskuje z Anglią - ale tej najnowszej po prostu nie da się oglądać.
Po kiego reżyser tego czegoś szarga imię Dumasa i tytuł jego powieści, nie jestem w stanie pojąć. Ewidentnie jego targetem są ludzie wychowani na grach komputerowych, którzy nic nigdy w życiu nie czytali i nie zamierzają.
Już pominę miłosiernym milczeniem latające statki i inne zdobycze techniki, ale ta paskudna antychrześcijańska propaganda, zohydzanie wszystkiego co ma związek z Kościołem!
Coś ohydnego po prostu.
Nie mam słów
P.S.
Skończyłam właśnie oglądać pamiętną ekranizację z lat 70-tych produkcji panamskiej.
Po tych skrajnych idiotyzmach, o których wspomniałam wyżej to po prostu dzieło wybitne!
Największe wrażenie zrobiła na mnie dbałość o detal historyczny - Planchet wchodzący na bal przebierańców przebrany jest za niedźwiedzia polarnego w wersji barokowej. Ma kabacik o charakterystycznym kroju, z białego futra, ze stojąca kryzą dookoła szyi. Szczególne wrażenie robią wszelkie zabawy dworskie jak gra w szachy, gdzie pionkami na szachownicy są psy czy polowanie z sokołami. To była część uroku tego filmu, gdy oglądałam go jako dziecko - sugestywnie i w miarę wiernie pokazywał Francję, a chwilami Anglię, XVII w.
Ponadto przy wszystkich uproszczeniach i odstępstwach od literackiego pierwowzoru zachowuje w pełni jego ducha. Postać kardynała Richelieu, intryganta wprawdzie, ale głównie mającego na celu dobro Francji, umiejącego wznosić się nad swoje słabości i przegrywać z wdziękiem odmalowana jest znakomicie. Inne postaci drugiego planu jak król, królowa i książę Buckingham są równie sugestywne i żywe, nie wspominając o znakomitym słudze D'Artagnana Planchecie.
Przez porównanie film wydaje się skrajnie wyrafinowany, akcja bogata w wątki i logicznie spójna, postacie mimo szkicowego potraktowania psychologicznie trafne, humor dobroduszny sceny przemocy, których nie brakuje, zneutralizowane specyficzną konwencją itp.
Przeznaczony dla szerokiego grona widzów zachwycił mnie w dzieciństwie.
Zastanawiam się dla kogo przeznaczone są ekranizację z lat 90-tych i 2011 roku?
Jaki kretyn gotów jest wierzyć, że kardynał Richelieu, wybitna postać historyczna, działał na szkodę własnego kraju, bo nie o jego potęgę mu chodziło tylko o jakąś chuderlawą młódkę, którą nawiedza w prywatnych apartamentach podczas kąpieli i ogląda jej mało apetyczną nagość.
Jaki baran może oglądać spokojnie scenę wleczenia pomazańców - króla i królowej - przez gwardię kardynała do jego mrocznej siedziby w złowrogich celach.
Jak skrajnym nieukiem, oderwanym od rzeczywistości i wiedzy historycznej na podstawowym poziomie trzeba być, żeby napisać taki scenariusz. Jakiej arogancji potrzeba, żeby zakładać, że "ciemny lud to kupi" jak powiedział klasyk.
Patrząc na to ogarniało mnie przerażenie, że być może istnieje taki odbiorca, dla którego kardynał - jak każdy inny człowiek Kościoła - z definicji musi być śliniącym się lubieżnikiem, zwyrodnialcem i zdrajcą. Głupawy król, słaba królowa, a nawet demoniczna milady przez kontrast stają się postaciami heroicznymi. Rzeczywistości historycznej z hugenotami i oblężeniem La Rochelle oczywiście nie ma. Jest tylko jedna wielka gra komputerowa, w której świat ocalić mogą Atos, Portos i Aramis, a w szczególności D'Artagnan.
W zabawach dziecięcych mojego pokolenia zdarzało się upakować wszystkich ulubionych bohaterów razem Zorro obok Janosika, Winnetou i Pana Wołodyjowskiego. Podobny poziom rozumienia historii i geografii mają twórcy tych filmów - w XVII -wiecznej Francji musi się przecież pojawić samuraj z dwoma mieczami i latający statek to oczywiste. Nie oglądałam zbyt wnikliwie więc pewnie przeoczyłam Conana barbarzyńcę i Elvisa wiecznie żywego, a może nawet Crazy Horse'a, walkę z ociepleniem i kwestię gejowską.

niedziela, 6 lipca 2014

Ivanhoe x 2

Mam ostatnio jakiś cykl podróży w czasie i wracam do lektur młodości. Po Qvo vadis nieuchronnie przyszła kolej na wspomnianego w moim ostatnim wpisie Ivanhoe, właściwie ten wpis zainspirował mnie, żeby obejrzeć 2 najnowsze ekranizację tzn. film z 1982 z Samem Neillem, Anthony Andrewsem i Olivią Hussey i serial z 1997 z Ciaranem Hindsem w roli Briana de Bois Guilbert.
Książkę Waltera Scotta czytałam po raz pierwszy i najważniejszy w wieku lat 13, w siódmej klasie szkoły podstawowej, na feriach zimowych. Musiał to być rok 1978 i zima stulecia. Moja siostra - już licealistka - pojechała na obóz sportowy do Warszawy, a ja zostałam w domu nieco tym faktem sfrustrowana, bo marzył mi się jakiś wyjazd na łono natury.
Po latach myślę sobie, że wtedy właśnie otworzyłam owe drzwi do krainy fantazji, bo wszystkie inne wydawały się zamknięte. Poza wywiązywaniem się z obowiązku zakupów, sprzątania, wyprowadzania psa na spacer i przygotowywania obiadu całymi dniami czytałam rzeczonego Ivanhoe zajadając się ciastkami z cukierni na ulicy Zielińskiego (po 3 PLN sztuka) i malując bohaterów i co bardziej działające mi na wyobraźnię sceny.
Teraz wydaje mi się, że mechanizm ucieczki przed życiem rzeczywistym, w którym skądinąd zdrowe i naturalne pragnienia i dążenia zostały zablokowane, znacząco mi się pogłębił. Jako dorastająca dziewczynka jakoś sobie radziłam z życiem, chwilami całkiem nieźle (wyjąwszy traumę przedszkola), u progu dojrzewania jednak schroniłam się w świecie wyobraźni. Trudno nazwać to świadomą decyzją, miałam poczucie, że zostałam wmanewrowana w owe pamiętne ferie przy pomocy sir Waltera Scotta.
Muszę przyznać, że nawet wtedy bohater tytułowy i jego luba dość mało mnie obeszli - podobnie jak autora - największe wrażenie zrobił na mnie wątek Rebeki zwłaszcza od momentu pojawienia się w jej życiu "dumnego templariusza" Briana de Bois Guilbert.
Nieszczęsna Rebeka, córka Żyda Izaaka z Yorku, zakochana jest w sir Wilfridzie z Ivanhoe, który ciągle potrzebuje jej pomocy (albo jej ojca) i korzysta z niej bez skrupułów. Co innego odwzajemnić uczucia kogoś o tyle niżej stojącego w hierarchii, zwłaszcza, że od zawsze kocha lady Rowenę, z którą się zresztą wychował, a wobec której opiekun (ojciec Wilfrida) ma inne plany. Czytelnik przyjmuje to do wiadomości, ale jego sympatia jest po stronie Rebeki, której zmaganie ze sobą obserwuje z bliska.
 Akcja nabiera tempa kiedy do wieży, w której jest więziona wpada rzeczony dumny templariusz w celu wiadomym (jak to jest w zwyczaju templariuszy). Rebeka zapowiada, że raczej rzuci się z okna niż ulegnie i nawet wykonuje w tym celu odpowiednie ruchy. Niskie uczucia templariusza zaczynają od tego momentu przekształcać się w nieco wyższe, aby stać się przyczyną jego zguby. Rebeka pozostaje nieporuszona wobec jego namiętności, gdyż jej uczucia zajęte są kim innym, kto z kolei kocha kogoś innego. Skąd my to znamy!
Muszę przyznać, że obie ekranizacje dobrze tę zawiłą sytuacje uczuciową pokazują, z tym że w obu Ivanhoe nie pozostaje obojętny wobec Rebeki, choć oczywiście jego priorytetem jest małżeństwo z Roweną, co zrozumiałe z punktu widzenia świata, ale denerwujące z punktu widzenia widza , który przez cały film ogląda narodziny i rozwój tej miłości, aby na koniec dowiedzieć się, że to nic ważnego.
Mnie osobiście najbardziej denerwuje zupełna obojętność Rebeki na namiętność Briana de Bois Guilbert, która ewoluuje ku coraz wyższym rejonom. Dwie najbardziej pełnokrwiste postacie w tej opowieści - Żydówka i templariusz - zostały paskudnie potraktowane przez autora - ona skazana na życie bez miłości, on na śmierć.
Zastanawiam się, abstrahując od tej opowieści, czy dla takich ludzi happy end byłby możliwy.