środa, 2 grudnia 2020

Efekt zaskoczenia

 



 Od czasu traumatycznego spotkania w parku Malwinka szła po lekcjach prosto do domu. Wizja zboczeńców czających się po bramach zbladła w zestawieniu z realnymi przedstawicielami gatunku grasującymi na wolnym powietrzu.

 Pewnego dnia, kiedy wchodziła po schodach, usłyszała, że ktoś albo coś za nią biegnie. „A może jednak mama miała rację” przemknęło jej przez myśl, ale nie – to tylko pies sąsiadów ścigał małe zwierzątko desperacko uciekające pod górę. Malwinka zaintrygowana pobiegła za nim. Zagnane w róg zwierzątko rzuciło się na pysk psa, a kiedy ten odskoczył, zanurkowało w dół w szczelinę między schodami i ślad po nim zaginął, a ściślej mówiąc pozostał w postaci kupki odchodów w kącie. „A więc nie przewidziało mi się” pomyślała dziewczynka zbiegając w dół. Nie znalazła jednak roztrzaskanego trupka, jak się spodziewała „Skoczyło trzy piętra w dół i nic mu się nie stało!” nie mogła uwierzyć. Drzwi do piwnicy były uchylone, a na nich ozdobione trupią czaszką wisiało ostrzeżenie, że pojawiły się szczury i wyłożono trutkę. A więc to był szczur! Wyglądał całkiem sympatycznie, jak na szczura oczywiście, tylko ten cienki ogon…, Ale największe wrażenie robiła jego desperacka odwaga i skuteczność – zaatakował psa, którego sam pysk był trzykrotnie większy, a ten się cofnął pozwolił mu uciec.

 Po obiedzie, kiedy mama podejrzliwie sprawdziła wszystkie zeszyty Malwinki z lekcjami odrobionymi w rekordowym tempie siedem minut i niechętnie pozwoliła jej wyjść na dwór, dziewczynka pobiegła prosto na podwórko Ani Kluski. Ona sama już siedziała na trzepaku.

- Popatrz, co znalazłam! – Zawołała na widok koleżanki wskazując dumnie na stertę starych „Światów Młodych” leżącą obok śmietnika.

Dziewczynki rozłożyły gazety na ławce i przykucnięte czytały komiksy w odcinkach z ostatniej strony, wymieniając przy tym komentarze. Pochłonięte tym fascynującym zajęciem, nie usłyszały nadchodzącej Magdy Szczypalskiej i jej asystentki. Kto zresztą mógłby spodziewać się ich w tym miejscu – należały do koszmarów szkolnych, a nie podwórkowych. Bystrooka Magda Szczypalska już z daleka namierzyła potencjalne ofiary i nakazała asystentce poruszać się bezgłośnie żeby uatrakcyjnić zabawę efektem zaskoczenia. Podkradła się do Malwinki i kopnęła ją w tyłek i zanim brutalnie oderwana od przyjemnej lektury dziewczynka odwróciła się, była już daleko zanosząc się swoim głupawo – okrutnym śmiechem. Asystentka wtórowała jej blado stojąc jeszcze dalej, Obie przy całej swojej zaczepności były dość ostrożne. Tata zawsze radził: Jeśli cię zaczepiają – ignoruj ich. Prędzej czy później się znudzą i dadzą ci spokój” Dla Malwinki było jasne, że musiał nigdy nie zetknąć się z osobami pokroju Magdy Szczypalskiej, które brak reakcji po prostu rozzuchwala. Dziewczynka zastanawiała się co zrobić. Nie dogoniłaby szybkonogiej Magdy, była za daleko. Wystosowała wiec ostrzeżenie słowne, ewidentnie mało przekonywujące, gdyż dręczycielka znowu podbiegła i wymierzyła kopniaka w pulchny zadek Ani Kluski. Czując się całkowicie bezkarna, nie odskoczyła tym razem tak daleko. Uczucie dziwnego ciepła zaczęło rozlewać się po ciele Malwinki, nie wiedząc jeszcze, co zamierza zrobić, wstała i poprawiła zjeżdżające okulary ruchem przypominającym opuszczanie przyłbicy. Magda nie przeczuwając, co ją czeka rechotała całkiem blisko. Zaniepokojona asystentka nieco dalej. W następnej sekundzie Malwinka żelaznym chwytem trzymała ręce Magdy jednocześnie kopiąc jej kościste odnóża z siłą, która zaskoczyła ją samą. Magda nie mogąc się wyrwać i uciec cofała się z wyrazem przerażenia na twarzy. Jej obrona była żałosna wobec szału bitewnego przeciwniczki. Malwinka potężnymi kopniakami przegoniła ją przez całe podwórko i dopiero puściła. Magda odskoczyła i bliska łez próbowała się odszczekiwać, czując jednak, że jest śmieszna pomknęła z podkulonym ogonem na drugą stronę ulicy Świerczewskiego, a asystentka za nią jak cień zbitego psa. Malwinka patrzyła jeszcze chwile za nimi. Wyprostowana, z rozdętymi chrapkami oddychała głęboko, jeszcze czując w ciele to cudowne uczucie siły i wyzwolenia – radość walki i zwycięstwa. „To najpiękniejszy dzień w moim życiu” myślała.

Kiedy w końcu odwróciła się i ogarnęła wzrokiem podwórko, wydało jej się, że wraca z bardzo, bardzo daleka i już nie ta sama. Na ławce przy śmietniku wciąż siedziała Ania Kluska, obok stała zafascynowana mała Renatka, wnuczka dozorczyni. Izka nadchodząca od strony szkoły śmiała się z daleka wznosząc kciuk do góry w geście uznania. Uplasowane na drugiej ławce Grażyna Podeszwa, Alina Myszka, Aśka-Co-Ma-Pudla i Judyta z warkoczami przyglądały się Malwince z nowym zainteresowaniem.

Tata Judyty był bohaterem. Wyratował małą dziewczynkę, która wpadła na wybieg dla niedźwiedzi we Wrocławskim ZOO. Czy z nimi walczył czy też efekt zaskoczenia unieruchomił bestie – tego Malwinka nie wiedziała. Kiedyś wzięła udział w licytacji na dokonania tatów i pożałowała tego srodze. Jej tata był spokojnym człowiekiem, który po pracy lubił chodzić na działkę, ku wściekłości mamy, ale kiedy w zakładzie była awaria przyjeżdżali właśnie po niego w środku nocy, mimo, że w tym samym bloku mieszkało kilku wysoko upartyjnionych inżynierów,

- Gdyby nie mój tata zakład by stanął – kończyła tryumfalnie swoją opowieść Malwinka.

- Zakład by stanął? – Prychnęła pogardliwie Judyta – A dokąd on idzie?

Aśka-Co-Ma-Pudla i Alina chichotały całkiem jawnie. Malwinka zaczerwieniła się. Sama nie bardzo wiedziała, co oznaczało to tajemnicze sformułowanie. Jednego była pewna – coś absolutnie katastrofalnego, a jej tata wyrwany ze snu samotnie zapobiegał nieszczęściu dzięki swojej wiedzy i odwadze, może nawet ryzykując życie – prąd mógłby go przecież całkowicie zwęglić, jak przydarzyła się jednemu koledze z pracy. Malwinka zrozumiała swój błąd – zdecydowanie nie należy rzucać pereł przed wieprze ani porównywać swojego taty z innymi. Nie miał może do czynienia z niedźwiedziami, ale był na wojnie, więc pewnie walczył nie raz. Aż dziw, że jego rady w kwestii zaczepek były takie niedorzeczne. Tata Ani Kluski bywał czasem „piany” – może dlatego, że pracował w browarze, ale z kolei tata Grażyny Podeszwy, chirurg z poradni rejonowej, nie trzeźwiał nawet w godzinach przyjęć. Mała Renatka, Aśka-Co-Ma-Pudla i Alina Myszka nie miały żadnego taty, a Izka zbyt wielu.

Babcia

 

Malwinka nie wyobrażała sobie, że mogłaby mieć innych rodziców i w gruncie rzeczy była z nich dumna. Tata nie był wprawdzie inżynierem jak mama królewny Żanety – przerwał studia kiedy się ożenił uznając, że młoda żona, praca, ukochana działka i jeszcze nauka to za dużo atrakcji na raz. Mama natomiast dokonywała cudów waleczności – pracowała, studiowała zaocznie, a do tego pięknie szyła i robiła na drutach, dzięki czemu Malwinka i Marzenka były zawsze  ładnie ubrane.

Jedynie babcia, która przebywała na przemian u nich i wujka Ludwika z Zabrza, budziła jej głęboką niechęć. Był to zupełnie inny rodzaj babci niż te, które opiekowały się w dzieciństwie jej koleżankami z podwórka komunalnego, ratując je tym samym przed groźbą przedszkola. Babcia Malwinki bowiem sama wymagała opieki. Była wprawdzie nadzwyczaj krzepka i zdrowa, ale coś dziwnego zrobiło się z jej pamięcią – zapomniała na przykład, że mama jest jej córką i zupełnie nie rozumiała, dlaczego musi mieszkać u obcych ludzi w tej dziwnej betonowej klatce o wygaszonym palenisku, Jak kompas wskazuje północ tak babcia nieodmiennie kierowała się w stronę kuchenki gazowej i usiłowała ją rozpalić. Nie było to łatwe, gdyż mama wychodząc do pracy wyłączała gaz, Używała więc czego popadnie na rozpałkę wykazując podziwu godną pomysłowość. Mama zaczęła więc zamykać kuchnię na klucz na czas swojej nieobecności zostawiając babci śniadanie i herbatę w termosie nakazując.

- Niech mama sobie odpoczywa i nie bierze się za żadną robotę.

- Po czym mam odpoczywać? – Dziwiła się babcia – Jaż nie zmęczona. – Zapewniała z zapałem.

Pozbawiona zajęcia i dostępu do paleniska, skąd całe życie sprawowała władzę nad rodziną, snuła się powtarzając „Już druga ajajaj jak ten czas leci, przed chwilą była pierwsza” albo czytała starożytną książeczkę do nabożeństwa świszczącym  szeptem. Swoich wnuczek szczerze nie cierpiała i nie przyznawała do żadnego pokrewieństwa z nimi. Zapewne przyczyniły się do tego przykre incydenty, kiedy mimo wszystkich środków ostrożności, udawało się jej dorwać do kuchenki, a dziewczynki usiłowały ja odciągnąć. Wobec niezwykłej krzepy babci i jej niezachwianego przekonania, że tu właśnie jest jej miejsce połączone siły Marzenki i Malwinki nie wystarczały. Babcia walcząc zaciekle rzucała pod ich adresem niezrozumiałe „Kap wy was wyfrancowało”. Do podobnie gorszącej szarpaniny dochodziło na ulicy, kiedy upierała się żeby przechodzić na czerwonym świetle, a dziewczynki usiłowały ją powstrzymać. Raz nawet przewróciła się i ludzie patrzyli na siostry jak na dwa młodociane potwory znęcające się nad starą kobietą.

Po południu czasem udawało się zainteresować ją telewizją.

Komentowała wtedy dokładnie wszystko zwracając się bezpośrednio do spikerów i aktorów.

- Czegoż ty kupę pokazujesz bezwstydna?!!! – Wykrzykiwała do aktorki w zbyt krótkiej, jej zdaniem, spódnicy.

Pewnego razu  jeden z aktorów nie wytrzymał. Podszedł wprost do ekranu i patrząc babci prosto w oczy krzyknął „Dość!” . Malwinka oniemiała. Była świadkiem najprawdziwszego cudu. Nie rozumiała wprawdzie jego dalszej wypowiedzi, ale sens jej zapewne był taki żeby w końcu zamilkła. Babcia zaskoczona musiała to zrozumieć gdyż tego dnia powstrzymała się od dalszych komentarzy.

Czasem bliska płaczu prosiła mamę głaszcząc jej rękę.

- Kochana moja, jaż mam syna Ludwiczka, zawieź mnie do niego.

Mama wyglądała wtedy tak jakby sama się miała rozpłakać.

- To przecież moja matka – Mówiła w udręce do taty.

- To przecież wasza babcia – Mówiła do Malwinki i Marzenki. – I bardzo was kocha – dodawała.

To było najgorsze ze wszystkiego. Dlaczego mama mówiła takie rzeczy? Przecież musiała wiedzieć, że to nieprawda. Czy myślała, że rzeczywistość dostosuje się do jej słów, jeśli będzie je wypowiadać wystarczająco często? Osiągała tyle, że Malwinka czuła się winna z powodu swojej niechęci do tej nieszczęsnej kobiety przeniesionej z małej wsi na Wileńszczyźnie do całkowicie niezrozumiałego świata, zdanej na dzieci, w których życiu nie było dla niej miejsca. Zainspirowana pragnieniem babci i swoim własnym zarazem modliła się z zapałem i wytrwałością

- Panie Boże spraw, żeby wujek Ludwik przyjechał po babcię – Zaczynała  po obudzeniu. – Panie Boże, niech wujek Ludwik przyjedzie po babcię – modliła się w drodze do szkoły i w tych momentach lekcji, kiedy nie trzeba było uważać. – Niech wujek Ludwik przyjedzie i zabierze ją stąd – powtarzała przez cały dzień ilekroć sobie przypomniała.

Po kilku tygodniach lub miesiącach przyjeżdżał wujek Ludwik i zabierał babcię do Zabrza ku niewypowiedzianej uldze i radości Malwinki. „To się nazywa moc wytrwałej modlitwy” myślała zbudowana „Jak dobrze, że istnieje Pan Bóg, do którego można się zwracać ponad głowami dorosłych

Stąd do wieczności

 

Rodzice Malwinki chodzili do kościoła raczej rzadko i nieregularnie, ale oczywiście posyłali swoje dzieci na naukę religii. Dwa razy w tygodniu po południa szła wiec Malwinka z Anią Kluską przez park nad fosą i Plac Wolności do salki na plebanii  naprzeciwko Kościoła Świętej Doroty. Pobożna, prawie codziennie uczęszczająca na mszę, mama Ani bardzo tego pilnowała. Królewna Żaneta i Magda Szczypalska, których rodzice nie praktykowali, a nawet Asystentka Magdy, córka milicjanta, też tam chodziły. Brakowało jedynie Izki. Problem zbawienia jej duszy zaprzątał więc umysły Ani i Malwinki, a w okolicach Pierwszej Komunii stał się ulubionym tematem ich rozmów. Zasadniczo zgadzały się, że byłoby rażącą niesprawiedliwością, gdyby potępienie wieczne stało się jej udziałem, a ominęło taką Magdę Szczypalską na przykład, ale z drugiej strony Izka strasznie oszukiwała, kłamała, opowiadała świńskie kawały i mówiła brzydkie słowa. Dusza jej niewątpliwie była w niebezpieczeństwie. Ona sama zaś zupełnie tego nieświadoma biegała na przerwach po szkole, jak większość dzieci zaopatrzona w piekło-niebo, wrzeszcząc:

„Piekło, niebo, Abraham

twoja dusza pójdzie tam”

Tu rozwierała dramatycznym ruchem czerwoną czeluść. Musiała to przećwiczyć w domu, bo piekło otwierało się przed wszystkimi, którzy jej się czymś narazili, a niebo zarezerwowane było wyłącznie dla aktualnych przyjaciół.

Piekło-niebo było niewielkim obiektem przestrzennym wykonanym z kartki papieru. Otwierało się ukazując na przemian raz niebieskie raz czerwone wnętrze. Przy pomocy tego prostego urządzenia można było przewidzieć pośmiertne losy swojej duszy. W pewnym okresie stało się istną manią. Nauczyciele rekwirowali setki piekło-nieb na lekcjach wyśmiewając przy okazji ciemnotę i zabobon swoich podopiecznych. Programowe wysiłki szkoły, aby uformować w nich zdrowy światopogląd naukowy spełzały na nic niczym. Dzieci pozostawały otwarte na tajemnicę.

Przed pierwszą komunią Ania i Malwinka miały przystąpić do spowiedzi. Wcześniej należało zrobić rachunek sumienia toteż siedziały teraz obie przy dużym stole w pokoju Malwinki i Marzenki nad pustymi kartkami papieru. Malwinka, ciężko wzdychając napisała drukowanymi literami RACHUNEK SUMIENIA, żeby jakoś zacząć.. Chciała się z przyzwyczajenia podpisać się imieniem, nazwiskiem i klasą, ale po namyśle zrezygnowała z tego pomysłu. Ania poszła za jej przykładem, po czym sięgnęła po kredki i zaczęła robić szlaczek. Malwinka zdecydowanym ruchem napisała jedynkę po lewej stronie, postawiła kropkę i spojrzała w sufit.

- Mówiłam brzydkie słowa – Zaczęła niepewnie.

Zaledwie dziewczynki skończyły pisać wyłonił się poważny dylemat moralny. Kiedy już wyzna się ten grzech i zrobi szczere postanowienie poprawy, co odpowiedzieć komuś, kto będzie chciał wygonić je z podwórka?

- To nie twoje tylko państwowe, nawet Murzyn z Afryki może tu przyjść i …

- Zrobić kupę – Podsunęła Ania z wahaniem

Malwinka skrzywiła się z niesmakiem.

- Narobić – Wtrąciła Marzenka znad książki. Na skutek rozległej lektury miała imponujący zasób słow.

„Niby lepiej, ale to nie to samo” pomyślała Malwinka zrezygnowana „brakuje siły przekonywania”. Napisała dwójkę i wzniosła wzrok ku górze.

- Bawiłam się w brzydkie zabawy! – Wykrzyknęła Ania tryumfalnie.

- Jakie? - Zainteresowała się Malwinka. Nawet Marzenka nadstawiła ucha znad książki. Ania speszona odmówiła wyjaśnień, wobec czego Malwinka niechętnie zaczęła badać własne sumienie pod kątem brzydkich zabaw. „Ach tak, oczywiście” przypomniała sobie mało elegancki epizod pod drzwiami Danusi, koleżanki Marzenki. Obie siostry w towarzystwie Marioli z ich bloku wybrały się do Danusi, której mama była nauczycielką (na szczęśnie nie uczyła żadnej z nich). Zadzwoniły i czekały. Nikt nie otwierał. Kto pierwszy pierdnął Malwinka nie mogła sobie przypomnieć. Im dłużej stały pod drzwiami tym swobodniej puszczały bąki wybuchając śmiechem, przy co głośniejszych. W końcu ulotniły się zostawiając za sobą stężony smród siarkowodoru. „Jeśli to nie brzydka zabawa to co nią jest? – Pytam” Malwinka z czystym sumieniem umieściła brzydkie zabawy pod numerem dwa.

- Obmawiałam koleżankę – Zaczęła z wahaniem – To znaczy Izkę - dodała tonem wyjaśnienia.

Ania skinęła milcząco i zapisała pod numerem trzy, po czym obie tknięte tą samą myślą spojrzały sobie w oczy. Jak będzie wyglądało ich życie, jeśli wyrzekną się obmawiania Izki? Powiało grozą. Po chwili milczenia Ania wyznała:

- Byłam niegrzeczna dla mamy.

Malwinka zapisała ten grzech pod numerem czwartym a następnie „dla taty”  pod piątym i „dla babci” pod szóstym. Tu dotknęła bolesnego miejsca. Dopadło ją uczucie wstydu i żalu. „Nawet bardzo niegrzeczna” pomyślała „nie kocham jej wcale i mała szansa, że kiedykolwiek to się zmieni. Żal mi jej czasami, a jednocześnie nie znoszę jej”. Malwinka zwiesiła głowę pod ciężarem nierozwiązywalnej sytuacji i własnego poczucia winy.

Po chwili otrząsnęła się nieco.

- Sześć grzechów to chyba za mało – zagadnęła – Trzeba by mieć z dziesięć.

- Co najmniej - zgodziła się Ania – Lepiej wymienić za dużo niż za mało.

Biedziły się więc czas jakiś, aż wreszcie dwa bardzo do siebie podobne, ozdobione szlaczkami rachunki sumienia były gotowe.

W kolejce do konfesjonału Malwinkę ogarnął niepokój „Przecież ksiądz uzna, że odpisywałyśmy od siebie!” pomyślała w panice. Ania, stojąca tuż przed nią podchodziła właśnie do kratek. „Za późno ,żeby teraz odejść” stwierdziła Malwinka i nieco się uspokoiła. Udało jej się nie pomylić żadnej formułki i odczytać rachunek sumienia mimo kiepskiego oświetlenia. Przy brzydkich zabawach ksiądz zaskoczył ją.

-  Bawiłaś się w lekarza? – Zapytał.

Malwinka pomyślała w panice o puszczaniu wiatrów pod drzwiami Danusi. Nigdy, przenigdy nie opowiedziałaby mu o tym.

- Ttak – przytaknęła zgodnie.

Dalej wszystko poszło gładko. Postanowienie poprawy miało żywot raczej krótki, gdyż jak wcześniej podejrzewała życie bez obmawiania Izki po prostu nie było możliwe, a i argument z Murzynem znacznie zyskiwał na sile przekonywania doprawiony mocnym słowem.

Wątpliwości

 

     Na pamiątkę pierwszej komunii Malwinka dostała drewniany obrazek, nieco podobny do obrazka Marzenki, z tym że tam Pan Jezus był dzieckiem, a u niej dorosłym mężczyzną z brodą i długimi włosami. Tak było lepiej – Malwinka całe życie tęskniła za kimś mądrym i dojrzałym. Mogła więc odtąd do niego zwracać się z wszystkim problemami, pytaniami i wątpliwościami, a było ich niemało. Pierwsza i najważniejsza dotyczyła kwestii nadstawiania policzka.

- Panie Jezu – Mówiła poważnie. – Popatrz czego uczyli mnie rodzice. Tata mówił „Bądź dobra dla innych, a inni będą dobrzy dla ciebie”   I co? Kiedy poszłam do przedszkola pierwszy raz, nie zdążyłam jaszcze być dla nikogo dobra ani zła a już mi wyznaczyli rolę kogoś, komu można bezkarnie dokuczać bo nosiłam okulary i nie umiałam się obronić. Jak mogłam zresztą skoro mama twierdziła, że nie wolno odpłacać złem za złe, a tata mówił żeby nie zwracać uwagi, jeśli ktoś zaczepia, to się znudzi i pójdzie sobie. Sam dobrze wiesz, że to nieprawda. Weźmy na przykład taką Magdę Szczypalską odkąd dostała nie odważyła się mnie więcej atakować, ani nikogo innego w mojej obecności i nawet zaczęła odnosić się do mnie jak do człowieka. I pomyśleć, że mogłam to zrobić pięć lat temu gdyby nie te idiotyczne nauki! Albo popatrz na Maćka  Dzięcioła – to inny chłopak odkąd pani Hinze daje mu wycisk.

Pani Hildegarda Hinze była matematyczką i najbardziej subtelną znawczynią natury ludzkiej jaką Malwinka widziała w życiu. W sercach uczniów wzbudzała szczery podziw pomieszany z lękiem, gdyż nie wahała się  stosować  kar cielesnych wobec jednostek, które się o to prosiły, jak na przykład wyżej wymieniony Maciek. Nic się przed nią nie ukryło – potrafiła wejść na nie swoją lekcję i stojąc  na progu wywołać go przymilnym „Dudusiu choć za drzwi!”, a kiedy się wahał ponaglała „No chodźże szybciej moje złotko!”  Następnie dawał się słyszeć straszliwy wrzask Maćka na korytarzu, a po chwili on sam z bardzo czerwonymi uszami i łzami rozmazanymi na twarzy wracał na swoje miejsce. Kiedy nie uważał na matematyce, zajęty knuciem czegoś zdrożnego, pani Hinze natychmiast wywoływała go na środek, a jeśli nie umiał odpowiedzieć na pytanie chwytała za włosy i waliła jego głową o tablicę. Malwinka wsłuchana w stukanie czaszki Maćka Dzięcioła miała głębokie poczucie, że oto dokonuje się sprawiedliwość dziejowa.

- Może nawet nie wyrośnie na zboczeńca, jak ten, którego widziałam w parku – kontynuowała swój wywód. – A właśnie! Czym należy odpowiadać zboczeńcowi, kiedy się jest małą dziewczynką?!!! Też dobrem? Jakim, chciałabym to wiedzieć?!!! – Malwinka zdjęła obrazek ze ściany i zaczęła nim potrząsać. Pan Jezus milczał niewzruszony. Zniechęcona powiesiła go spowrotem. – Są ludzie, którzy po prostu muszą dostać w skórę dla dobra innych i swojego własnego i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Ci, którzy bawią się dręczeniem innych muszą sami spróbować jak smakuje lęk i ból. Kiedy przylałam Magdzie, widziałam na jej twarzy oprócz strachu zdziwienie, że teraz to ona dostaje  ode mnie, a nie odwrotnie. To była cudna chwila! – Malwinka uśmiechnęła się na wspomnienie swego tryumfu. – Nigdy jej nie zapomnę. Nigdy! – Spojrzała na Pana Jezusa pytająco, ale nic. Nie odpowiadał. – Wiesz czasem mam wrażenie, że ty po prostu nie przewidziałeś, że ktoś może być małą dziewczynką, a twoja nauka dotyczy kogoś innego w zupełnie innej sytuacji.

Wobec braku reakcji Malwinka odwróciła się podeszła do okna.

- Znęcać się nad słabszym i bezbronnym jest rzeczą haniebną, ale przyłożyć dręczycielowi – słuszną. – Powiedziała w przestrzeń.

- Głęboko słuszną! – rzuciła w stronę obrazka.

Rodzice Malwinki zasadniczo nie bili swoich dzieci, nie musieli - mama Malwinki była mistrzynią świata w obdzielaniu poczuciem winy. Umiała sprawić, że córki czuły się winne że:

- Były chore na odrę, a zaraz po tym na szkarlatynę i mama nie mogła przygotować się do egzaminu i oblała.

- Że Mama jest zmęczona i nie ma czasu dla siebie

- Że musi gotować obiad

- Że „mają wszystko”

- Że należą do „pokolenia, które się pasie”, w przeciwieństwie do rodziców, którzy przeżyli wojnę.

Niewidoczne brzemię przygniatało Marzenkę i Malwinkę do ziemi. Pod jego ciężarem kąciki ust Malwinki opadały coraz bardziej do dołu wyginając je w kształt idealnej podkówki. Mama mogła dodać do listy win:

-  Że mają wszystko, a ciągle niezadowolone i naburmuszone.

Korzenie

 


Rodzice Malwinki nie mieli wszystkiego i uwielbiali o tym opowiadać swoim dzieciom. Malwinka czasem podejrzewała, że powołali je do życia, aby zapewnić sobie słuchaczy. Dziewczynki były karmione ich opowieściami niemal od niemowlęctwa, dzięki czemu rozwinęły jakże rzadką umiejętność słuchania tak bardzo nadużywaną przez wszystkich, którzy jej nie posiadają. Oboje rodzice pochodzili z Wileńszczyzny, z dwóch małych wiosek odległych o kilka kilometrów od siebie. Pod koniec pierwszej wojny światowej, na wieść o powstaniu państwa polskiego, dziadkowie Franciszek i Witalis uciekali razem z carskiego wojska, które właśnie zaczęło przekształcać się „w krasnuju armiju”, przez ogarniętą wojną i rewolucją, głodującą Rosję do swoich stron rodzinnych. Malwinka widziała oczami duszy tą rozległą płaską krainę balsamicznego powietrza, czystych jezior o tajemniczych nazwach jak Drywiaty albo Dryświaty, a nade wszystko ogromnych lasów pełnych zwierzyny, Śnieg spadał na początku listopada i leżał do maja, od siarczystego mrozu drzewa pękały z trzaskiem podobnym do wystrzału armaty, głodne wilki podchodziły do ludzkich siedzib i porywały bydło. Występowały  w kilku odmianach – największe zwano koniuchami. Taki właśnie wilk koniuch zaatakował źrebaka, ale nie zabił, gdyż musiałby ciągnąć ciężkie ciało do lasu więc chwycił zębami za gardło i prowadził ze sobą. Dostrzeżono  go na szczęście w porę i odbito źrebaka. Przeżył, a na pamiątkę tej przygody nosił do końca życia na gardle ślady wilczych zębów. Przeżyły także liczne owce wujka taty, Karola, mieszkającego w małej kolonii w lesie (nie miała na szczęście nic wspólnego z koloniami, na które zsyła się latem dzieci). Trzymał on wielkiego brytana, który szedł za wilkami, walczył z nimi, odbierał zdobycz i żywą jeszcze przynosił do domu. Któregoś dnia jednak nie wrócił. Malwinka nie mogła go odżałować, tak samo jak wilczych szczeniąt z jej ulubionej opowieści. Stary, mądry pastuch Spirydon zauważył gniazdo wilczycy w „chmyźniku” tuż obok domu taty. Nie tknął go jednak ani nikomu nie powiedział, gdyż wiedział, że wilczyca nie poluje nigdy w pobliżu gniazda i całe gromadzkie bydło jest bezpieczne. Ktoś inny jednak nie był taki mądry i zabrał wilczęta, być może chciał je wychować na wilczury. Kiedy matka to zobaczyła ogarnął ją ból i żądza zemsty prawdziwie ludzka. Szła i mordowała wszystko, co się ruszało. Nietknięte trupy gęsi, owiec i cieląt zalegały pastwiska. Tylko Spirydon rozumiał, co się stało. Mądrych wszędzie jest zbyt mało skonstatowała Malwinka.

Ludzie zamieszkujący ta krainę, prości i pobożni, mieli dziwna właściwość – wiedzieli, kiedy umrą. Najbardziej skrajnym przypadkiem był pewien znajomy dziadka Witalisa. Kiedy zorientował się, że nadeszła jego godzina, posłał po księdza, ale przypomniał sobie o dziurze w dachu. Wziął więc drabinę i zabrał się do roboty. Ksiądz widząc niedoszłego nieboszczyka na dachu bardzo się rozzłościł. Rodzina czym prędzej zaprosiła go do chaty i udobruchała poczęstunkiem, a on sam skończywszy pracę, umył się, ubrał czystą koszulę, wyspowiadał się, przyjął komunię i umarł.

 Oprócz katolików „Polaków” mieszkali tam prawosławni „Ruscy”, Żydzi i Tatarzy, wszyscy raczej ubodzy – nieurodzajna piaszczysta ziemia podzielona na małe spłachetki nie mogła ich wykarmić. Każdy dorabiał czym mógł – Żydzi handlem, Tatarzy wyprawianiem skór, inni czym popadło. W czasach pokoju  współistnieli raczej zgodnie. Zdarzały się mieszane małżeństwa. Czasem ktoś „przechodził z Ruskiego na Polaka” albo odwrotnie ze względu na wyznanie współmałżonka. Pojawienie się obcych najeźdźców zaostrzało różnice. Polacy i Tatarzy zawsze ciążyli ku Polsce, pozostali wiązali pewne nadzieje z władzą radziecką, zwłaszcza w trzydziestym dziewiątym.

Tato Malwinki dobrze pamięta ten niezwykle upalny wrzesień, kiedy zwycięska armia radziecka przyszła ich uszczęśliwić. Nikt z niezamożnych kresowych gospodarzy nigdy nie widział takiej nędzy – kołchozowe szkapy wychudzone do niemożliwości w uprzęży z powiązanych sznurków ciągnęły rozwalające się wozy. Starożytne samochody pyrkały dychawicznie i stawały, a zniechęceni „krasnoarmiejcy” porzucali je na drodze - nie było, co naprawiać. „Uszczęśliwianie” rozpoczęli od aresztowania wszystkich „panów” w tym gajowych, leśniczych i sołtysów gromadzkich. Pewnego poranka ryczenie głodnego bydła zaalarmowało sąsiadów – w ciągu jednej nocy znikli, wywiezieni w głąb Rosji, legioniści (tzn. osadnicy, którzy dostali ziemie na kresach za udział w legionach). Potem wkroczyli Niemcy. Niedobitki armii radzieckiej ukryły się w lasach tworząc partyzantkę równie uciążliwą dla miejscowej ludności. Niemcy przychodzili za dnia rekwirując konie, wozy i żywność, partyzanci nocą zabierając, co pozostało. Kiedy sowieci wkroczyli po raz drugi, przedstawiali sobą widok nieporównanie bardziej złowrogi. Uzbroili się należycie za amerykańskie pieniądze.

Młody, jasnowłosy tato Malwinki patrzy na bydlęce wagony wywożące na Sybir transport za transportem Litwinów zza nie istniejącej już północnej granicy. Niedługo on sam znajdzie się w takim samym wagonie wieziony wraz z innymi mężczyznami do „Marinskoj Autonomnoj”. Zmobilizowali wszystkich do 60 roku życia. Pieszo pognali ich do Mińska, zaopatrzyli w solonego śledzia – sztuk jeden, „kipiatok” (tzn. wrzątek) i załadowali do pociągu. Na stacji w Smoleńsku wita ich ogromny Stalin na plakacie. Ktoś ma tyle fantazji, że wtyka w jego usta objedzony rybi szkielet, tylko ogon wystaje z zachłannej paszczęki. NKWD przeprowadza śledztwo, straszy, ze będą tu stali póki ktoś się nie przyzna. Nikt się nie przyznaje. Jadą dalej. Wysiadają na stacji Susłangir za Uralem. Tam czeka ich tymczasowy obóz, gdzie mają być przeszkoleni przed wcieleniem do Armii Radzieckiej. Zastają tam przywiezionych wcześniej Mołdawian, traktowanych jeszcze gorzej. Wszyscy cierpią potworny głód. Malwinka widzi oczyma duszy śniadą rękę mołdawskiego chłopca wyciągniętą po ziemniak z przejeżdżającej „kukuszki”, Ruski podbiega i uderza go „wintowkoj” w głowę. Chłopak pada martwy na śnieg.

Na pytanie o narodowość kresowiacy nieodmiennie odpowiadają „Polak’. Ruski się wścieka.

- Kakoj ty Poliak tyż Tatar! – Wrzeszczy na Jasia Tarkowskiego.

Tylko jeden sąsiad ze wsi taty zapisuje się jako ”Biełarus” w nadziei, ze będzie lepiej traktowany. Błąd taktyczny.  „Jobannyje Poliaki” odmawiają stanowczo złożenia przysięgi na wierność Stalinowi i Związkowi Radzieckiemu. „Towariszcz komandir” wychodzi ze skóry, żeby ich skłonić do uległości – ulubionym środkiem perswazji są nadprogramowe manewry w środku nocy polegające głownie na czołganiu się po błocie. Zapewnia ich nieodmiennie, że prędzej zobaczą „biełyje miedwiedi” niż Polskę.

Kiedy przychodzi upragniony rozkaz wcielenia do Polskiego Wojska i znowu ładują ich w bydlęce wagony aby przewieść tym razem do Lublina nieszczęsny „Biełarus” stoi na peronie i  płacze – czeka go Armia Radziecka. Obok niego zrozpaczony Józef Łasowski wiejski dowcipniś, który udawał staruszka – zapuścił brodę do pasa i chodził o lasce – ma wracać do domu.

Najstarszy brat mamy, Olgierd, zmobilizowany nieco wcześniej przechodzi cały szlak od Lenino do Berlina. Młodszy, Janek, już po wojnie musi udać się na przymusowe roboty. Najpierw pracuje w kopalni w Donbasie, gdzie panuje niemożliwy głód. Kiedy górnicy wracają po pracy ze skromną porcją chleba, z nasypu zbiegają „biezprizorni’, obskakują ich po kilku na jednego, chwytają za nogi i ręce i uciekają z jedzeniem. „Biezprizorni” to dzieci bez rodzin biegające samopas. Skąd się wzięli Malwinka nie rozumie – są podobno owocami wolnej miłości propagowanej po rewolucji, cokolwiek by to mogło znaczyć. Kiedy jednak władza radziecka dostaje ich w swoje ręce, zsyła do obozów pracy, gdzie dzieci pracują pilnowane przez inne dzieci uzbrojone w karabiny i przeszkolone przez dorosłych. Ze wszystkich pomysłów władzy radzieckiej ten wydaje się Malwince najbardziej szatański.

Wujek Janek ucieka z Donbasu. Zostaje więc wysłany do Sewastopolu, portu nad Morzem Czarnym. Tam pracując przy rozładunku statków nabawia się gruźlicy. Odsyłają go do domu, bo nie przedstawia już żadnej wartości jako siła robocza.

Gruźlica to wstyd (dlaczego? – nie może zrozumieć Malwinka) więc dla dobra rodziny musi udawać okaz zdrowia – pracuje przy budowie szkoły jako brygadzista. W końcu pewnej lipcowej nocy przychodzi po niego litościwa śmierć jak wytęskniona oblubienica i uwalnia od dalszych cierpień. Malwinka oddycha z ulgą. Do tej szkoły chodzi później mama Malwinki. Pochodząc z pobożnej rodziny w wielkim poście praktykuje wstrzemięźliwość od większości pokarmów. Aby ośmieszyć podobny zabobon „pionierważataja” instruuje inne dzieci aby wołały za nią „Post podniał chwost”.

Władza radziecka wprowadza kołchozy. W ramach równouprawnienia kobiet najcięższe prace, tradycyjnie wykonywane przez dorosłych mężczyzn, zleca się dziewczętom. Nastoletnia mama Malwinki kopie zimą torf i wnosi kilkudziesięciokilowe worki z ziarnem do magazynu. Dziadek Franciszek nie doczekawszy powrotu polskiej administracji, decyduje się na „repatriację’. Znowu bydlęce wagony. Tym razem wiozą rodzinę mamy na „ziemie odzyskane”. Gdyby zawiozły ich na księżyc szok byłby nie wiele mniejszy. Nowe wyzwanie – przystosowanie. Na dźwięk tego słowa Malwinka kurczy się w sobie. Czy może być coś gorszego, niż kiedy człowiek zaczyna się wstydzić tego, kim jest i skąd pochodzi i zaczyna udawać kogoś, kim nie jest w nadziei, ze zostanie zaakceptowany? „To śmierć” myśli Malwinka ‘odcięcie korzeni”

 Opowieści rodziców wypełniają całą przestrzeń ich domu nie zostaje ani skraweczek. Problemy Malwinki i Marzenki wydają się śmieszne i nic nieznaczące przy ogromie ich cierpień. Zresztą, jakie problemy? Mają przecież wszystko.



Pistoliet Puliemiot Szpagina

 

Wbrew temu, w co wierzyli rodzice „pokolenie, które się pasie” też miewa swoje problemy jakkolwiek śmieszne i mało znaczące mogłyby się wydawać. Takim właśnie śmiesznym i mało znaczącym problemem Malwinki był jej zwracający uwagę wygląd. Często słyszała, że jest „ładna w swoim rodzaju”, przy czym było jasne, że jest to rodzaj wysoce niewłaściwy i lepiej by było gdyby była nieładna, ale w innym typie. Malwinka była wysoka i ogólnie zaprojektowana na nieco większą skalę niż inne dzieci miała jasną skórę i piękne ciemno rude włosy, obok których nikt nie mógł przejść obojętnie.

- Patrz, ale ta mała ma włosy! – Komentowały bez żenady panie na ulicy.

- Widziałaś kiedyś taki kolor włosów jak u tej dziewczynki? – Pokazywały ją sobie palcami.

- Wariatka! Dziecku włosy ufarbowała! – Padały ciężkie oskarżenia pod adresem mamy Malwinki w tych rzadkich momentach, kiedy razem szły.

- Panna Tycjanówna – Uśmiechała się pani bibliotekarka na jej widok.

- Brzydula, rudzielec! – Podśpiewywała pewna starsza sąsiadka (niezwykle szpetna, zresztą), którą Malwinka podejrzewała, że ma nie po kolei w głowie.

Niewybredne okrzyki typu „ale ruda” albo „ruda kita”, nie mówiąc już o gorszych, które wolałaby zapomnieć, należały do smutnej normy. Malwinka stale musiała się liczyć z tym, że ilekroć wyjdzie z domu zostanie obrzucona wyzwiskami, i to często przez zupełnie obcych ludzi. Co może zrobić człowiek w takiej sytuacji? Malwinka marzyła tylko o jednym (oprócz psa, oczywiście) – karabinie maszynowym. Widziała oczyma duszy swoich prześladowców zgiętych w pół padających na ziemię, obelgi zamierają im na posiniałych wargach. Podrygują czas jakiś tocząc krwawą pianę z plugawych pysków, a potem już tylko patrzą w niebo nieruchomym wzrokiem. To była rozkoszna wizja, ale niestety, należała wyłącznie do świata wyobraźni. W rzeczywistości każdy czuł się uprawniony, żeby komentować jej wygląd, nawet słynne ze swej szpetoty Kwiatkowskie.

Klan Kwiatkowskich zamieszkiwał jeden z bloków komunalnych przy Tęczowej. Było ich nieprzeliczone mnóstwo, a co rok pojawiał się nowy. Zarówno chłopcy, jak dziewczyny charakterystyczną sylwetką o długim tułowiu, sięgających kolan rękach i krótkich krzywych nogach o wiele bardziej przypominali goryle lub inne wielkie małpy człekokształtne niż istoty ludzkie. Twarze bardzo do siebie podobne o grubych, ordynarnych rysach i wykrzywionych ustach były karykaturą ludzkiej twarzy. Każdy z nich był co najmniej cztery lata starszy niż wskazywałaby na to klasa do której aktualnie chodził. Swoją edukację kończyli średnio na piątej, osiągnąwszy w niej wiek lat szesnastu, kiedy to przymus szkolny przestawał ich obowiązywać Potem naturalną koleją rzeczy trafiali do zakładów karnych.

 Kwiatkowskie były nie do rozróżnienia toteż Malwinka nie była pewna, na którą z nich natknęła się w toalecie szkolnej. Niezrażona podeszła do umywalki, umyła ręce, poczym spojrzała w lustro i odruchowo poprawiła włosy. Niezidentyfikowana Kwiatkowska przy drugiej umywalce obserwowała ją spod oka.

- A ty, co się tak wdzięczysz do tego lustra. I tak nikt nie będzie cię chciał, bo ruda jesteś. – Przemówiła w końcu.

Malwinka nie miała pomysłu, co na to odpowiedzieć.

- A ty Kwiatkowska, przyjrzyj się najpierw sobie w tym lustrze jak nie masz swojego w domu. – Usłyszała lekko ochrypły głos Izki nadchodzącej od strony kabin.

Zanim treść tej uwagi dodarła w pełni do świadomości Kwiatkowskiej, Izka i Malwinka były już za drzwiami toalety i z całych sił napierały na nie z zewnątrz. Ryk Kwiatkowskiej rozdarł powietrze. Jasne było, że za chwilę uda jej się wydostać, Izka i Malwinka, mimo, że nie ułomki, nie mogły sprostać jej sile i wściekłości.

- A wy co robicie? – Znajomy głos pani Hildegardy Hinze, która właśnie rozpoczęła dyżur na korytarzu, był jak balsam dla  uszu w tej sytuacji. Odskoczyły natychmiast i ustawiły pod oknem jak dwa rozkoszne aniołeczki wznoszące w niebo jasne oczęta. Kwiatkowska wypadła z toalety i ku swojemu zdziwieniu  stanęła oko w oko z oko z siejącą grozę profesorką. Spiorunowana wzrokiem, zrobiła się całkiem malutka. Grzecznie podeszła do schodów, że niby zaraz zejdzie i pójdzie sobie do swojej klasy, ale zatrzymała się z ręką na poręczy. Izka tymczasem wykrzywiła szpetnie swoja miłą, ludzką twarz i zaczęła podrygiwać na zgiętych nogach imitując jej najbardziej rzucające się w oczy cechy genetyczne, bezpieczna za plecami pani Hinze.

- Na co jeszcze czekasz? – Każdy uczeń nieomylnie rozpoznawał ten ton głosu. Nawet Kwiatkowska zrozumiała, że bezpieczniej będzie się oddalić.

„Panie Boże dzięki ci za panią Hinze” myślała Malwinka z ulgą i wdzięcznością „gdyby nie ona szkoła zamieniłaby się w jeden wielki obóz dla biezprizornych kontrolowany przez Kwiatkowskich lub inne ludzkie monstra ich pokroju”. „Niech język przyschnie mi do podniebienia, jeśli jeszcze kiedykolwiek będę obrabiać Izkę” poprzysięgła uroczyście.

Łabędź


Samotny łabędź pływający wśród kaczek po fosie zawsze pobudzał wyobraźnię Malwinki. Patrząc na niego nie mogła nie myśleć o „Brzydkim kaczątku” Andersena. Tytuł bajki wydawał jej się absurdalny. Mały łabędź nigdy nie był brzydki – wyglądał dokładnie tak jak powinien na każdym etapie rozwoju. Jego problem polegał na tym, że zawsze otoczony był przez obcych, którzy mieli mu za złe jego inność. Dopiero spotkanie istot swojego gatunku uwalnia go od poczucia, że jest kimś gorszym. Jego wspaniała uroda nic by mu nie pomogła, gdyby nadal żył w wyłącznie kaczym towarzystwie. Nadal postrzegany byłby jako brzydki, bo taki wielki, ciężki, biały z tą niedorzecznie długą szyją, niemy i niezrozumiały. Byłby odmieńcem i wyrzutkiem. „Czy tak właśnie się czujesz łabędziu?” myślała współczująco Malwinka ilekroć tamtędy przechodziła.

 Pewnego dnia nie dostrzegła go jednak. „Może odleciał w poszukiwaniu swoich?” Przemknęło jej przez myśl. To była przyjemna wizja, ale z jakichś powodów Malwinka nie bardzo mogła w nią uwierzyć – zbyt piękna, żeby mogła być prawdziwa. Podeszła bliżej fosy, tknięta niedobrym przeczuciem zeszła po schodkach nad samą wodę.

 – Nie, ja chyba śnię! – Wykrzyknęła wstrząśnięta. Łabędź nie zniknął, tylko się zmienił. Gdzie podziała się śnieżna białość jego piór? Głowa i szyja do połowy była zielona z niebieskawym połyskiem, poniżej jasna obręcz, pierś brązowawa, skrzydła i grzbiet szare z podłużnymi czarnymi pasami, łapki pomarańczowe, a dziób żółty – słowem nieszczęśnik przebarwił się w kaczora w szacie godowej. Nie zmieniło się tylko jego zachowanie i pozycja w kaczym stadzie – dalej pływał na uboczu, ignorowany przez resztę.

- Łabędziu – powiedziała cicho Malwinka – mój biedny łabędziu.

Ptak na dźwięk jej słów podpłynął bliżej. Jego oczy były pełne łez.

- A więc ktoś mnie jednak rozpoznał – Wyszeptał ze ściśniętym gardłem. – Kim jesteś istoto o dziwnych oczach, które widzą?

- Jestem Malwinka, noszę okulary, bo mam wadę wzroku, ale mogę je ściągnąć.

- Czy nadal widzisz, że jestem łabędziem?

- Oczywiście, ale powiedz, co ci się stało?

- To smutna historia, Malwinko. Jestem… a właściwie byłem – bo teraz nie wiem już kim jestem – jedynym łabędziem w tej okolicy. Jedzenia jest dość, woda ciepła, nawet zimą nie zamarza… Kłopot w tym, że czułem się tak potwornie samotny między tymi wszystkimi kaczkami… zwłaszcza w okresie godowym, kiedy dobierają się w pary. Myślałem sobie „Być łabędziem piękna rzecz, ale oddałbym wszystko, żeby móc być teraz jednym z nich, bo nie zniosę dłużej tej strasznej samotności.” Wypowiedziałem moje pragnienie w złą godzinę i spełniło się jak widzisz. Przestałem być łabędziem, a nie stałem się kaczką. One dalej traktują mnie jak przedtem – istotę innego gatunku, z która nie maja nic wspólnego. – Łabędź zwiesił smutno swoja małą wdzięczną główkę. – Nie to jest jednak najgorsze…- Przełknął boleśnie – Dziś rano widziałem moich braci. Zatrzymali się tu na popas w podróży. Nie rozpoznali mnie, kiedy podpłynąłem się przywitać. Zignorowali kompletnie, tylko jeden zauważył, że te kaczki rosną coraz większe w dzisiejszych czasach, a nawet uczą się obcych języków… - Łabędź zapłakał gorzko.

- Ale przecież twoje pióra kiedyś odrosną i nikt nie będzie miał wątpliwości…

- To moja jedyna nadzieja, ale będzie to trwało długo i nawet kiedy będę całkiem biały, trudno będzie moim braciom zobaczyć łabędzia w kimś, kogo wcześniej uznali za kaczkę…

Malwinka nie wiedziała jak go pocieszyć. „Może nie chce być pocieszony?” Pomyślała.

- Malwinko – Ptak spojrzał jej prosto w oczy – Obiecaj mi jedno - powiedział z mocą – Obiecaj mi, że nigdy tego nie zrobisz, a uznam, ze nie cierpię nadaremno.

- Czego ?

- Że nigdy nie wyrzekniesz się tego kim jesteś, aby stać się kimś, kim nie jesteś

- Nie, nie zrobię tego – W głosie Malwinki brzmiało przekonanie

- Choćby nie wiem ile cię to miało kosztować – odrzucenie, prześladowanie, samotność…

Malwinka skuliła się nieco na taką perspektywę – samotność jak samotność, ale odrzucenia, a zwłaszcza prześladowania zdecydowanie nie lubiła.

- Widzisz wydawało mi się, że jestem nieszczęśliwy z powodu samotności, ale w porównaniu z tym, co teraz czuję to była drobna niedogodność. Oddałbym wszystko żeby stać się znowu prawdziwym łabędziem. - Ledwo wypowiedział te słowa jego pióra stały się na powrót lśniąco białe, dziób czerwony, a duże błoniaste łapki czarne.

- Popatrz! Popatrz na swoje odbicie! – Wykrzyknęła rozradowana Malwinka.

Łabędź znieruchomiał wpatrując się w wodę. Po czym rozłożył wielkie skrzydła, trzepocząc nimi rozpędzał się przez całą długość fosy aż w końcu wzbił się w powietrze. Zatoczył krąg nad głową dziewczynki. Nie była pewna, czy usłyszała ciche „pamiętaj” czy to tylko odgłos łabędzich skrzydeł w locie ją omamił. Szczęśliwa biegła do domu. „Nie zapomnę. Łabędziu. Nigdy nie zapomnę!” powtarzała w duchu.