środa, 22 września 2021

Łomot upadających autorytetów

  • O. Maciej Zięba świetny zakonnik i prowincjał, wyznawca sukcesu i wolnego rynku, wychowujący nowe elity i promujący się na spotkaniach z czytelnikami ze swoim przyjacielem Michałem Zioło, też świetnym zakonnikiem, który od  dominikanów przeszedł do trapistów jak nie przymierzając Thomas Merton. (Kto go wtedy nie czytał!) No cóż, miał też innych bliskich przyjaciół jak np. Paweł M., dla ratowania którego grozi jego ofiarom "zniszczę was"! Ponadto choroba alkoholowa! "Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni", ale trudno na kogoś takiego patrzeć jako autorytet. Widząc go w ostatnich latach we Wrocławiu, kiedy odprawiał mszę miałam nieodparte wrażenie, że to człowiek całkowicie niewierzący, za to z dużą starannością wypowiadający wszystkie kwestie, których wymaga liturgia. Według dra Krajskiego należał do komisji trójstronnej - międzynarodowej organizacji masońskiej. Bum!
  • Dominikanie, ze szczególnym uwzględnieniem posługujących we Wrocławiu w latach 1996-2000. Ślepi i głusi na to co działo się im pod nosem. Przeor Konopka, który nic nie pamięta, współbracia Pawła M. zbyt taktowni, żeby go upomnieć, lub zbyt onieśmieleni jego sławą mołojecką... Żaden się nie wychylił, bo by wyglądało, że zazdrości sukcesów w dziedzinie "przyciągania do Kościoła", a także w innej, o której nie wypada mówić... Prężne duszpasterstwo akademickie - duma zakonu, którego głównym targetem jest młodzież studiująca. Może mieć różne zastosowania jak się okazuje. My "pozostali wierni" mogliśmy podziwiać z daleka DA Dominik - i jego creme de la creme Wspólnotę św. Dominika - za pomoc powodzianom, organizowanie "świetlicy na ulicy Nowej" i "wyjazdy ewangelizacyjne" do Chin... "Wszystko to marność i pogoń za wiatrem" jak mówi Kohelet... Traaach!
  • "Piękni ludzie" mojej (późnej) młodości. Kto to taki? Opowiem na przykładzie, który pierwszy przychodzi mi do głowy. Piękna osoba jest absolwentką filologii romańskiej, dzięki czemu może swobodnie poruszać się po Francji i nawiedzać sławne nowe wspólnoty jak Wspólnota św. Jana, Ośmiu Błogosławieństw i czegoś tam jeszcze. Piękna osoba rozeznaje swoje powołanie, czy chciałaby należeć, do którejś z nich czy raczej wyjść za mąż....Piękna osoba chodzi sama po górach i zawsze kogoś w tych górach poznaje...  Piękną osobę daje się za przykład osobom szpetnym, które nie robią tych wszystkich rzeczy... Piękne osoby w pięknych nowych wspólnotach zapewne zdążyły się zorientować w co wdepnęły... Może same były równie nie piękne? Baaach!
  • "Wysoko zrealizowani" mistrzowie duchowi występujący najczęściej w buddyzmie. Jednym jest Kalu (lub Karlu) Rinpocze należący do sekty Karma Kagyu, tej właśnie, którą tak energicznie promuje w Europie i Polsce lama Ole Nydahl. Kalu Rinpocze jest starożytny (teraz pewnie już nie żyje) i wygląda jak zasuszony szkielet z nieproporcjonalnie wielką czaszką - maximum ducha minimum ciała. Nic bardziej mylącego. Jego libido zawstydziłoby niejednego młodzieńca. Wykorzystuje seksualnie kobiety i grozi im, że jeśli będą chciały się tym pochwalić, to czeka je kara na ileś tam wcieleń! Postchrześcijańskie Europejki trudniej jednak spacyfikować niż tybetanki urodzone w tej tradycji i rzecz wychodzi na światło dzienne. Nie jest wprawdzie newsem w światowej prasie (nie chodzi przecież o kler katolicki), ale w środowisku buddystów się przebija. Pokazuje dokładnie ten rodzaj chorej zależności jaki wytwarzał sławny Paweł M. Guru jest ponad mieszczańską moralnością, jeśli chcesz być jego uczniem, to traktuj wszystko, co z tobą robi jako zaszczyt i pomoc w drodze do własnego oświecenia czy czegoś tam innego. Mistrzowie Zen biją uczniów kijem po kręgosłupie, Paweł M lał pasem po gołej pupie...Bęc!
  • Z innej bajki: Ziemkiewicz przypomniał na YouTube książkę Moiry Greyland The last closet. To jej wspomnienia z domu rodzinnego. Dom był niezwykły, bo rodzice nieprzeciętni -Marion Zimmer Bradley i Walter Breen,  pisarka science fiction i fantasy oraz wybitny numizmatyk, oboje eksperymentujący w dziedzinie seksu, oboje identyfikujący się jako homoseksualiści. Walter Breen był czynnym pedofilem i działaczem na rzecz akceptacji pedofilii, popieranym w tym przez żonę. Oboje molestowali swoje dzieci, przy czym matka jeszcze znęcała się nad nimi. Lektura - jak sobie wyobrażam - niewesoła. Moira Greyland stwierdza, że z dwojga złego, to ojciec-pedofil był w porównaniu z matką-potworem zdecydowanie lepszym człowiekiem. Nie powstrzymało jej to od zgłoszenia na policję jego przestępczych czynów, co zaowocowało 12-letnim wyrokiem więzienia. Umarł w trakcie odsiadki. Czytając w czasach odległych co najmniej o 30 lat Mgły Avalonu Marion Zimmer-Bradley (w niemieckim przekładzie, bo polskiego jeszcze nie było) zdawałam sobie sprawę, że autorka jest feministką wrogą wobec Chrześcijaństwa, a mimo to pozostawałam pod wrażeniem jej wizji! Moira Greyland wymienia wiele innych sławnych nazwisk jak Isaac Asimov (ten od Kroniki Akaszy), którzy również mają podobne dokonania na niwie obyczajowej. Łuuups!

A więc drogi czytelniku jeśli masz zastrzeżenia do własnego środowiska rodzinnego i szukasz kogoś mądrego, kto wie lepiej, to zachowaj daleko posuniętą ostrożność, bo możesz trafić z deszczu pod rynnę.

poniedziałek, 20 września 2021

Na marginesie Traditionis Custodes i raportu komisji Terlikowskiego

Wysłuchałam dziś komentarza o. Remigiusza Recława SJ o tradycjonalistach (Tradycjonaliści - o co tu chodzi? - wyjaśnia o. Remigiusz Recław SJ) przy okazji motu propriu papieża Franciszka Traditionis Custodes. To już drugi komentarz na ten temat (po wczorajszym o. Szustaka) pochodzący od osób nastawionych do mszy trydenckiej i jej zwolenników - delikatnie mówiąc - krytycznie.

Od razu się zastrzegam - nie chodzę na mszę trydencką. Z poważnymi zarzutami pod adresem niektórych ojców soborowych na Vaticanum Secumdum i krytyką tzw. Novus Ordo zapoznałam się stosunkowo niedawno. Nie wpłynęło to na zmianę rytu mszy. Porzuciłam wprawdzie dominikanów, gdyż moim zdaniem skompromitowali się podczas pandemii (zanim sprawa o. Pawła M. wypłynęła w całym fascynującym bogactwie szczegółów), ale nadal uczestniczę w  mszach Novus Ordo odwiedzając różne kościoły w mojej okolicy.

Bardzo smutne wydaje mi się, że inernetowi kaznodzieje typu o. Szustaka czy o. Recława nie mają praktycznie żadnych argumentów na pognębienie tradycjonalistów poza ogólnikami typu:
  • nie idą z duchem czasu (identyfikowanym przez o. Szustaka z Duchem Św., moim zdaniem bezpodstawnie)
  • są "uczonymi w prawie" na podobieństwo faryzeuszy, legalistami, którzy przywiązują nadmierną wagę do nieistotnych szczegółów (o. Recław)
  • "wiedzą  lepiej" i "tylko oni mają rację" stad ich niechęć do ekumenizmu (o. Recław)
  • na skutek nadmiernej koncentracji na prawie nie są w stanie pojąć Boga, który jest miłością (o. Recław) 

Tym ogólnikom towarzyszyło przewracanie oczami i uciekanie wzrokiem (o. Szustak) oraz wymachiwanie rękami i prezentowanie inernetowych stron tradycjonalistów podszywających się pod katolików jak np. P. Ch. 24 (o. Recław) .

Kiedy porównamy ten rodzaj podejścia do tematu, z argumentami (za mszą trydencką, przeciw decyzjom soboru) prezentowanymi np. przez Pawła Lisickiego czy prof. Jacka Bartyzela, mamy intelektualną przepaść. Przede wszystkim możemy się dowiedzieć o faktach tzn.:

  • jak mała grupa progresistów z krajów północnej Europy za pomocą sztuczek proceduralnych dokonała czegoś w rodzaju zamachu stanu na soborze
  • jak odrzucono przygotowane przez kongregację nauki wiary schematy
  • jak celowo niejednoznacznie formułowano dokumenty soborowe, aby je potem móc dowolnie interpretować
  • jak kilkuosobowa komisja wymyśliła nową liturgię praktycznie z powietrza, kilka lat po soborze i niezgodnie z jego wytycznymi
  • jaki wpływ na dalsze losy Kościoła miały przyjęte dokumenty
Nie wydaje mi się dziwne, że wielu innych ludzi zna te fakty i potrafi wyciągać wnioski. Może właśnie dlatego ani sam papież Franciszek, ani popierający go duchowni nie zamierzają rozprawiać się z tradycjonalistami w drodze dyskusji. Nie mają bowiem żadnych argumentów. Pozostaje im jedynie przedstawienie ich jako sztywnych neopelagianistów, których bezwzględnie wyłącza się z "dialogu", do którego zaproszeni są wszyscy ochrzczeni. "Ja kasuje wszystkie komentarze tradycjonalistów" - powiedział o. Szustak z niesmakiem, jaki wzbudziła w nim sama myśl o tych obmierzłych istotach.

Powiedziałam już, że zwolennicy mszy trydenckiej to nie moja bajka, ale otwarcie głoszone herezje, rozmywanie nauki Kościoła, zastępowanie jej infantylnymi bredniami i polityczną poprawnością to zupełnie inna historia. 

Nikt mi nie powie, że knowania mafii Sankt Gallen odbywały się pod natchnieniem Ducha Św., albo że upodobał on sobie kardynała Martiniego i jego duchowych spadkobierców pragnących nadrobić owe 200 lat zapóźnienia (jakie Kościół ma) w stosunku do rewolucji francuskiej.

Nie ma nic bardziej wchrzaniającego u dorosłych ludzi niż infantylizm, i niebezpiecznego zarazem - vide casus o. Pawła M. Sposobem mówienia i epatowania słuchaczy swoimi emocjami nieco przypominał Szymona Hołownię. Na sam wygląd nie sposób było traktować go poważnie, dlatego z trudem przyszło mi uwierzyć w koszmarne zarzuty - jak gwałt i przemoc fizyczna - które na nim ciążą. Po przeczytaniu obszernych fragmentów raportu komisji Terlikowskiego moje nastawienie uległo pewnej zmianie.

Bywałam na tych mszach o uzdrowienie, przed którymi celebrans gwałcił jedną z wyznawczyń w zakrystii lub kaplicy św. Józefa i kazał jej całować "swojego dzidziusia" (sic). "Duch Św." tak go natchnął, żeby było więcej uzdrowień! Potem ta sponiewierana niunia robiła za prorokinię, ogłaszając zachęcana przez swojego guru, kogo Pan Jezus uzdrawia i z czego... Ohyda i brak słów.

Pamiętam owo wielkie dzieło - świetlicę środowiskową przy ulicy Nowej - to jak rozumiem miało być miejsce w którym członkowie Wspólnoty św. Dominika mieli razem mieszkać jak nowe wspólnoty we Francji - św. Jana czy Ośmiu Błogosławieństw. Przy każdej okazji o. Paweł donosił licznie zgromadzonym wiernym jak postępują prace w tym lokalu. Znaczy kłamał od początku, żadna świetlica tylko własna siedziba wspólnoty, gdzie krzyki rozmodlonych członków nie będą zwracać niczyjej uwagi, podobnie " wypędzanie demonów ch....m" jak to ujęli współbracia (jednak mieli jakieś pojęcie o tych niecodziennych praktykach). Rozumiem, że wyłudzone od wyznawców pieniądze poszły na ten cel. Na co konkretnie, skoro lokal przyznało miasto?

Przeor Konopka nic nie widział i nie pamięta, poza działaniem Ducha Św. i tłumami w kościele oczywiście. To bardzo ciekawy wątek. Pamiętam jak udałam się do klasztoru na umówioną spowiedź do jednego z ojców (nie Pawła M.) Przeor był tak zaciekawiony, że pod jakimś kulawym pretekstem próbował wparować do środka. Nie wierzę, że nie interesował się młodymi laskami mieszkającymi za klauzurą i nie zdawał sobie sprawy co się tam odbywa.

Przeor nie radzi sobie ze swoim alkoholizmem, a prowincjał z chorobą alkoholową - sławna demokracja dominikańska! Normą jest wybieranie ludzi słabych i łatwych do skompromitowania - wszyscy mogą robić co chcą (no i robią jak widać w raporcie). No może nie wszyscy, ale gwiazdy przyciągające tłumy zdecydowanie tak. Czy coś się zmieniło w tej kwestii?









niedziela, 19 września 2021

O natchnieniach Ducha Świętego i primadonnach kaznodziejstwa.

Zupełnie niepotrzebnie wysłuchałam wczoraj komentarza o. Szustaka OP na temat ograniczenia mszy trydenckiej wprowadzonego przez papieża Franciszka. Nie moja bajka, ale argumentacja zastanawiająca. Zdaniem  dominikanina wierni, którzy chodzą na mszę trydencką, krytykują Sobór Watykański II oraz pontyfikat papieża Franciszka i jego decyzje, od dawna byli już poza Kościołem, więc ich nie szkoda. Opierali się Duchowi Św. działającemu w Kościele, który go stale przemienia i dalej w tym tonie, plus dużo przewracania oczami i uciekania wzrokiem.

Wszystko to bardzo pięknie, ale o ile mi wiadomo Duch Św., nie może nakłaniać kogokolwiek do działań jawnie sprzecznych z Dekalogiem na przykład.

Inna dominikańska gwiazda znana obecnie jako Paweł M. też była pełna  natchnień Ducha Św., jak sama uważała. Zmuszała np. dziewczynę ze swojej Wspólnoty św. Dominika do seksu przed mszą o uzdrowienie, w zakrystii, w kancelarii, a nawet w kaplicy św. Józefa na ołtarzu (aby było więcej uzdrowień). Nie chce mi się nawet pisać o szczegółach działalności tego nieszczęśnika, można się z nimi zapoznać w raporcie komisji Terlikowskiego (opublikowanym m.in. na stronie portalu Deon). 

Przy całej różnicy postury obu primadonn kaznodziejstwa istnieje pewne podobieństwo w postawie - duży dystans do Kościoła i jego nauki skontrastowany z wiarą w swoje lepsze poznanie intencji Ducha Św. + kierowanie się do odbiorców, którzy przyjmują to bezkrytycznie. Zdolność do przyciągania tłumów zamykała ( i nadal zamyka) usta wszystkim potencjalnym krytykom oraz redukuje gotowość przełożonych na przyjęcie do wiadomości, że ta nadzwyczajna popularność niekoniecznie świadczy o świętości. O. Maciej Zięba miał zgasić próby zwrócenia jego uwagi na dziwne praktyki o. Pawła M. zdaniem wypowiedzianym do mniej charyzmatycznego współbrata: "jak będziesz miał 3 tysiące na mszy o uzdrowienie, to pogadamy".


niedziela, 12 września 2021

Zmartwychwstanie wg o. Szyrszenia

Pewien salwatorianin usłyszał od uczestnika rekolekcji, że najbardziej (w przerabianym tekście z  Ewangelii św. Łukasza) niepokoi go  fakt przebywania Jezusa w łodzi, podczas gdy tłumy pozostają na brzegu. Chodził  z tym i chodził, dlaczego Jezus na jeziorze, a ludzie na brzegu.... Aż wreszcie uświadomił sobie, że jezioro ma także drugi brzeg i tylko Jezus może tych ludzi tam przewieść (jak nie przymierzając Charon przez Styks). 

Salwatorianin powiódł wzrokiem po wiernych zgromadzonych w kaplicy domu rekolekcyjnego w Międzywodziu, upewniając się czy historia zrobiła na nich odpowiednie wrażenie. Najwyraźniej usatysfakcjonowany, coraz bardziej się rozkręcał. Popatrzmy na niektóre kartki wielkanocne z przedstawieniem Zmartwychwstania, jakże są naiwne. Zmartwychwstania przecież nikt nie widział. Zdjęta trwogą straż upada z powodu... trzęsienia ziemi, skutkiem czego kamień się przesunął, ale Jezus nie wyszedł z grobu, który jest po naszej stronie rzeczywistości, gdyż PRZESZEDŁ NA DRUGI BRZEG.

Czujecie temat? Zmartwychwstanie polegało na tym, ze Jezus przeszedł na drugi brzeg! Żołnierze rzymscy byli świadkami trzęsienia ziemi ( nie pierwszego w swoim życiu) i opowiadanie, że uczniowie wykradli ciało zapewne nie obciążało zbytnio ich sumień. Przecież mogli to zrobić korzystając z odsuniętego kamienia, kiedy to strażnicy z obawy o swoje życie nie mieli głowy do pilnowania zwłok skazańca.

Kogo więc widziała Maria Magdalena, uczniowie w drodze do Emaus i apostołowie w wieczerniku i na brzegu jeziora (znowu ten brzeg!). Kim był tajemniczy nieznajomy, dla którego Piotr pospiesznie się ubrał i skoczył z łodzi do wody, bo nie chciał stanąć przed nim prawie nagi (z szacunku). 

Pewien Paulin wyraził się, że  Jezus "wyświetlił" się płaczącej Marii Magdalenie! A więc coś w rodzaju halogramu! Bardzo pięknie, ale w takim razie w co niewierny Tomasz wkładał palce? W pokaz multimedialny? Ach wiem tekst ewangelii musi być zanieczyszczony! Odczuwanie głodu? Jedzenie ryby? Nie bądźmy dziećmi. Jakie są dowody na zanieczyszczenie tekstu? Ano takie, że przecież nikt zabity na śmierć nie mógł zmartwychwstać! Niewierzący bibliści nigdy nie spotkali się z takim zjawiskiem w całym swoim życiu i nikt z ich znajomych i krewnych też nie!!! (Z tego samego powodu całun turyński MUSI być obiektem wytworzonym w XIV wieku przez kosmitów, posługujących się potężniejszymi laserami niż jakiekolwiek współczesne laboratoria!)

Salwatorianin znowu rozgląda się po ludziach zgromadzonych w kaplicy. Coś go jednak zaniepokoiło w wyrazie twarzy kilku osób, bo pośpiesznie dodaje, że jego intencją nie było wyśmiewanie owych idiotycznych wielkanocnych kartek, jeśli jacyś naiwni  chrześcijanie wciąż jeszcze w nich gustują. Czuje, że ręka mnie świerzbi, choć wszelkie ślady po egzemie zbladły na skutek kąpieli morskich w chłodnych wodach Bałtyku.

Cóż ojcze (nomen omen) Szyrszeniu, pięknie śpiewasz, czujesz liturgię i dobrze przygotowałeś się do swoich konferencji.  Nie przyjdę jednak więcej cię słuchać, choć temat bardzo mnie interesuje, bo nie zniosę, żeby ktokolwiek podważał moją wiarę w Zmartwychwstanie Jezusa. "Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, próżna jest nasza wiara", czyż nie?

Co mnie obchodziłby jakiś żydowski mesjasz, który Syrofenicjankę, kobietę spoza swego narodu bez mrugnięcia powieką porównuje do psa, a do setnika rzymskiego z Kafarnaum udaje się tylko dlatego, że ten wybudował synagogę i cieszy się względami miejscowej starszyzny? Dla kogoś takiego wszyscy (z wyjątkiem współplemieńców) bylibyśmy po prostu Goyim, bydlętami o ludzkich twarzach, których życia nawet nie ratuje się w szabat. Gdyby nie był tym, kim twierdzi, że jest (a fakt Zmartwychwstania to potwierdza) pozostałby w moich oczach jedną z postaci historii kultury.

Wcielenie Boga jest karkołomną koncepcją dla ludzkiego umysłu. Niektórzy kaznodzieje lubują się w eksponowaniu  ludzkiej strony relacji z nim, opowiadają o przytulaniu, zakochiwaniu się, a nawet pocałunkach. Szczerze mnie to mierzi, gdyż jestem boleśnie świadoma niedoskonałości ludzkiej natury i relacji do jakich jest zdolna przy takich ograniczeniach. Dlaczego nie pozwolić Bogu być Bogiem?

Złodziej, który mnie onegdaj okradł na kąpielisku wyrzucił mój zamszowy plecak z ubraniem, bielizną, butami. zegarkiem, komórką, dokumentami i kluczami. Jedynie aparat fotograficzny i mały różaniec ze szklanych paciorków (pamiątka z rekolekcji w Częstochowie) wydały mu się godne zachowania i tylko te przedmioty policja odzyskała.  Na różańcu można odmawiać tylko jedną dziesiątkę. Jeśli mam wybrać tą najważniejszą to jest to Zmartwychwstanie i tego się będę trzymać.


środa, 28 lipca 2021

Byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie, czyli ohydna historia z życia wzięta

Napomykałam tu i ówdzie o mojej niewesołej sytuacji finansowej, która trwa od dłuższego czasu. Przez wiele lat nie stać mnie było na wakacyjny wyjazd. Znosiłam to pogodnie, gdyż zawsze mogłam pojechać rowerem na bezpłatne kąpielisko na Oporowie, gdzie ratownicy nie robili problemu, żeby pozwalać ludziom pływać poza wydzielonym brodzikiem z piaszczystym dnem i płytką wodą. Na początku zaprezentowałam im zresztą moją starożytną kartę pływacką z 1980 roku, żeby mieli pewność, że nie naciągam ich na nic nielegalnego. 

Mimo ubóstwa i braku odpowiedzi na moje modlitwy (takiej jakiej oczekiwałam w każdym razie) czułam się objęta jakąś opieką. Szczególnie ujmujące wydało mi się zapewnienie mi wody, w której mogłam pływać do woli. Z całą szczerością serca mogłam więc wypowiadać słowa psalmu "Pan pasterzem moim nie brak mi niczego (...) prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę"

Niestety rzecz zmieniła się w tym roku. Nowa ekipa ratowników nie pozwala ludziom pływać. Można tylko chlapać się przy brzegu człowiek na człowieku (o dystansie społecznym zapomnij) w płytkiej wodzie, do której wszyscy sikają. Wynegocjowałam pozwolenie na pływanie 2 metry od tego skupiska, ale facet ciągle na mnie gwizdał i wrzeszczał. Małe wredne gówno, z wielkim ego. Nie miałam ochoty na powtórkę tego doświadczenia. Dopytałam się więc przezornie czy w sytuacji kiedy ktoś wchodzi do wody spoza wydzielonego kąpieliska też zamierzają drzeć mordę. Okazało się, że nie, jeśli jego rzeczy też są poza kąpieliskiem.

Zastosowałam się więc i oczywiście ukradziono mi plecak zostawiony na brzegu. Było tam moje ubranie, bielizna, buty (śliczne nowe tenisówki), ręcznik, komórka, dokumenty i klucze, a także aparat fotograficzny. Po godzinie pływania wyszłam z wody w mokrym stroju i nie miałam w co się przebrać, żeby wrócić do domu. Ratownicy wzruszyli ramionami na mój problem, a wezwana policja odjechała zostawiając mnie w mokrym stroju i bez butów. Pouczyli mnie, ze mam się stawić się na komisariacie po 14, bo wcześniej jest tłok. Byłam tak zaszokowana, że nie zaprotestowałam. 

Poprosiłam ratowniczkę o pożyczenie mi czegokolwiek np. ręcznika. Zgodziła się bez entuzjazmu. Ruszyłam więc boso w mokrym stroju (owinięta na biodrach ręcznikiem ratowniczki) ulicami Oporowa na przystanek tramwajowy. Wsiadłam do czwórki i pojechałam. Nie ujechałam i 3 przystanki, gdy dogoniła mnie policja z informacją, że złapali złodzieja i odzyskali aparat. Dałam więc kolejne przedstawienie przemaszerowując przez skrzyżowanie w asyście dwóch mundurowych i wsiadając z nimi do samochodu celem udania się na komisariat i zidentyfikowania odzyskanych przedmiotów.

Po dłuższej chwili ktoś wpadł na pomysł, żeby mi dać drugi ręcznik, poszłam więc do toalety, zdjęłam wreszcie mokry strój i owinęłam się dwoma ręcznikami. Tak ubrana maszerowałam po komisariacie, aż jakaś policjantka zasugerowała, żeby dać mi coś do ubrania. Dano mi papierowy fartuch i tak odpierdolona składałam zeznania, aż do momentu kiedy przyjechała moja siostra z rzeczami.

Po co to wszystko opowiadam tak szczegółowo? Jestem po prostu wstrząśnięta tym, że nikt nie widział w bosej kobiecie w mokrym stroju w środku miasta osoby potrzebującej pomocy. Ratownicy do których pierwszych się zwróciłam wypięli się na mnie dupą, tylko jedna dziewczyna okazała ślad ludzkich uczuć udostępniając mi telefon, żebym mogła zadzwonić na policję i pożyczając ręcznik. Zrobiła to dopiero na moją prośbę bez zbytniego entuzjazmu...

Nie wiem co jest bardziej ohydne - dziad, który kradnie ludziom ubranie i buty na basenie, a potem je wyrzuca, czy ludzie, którzy widząc kogoś w tak oczywistej potrzebie odwracający się dupą. Jestem wstrząśnięta do głębi i nawet nie mogę się wypłakać...

niedziela, 25 lipca 2021

Krótko o rusko-niemieckiej rurze pobłogosławionej przez Bidena

Dziadzio Biden pobłogosławił rusko-niemiecką rurę. Na co ten baran liczy? Na wdzięczność szwabów i ruskich? Spodziewa się, że go poprą w rozgrywce z Chinami? Dlaczego mieliby coś takiego zrobić? Razem będą wystarczająco silni, żeby się na USA i ich zramolałego prezydenta wypiąć. 

Kiedy Niemcy mieli się zjednoczyć wszyscy widzieli niebezpieczeństwo i słusznie. Wszyscy przeciwnicy mieli rację. Zjednoczone Niemcy to dynamit podłożony pod Europę, a co dopiero Niemcy, którzy dorwą się do ruskich złóż. Niebezpieczeństwo dla Europy i świata zwielokrotnione do n-tej potęgi.

Ani Niemcy ani Ruscy nie marzą o przyjaźni z Ameryką, tylko chcą ją z Europy wysiudać.

Nigdy nie miałam dobrego zdania o naszych politykach i słusznie (jak widać), ale że w Ameryce jakiś straszny dziadunio i jego lewackie otoczenie może robić takie idiotyzmy? Gdzie owo sławne deep state myślące długofalowo o interesie USA?

Rzecz jest tajemnicza. Wygląda, że Ameryka zamierza popełnić spektakularne samobójstwo na oczach świata. Najpierw ekscesy pod szyldem BLM, potem niezupełnie regularny wybór sklerotyka na prezydenta. Kto tym steruje i jaki jest jego cel? A może wszystko wymknęło się komuś spod kontroli?

Boże, miej nas w swojej opiece i spraw by knowania głów pychą nadętych im samym przyniosły zgubę!

sobota, 3 lipca 2021

Taki mamy klimat (duchowy)

Ponowna lektura Nie krocz za mną - najbardziej interesującej książki ostatniej dekady - uruchomiła we mnie lawinę wspomnień. Lata 90-te ubiegłego wieku. W każdej szkole podstawowej w wynajętej sali uczeń Sri Chimnoya, hinduskiego guru robiącego kasę na Zachodzie uczy zacofanych Polaczków  medytacji. Na Łokietka  regularna szkoła dla czarownic, gdzie można studiować radiestezję, reiki i Bóg wie co jeszcze, weekendowe kursy z doskonalenia umysłu metodą da Silvy prowadzi pracownik naukowy Politechniki Wrocławskiej (o ile dobrze pamiętam). 

W każdej księgarni wśród bogatej oferty New Age książki lamy Ole Nydahla, a na każdym słupie ogłoszeniowym plakaty reklamujące jego wykłady. To duński uczeń XIV Karmapy, głowy szkoły Karma Kagju, jednej z czterech sekt buddyzmu tybetańskiego. W Polsce prowadzi działalność misjonarską, zakłada liczne ośrodki "diamentowej drogi" w tym dzikim i ciemnym kraju, po czym pisze o tym książki. 

Nie byłam na ani jednym wykładzie, ale książki podczytywałam w ramach mojego ówczesnego zainteresowania Tybetem. Znacznie więcej niż o duchowej tradycji tego kraju można dowiedzieć się o samym  "lamie Ole", który bardzo eksponuje swoje cechy samca alfa. Romanse, szybka jazda samochodem i typ wyznawców, którzy mogliby służyć w kompanii reprezentacyjnej jakiejś armii, a wyznawczynie biegać na wybiegach na pokazach mody. Żadnego "kościółkowego" obciachu (choć liczne kiczowate symbole i rekwizyty buddyjskie widoczne na każdym zdjęciu), to oferta dla inteligentnych i otwartych młodych ludzi. Tacy ludzie źle się czują w Kościele Katolickim z jego dziwacznymi rytuałami i wierzeniami, ale nie mają żadnych oporów, żeby wierzyć, że czarna korona Karmapy wykonana jest z włosów żeńskich bytów duchowych. Nie wydaje im się też dziwne zwracanie do młodych tybetańskich mnichów na występach gościnnych przez "rinpocze" (drogocenny) i traktowanie ich jak nie przymierzając papieża. No cóż widocznie nie jestem dość otwarta, żeby to pojąć.

Celibat wymagany od mnichów nie jest zbyt ściśle przestrzegany, zwłaszcza na występach gościnnych na Zachodzie, gdzie wyzwolone groupies poczytują sobie za zaszczyt ten rodzaj bliskich spotkań. Gdyby jednak nie doceniały takiego zaszczytu, to można je postraszyć przekleństwem na ileś tam wcieleń i spokój (przypadek starożytnego Kalu Rinpocze). Prasa jakoś dziwnie nie interesuje się takimi skandalami wśród wyznawców buddyzmu, choć wobec nieporównywalnie silniejszej pozycji "mistrza duchowego" (który może dowolnie dysponować uczniem) niż duchownego jakiegokolwiek wyznania chrześcijańskiego są one bardziej prawdopodobne, a głosy ofiar bardziej tłumione.

Przyznam, że owo podejście - misjonarz jako samiec alfa, pozyskujący wyznawców urokiem osobistym i dystansujący się wobec oficjalnych przedstawicieli swojej religii, bardzo przypomina mi o. Adama Szóstaka OP. Nie wiem do czego posunie ów charyzmatyczny dominikanin, ale Ole Nydahl nie uznał - wbrew opinii Dalaj Lamy - następcy XIV Karmapy i wypromował zupełnie inne tybetańskie dziecko jako kolejne wcielenie swojego mistrza. Otwarci wyznawcy zgodzili się z nim, choć nie wiem czy byli w stanie samodzielnie rzecz całą zbadać, zamknięci tzn. "kościółkowi" uznali wybór oficjalny. Nastąpił podział majątku buddyjskich ośrodków jak przy rozwodzie...

Wracając do Nie krocz za mną, to pewne opinie wyrażone, przez skażonych lucyferyczną inicjacją pradziadka członków rodziny autorki są bardzo podobne, do poglądów wypowiadanych przez niektórych dominikanów i wysokich rangą hierarchów Kościoła. 

Rose Mary tak charakteryzuje ich "światopogląd post-spirytystyczny":

  • Mam żywe doświadczenie duchowe
  • Swój światopogląd buduje na tym doświadczeniu (...) Np. (...) kilka spokrewnionych osób (...) doświadczyło wizji bywania w pewnym pokoju - jak gdyby w poczekalni między życiem a śmiercią, w której spotykali zmarłych. Przesłanie tego doświadczenia było takie, że nie należy niepokoić się śmiercią ani powagą grzechu (...).
  • Nie szukam autorytetu na zewnątrz. Autorytet stanowię dla siebie, ja sam i podobne mi osoby. Księża, popi, pastorzy się na tym nie znają, bo nie uczestniczą w tym doświadczeniu, które jest żywym kontaktem z "tamtym" światem. Księża są z ludu i to, co Kościoły mają w swoim nauczaniu jest wersją dla ludu, będąca niezdarnym przybliżeniem tego, czego doświadczam, ponadto zawiera nieprawdziwe pedagogicznie elementy jak np. straszenie piekłem. Źródłem Prawdy nie są Kościół ani Tradycja, ale moje własne doświadczenie (...). Księża z ludu nie maja pojęcia o doświadczeniu elit, nie ma z nimi podstaw do rozmowy (...)

Brzmi znajomo?

Autorka wspomina lekcje religii przed pierwsza komunią, kiedy to mama "odkręcała" po każdej katechezie sens wypowiedzi starej siostry zakonnej:

Moim zdaniem ta moja wiara, którą otrzymałam od prostej zakonnicy była szczera i jeżeli ciągle nie byłaby rozbijana przez - w mniemaniu rodziców "łagodzące", a w istocie dezorientujące - komentarze, można by na tym spokojnie dalej budować ( była to faktycznie niezła teologia, która nawet dzisiaj mi się bardzo podoba). Nasi rodzice oczekiwali jednak czegoś innego. Pamiętam jak mówiono "na Zachodzie jest już inaczej, tam jest świadomość tego, że wszystkie wiary są połączone, że religie to wszystko jedno i to samo" 

Brzmi znajomo?

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że osoba w prawdziwej i bardzo poważnej duchowej potrzebie nie mogła znaleźć w Kościele pomocy od tych, którzy powinni być ekspertami w tej materii. Dezorientacja całkowita - seanse "uzdrowiciela" Clive'a Harrisa po kościołach, ks. Klimuszko popisujący swoim mediumicznym "talentem", zakonnice praktykujące Reiki itp. 

Przy spowiedzi ksiądz wypytuje o grzechy związane z seksualnością dziewczynę, która jeszcze nawet o tym nie myśli, a nie rozumie naprawdę poważnych problemów duchowych, o których usiłuje opowiedzieć. To takie prawdziwe. Właściwie ten jeden szczegół przekonuje mnie do wiarygodności całego świadectwa Rose Mary. 

Nieszczęsna trafia nawet do dominikańskiego ośrodka monitorowania sekt. Jak łatwo się domyślić młody zakonnik nie rozumie o czym ona mówi. Jego studia ewidentnie pominęły cały obszar zjawisk natury duchowej - pomoc ofiarom sekt to w jego mniemaniu uświadomienie im psychomanipulacji jakiej są poddane. Realnego istnienia rzeczywistości duchowej nigdy nie brał pod uwagę. No dobrze, ale po cholerę w takim razie został duchownym katolickim, a nie terapeutą specjalizującym się w przemocy psychicznej? Może mi to ktoś wyjaśnić? Po ki grzyb Kościół, który jest jeszcze jedną poradnią psychologiczną czy organizacją charytatywną? Po co komu świecki aktywista jak np. o. Marcin Mogielski OP przebrany w habit i ornat?  Po co komu zakon ojców niewierzących i zniechęcających do praktykowania wiernych?

Na którymś etapie swojej opowieści Rose Mary wyznaje jak bardzo irytowały ją świadectwa typu "byłem niedzielnym katolikiem, ograniczałem się do niedzielnej mszy i komunii, ale dopiero na spotkaniu jakiejś tam wspólnoty spotkałem Jezusa" lub coś w tym stylu. Autorka pragnęła z całego serca być tą pogardzaną "niedzielną katoliczką" i choć raz w tygodniu przystępować do komunii, ale na skutek inicjacji pradziadka żyła w stanie lęku przed Bogiem, który jej to uniemożliwiał. Każdy krok w jego kierunku skutkował wzmożoną aktywnością zupełnie innej centrali.

Na szczęście dla siebie spotkała kilku księży, którzy rozumieli co się z nią dzieje, a sama była dość inteligentna, żeby znaleźć stare obśmiane teksty opisujące doświadczenia, które stały się jej udziałem (jak np. Młot na czarownice). Wyszła z tego i napisała świadectwo pomocne innym ludziom w podobnej sytuacji. No cóż dożyliśmy czasów, kiedy to świeccy stają się ekspertami od spraw duchowych, a duchowni przede wszystkim chcą być COOL i boją się tej materii jak ognia piekielnego, w który zresztą nie wierzą.