czwartek, 8 sierpnia 2019

Na Świętego Dominika kilka refleksji o Syrofenicjance i psach

Nigdy w życiu nie słyszałam sensownego kazania o Syrofenicjance, kobiecie obcego plemienia proszącej o pomoc dla córki, na co Jezus odpowiedział "niedobrze jest odebrać chleb dzieciom i dać psom". Jest to jeden z fragmentów ewangelii szczególnie mi bliski i jedna z postaci, z którą bez trudu się utożsamiam. Nie dlatego, że moja wiara jest tak wielka jak owej niewiasty, która z miłości do dziecka przełyka obelgę bez mrugnięcia powieką i ma przy tym tyle przytomności umysłu, żeby inteligentnie ripostować. Po prostu, podobnie jak ona, zazwyczaj jestem postrzegana jako "nie swoja", co oznacza koniec rozmowy.



Słowa Jezusa są niezwykle brutalne i dla mnie przerażające, gdyż brzmią jak typowo żydowskie przekonanie, że goje są po prostu zwierzętami o ludzkich twarzach. Rozumiem jak trudno interpretować coś takiego i jak się trzeba nagimnastykować, żeby zatrzeć owo przykre wrażenie. Jednak to co usłyszałam niedawno u dominikanów dosyć mnie zirytowało. Zdaje się, że "trynd" w zakonie jest taki, że należy przy każdej okazji podkreślać wyższość niewierzących nad katolikami i przy okazji kwestionować sensowność praktyk religijnych i sakramentów.  W tym duchu wygłoszone zostało i wspomniane kazanie.


Drodzy dominikanie, w święto, waszego ojca założyciela chcę wam powiedzieć, że to co wielu z was głosi otwarcie, albo daje do zrozumienia w sposób bardziej subtelny, jest po prostu nieprawdą dająca się łatwo obalić.

Pierwsza z brzegu statystyka, która przychodzi mi do głowy to badanie Eurostatu na temat przemocy wobec kobiet w Europie. We wszystkich krajach katolickich, ze szczególnym uwzględnieniem Polski, ilość podpadających pod ta kategorię incydentów w przeliczeniu na liczbę ludności jest znacząco mniejsza niż w krajach postprotestanckich, a najgorzej wygląda sytuacja w tych przodujących w postępie obyczajowym jak kraje skandynawskie.

Przed wojną kraje katolickie nie dały się uwieść eugenice, entuzjastycznie wprowadzanej w państwach protestanckich. Szczególnie wyraźnie to widać na przykładzie Szwajcarii, gdzie kantony katolickie oparły się tej idei, a protestanckie uznały za dobrą.

Choćby na podstawie tych przykładów z pamięci (nie chce mi się szukać) można zauważyć, że samo wychowanie katolickie, ukształtowane pod jego wpływem sumienie (o sakramentach nie wspominając) sprawia, że całe społeczeństwa zachowują się w sposób zdecydowanie bardziej cywilizowany.

Nie jest więc bez znaczenia czy nasiąkamy wpływem nauki Kościoła (nawet biernie i bez szczególnego entuzjazmu) czy nie. Jeśli natomiast twierdzicie, że sakramenty nie mają wpływu na rozwój duchowy człowieka, to po jaką cholerę poświęciliście życie ich sprawowaniu? A może wasza motywacja przyjścia do zakonu nie miała nic wspólnego z wiarą tylko tzw "orientacją seksualną"?

Co można sądzić o zakonniku, który przekonuje ludzi licznie obecnych na mszy w dzień powszedni, że ich modlitwa ("paciorki") i udział w eucharystii nie ma żadnego znaczenia - albo wręcz szkodzi -skoro niepraktykujący i ateiści tak niebotycznie górują nad nimi moralnie i przewyższają ich w miłości? Przykład Syrofenicjanki niczego takiego nie uzasadnia. To raczej my wszyscy - ludy pogańskie, które przyjęły chrześcijaństwo - jesteśmy owymi psami, bydlętami o ludzkich twarzach, które uznały mesjasza odrzuconego i znienawidzonego przez własny naród. To na owych okruszkach, których nie broni się nawet szczeniętom wyrosła cywilizacja chrześcijańska, obiekt ataków odwiecznego wroga.

W obliczu niewiarygodnego wprost nasilenia tych ataków o. Góżyński nie skorzystał z okazji, żeby siedzieć cicho, tylko przyłączył się do nagonki na arcybiskupa Jędraszewskiego, który nazwał rzecz po imieniu. Ataki na księży, napady na kościoły, profanacje mszy świętej i wizerunku Maryi natomiast pozostawiły go dziwnie obojętnym. O czym to świadczy? Z kim identyfikuje się owa medialna gwiazda dominikańska? Dlaczego pozwalacie, żeby ktoś taki był twarzą zakonu w Polsce?

Komu potrzebny niewierzący kapłan albo zakonnik w służbie możnych tego świata?

W święto Marii Magdaleny usłyszałam kazanie o tym, że patriarchalny Kościół prześladował kobiety i że może w końcu się to zmieni. Czymś takim bombardują nas nieustannie dowolne lewicowo-liberalne media, albo ich wyznawcy w towarzystwie. Po kapłanie zakonnym oczekiwałabym czegoś innego np przekazywania owoców kontemplacji. Dlaczego tych owoców nie ma? Sami sobie odpowiedzcie.

Wyobrażam sobie jak taki oświecony aktywista dominikański musi się czuć np na bł. Czesława otoczony tłumem zabobonnych katoli, zakłopotany i zdegustowany czaszką w relikwiarzu ustawioną na ołtarzu i koniecznością odprawiania zupełnie zbytecznych guseł. Może dlatego na mszy o 12.00 nikt się nie ruszył, żeby pomóc rozdawać komunię, a Kościół był pełen ludzi, w tym pielgrzymek jak co roku zresztą. Drodzy Ojcowie wasz dystans - mówiąc bardzo oględnie - do wiernych, ich wiary i pobożności bardzo wyraźnie widać!

Tymczasem papież Franciszek wziął się energicznie (rękami b-pa Paglii znanego z homoerotycznego muralu) za destrukcję Akademii Życia i Rodziny założonej przez Jana Pawła II. Wśród zwolnionych profesorów o. Jarosław Kupczak OP! Smutne, ale prawdziwe. Ja natomiast już od dawna nie mam ochoty wybrać się do kościoła na św.Dominika.

sobota, 13 lipca 2019

Przy okazji ekskomuniki ks. Misiaka

Sprawa ekskomuniki ks. Michała Misiaka - duszpasterza z Łodzi, który przyciągał tłumy - początkowo nie specjalnie mnie poruszyła. Może dlatego, że go nie znam, albo dlatego, że jestem złym człowiekiem albo wreszcie dlatego, że czegoś podobnego spodziewam się po większości "gwiazd duszpasterskich".

Nie będę rozwijać kwestii jego chrztu w Jordanie, bo nie znam szczegółów. Jestem tylko pełna wątpliwości ile warta była owa - chwalona przez O. Remigiusza Recława SJ  - "genialna ewangelizacja" w wydaniu młodego kapłana, skoro on sam nie do końca wiedział w co właściwie wierzy.

Podobno zamieścił kilka wyjaśniających filmów na facebooku. Znam je tylko z omówień na deonie albo temu podobnej stronie. Dowiadujemy się z nich, że młody ksiądz czuł się jednocześnie powołany do kapłaństwa i małżeństwa. Zwracał się bezskutecznie w tej sprawie do biskupa, a od pewnego czasu wysyłał listy (z prośbą o udzielenie mu pozwolenia na małżeństwo) do papieża, bez odpowiedzi niestety.

Gdyby taka zgoda została mu udzielona, młody człowiek byłby w nie lada kłopocie, gdyż jak rozumiem zakochiwał się raczej często. Którą ze "swoich miłości" by wybrał? A jak poradziłby sobie z rozczarowaniem pozostałych? A co gdyby poślubiwszy jedną z nich, znowu zakochał się w kimś innym? Co wtedy? Kolejna prośba do papieża, tym razem o rozwód?

Najciekawsze jednak dla mnie było stwierdzenie, że nie czuje się kochany, nie czuje się synem tylko komandosem do zadań specjalnych. Rzecz o tyle interesująca dla mnie, że sama również swoje życie opisuje za pomocą podobnie "militarnej" metafory. Otóż czuję się trochę jak żołnierz zesłany ja jakąś zapomnianą przez Boga i ludzi placówkę, gdzie mam trwać na posterunku do odwołania. Nie wiem co się dzieje na froncie, nigdy nie miałam okazji wypróbować swoich sił w walce. Powierzono mi zadanie, które wygląda na zupełnie bezsensowne, którego zupełnie nie rozumiem, a nawet miewam wątpliwości czy ono istnieje. Jedyne, co wiem na pewno, to fakt, że sama się na tę placówkę ani nie prosiłam, ani nie zesłałam. Próbowałam się  z niej urwać. Podjęłam mnóstwo złych i głupich decyzji, zmarnowałam dużo czasu i energii na próby zmiany sytuacji wyjściowej. Jednak dowódca ewidentnie miał inne zdanie. Jego powód, żeby mnie tu umieścić nie jest mi znany i nie musi. Ja mam trwać na posterunku i nie kwestionować rozkazów.  Nie mam wystarczających danych, żeby ocenić ich sensowność.

Myślę, że świadomość bycia komandosem do zadań specjalnych jest o wiele bardziej ekscytująca. Zainteresowanie kobiet jest jedną z atrakcji takiej funkcji. Celibat owo zainteresowanie jeszcze wzmaga i pozwala gronu wielbicielek tolerować się nawzajem, gdyż żadna nie zdobędzie obiektu swoich westchnień na własność. Posiadanie żony skutecznie rozwaliło by tę sielankę w try miga. Jej zazdrość wyleczyłaby nieszczęsnego komandosa z zachwytu nad małżeństwem.

Zresztą, może wystarczyło poczekać. Wszak Synod na temat Amazonii ma właśnie na celu zniesienie celibatu. Parę lat i zgoda papieża nie będzie potrzebna. A potem jeszcze parę lat i może nawet rozwód będzie dostępny dla kleru?

Po tych drobnych złośliwościach pod adresem księdza sławionego w pieśniach zamieszczonych na YouTube ("Jesteś dla mnie znakiem nieba") muszę jednak odnotować z sympatią, że istnieją duchowni o normalnych popędach. Ludzie nie rezygnujcie tak łatwo!

niedziela, 7 lipca 2019

O polskim "Pakcie" i norweskim "Układzie"

Obejrzałam ostatnio na YouTube pierwszy odcinek serialu HBO p.t. Pakt. Na tyle mnie zainteresował, że poszukałam jakichś informacji na jego temat. Okazuje się, że scenariusz jest przeróbką norweskiej powieści Układ (nie pamiętam autora), na podstawie której powstał serial pod tym samym tytułem emitowany zresztą przez polską telewizję i dostępny na cda.
Obejrzałam więc sobie pierwszy sezon i nawet mnie wciągnął. Niestety na koniec, co było łatwe do przewidzenia, najbardziej sympatyczna postać - ojciec Petera, głównego bohatera - zostaje obrzydliwie potraktowana przez los, przełożonego, syna i wnuka. Dlaczego? Otóż jest on pastorem (polski lektor błędnie nazywa go księdzem) poważnie traktującym swoją posługę, człowiekiem obdarzonym silnym poczuciem sprawiedliwości i wymagającym ojcem. W serialu, gdzie m.in. małe dzieci palone są żywcem, twórcy wskazują nieubłaganym palcem na pastora Thore (?) jako zło wcielone. Jaka była jego wina? Ośmielał się karać starszego syna i krzyczeć na niego. W jednej retrospekcji lekko nim potrząsa i odmawia mu kolacji, nic gorszego nie widzimy. Widz dostaje lekką sugestię, że chłopak wziął na siebie winę młodszego brata, czego ojciec nie mógł wiedzieć.

Aktor grający pastora wygląda jak Lavrans z Krystyny córki Lavransa Sigrid Undset i jest niewątpliwie najprzystojniejszym mężczyzną jakiego w serialu widzimy. Widz rozumie, że człowiek może nie jest szczególnie łatwy w pożyciu, ale reprezentuje zasady i ład moralny - towar deficytowy w dzisiejszym świecie. To jednak przesądziło o jego winie. Ukochany syn wykrzykuje mu w twarz, że ponieważ był niesprawiedliwy wobec jego brata jest diabłem wcielonym, następnie rzuca nim o sprzęty, aż ojciec dostaje wylewu czy innego zawału, po którym jest wrakiem człowieka na wózku, dzielnie znoszącym swój los. Wtedy i wnuk stojąc nad nim z wyżyn swojej - nie wiadomo skąd wziętej - moralnej wyższości wygłasza kolejną, równie mądrą, mowę potępiającą, za to, ze próbował dobrze wychować syna. Nie do końca to się udało, bo ten wplątał się w jakiś szemrany układ - który zakończył się mnóstwem absurdalnych samobójstw i przerażających morderstw - dla kasy i kariery. Nic dziwnego, że ojciec widząc w nim moralną słabość, której skutki kontemplujemy przez cały serial, starał się syna z niej wyleczyć.

Tym jednak ściągnął na siebie wyrok potępienia, syn i wnuk zadowoleni z siebie bohatersko odchodzą zostawiając złamanego człowieka na wózku, Ten patrzy ze łzami w oczach nie rozumiejąc... Ma w sobie godność i tragizm, spotęgowany kontrastem z dwoma małymi gnojami, którzy wiedzą lepiej.  Metafora jest jasna i przerażająca zarazem - ojcobójstwo, a przy okazji odrzucenie Logosu, z wynikiem łatwym do przewidzenia.

O ile dobrze pamiętam podobny zabieg widziałam w kanadyjskiej adaptacji Emilki Lucy Maud Montgomery. Ciotka Emilki - osoba surowa i powściągliwa, ale szczerze kochająca siostrzenicę - zostaje przez scenarzystę utopiona w morzu ku szczerej radości pozostałych domowników. Taki "trynd" - każdy, kto czegoś wymaga, narzuca jakieś ograniczenia, zwraca uwagę lub odwołuje się do zasad jest złym człowiekiem!!!

Nic dziwnego, że prawo skazuje masowego zabójcę na 20 lat w eleganckim pensjonacie, a rodzicom za klapsa odbiera dzieci, by przekazać je homoseksualistom. To najbardziej radykalny bunt przeciw Logosowi jaki można sobie wyobrazić.

Wracając do polskiej przeróbki Układu, z pierwszego odcinka widać, że aby zatuszować zupełną nieprzystawalność intrygi do miejscowych realiów twórcy poszli w przemoc, seks i niecenzuralny język. Główny bohater każdą wypowiedź okrasza jakąś kurwą, kopuluje z funkconariuszką CBŚ, a jego brat popełnia samobójstwo podpalając się na oczach rodziny. W wersji norweskiej nie ma seksu (o związku głównych bohaterów dowiadujemy się z ich relacji) epatowania okrucieństwem, ani wulgarnością języka. To niestety uświadamia nam, jak bardzo jesteśmy kolonią. Zamiast napisać scenariusz na podstawie typowych dla postkomuny afer (jak np Układ zamknięty), związków przestępczości z polityką i służbami, z uwzględnieniem specyfiki "naszych" mediów, kopiuje się wydumane pomysły skandynawskiego pisarza. W charakterze szklanych paciorków dla tubylców dołącza się liczne "kurwy", kopulację i okrucieństwo. Schlebianie najniższym gustom jest niewątpliwie formą kontroli, a najlepsi polscy aktorzy, tak bardzo "miłujący wolność" bez zahamowań biorą udział w kolonizowaniu nas przez zachodnią neobolszewię.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Virtue signalling u dominikanów i jezuitów

W niedzielę na mszy o 20-tej u wrocławskich dominikanów, główny celebrans o. Marcin Dyjak OP wykorzystał ogłoszenia duszpasterskie, żeby poinformować wiernych, że ani on, ani jego współbracia nie organizują, ani też nie popierają akcji właśnie trwającej pod kościołem (św. Wojciecha). Informacja była podana charakterystycznym - tonem pozornie neutralnym, a jednak komunikującym "ludziom światłym" co należy sądzić o tych oszołomach.

Zaciekawiona, sprawdziłam co to za akcja. Zbieranie podpisów przeciw seksualizacji dzieci przez aktywistów LGBT....

Dziś  znalazłam na koncie twitterowym ks. Isakowicza-Zalewskiego taki oto retwit (a propos bojkotu IKEI, która wyrzuca pracowników nie chcących brać udziału w promocji LGBT)


Wink, wink salonie liberalno-lewicowy! Jesteśmy wprawdzie zakonnikami, ale z nauką Kościoła, ani z przywiazanymi do niej abominacyjnymi fundamentalistami nic nas nie łączy!

Dziękuję, nie mam więcej pytań... 



wtorek, 25 czerwca 2019

Moja batalia o bezpieczeństwo pieszych we Wrocławiu

Nawiązując do poprzedniego wpisu zamieszczam moją skargę do Prezydenta, odpowiedź jakiej mi udzielono, skargę do Rady Miejskiej i kolejną odpowiedź:


Wrocław, 29.05.2018
Do Prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza


Szanowny Panie Prezydencie,

Zwracam się do Pana w sprawie najbardziej dyskryminowanej grupy użytkowników przestrzeni miejskiej, czyli pieszych, coraz bardziej stłoczonych na zwężających się chodnikach i zagrożonych przez intensywny ruch kołowy w parkach.

Chodniki w całym mieście zastawione są (co najmniej) w połowie przez samochody, na większości pozostałej powierzchni wytyczono ścieżki rowerowe, a tam gdzie ich nie ma piesi są terroryzowani przez rozpędzonych rowerzystów. Nawet parki - ze szczególnym uwzględnieniem Promenady Staromiejskiej - zostały przeznaczone w znacznej części na trasy szybkiego ruchu dla rowerów. Na przykład na jej odcinku przy pl. Wolności do wyłącznego użytku rowerzystów przeznaczono najbardziej atrakcyjną alejkę biegnąca nad fosą, tym samym pozbawiając spacerowiczów możliwości obserwowania ptactwa wodnego i wspaniałej roślinności (grzybienie białe), do której to aktywności przestrzeń wody w parku jest specjalnie zaprojektowana. Rowerzyści, starający się jak najszybciej przemieszczać, nie są tym widokiem w najmniejszym stopniu zainteresowani. Cały ruch pieszy stłoczony został na drugiej alejce. Co gorsza, rowerzyści często ten podział ignorują demonstracyjnie wymuszając przejazd na zatłoczonych alejkach przeznaczonych dla ruchu pieszego. Wszelkie uwagi ignorują w poczuciu całkowitej bezkarności (Jaką szansę ma pieszy na zatrzymanie rowerzysty, który go potrącił lub zwyzywał?)

Problem ten szczególnie nasila się w Parku Kopernika i na Wzgórzu Partyzantów, gdzie wytyczenie ścieżek rowerowych jest bardzo mylące i niejasne, co sprawia że spacerowicz może w każdej chwili się spodziewać kilku pędzących na niego rowerów lub musi uskakiwać przed dzwoniącymi na niego z tyłu.

W ten sposób piesi zostali wykluczeni z szansy na rekreacje, dla której Promenada Staromiejska została pomyślana. Trudno zrozumieć dlaczego, skoro są grupą prawdopodobnie najliczniejszą, najbardziej „ekologiczną” i nie stwarzającą dla nikogo zagrożenia. Pieszo porusza się cały przekrój społeczny: młodzież szkolna, zakochane pary, matki z wózkami, rodzice z dziećmi, właściciele psów, starsi ludzie o lasce i miłośnicy spacerów w każdym wieku i sytuacji życiowej. Naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego władzę miasta postanowiły skazać tak liczną grupę obywateli na nierówną walkę z agresywnymi, nie uznającymi żadnych reguł i często złośliwymi rowerzystami. Nie twierdzę, że wszyscy tacy są, ale przewaga fizyczna nad pieszym i wynikające z niej poczucie całkowitej bezkarności wyzwala w wielu z nich najgorsze instynkty, zwłaszcza jeśli są to ludzie niedojrzali, produkty „wychowania bezstresowego”.

Moda na rowery na zachodzie Europy miała być alternatywą dla pojazdów spalinowych, uzasadnioną względami ekologicznymi. Mam wrażenie, że w naszym mieście została źle zrozumiana. Trudno pojąć jakimi względami można tłumaczyć eliminowanie pieszych z przestrzeni miejskiej narażając ich na konkurowanie z ruchem kołowym na chodnikach i w parkach.

Apeluję więc do Pana Prezydenta o przywrócenie Promenady Staromiejskiej pieszym użytkownikom, dla których jest to jedyna oaza zieleni w centrum Wrocławia i wyeliminowanie ruchu kołowego z jego wąskich chodników.

Z poważaniem
Wilhelmina




Wrocław, 23.09.2018


Do Rady Miejskiej Wrocławia

Szanowni Państwo,

Pragnę zwrócić Państwa uwagę na bardzo poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa pieszych jakim są rozpędzeni rowerzyści na chodnikach i parkowych alejkach Wrocławia i zaapelować o energiczne działania mające na celu usunięcie tej groźnej patologii, która dotknęła nasze miasto na skutek nieprzemyślanych decyzji władz.

W ostatnim czasie przeznaczono połowę  – a na pewnych odcinkach większość – szerokości chodników przy ulicy Grabiszyńskiej na ścieżki rowerowe (mimo istnienia pasów dla rowerzystów na jezdni). Przestrzeń poruszania się pieszych została więc zredukowana co najmniej o 50%, co nie powstrzymuje rowerzystów od zawłaszczania także tej ograniczonej przestrzeni. Mimo istnienia wyraźnie oznaczonych ścieżek rowerowych cykliści swobodnie jeżdżą po chodnikach, jeśli tak im wygodniej, w poczuciu absolutnej bezkarności. Ci zaś, którzy korzystają z wyznaczonych tras, rozpędzają się do niebezpiecznej szybkości i nie uważają za stosowne zwolnić, kiedy ścieżka się kończy, lub kiedy przejeżdżają przez zebrę (np. na pl Legionów).

Także na ulicy Piłsudskiego wyznaczono ścieżki rowerowe z tym samym skutkiem – rowerzyści mimo istnienia pasa na jezdni i ścieżki, dalej jeżdżą po części chodnika przeznaczonej dla pieszych.

Trudno inaczej wytłumaczyć takie zachowanie niż  poczuciem absolutnej bezkarności, statusem świętej krowy. Pieszy potrącony przez rowerzystę nie ma żadnych szans na dochodzenie sprawiedliwości, ani jakiekolwiek odszkodowanie. Winny bez trudu zbiegnie z miejsca wypadku, a brak jakichkolwiek znaków identyfikacyjnych uniemożliwia odnalezienie go. Nawet postawiony przed sądem traktowany jest znacznie łagodniej niż każdy inny uczestnik ruchu.

Istnieją przepisy regulujące poruszanie się rowerem po mieście m.in. prawo wjeżdżania na chodnik. Jest to dopuszczalne wyłącznie, kiedy chodnik ma co najmniej 2m szerokości i brak jest ścieżki rowerowej lub odpowiedniego pasa na jezdni, w przypadku niebezpiecznych warunków pogodowych albo pod pretekstem opieki nad dzieckiem. (Rowerzysta ma wtedy jechać wolno i ostrożnie i pamiętać, że to pieszy ma na chodniku pierwszeństwo). Żadna z tych sytuacji nie zachodzi w przypadku ulic Sądowej i Krupniczej – rozpędzony rowerzysta roztrącający przechodniów jest tam na porządku dziennym, a patrol policji lub staży miejskiej bywa widziany nadzwyczaj rzadko.

Przepisy dopuszczające  konkurowanie o tą samą przestrzeń przez użytkowników o tak nierównej sile w błogim przeświadczeniu o dobrej woli i szlachetności natury ludzkiej są drwiną ze zdrowego rozsądku i elementarnego poczucia sprawiedliwości. Miałyby uzasadnienie wyłącznie w sytuacji rygorystycznego ich egzekwowania przez odpowiednie służby, co w obecnej sytuacji nie zachodzi.

Pisałam już w tej sprawie (ze szczególnym uwzględnieniem problemu rowerzystów terroryzujących pieszych na Promenadzie Staromiejskiej) do Prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza. Dostałam odpowiedź od zastępcy dyrektora działu w Departamencie Infrastruktury i gospodarki Elwiry Nowak tyleż arogancką co zdradzającą nieznajomość przepisów. Pani Nowak napisała, że z alejek dla pieszych (Promenady Staromiejskiej) „korzystają osoby (…) jeżdżące parami, cieszące się możliwością swobodnej rozmowy w tym urokliwym miejscu”. Wygląda na to, że pani zastępca dyrektora nie wie nawet, że znak drogowy wyobrażający biały rower na niebieskim tle jest znakiem nakazu, obligującym wszystkich rowerzystów do korzystania z tej konkretnej ścieżki. P. Nowak tak hojnie przyznająca prawo cyklistom do korzystania z całej przestrzeni parku nie zauważyła, że piesi tracą tym samym jakąkolwiek możliwość poruszania się po ”tym urokliwym miejscu”!!!

Poinformowała mnie również, że „policja nie odnotowała żadnych zdarzeń z udziałem rowerzystów na Promenadzie Staromiejskiej”. To akurat nie dziwi wobec całkowitego braku patroli policji i straży na tej trasie.

Zniechęcona takim potraktowaniem mojej obywatelskiej troski o bezpieczeństwo w naszym mieście zwracam się do Rady Miejskiej w nadziei, że w większym gronie znajdą się osoby rozumiejące powagę problemu. Rozwiązaniem nie są nowe ścieżki rowerowe tylko konsekwentne i rygorystyczne egzekwowanie prawa i odebranie nienależnych przywilejów grupie ludzi nieodpowiedzialnych, skrajnie infantylnych, a często socjopatycznych. Wyznaczanie ścieżek rowerowych kosztem chodników jest aktem dyskryminacji pieszych, do których należy większość mieszkańców miasta. Proszę więc o wzięcie pod uwagę interesu większości i zapewnienie jej bezpieczeństwa poruszania się po mieście.

Z poważaniem
Wilhelmina


Nie tylko nic się nie zmieniło, ale w mieście pojawiły się hulajnogi jeżdżące po chodnikach (w tym deptakach) i parkach z predkością 30 km/h.




Rewolucja rowerowa przeciw pieszym we Wrocławiu

Rewolucja francuska, oficjalnie wymierzona przeciw królowi i arystokracji wsławiła się mordowaniem wieśniaków z Wandei, ze szczególnym uwzględnieniem kobiet w wieku reprodukcyjnym. Rewolucja bolszewicka oficjalnie przeciw burżuazji głownie wymordowała 20 mln chłopów (tzw. kułaków), którzy żywili Rosję. Rewolucja rowerowa, rozpoczęta na zachodzie celem wyeliminowania samochodów, w Polsce najwyraźniej obróciła się przeciwko pieszym.

Taki pieszy, jak wiadomo, jest bardzo nieekologiczny - chodzi po mieście i oddycha wydzielając dwutlenek węgla i powodując zmiany klimatyczne na ziemi. Używa butów, które potem wynosi na śmietnik, a co gorsza zajmuje miejsce - chodnik, który idealnie nadaje się na ścieżkę rowerową.

Jeżdżenie po ulicy jest bardzo niebezpieczne, zderzenie rowerzysty z samochodem będzie dla niego raczej katastrofalne, a potrącenia pieszego nawet nie odczuje. Idąc tym tokiem rozumowania miasto Wrocław postanowiło przystosować infrastrukturę do celu rewolucji rowerowej, czyli stopniowego wyeliminowania pieszych z przestrzeni miejskiej...


Na razie zostawiono pieszym 1/3 chodnika, żeby się nie zorientowali o co chodzi i nie podnieśli rabanu. Aby jednak powoli ich wdrażać do całkowitej eliminacji, ten wąski pas trzeba sukcesywnie zastawiać....


zimą nie odśnieżać...


... celem ostatecznego pognębienia przeciwnika zastosować hulajnogi EKOLOGICZNE na baterie


Takie hulajnogi mają same zalety:
  • Niedowidzący mogą się o nie wyłożyć i jest fun
  • Pędząca z prędkością 30km/h może zbędnego pieszego zabić na miejscu
  • Utylizacja baterii jest tak droga, że wyzużytą porzuca się gdzie bądź i jest ekologicznie
  • Zawody hulajnóg na rynku,Świdnickiej i Promenadzie Staromiejskiej mogą znacząco zmniejszyć pogłowie zbędnych pieszych w tych zatłoczonych miejscach

Jeżeli zbędni piesi myślą, że skryją się w parkach to się raczej mylą...


Zasada jest prosta: nawet jeżeli najbardziej atrakcyjna alejka nad fosą jest przeznaczona dla rowerów, należy wjeżdżać w pieszych stłoczonych na drugiej alejce. 

Promenada staromiejska jak i wszystkie chodniki miasta jest przy okazji drogą dostawczą dla firmy Uber (alles?) wyłączonej spod polskiej jurysdykcji. Kurierzy z charakterystycznymi plecakami z napisem uber eats (to pewnie też uber shits) jeżdżą absolutnie wszędzie z dużą prędkością 


W Parku Kopernika (odcinek Promenady przy Teatrze Lalek) ścieżki rowerowe są tak oznaczone, że rowerzyści zawsze jeżdżą po alejkach dla pieszych i jeszcze drą ryja próbując ich przegonić. Zwrócenie im uwagi grozi śmiercią albo trwałym kalectwem (nie polecam, lepsza halabarda, łuk lub lasso)


Na Wzgórzu Partyzantów miło jest najeżdżać dwójkami z górki - z dużą prędkością - na idących naprzeciw pieszych. Dolna alejka jest dla pieszych i rowerzystów, a górna wyłącznie dla pieszych, ale co tam! Co nam zrobią?!!!


Trening rowerowy na Cmentarzu Żołnierzy Polskich na Oporowie wśród grobów zbytecznych pieszych - w tym żołnierzy AK, którzy wzięci w niewolę zginęli przy budowie lotniska. Potem już tylko zjazd po schodkach dla pieszych z góry - jest fun, Wyraźny znak zakazu przyjemnie podnosi poziom adrenaliny.

Wrocław Miasto Spotkań rozpędzonych hulajnóg i rowerów z pieszymi, które dla tych ostatnich mogą skończyć się tragicznie. Pytanie jest: jaki skończony debil podjął decyzję dopuszczającą szybki ruch kołowy na chodniki i alejki parkowe.

Istnieją trzy możliwości:
  • Celem władz samorządowych jest rzeczywiście eliminacja albo sterroryzowanie pieszych (zbytecznego plebsu, który nie tak glosuje w wyborach)
  • Władze samorządowe i zatrudnieni przez nich urzędnicy są takimi imbecylami, że nie rozumieją czym kończy się zetknięcie pieszego z rozpędzonym rowerzystą lub hulajnogą. (Kto takich kretynów zatrudnił? Pomioty kogo trzeba?)
  • Korupcja i działalność wpływowych lobbies.
Osobiście podejrzewam tę drugą ewentualność, gdyż w odpowiedzi na moją petycję do prezydenta Dutkiewicza dostałam od tak skrajnie idiotyczne, żenujące i aroganckie pismo, że musiał je napisać jeden z tych "ekologicznych" młodzieńców, tak uroczo prezentujących się na hulajnogach, kiedy roztrącają starsze panie na chodniku, zatrudniony na stanowisku "oficera rowerowego" w Urzędzie Miejskim


niedziela, 23 czerwca 2019

O kobietach i mężczyznach, czyli konieczności akceptacji tego, czego nie wybieramy

Powiem coś skrajnie niepoprawnego politycznie: każdy z nas rodzi się albo mężczyzną albo kobietą (poza skrajnie rzadkimi przypadkami obojnactwa). Nie wybieramy sobie płci, podobnie jak nie wybieramy rodziny, w której przychodzimy na świat czy narodu, z którego pochodzimy. Nie wybieramy w niemowlęctwie języka, który będzie dla nas pierwszy i najważniejszy. Literatura w nim pisana i historia ludu, który się nim posługuje w dużej mierze nas ukształtuje czy tego chcemy, czy nie. Nie wybieramy sobie ludzi, z którymi chodzimy do szkoły, ani tych, z którymi pracujemy. Nie wybieramy sąsiadów, ani przechodniów na ulicy. Nie wybieramy koloru skóry, ani włosów, wzrostu, ani budowy ciała. Nie wybieramy czasów, w których żyjemy, ani statusu społeczno-ekonomicznego naszych rodziców. Nie wybieramy przykrych doświadczeń, które nas spotkają, ani ran które zadadzą nam inni ludzie. Jak się nad tym głębiej zastanowić tak niewiele wybieramy... Cała nasza inteligencja służy nam głównie do tego, jak obrócić sytuacje, których nie wybraliśmy, na swoją korzyść.

Jest sporo baśni ludowych pomagających nam to zrozumieć, z których najbardziej znane są Kot w butach i Konik Garbusek. Najmłodszy w rodzinie dostaje w spadku coś, co wydaje się całkowicie bezużyteczne i śmieszne zarazem. Cierpi porównując swoją sytuację do położenia starszych braci tak hojnie obdarowanych przez los. W którymś jednak momencie akceptuje swój pogardzany dar i wtedy właśnie odkrywa jego przydatność w konkretnych okolicznościach w których postawiło go życie. Dar przyjęty (nawet z trudem, po ciężkiej walce wewnętrznej) staje się źródłem błogosławieństwa, którego zazdroszczą starsi bracia tak bardzo - wydawałoby się - uprzywilejowani.

To jest prawda o naszym życiu, o potrzebie wdzięczności za wszystko, co dostaliśmy, a co nie było naszym wyborem. Na tym polega pokora - uznajemy, że ktoś, kto tym wszystkim zarządza, wie lepiej, co nam jest potrzebne i co jest dla nas dobre, niż my sami. Niełatwo jednak wzbudzić w sobie akceptację, nie mówiąc o wdzięczności, za coś, co jest obiektem drwin "starszych braci", pogardy świata i diabła, tak dobrze reprezentowanego w mediach i pop kulturze.

Gdzieś słyszałam, że diabeł szczególnie nienawidzi kobiet. Łatwo w to uwierzyć patrząc na "ideał urody kobiecej" lansowany przez show business, widoczny na obrazku poniżej (po prawej) zestawiony z nastoletnim chłopcem (po lewej) - prawdziwym obiektem pożądania homoseksualnych projektantów. Każdy się zgodzi, że dorosła kobieta nie wygląda jak dorastający chłopiec, co więcej z racji swojej biologii zdecydowanie nie powinna. Jak to się więc stało, że tego rodzaju dziwaczny pomysł zyskał tak wielu zwolenników? Dlaczego pozwolono homoseksualistom dyktować kobietom jak powinny wyglądać? Odpowiedź jest prosta - pieniądze. Przerabianie dorosłych kobiet na nastoletnich chłopców to żyła złota. Nikogo nie wzrusza, że są ofiary śmiertelne - zagłodzone na śmierć modelki i anorektyczne nastolatki.
1. Nastoletni chłopiec - marzenie pederasty 2. Chłopiec zastępczy - zagłodzona modelka o nietypowej budowie

Efektem ubocznym lansowania takiej "wizji kobiecości" jest odrzucenie własnego ciała przez większość kobiet, gdyż nawet te z natury wysokie i smukłe do ideału chudości,  właściwej dorastającemu chłopcu, się nie zbliżają. 

1.Tak wygląda "ideał" 2.3.4.5.6. Tak wyglądają normalne kobiety o różnej budowie ciała w optymalnej formie fizycznej
Nie trzeba być geniuszem, żeby widzieć, że w ciuchach projektowanych na chłopca zastępczego kobiety będą wyglądać po prostu śmiesznie, o wygodzie i zdrowiu nie wspominając. Całkowite niedostosowanie mody do kobiecej anatomii jest nieustannym źródłem frustracji i wrogości wobec własnego ciała, czyli najbardziej podstawowego zasobu, za który winniśmy nieustanną wdzięczność Bogu. Każdy to rozumie, kiedy zdrowie zaczyna mu siadać. Może więc nie warto czekać aż to nastąpi i przyjąć do wiadomości, że zdrowe ciało jest darem bezcennym, a jego wygląd jest dla każdego najwłaściwszy.

Wszystkim paniom zmagającym się ze zrozumieniem tej prostej prawdy polecam "Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy" Sergiusza Piaseckiego, który raz po raz daje wyraz zachwytowi nad coraz to inną niewiastą. Niezależnie czy jest niska i pulchna, wysoka i smukła czy też duża i silna autor zawsze domniemuje, że musi być "wspaniale zbudowana", a za każdym razem, kiedy udaje mu się to ustalić stwierdza, że ma śliczne ciało. Zachwycają go zdrowe zęby i różowe dziąsła widoczne w uśmiechu, grube, ciemne warkocze i rude loki, rumieńce i porcelanowa bladość skóry - wszystko, czym Pan Bóg obdarzył kobiety na jego drodze. Piasecki nie był aniołkiem, mówiąc bardzo oględnie, ale jego szczery zachwyt nad urodą kochanek jest ujmujący.

Ten zachwyt kobiecością w dzisiejszych czasach przejawia się dość perwersyjnie:

1. Wannabe powabna blondynka  2. Prawdziwa powabna blondynka



Mężczyzna po lewej zamiast zainteresować się stojąca obok powabną blondynką sam postanowił nią zostać. Dlaczego? Co mu to robi? Dlaczego właściwie mężczyźni na paradach homoseksualistów przebierają się za kobiety (czy raczej kokoty)? Czy to znacząco nie zmniejsza ich szans w tym towarzystwie? Czy też jest tak jak rudymi włosami - prawdziwe są powodem do regularnych prześladowań w dzieciństwie i młodości, a farbowane mają dodawać urody byłym prześladowczyniom. Są godne szyderstwa i potępienia, a jednocześnie każda baba, która je zobaczy, na drugi dzień ma sztuczną wersję ich koloru, łącznie z charakterystycznymi jaśniejszymi pasmami wypłowiałymi od słońca na wierzchu.

Homoseksualiści nienawidzą kobiet, brzydzą się kobiecością, a jednocześnie wbijają w "seksowną" bieliznę i burdelowe kiecki, a owłosione odnóża w pończochy i buty na obcasach. Widok męskich twarzy z ciężkim makijażem i teatralnych peruk we wszystkich kolorach tęczy na ich głowach jest szczególnie ciężki do zniesienia.

A może to po prostu narcyzm, zwyrodniała męska próżność, którą tak łatwo zaobserwować w niektórych kulturach Afryki i Azji. Mężczyźni z plemienia Masajów czy Tybetańczycy to tamtejsza płeć piękna, wystrojona we wszystkie dostępne  wspaniałości, służąca głównie do funkcji reprezentacyjnych, podczas gdy niepozorne, skromne kobiety - oprócz rodzenia i wychowania potomstwa - odwalają całą robotę. Taki model wprowadzali Sowieci na kresach wschodnich II RP po wojnie - mężczyźni do wszystkich możliwych służb mundurowych, kobiety do ciężkiej fizycznej pracy. Ilość zbieżności między pogaństwem, a komunizmem jest uderzająca.

Jego najnowsza mutacja - genderyzm posuwa się jeszcze dalej - chce przerobić mężczyzn na karykatury kobiecości - wypindrzone kokoty, a kobiety na mrówki robotnice odarte ze swej urody, wychudzone do granic możliwości albo nabite i klocowate, wbite w ciasne gacie i bezkształtny podkoszulek ostrzyżone na jeża, wytatuowane, podziurawione i bezpłodne.

Doznałam szoku na widok nastoletniego młodzieńca przyglądającego mi się z zazdrością, dokładnie tym samym zawistnym spojrzeniem jakim zazwyczaj mierzą mnie kobiety obawiające się konkurencji. Rozsądne pytanie brzmi: w jakiej dziedzinie młody chłopak może konkurować z panią w średnim wieku? Otóż chodziło mu o mój kapelusz - starożytną, mocno wypłowiałą amazonkę, nasuniętą na czoło (celem ochrony zatoki czołowej). Młodzieniec szedł wprawdzie z dziewczyną, ale bardziej zainteresowany był własną "atrakcyjnością". Nie zwróciłam uwagi na jego strój, ale rzucał się w oczy kapelusz zsunięty na tył głowy, noszony nie jako nakrycie głowy, ale ekstrawagancka ozdoba aspirującego do oryginalności początkującego "dandysa".

To, że męska próżność n-krotnie przewyższa kobiecą, każdy wie. Kultura chrześcijańska wypracowała system zabezpieczeń przed jej wynaturzeniem. Mężczyzna ma pracować celem utrzymania swojej rodziny, a gdy trzeba walczyć w jej obronie. Ma być oparciem dla kobiety, a nie wyrośniętą księżniczką na ziarnku grochu. W ten sposób jego energia zostaje skanalizowana i obrócona na dobro wspólne i rozwój własny.

Bez tego rodzaju wychowania uzyskujemy plejadę najdziwniejszych indywiduów: Piotrusiów Panów na hulajnogach roztrącających starsze panie na chodniku lub pływających skuterami wodnym przy brzegu, w wodzie po kolana, wśród kąpiącej się dziatwy albo też męskie kokoty ze sztucznym biustem i piórkiem w zadzie pląsające na paradach homoseksualistów...

Zarówno bycie kobietą jak i mężczyzną ma swoje dobre i złe strony. Nie podejmuję się rozstrzygać co jest trudniejsze albo bardziej niebezpieczne. Nie wiem czy będąc matką bardziej martwiłabym się o syna czy córkę. Świat i diabeł czyha na oboje. Mój ojciec mawiał "ufność trzeba mieć", intuicja podpowiada mi, że wdzięczność jest równie ważna. Mamy to co mamy, a nie to, co chcielibyśmy mieć. To co istnieje jest lepsze niż to, czego nie ma (na tym stwierdzeniu opiera się dowód na istnienie Boga św. Anzelma).