Perfekcjonizm z duchowego punktu widzenia jest po prostu ordynarną (a może raczej subtelną) szatańską pychą. Rani nie tylko samego perfekcjonistę, ale - niestety - wszystkich, którzy się z nim zetkną (nie daj Boże w charakterze dziecka, ucznia, studenta, doktoranta).
Perfekcjonista nie widzi wysiłku, wkładu pracy, pomysłu, oryginalności dziecka, ucznia, studenta, doktoranta, nie jest tym w ogóle zainteresowany - on widzi wyłącznie rozbieżność między swoim chorym standardem a tym, co ma przed sobą. Ofiara perfekcjonisty po kilku jego interwencjach, zaczyna się bać zrobić cokolwiek, a mur niemożliwości zaczyna wyrastać miedzy nią, a każdą próbą aktywności. Zwątpienie w swój osąd, umiejętności, zdolności i w ogóle wszystko doprowadza do paraliżu woli.
Perfekcjonista paraliżuje swoją ofiarę zabijając w niej wszelką zdrową i adekwatną pewność siebie. Czyni z niej bezradny cień człowieka, niezdolny do twórczego (ani żadnego innego) działania.
Napisałam te gorzkie słowa na drugi dzień po zetknięciu z toksycznym promotorem-perfekcjonistą. Zastanawiam się, ile czasu będę dochodzić do siebie i czy w ogóle mi się to uda.
We Wrocławiu straszny upał, powala nawet żwawe wiewióreczki w parku na Grabiszyńskiej, a co dopiero uciemiężonych doktorantów, którzy musza do 30.09. złożyć gotową pracę.
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
piątek, 24 lipca 2015
sobota, 25 kwietnia 2015
O kłamstwie, ktore bardziej zrani cię niż na wojnie wróg
Chrystus powiedział o sobie, że jest drogą, prawdą i życiem. Duch św. jest duchem prawdy. Prawda, Dobro i Piękno są atrybutami Boga samego. Prawda jest tym imieniem Boga, które jest jak powiew świeżego, krystalicznie czystego powietrza w dusznym pomieszczeniu. Prawda wyzwala.
Natomiast wiadomo kto jest ojcem kłamstwa. Nie jest więc szczególnie dziwne, że kłamstwo, kiedy nas dotyka zostawia wyjątkowo paskudny osad, zwłaszcza kiedy niewinnie zostajemy posądzeni o nie, przez agentów wiadomo kogo, którzy nas oczerniają publicznie. Sama niebywała perfidia takiego zachowania wskazuje na demoniczne pochodzenie. Ktoś, kto do kłamstwa nigdy się nie posuwa jest wobec czegoś takiego całkowicie bezbronny.
Napisałam te słowa jakiś czas temu po przykrym incydencie w przychodni i nawet nie miałam ochoty dalej rozwijać tematu. Wracam do tego porzuconego wpisu po serii wyjątkowo paskudnych oszczerstw rzuconych na nasz naród jako to wypowiedź szefa FBI i sformułowanie Nazi Poland w grze edukacyjnej dla dzieci, której sprzedano 3mln egzemplarzy.
Reakcja po protestach była - mówiąc oględnie - niewystarczająca. Nie mogę zrozumieć dlaczego ktoś nie wytoczy tym i podobnym s...synom procesu i nie zgarnie kupy kasy. Sama bym to zrobiła, gdybym była na miejscu i miała odpowiednie zasoby. Podejrzewam, że takich osób trochę jest. Na obecny rząd nie ma co liczyć, inicjatywa musi wyjść od obywateli. Zastanawiam się czy osoba prywatna mogłaby to zrobić argumentując, że tego rodzaju oszczerstwa osłabiają pozycję zawodową i społeczną (kogoś mieszkającego i pracującego za granicą) oraz narażają na niebezpieczeństwo życie i zdrowie (był przypadek ataku na młodego Polaka w Belgii przez jakieś barana przejętego tego rodzaju oszczerstwami).
Równie bolesna jest dla mnie antychrześcijańska i antykatolicka propaganda, która po prostu wrosła w pop kulturę. Obejrzałam 3 sezon w "Wikingów" i co tam mamy? Oczywiście sadystę z sekretną komnatą przeznaczona do torturowania kochanek. Jest nim hrabia Odon (o ile dobrze pamiętam) obrońca Paryża. Scena w której udający trupa Ragnar wyłazi z trumny na mszy i morduje biskupa na oczach wiernych jest jedną z wielu w tym serialu profanacji sacrum i mordowania bezbronnych. Mam wrażenie, że twórcy pławią się w nich z upodobaniem.
To zastanawiający zbieg okoliczności, że obie wspólnoty narodowa i Kościoła, do których należę i się z nimi silnie identyfikuję są z taką wściekłością atakowane. Wiadomo kto nienawidzi Kościoła, ale dlaczego Polska?. Nic na to nie poradzę, ale przychodzi mi do głowy pewna wpływowa grupa etniczna, która dokładnie tych 2 wspólnot nienawidzi i ma sporo do powiedzenie w pop kulturze, zwłaszcza filmie i mediach.
Natomiast wiadomo kto jest ojcem kłamstwa. Nie jest więc szczególnie dziwne, że kłamstwo, kiedy nas dotyka zostawia wyjątkowo paskudny osad, zwłaszcza kiedy niewinnie zostajemy posądzeni o nie, przez agentów wiadomo kogo, którzy nas oczerniają publicznie. Sama niebywała perfidia takiego zachowania wskazuje na demoniczne pochodzenie. Ktoś, kto do kłamstwa nigdy się nie posuwa jest wobec czegoś takiego całkowicie bezbronny.
Napisałam te słowa jakiś czas temu po przykrym incydencie w przychodni i nawet nie miałam ochoty dalej rozwijać tematu. Wracam do tego porzuconego wpisu po serii wyjątkowo paskudnych oszczerstw rzuconych na nasz naród jako to wypowiedź szefa FBI i sformułowanie Nazi Poland w grze edukacyjnej dla dzieci, której sprzedano 3mln egzemplarzy.
Reakcja po protestach była - mówiąc oględnie - niewystarczająca. Nie mogę zrozumieć dlaczego ktoś nie wytoczy tym i podobnym s...synom procesu i nie zgarnie kupy kasy. Sama bym to zrobiła, gdybym była na miejscu i miała odpowiednie zasoby. Podejrzewam, że takich osób trochę jest. Na obecny rząd nie ma co liczyć, inicjatywa musi wyjść od obywateli. Zastanawiam się czy osoba prywatna mogłaby to zrobić argumentując, że tego rodzaju oszczerstwa osłabiają pozycję zawodową i społeczną (kogoś mieszkającego i pracującego za granicą) oraz narażają na niebezpieczeństwo życie i zdrowie (był przypadek ataku na młodego Polaka w Belgii przez jakieś barana przejętego tego rodzaju oszczerstwami).
Równie bolesna jest dla mnie antychrześcijańska i antykatolicka propaganda, która po prostu wrosła w pop kulturę. Obejrzałam 3 sezon w "Wikingów" i co tam mamy? Oczywiście sadystę z sekretną komnatą przeznaczona do torturowania kochanek. Jest nim hrabia Odon (o ile dobrze pamiętam) obrońca Paryża. Scena w której udający trupa Ragnar wyłazi z trumny na mszy i morduje biskupa na oczach wiernych jest jedną z wielu w tym serialu profanacji sacrum i mordowania bezbronnych. Mam wrażenie, że twórcy pławią się w nich z upodobaniem.
To zastanawiający zbieg okoliczności, że obie wspólnoty narodowa i Kościoła, do których należę i się z nimi silnie identyfikuję są z taką wściekłością atakowane. Wiadomo kto nienawidzi Kościoła, ale dlaczego Polska?. Nic na to nie poradzę, ale przychodzi mi do głowy pewna wpływowa grupa etniczna, która dokładnie tych 2 wspólnot nienawidzi i ma sporo do powiedzenie w pop kulturze, zwłaszcza filmie i mediach.
wtorek, 21 kwietnia 2015
Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy zaradni i pewni siebie jesteście...
Wczoraj na portalu Bibuła w artykule potępiającym taniec podczas mszy u łódzkich Jezuitów przeczytałam taki oto tekst:
"Oczywiście nie wszyscy katolicy porzucają ruchy młodzieżowe. Pozostaje przy nich znikomy odsetek, zazwyczaj osób bardzo nieśmiałych, niezaradnych, zagubionych, samotnych. Wspólnoty są ich całym życiem i będą tego bronić. To być może jedyne grupki społeczno – towarzyskie, gdzie ludzie ci czują się akceptowani. Ale równocześnie zauważmy, że właśnie tak wygląda stereotyp polskiego katolika, jaki mają osoby niereligijne. Ten stereotyp nie jest bezpodstawny, gdyż kształtuje się poprzez lata, począwszy od czasów szkolnych i młodzieżowych."
i jestem w kropce.
Nie zamierzam dyskutować z autorem na temat ruchów charyzmatycznych (do których - o ile dobrze zrozumiałam - zalicza także Oazę) w Kościele Katolickim. Jestem skłonna się zgodzić z wieloma jego tezami, ale powyższy fragment mnie obalił.
Czyli osoby "bardzo nieśmiałe, niezaradne, zagubione i samotne" we wspólnotach to wstyd dla Kościoła? Wstyd przed niewierzącymi? O ile dobrze rozumiem Kościół powinien wymienić je na bardzo pewnych siebie wybitnie zaradnych ekstrawertyków, którzy absolutnie nigdy nie są zagubieni. Tylko, że tacy ludzie na ogół nie potrzebują ani Boga ani wspólnoty.
Zawsze myślałam, że Jezus powiedział: "przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pocieszę" i jeszcze "nie potrzebują lekarza zdrowi tylko ci, którzy się źle mają", ale to może ja czegoś nie zrozumiałam.
"Oczywiście nie wszyscy katolicy porzucają ruchy młodzieżowe. Pozostaje przy nich znikomy odsetek, zazwyczaj osób bardzo nieśmiałych, niezaradnych, zagubionych, samotnych. Wspólnoty są ich całym życiem i będą tego bronić. To być może jedyne grupki społeczno – towarzyskie, gdzie ludzie ci czują się akceptowani. Ale równocześnie zauważmy, że właśnie tak wygląda stereotyp polskiego katolika, jaki mają osoby niereligijne. Ten stereotyp nie jest bezpodstawny, gdyż kształtuje się poprzez lata, począwszy od czasów szkolnych i młodzieżowych."
i jestem w kropce.
Nie zamierzam dyskutować z autorem na temat ruchów charyzmatycznych (do których - o ile dobrze zrozumiałam - zalicza także Oazę) w Kościele Katolickim. Jestem skłonna się zgodzić z wieloma jego tezami, ale powyższy fragment mnie obalił.
Czyli osoby "bardzo nieśmiałe, niezaradne, zagubione i samotne" we wspólnotach to wstyd dla Kościoła? Wstyd przed niewierzącymi? O ile dobrze rozumiem Kościół powinien wymienić je na bardzo pewnych siebie wybitnie zaradnych ekstrawertyków, którzy absolutnie nigdy nie są zagubieni. Tylko, że tacy ludzie na ogół nie potrzebują ani Boga ani wspólnoty.
Zawsze myślałam, że Jezus powiedział: "przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pocieszę" i jeszcze "nie potrzebują lekarza zdrowi tylko ci, którzy się źle mają", ale to może ja czegoś nie zrozumiałam.
niedziela, 29 marca 2015
O tworzeniu kultury
Oglądałam niedawno debatę na YouTube o tym czy prawica przegrała kulturę. Bronisław Wildstein na początku swojego wystąpienia przytoczył szeroką definicję kultury czyli całokształtu wyrobów człowieka. Nie zwróciłam na to szczególnej uwagi, słuchałam dalej. Debata jak debata, może jeszcze do niej wrócę, ale nie o niej dzisiaj zamierzam pisać.
Pojęcie kultura materialna jest tak oczywiste przy omawianiu jakichś zamierzchłych cywilizacji, natomiast zaskakujące stało się dla mnie w kontekście mojego dnia codziennego.
Jest niedziela (palmowa), jestem trochę chora, ale nie na tyle, żeby nie upiec ciasta. Mam ostatnio lekkie problemy z wątrobą więc przez ostatnie miesiące piekę różne warianty ciasta biszkoptowego z owocami albo zatopionymi w cieście albo w galarecie. Pieczenie ciasta jest rodzajem magii - trochę białego proszku, jajek i innych sypkich lub płynnych substancji, wysoka temperatura i wychodzi coś pysznego, napełniającego zapachem całe mieszkanie i klatkę schodową na dodatek, i sprawiającego, że dom jest domem. Jest to niewątpliwie produkt kultury, a stosując starożytną definicję - dzieło sztuki. Starożytni (a za nimi ludzie średniowiecza) bowiem za sztukę uważali każdą aktywność, która wymaga jakiejś umiejętności jak wykucie rzeźby w marmurze czy uszycie butów, ułożenie pieśni czy upieczenie chleba, taniec czy wytwarzanie garnków. Taka definicja ma dla mnie zdecydowanie więcej sensu niż uznanie za dzieło sztuki wiadra odchodów słonia tylko dla tego, że odpowiednie gremia, miały taki kaprys.
Cytuję w swojej pracy książkę o sztuce prehistorycznej, w której autor (nie pamiętam nazwiska) stwierdza, że sztuka jest tym przejawem, które odróżnia człowieka od zwierzęcia (teoria ewolucji ma pewien problem z tą granicą), chodzi mu przy tym o tzw. "sztukę wysoką". Ja natomiast chciałam zauważyć, że sam fakt przygotowywania sobie posiłków i ubrań jest właściwy tylko człowiekowi i to ta część kultury, w której tworzeniu wszyscy bierzemy udział.
Zawsze mnie irytuje kiedy moja matka dziwi się, że "mi się tak chce" upiec ciasto uszyć sobie kieckę, płaszcz albo kapelusz, przygotować ileś tam potraw na święta itp. Zazwyczaj sugeruje przy tym, żeby kupić gotowe i nie marnować czasu. Pod wpływem takiego gadania sama się zastanawiam, co sprawia, że mi się chce. Odpowiedź jest prosta mam tą samą radochę wkładając ręce w mąkę, żeby zrobić z niej makaron jak wtedy gdy wkładałam je w glinę, żeby modelować rzeźbę. Wymyślanie co przygotuję na święta, czy co sobie uszyję na wiosnę dostarcza mi dokładnie tej samej przyjemnej ekscytacji co "twórczość artystyczna", a przy tym wolne jest od całej masy dylematów p.t. gdzie ja to będę przechowywać.
Miałam kiedyś ambicję, żeby być "twórcą kultury" nie przebiłam się jednak, nie dopchałam. Zrobiłam kilka wystaw, obrazki się podobały i miały całkiem niezłe recenzje. Sprzedałam 2 sztuki (słownie dwie), dla reszty muszę wynajmować magazyn. Tak wiec wątek "sztuki wysokiej" ma w moim życiu gorzkawy posmak, a myśl o kosztach przechowywania skuteczniej mnie hamuje niż zrzędzenie mojej matki.
Szycie ciuchów naraża mnie na zazdrość i wrogość innych kobiet, nawet gotowanie na święta (i próbowanie) przyczyniło się do ujawnienia słabości mojej wątroby, a jednak ciągle mi się chcę!
Nie jestem nawiedzona, ale kiedy wałkowałam ciasto na makowiec przed Bożym Narodzeniem czułam żywy (i pozytywny) związek z tymi wszystkim pokoleniami kobiet z mojej rodziny, które robiły to samo przez wieki.
Te wszystkie niedoceniane dziś czynności, przędzenie lnu lub wełny, tkanie płótna, szycie kożuchów, robienie na drutach, granie na skrzypkach, śpiewanie ułożonych na prędce przyśpiewek, opowiadanie niesamowitych historii wieczorami i wszystko, to co znam z opowieści moich rodziców jawi mi się jako zdecydowanie bogatsze niż tzw. dobrodziejstwa cywilizacji, która chce nas na wszelkie sposoby sprowadzić do roli konsumentów.
Pojęcie kultura materialna jest tak oczywiste przy omawianiu jakichś zamierzchłych cywilizacji, natomiast zaskakujące stało się dla mnie w kontekście mojego dnia codziennego.
Jest niedziela (palmowa), jestem trochę chora, ale nie na tyle, żeby nie upiec ciasta. Mam ostatnio lekkie problemy z wątrobą więc przez ostatnie miesiące piekę różne warianty ciasta biszkoptowego z owocami albo zatopionymi w cieście albo w galarecie. Pieczenie ciasta jest rodzajem magii - trochę białego proszku, jajek i innych sypkich lub płynnych substancji, wysoka temperatura i wychodzi coś pysznego, napełniającego zapachem całe mieszkanie i klatkę schodową na dodatek, i sprawiającego, że dom jest domem. Jest to niewątpliwie produkt kultury, a stosując starożytną definicję - dzieło sztuki. Starożytni (a za nimi ludzie średniowiecza) bowiem za sztukę uważali każdą aktywność, która wymaga jakiejś umiejętności jak wykucie rzeźby w marmurze czy uszycie butów, ułożenie pieśni czy upieczenie chleba, taniec czy wytwarzanie garnków. Taka definicja ma dla mnie zdecydowanie więcej sensu niż uznanie za dzieło sztuki wiadra odchodów słonia tylko dla tego, że odpowiednie gremia, miały taki kaprys.
Cytuję w swojej pracy książkę o sztuce prehistorycznej, w której autor (nie pamiętam nazwiska) stwierdza, że sztuka jest tym przejawem, które odróżnia człowieka od zwierzęcia (teoria ewolucji ma pewien problem z tą granicą), chodzi mu przy tym o tzw. "sztukę wysoką". Ja natomiast chciałam zauważyć, że sam fakt przygotowywania sobie posiłków i ubrań jest właściwy tylko człowiekowi i to ta część kultury, w której tworzeniu wszyscy bierzemy udział.
Zawsze mnie irytuje kiedy moja matka dziwi się, że "mi się tak chce" upiec ciasto uszyć sobie kieckę, płaszcz albo kapelusz, przygotować ileś tam potraw na święta itp. Zazwyczaj sugeruje przy tym, żeby kupić gotowe i nie marnować czasu. Pod wpływem takiego gadania sama się zastanawiam, co sprawia, że mi się chce. Odpowiedź jest prosta mam tą samą radochę wkładając ręce w mąkę, żeby zrobić z niej makaron jak wtedy gdy wkładałam je w glinę, żeby modelować rzeźbę. Wymyślanie co przygotuję na święta, czy co sobie uszyję na wiosnę dostarcza mi dokładnie tej samej przyjemnej ekscytacji co "twórczość artystyczna", a przy tym wolne jest od całej masy dylematów p.t. gdzie ja to będę przechowywać.
Miałam kiedyś ambicję, żeby być "twórcą kultury" nie przebiłam się jednak, nie dopchałam. Zrobiłam kilka wystaw, obrazki się podobały i miały całkiem niezłe recenzje. Sprzedałam 2 sztuki (słownie dwie), dla reszty muszę wynajmować magazyn. Tak wiec wątek "sztuki wysokiej" ma w moim życiu gorzkawy posmak, a myśl o kosztach przechowywania skuteczniej mnie hamuje niż zrzędzenie mojej matki.
Szycie ciuchów naraża mnie na zazdrość i wrogość innych kobiet, nawet gotowanie na święta (i próbowanie) przyczyniło się do ujawnienia słabości mojej wątroby, a jednak ciągle mi się chcę!
Nie jestem nawiedzona, ale kiedy wałkowałam ciasto na makowiec przed Bożym Narodzeniem czułam żywy (i pozytywny) związek z tymi wszystkim pokoleniami kobiet z mojej rodziny, które robiły to samo przez wieki.
Te wszystkie niedoceniane dziś czynności, przędzenie lnu lub wełny, tkanie płótna, szycie kożuchów, robienie na drutach, granie na skrzypkach, śpiewanie ułożonych na prędce przyśpiewek, opowiadanie niesamowitych historii wieczorami i wszystko, to co znam z opowieści moich rodziców jawi mi się jako zdecydowanie bogatsze niż tzw. dobrodziejstwa cywilizacji, która chce nas na wszelkie sposoby sprowadzić do roli konsumentów.
niedziela, 15 marca 2015
Jeszcze o hierarchii stadnej
Wspominałam już kiedyś na tym blogu, że jestem zapamiętałą wielbicielką programu Journey Home EWTN, w którym ludzie różnych wyznań opowiadają o swojej drodze do Kościoła Katolickiego.
Niedawno obejrzałam jeden z moich ulubionych odcinków z panią Talat Storkirk, muzułmanką z Indii, której życie byłoby fantastycznym materiałem na scenariusz filmowy.(https://www.youtube.com/watch?v=S0iXAXXxQvY)
Nie będę jednak streszczać całej tej historii, powiem tylko, że swoje nawrócenie w dużym stopniu zawdzięcza siostrom zakonnym prowadzącym szkoły, w których się kształciła. - w tym sensie, że była to dla niej okazja, żeby się z Chrześcijaństwem zetknąć.
Na koniec programu z dużą swadą wyrażała wdzięczność tym wszystkim siostrom, które przyjeżdżały z Europy do Indii nie bacząc na upał, brud i muchy i dawały z siebie wszystko, nic z tego nie mając. Wszystko to bardzo piękne i wzruszające aż do momentu kiedy wspomniała, że szkoła w Karaczi, do której sama chodziła była kiedyś elitarna, a obecnie - ponieważ nie pracują już w niej siostry z Europy - bardzo podupadła.I tu dochodzimy do sedna - siostry Hinduski czy też Pakistanki są przygotowane równie dobrze do pracy jak ich Europejskie poprzedniczki, ale pochodzą z niewłaściwej kasty.
Więc to nie cnota, skromność ubioru, czystość, święte życie i wiedza były magnesem dla zamożnych hinduskich (pakistańskich) rodzin tylko odcień skóry jaśniejszy niż najwyższych kast ich społeczeństwa i pochodzenie z narodu, który ich podbił (a więc jest lepszy, bo silniejszy).
Strasznie to smutne ale prawdziwe.
Niedawno obejrzałam jeden z moich ulubionych odcinków z panią Talat Storkirk, muzułmanką z Indii, której życie byłoby fantastycznym materiałem na scenariusz filmowy.(https://www.youtube.com/watch?v=S0iXAXXxQvY)
Nie będę jednak streszczać całej tej historii, powiem tylko, że swoje nawrócenie w dużym stopniu zawdzięcza siostrom zakonnym prowadzącym szkoły, w których się kształciła. - w tym sensie, że była to dla niej okazja, żeby się z Chrześcijaństwem zetknąć.
Na koniec programu z dużą swadą wyrażała wdzięczność tym wszystkim siostrom, które przyjeżdżały z Europy do Indii nie bacząc na upał, brud i muchy i dawały z siebie wszystko, nic z tego nie mając. Wszystko to bardzo piękne i wzruszające aż do momentu kiedy wspomniała, że szkoła w Karaczi, do której sama chodziła była kiedyś elitarna, a obecnie - ponieważ nie pracują już w niej siostry z Europy - bardzo podupadła.I tu dochodzimy do sedna - siostry Hinduski czy też Pakistanki są przygotowane równie dobrze do pracy jak ich Europejskie poprzedniczki, ale pochodzą z niewłaściwej kasty.
Więc to nie cnota, skromność ubioru, czystość, święte życie i wiedza były magnesem dla zamożnych hinduskich (pakistańskich) rodzin tylko odcień skóry jaśniejszy niż najwyższych kast ich społeczeństwa i pochodzenie z narodu, który ich podbił (a więc jest lepszy, bo silniejszy).
Strasznie to smutne ale prawdziwe.
środa, 11 lutego 2015
O czekaniu i niecierpliwym dawcy
Często słyszy się przy różnych okazjach, że na pewne zdarzenia czy osoby w życiu trzeba poczekać. Intuicyjnie nie ufam takim stwierdzeniom, gdyż w ten sposób zawsze byłam oszukiwana w dzieciństwie. Gdy moi rodzice nie chcieli na coś mi pozwolić, zamiast wyartykułować to jasno i bez ogródek, twierdzili obłudnie, że jest niewłaściwy moment, licząc, że zapomnę i po sprawie. Nigdy nie zapominałam.
Nie neguję cnoty cierpliwości, która potrzebna jest żeby się czegoś dobrze nauczyć, dojść do biegłości, ale wtedy widzi się postęp, nawet jeśli jest bardzo wolny.
Kiedy słyszę o Bogu, że każe nam na coś czekać całe życie, to po prostu nie wierzę. Każdy ma doświadczenie bycia dawcą, niecierpliwego oczekiwania na moment wręczenia prezentu i ciekawości reakcji obdarowanego. Moja intuicja mówi mi, że Bóg także jest takim niecierpliwym dawcą i obdarowuje nas istotnymi dla nas dobrami bardzo wcześnie w naszym życiu, nie każąc nam na nic czekać. Problem w tym, że to my nie jesteśmy w stanie rozpoznać i należycie ocenić tych darów.
Tak było ze mną i moją pierwsza pracą w zbiorach graficznych pewnej bardzo szacownej biblioteki naukowej. Świeżo po studiach wyobrażałam sobie, że Bóg wie co mnie w życiu czeka i ta skromna, ale stabilna posada nie oferuje należytych perspektyw. Teraz kiedy wiem na co w życiu mogę liczyć, jestem pewna, że było to dobre miejsce i żałuje, że je odrzuciłam tak lekkomyślnie.
Na początku lat 90-tych, kiedy nagle pojawiło się mnóstwo poradników jak zmienić swoje myślenie, a z nim życie i najdziwniejszych warsztatów dla naiwnych na mniej więcej ten sam temat, różne barany, a wśród nich i ja, karmiły się tym chłamem bezkrytycznie.
Znam mnóstwo przypadków osób, które zrezygnowały z pracy, która ich zdaniem nie była dość dobra, a każda następna (o ile udało im się jakąś znaleźć) okazywała o wiele gorsza od poprzedniej.
Nie widziałam, żeby to zjawisko było opisana w literaturze przedmiotu. Czytałam owszem o spektakularnych nawróceniach ludzi, którzy bardzo głęboko zabrnęli w grzech i z pomocą Bożą udało im się z tego wyrwać i zacząć nowe życie. Zawsze mnie zastanawia dlaczego dla tych, którzy popełnili błąd nie ma analogicznego happy endu. Może błąd to gorzej niż grzech jak chcą niektórzy?
Tak więc należałoby się bardzo uważnie przyglądać, osobom i okolicznościom, które są nam dane na początku naszej drogi - pierwszej pracy, ludziom spotkanym w wieku lat nastu lub dwudziestu, gdyż istnieje naprawdę duża szansa, że to są właściwe osoby i okoliczności.
Ktoś mógłby mi zarzucić, że sieję defetyzm i nie dodaje otuchy tym, którzy tego w swoim czasie nie zrobili i miałby rację. Chciałabym wierzyć, że nawet z naszych błędów Bóg może wyprowadzić większe dobro...
Nie neguję cnoty cierpliwości, która potrzebna jest żeby się czegoś dobrze nauczyć, dojść do biegłości, ale wtedy widzi się postęp, nawet jeśli jest bardzo wolny.
Kiedy słyszę o Bogu, że każe nam na coś czekać całe życie, to po prostu nie wierzę. Każdy ma doświadczenie bycia dawcą, niecierpliwego oczekiwania na moment wręczenia prezentu i ciekawości reakcji obdarowanego. Moja intuicja mówi mi, że Bóg także jest takim niecierpliwym dawcą i obdarowuje nas istotnymi dla nas dobrami bardzo wcześnie w naszym życiu, nie każąc nam na nic czekać. Problem w tym, że to my nie jesteśmy w stanie rozpoznać i należycie ocenić tych darów.
Tak było ze mną i moją pierwsza pracą w zbiorach graficznych pewnej bardzo szacownej biblioteki naukowej. Świeżo po studiach wyobrażałam sobie, że Bóg wie co mnie w życiu czeka i ta skromna, ale stabilna posada nie oferuje należytych perspektyw. Teraz kiedy wiem na co w życiu mogę liczyć, jestem pewna, że było to dobre miejsce i żałuje, że je odrzuciłam tak lekkomyślnie.
Na początku lat 90-tych, kiedy nagle pojawiło się mnóstwo poradników jak zmienić swoje myślenie, a z nim życie i najdziwniejszych warsztatów dla naiwnych na mniej więcej ten sam temat, różne barany, a wśród nich i ja, karmiły się tym chłamem bezkrytycznie.
Znam mnóstwo przypadków osób, które zrezygnowały z pracy, która ich zdaniem nie była dość dobra, a każda następna (o ile udało im się jakąś znaleźć) okazywała o wiele gorsza od poprzedniej.
Nie widziałam, żeby to zjawisko było opisana w literaturze przedmiotu. Czytałam owszem o spektakularnych nawróceniach ludzi, którzy bardzo głęboko zabrnęli w grzech i z pomocą Bożą udało im się z tego wyrwać i zacząć nowe życie. Zawsze mnie zastanawia dlaczego dla tych, którzy popełnili błąd nie ma analogicznego happy endu. Może błąd to gorzej niż grzech jak chcą niektórzy?
Tak więc należałoby się bardzo uważnie przyglądać, osobom i okolicznościom, które są nam dane na początku naszej drogi - pierwszej pracy, ludziom spotkanym w wieku lat nastu lub dwudziestu, gdyż istnieje naprawdę duża szansa, że to są właściwe osoby i okoliczności.
Ktoś mógłby mi zarzucić, że sieję defetyzm i nie dodaje otuchy tym, którzy tego w swoim czasie nie zrobili i miałby rację. Chciałabym wierzyć, że nawet z naszych błędów Bóg może wyprowadzić większe dobro...
niedziela, 1 lutego 2015
O niebezpiecznej pokusie szczerości
Jest to pokusa, której zdecydowanie zbyt często ulegam. Pokusa wtajemniczania innych w swoje myśli, wątpliwości i lęki. Zawsze mam złudzenie, że ktoś patrząc z dystansu zobaczy coś, czego sama nie widzę, albo że samo wypowiedzenie tego w obecności życzliwej (jak sobie wyobrażam) osoby coś mi da.Cóż, teoretycznie tak mogłoby się stać, zwłaszcza w przypadku zwrócenia się do osób powołanych do tego i w jakiejś mierze kompetentnych. Dlaczego jednak tak się nie dzieje?
Ludzie nawet powołani do wysłuchiwania różnych rzeczy nie często spotykają się ze szczerością?
Jakieś tabu chroni dobrze przystosowane jednostki przed nią, a ten kto ten niepisany zakaz przekracza sam sobie winien? Może samo pragnienie szczerego podzielenia się swoimi myślami i wątpliwościami jest perwersyjne? Infantylne? Autodestrukcyjne?
Moje doświadczenie jest takie, że osoba wysłuchująca czegoś takiego nabiera przekonania, że ma do czynienia z kimś gorszym (ma jakieś wątpliwości? normalni ludzie nie mają! nie może sobie z czymś poradzić? niedorajda! coś mu nie wyszło? leń jeden darmozjad!). Co się robi z kimś gorszym? Trzeba go obrugać, zawstydzić, zignorować... lista możliwych reakcji jest długa i oczywiście można poczuć się znacznie lepszym od nieudacznika jednego.
Może osób, którzy nie odczuwają skrępowania, zażenowania, paniki w zetknięciu z czyjąś szczerością i umieją się na tym poziomie komunikować jest tak niewiele, że prawdopodobieństwo trafienia na jedną z nich jest praktycznie równe zero? Przypuszczalnie tak - ergo nie należy pod żadnym pozorem ulegać tej niebezpiecznej pokusie.
Amen.
Ludzie nawet powołani do wysłuchiwania różnych rzeczy nie często spotykają się ze szczerością?
Jakieś tabu chroni dobrze przystosowane jednostki przed nią, a ten kto ten niepisany zakaz przekracza sam sobie winien? Może samo pragnienie szczerego podzielenia się swoimi myślami i wątpliwościami jest perwersyjne? Infantylne? Autodestrukcyjne?
Moje doświadczenie jest takie, że osoba wysłuchująca czegoś takiego nabiera przekonania, że ma do czynienia z kimś gorszym (ma jakieś wątpliwości? normalni ludzie nie mają! nie może sobie z czymś poradzić? niedorajda! coś mu nie wyszło? leń jeden darmozjad!). Co się robi z kimś gorszym? Trzeba go obrugać, zawstydzić, zignorować... lista możliwych reakcji jest długa i oczywiście można poczuć się znacznie lepszym od nieudacznika jednego.
Może osób, którzy nie odczuwają skrępowania, zażenowania, paniki w zetknięciu z czyjąś szczerością i umieją się na tym poziomie komunikować jest tak niewiele, że prawdopodobieństwo trafienia na jedną z nich jest praktycznie równe zero? Przypuszczalnie tak - ergo nie należy pod żadnym pozorem ulegać tej niebezpiecznej pokusie.
Amen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)