niedziela, 20 maja 2018

O nieoczekiwanych skutkach nowenny do Ducha Świętego

Nowennę do Ducha Świętego odmawiałam w konkretnej intencji, a mianowicie o światło co mam robić w nieciekawej sytuacji życiowej (mówiąc najogólniej). Na brak odpowiedzi albo jej niejednoznaczność nie mogę narzekać. Duch Święty nakazał mi dwie rzeczy: posprzątać w domu (put your house into perfect order słowami Jordana Petersona) i wrócić do uprawiania malarstwa, które zarzuciłam zwątpiwszy w sens tej działalności.Wysprzątawszy więc pokój na glanc wyciągnęłam pozasychane sfatygowane i nieliczne tubki z resztkami farb olejnych, znalazłam niewielką buteleczkę terpentyny i dawno temu przygotowane podobrazie z płyty pilśniowej z zaczętym autoportretem. Wszystko to z epoki przed załamaniem się we mnie wiary w siebie i sensowność swoich wyborów.

Pierwszym skutkiem tego natchnienia jest konkretny malunek, wygląda tak:


Po drugie: moje pięćdziesiąte ósme zapalenie zatok w tym sezonie zniknęło bez śladu. Zastanawiałam się czy nie odstawić przepisanego antybiotyku (pięćdziesiątego ósmego w tym sezonie), który właśnie zaczęłam przyjmować.
Po trzecie: zaczęłam śmielej korzystać z przestrzeni wspólnej bloku, w którym mieszkam (suszarni) tym samym komunikując sąsiadom, że  nie będą jej zawłaszczać bez oporu.
Po czwarte: zaczęłam generalne porządki w kuchni - udało mi się ponaprawiać zdezelowane zawiasy drzwi szafek i prowadnice szuflad. Powywalałam nagromadzony przez wieki (za życia rodziców) osad dziejów i sensowniej zorganizowałam przestrzeń. Mam jeszcze w tej materii sporo pracy przed sobą, ale dobry początek został poczyniony.

Nie spałam po nocach podekscytowana planami ulepszeń, które wprowadzę i  pomysłami, co da się wykorzystać jako podobrazie. Moja siostra zauważyła przytomnie, że nawet jeśli jedynym skutkiem mojego malowania będzie koniec nieustających infekcji dróg oddechowych i wypędzenie moli z mieszkania (zapach terpentyny) to ekonomicznie jest to wystarczająco korzystne. Pieniądze zaoszczędzone na antybiotykach mogę przeznaczyć na farby i pędzle.

Patrząc z punktu widzenia wiary (której wciąż mi brak) ten czas niepewności jest być może darem od Boga kiedy mogę robić to, czego zawsze pragnęłam, do czego czułam się stworzona i powołana.
Moje powołanie nie zostało potwierdzone wprawdzie przez społeczne zapotrzebowanie, ale jego zaniechanie spowodowało nieustanne problemy ze zdrowiem i zablokowanie energii życiowej. Dla mnie to wystarczająco przekonujący argument.

Niedawno na stronie dominikańskiej przeczytałam zadziwiająco przytomny wywiad z O.Popławskim, w którym wypowiedział się na temat "potrzebności" jako kryterium oceny sensowności własnej drogi. Uznał, że "bycie nikomu niepotrzebnym" nie jest argumentem za jej kwestionowaniem albo porzuceniem. Couldn't agree more  z drobnym zastrzeżeniem, że w przypadku ludzi świeckich "niepotrzebność" powoduje bardzo konkretne skutki ekonomiczne, które łatwo uznać za głos Boga.

P.S.
Dziś u dominikanów przykładna uroczysta liturgia jak przystało na wielkie święto, zero herezji w homilii. Miałam przemożne wrażenie, ze ktoś przywołał ich do porządku. Duch Święty?


niedziela, 6 maja 2018

O zepsutej niedzieli, czyli dominikanie przechodzą na ciemną stronę mocy

Moja niedziela zaczęła się wyjątkowo wcześnie, gdyż zajęcia, które miałam prowadzić od 8.00 nie zostały odwołane, więc musiałam sprawdzić czy ktoś się nie pojawi. Idąc przed 8.00 pustymi ulicami Wrocławia  mijałam nielicznych podobnych do mnie nieszczęśników, którzy muszą w ten dzień pracować i zapóźnionych imprezowiczów z charakterystycznymi śladami po nocnej "zabawie" -awanturujących się lub apatycznych. Ktoś kiedyś trafnie zauważył, że nie ma nic bardziej przygnębiającego niż rozrywka. Trudno nie przyznać mu racji.

Szkoła była zamknięta, ani śladu p. dyr. o słuchaczach nie wspominając. Postałam 20 min, na zimnie, obserwowana przez meneli, po czym poszłam do pobliskich dominikanów na mszę. To doświadczenie było, niestety, jeszcze bardziej przygnębiające. Usłyszałam, że Kościół dodał przez te 2 tys. lat do Ewangelii całą masę zbytecznych przepisów, które zniechęcają ludzi żyjących w nieregularnych sytuacjach, a przecież najważniejsza jest "miłość".

Ojciec Marcin Mogielski dał nam do zrozumienia, że marnujemy czas, bo nasze uczestnictwo w jakichś zbytecznych obrzędach jest niczym wobec "miłości" ludzi żyjących w nieregularnych związkach. Jeszcze gorsi są ci, którzy uważają, że da się coś powiedzieć o Bogu (który jest tajemnicą). Dominikańskie hasło "veritas" i cel istnienia zakonu - zwalczanie herezji - jest więc kupą śmiechu. To znaczy nie, ojciec Marcin namierzył jednak heretyków - to my wszyscy katechizowani przed papieżem Franciszkiem. Jesteśmy neognostykami bo zdawaliśmy egzamin z religii przed bierzmowaniem i neopelagianami bo staramy się zachowywać 10 przykazań.

Niestety z tej katechezy pamiętamy jeszcze, że na temat nierozerwalności małżeństwa wypowiedział się sam Jezus w Ewangelii, a święty Jan wyjaśnił, że miłość (do Boga) polega na zachowywaniu jego przykazań. Obiło nam się też o uszy, że nie ma większej miłości niż oddanie życia za przyjaciół swoich.

To jednak już nieaktualne i miłość rozumiemy po nowoczesnemu. Każdy mąż zostawiający żonę z dziećmi dla innej kobiety albo swego boyfrienda robi to z "miłości". Toksyczna matka nie pozwala się usamodzielnić dorosłemu potomstwu  z  czystej "miłości".  Homoseksualiści w zakonach kopulują wyłącznie z "miłości" - przecież to jasne - stary pedryl niewolący ufającego mu chłopca to także kwintesencja "miłości". Spółkowanie po pijaku z kim bądź to nic tylko "miłość". Znaczy czyń co chcesz, jeśli  tylko nazwiesz to miłością, parafrazując św. Augustyna.

O. Mogielski wypowiedział się także na temat opieki nad niepełnosprawnymi, zapewne dlatego, że rząd ma problem z protestem ich opiekunów. (Czy analogiczna - bezskuteczna - akcja tego samego środowiska za poprzedniej władzy także skłoniła go do refleksji?). Otóż skontrastował dwie postawy uczestniczenie "w tych wszystkich" zbytecznych obrzędach i świadczenie "miłości" poprzez opiekę tzn przewijanie, podmywanie itp. Każdy, kto ma doświadczenie opieki nad poważnie chorym wie jednak, że bez "tych wszystkich zbytecznych obrzędów" nie dał by rady wytrzymać takiej sytuacji fizycznie i psychicznie, o odczuwaniu jakiejkolwiek "miłości" nie wspominając. Wiedzą o tym wszystkie siostry w zakonach poświęconych takiej służbie.

Z przykrością muszę stwierdzić, że piękne słowo "miłość" zostało całkowicie zawłaszczone przez wiadomą centralę. Oskarżenie o "brak miłości" jest taką samą palką do grzmocenia przeciwników, jak mityczny "antysemityzm", "faszyzm", "rasizm" czy "seksizm". Kiedy nie ma argumentów trzeba grzmocić i wjeżdżać na emocje naiwnym jeleniom. Nie mam cienia szacunku - o zaufaniu nie wspominając - do ludzi, którzy posługują się takimi metodami.



sobota, 5 maja 2018

O "nudzie" i niespelnionych marzeniach

Zostałam ostatnio posądzona o to, że nudzę się w życiu i dlatego przeszkadza mi wiertara po 22, majsterkowanie w nocy i rowery przypięte przy poręczy schodów. Nie zamierzam jednak pisać o produktach bezstresowego wychowania w funkcji sąsiadów. To temat na zupełnie inne piśmiennictwo jak zawiadomienia do administracji, na policję itp.

Skupię się na owej domniemanej nudzie. Otóż ludzie podobno dzielą się na dwie kategorie: tych którzy zawsze dostają wszystko zanim tego zapragną, i ich problemem jest nuda, oraz tych, którzy pomimo intensywnego pragnienia i równie intensywnych wysiłków, nie są w stanie osiągnąć tego, czego pragną i ich problemem jest frustracja. Wbrew temu, co zarzucił mi mój nie uznający żadnych reguł sąsiad należę z cała pewnością do tej drugiej grupy.

Naszła mnie dzisiaj nieoczekiwana refleksja, że ktoś kto dostał od życia wszystko co chciał ma szansę bardzo szybko uwolnić się od rzeczy tego świata, przekonawszy się na wczesnym etapie, że nie są tym o co NAPRAWDĘ chodzi. Człowiek, który nie dostał tego, o co mu chodziło nie ma takiej szansy. Oczywiście brak także kieruje ku życiu duchowemu, ale rozstanie z tym, czego nie mamy (a zawsze chcieliśmy) jest bez porównania trudniejsze.

Całe moje życie cierpiałam na brak własnego miejsca. Marzyłam o własnym pokoju, o własnym mieszkaniu, o własnej pracowni itp. Za młodu rozwiązywałam ten problem coś wynajmując, pokój, kawalerkę itp. Własny pokój pozyskałam dopiero w wieku lat 50 po śmierci mamy, kiedy to odziedziczyłam połowę 2-pokojowego mieszkania rodziców. Pamiętam swój smutek, że spełnienie mojego skromnego pragnienia musiało być okupione tak nieproporcjonalną stratą.

Dlaczego więc Pan Bóg nie spełnia naszych pragnień? Wszyscy zwrócilibyśmy się ku niemu we wczesnej młodości. Zostalibyśmy wędrownymi kaznodziejami lub mnichami (mniszkami), ludźmi pozbawionymi złudzeń co do wszelkich darów tego świata. Wiedzielibyśmy z osobistego doświadczenia, że nie dają szczęścia, którego od nich oczekujemy.

A jednak Pan Bóg dopuszcza, że zafiksowujemy się na czymś stosunkowo mało ważnym. Jesteśmy jak starsza pani, która w głębi duszy marzy o lalce, której nie dostała w dzieciństwie. A gdyby jej marzenie spełniło się w wieku lat 98, dopiero wtedy mogłaby się od niego uwolnić.


piątek, 20 kwietnia 2018

O żalu za grzechy

Wracając z wizyty kontrolnej w klinice dermatologicznej (po wycięciu narośli o charakterze nowotworowym) robiłam po drodze zakupy na weekend. W sklepie Krasnal na Sądowej odezwałam się niezbyt grzecznie do starszego pana, który mnie niechcący potrącił kilka razy. Za każdym razem przepraszał mnie z pewnym zdziwieniem, że znowu to zrobił, Wyjaśniłam mu, że pewnie dlatego, że się nieco nie posunął (widząc, że oboje jesteśmy obsługiwani jednocześnie), co byłoby logiczne zważywszy okoliczności. Starszy Pan bardzo się poczuł dotknięty tymi słowy. Przecież mogłam powiedzieć, żeby się posunął. Ucięłam to lakonicznym zapewnieniem, że nie mam o nic pretensji.

Już na Grabiszyńskiej dopadły mnie wyrzuty sumienia, że zachowałam się nieprzyjemnie wobec starszego,kruchego i kulturalnego człowieka, będąc o wiele młodsza i silniejsza . Im bardziej posuwałam się w stronę samu tym fatalniej się czułam. Spontanicznie grzmotnęłam się w klatkę piersiową mówiąc "mea culpa, mea maxima culpa".  W samie przy kasie zabrakło mi pieniędzy i kobieta wielkodusznie zaproponowała, żebym doniosła, co uczyniłam z wdzięcznością. Tym dogłębniej przyszło mi uznać wielkość mojej winy, że po niechlubnym postępku zetknęłam się z ponadstandardową życzliwością osoby, której bym nie podejrzewała o coś takiego.

Nie mogłam jednak oprzeć się przewrotnej refleksji, jak prosty i oczywisty jest żal za grzechy, kiedy jest się sprawcą zła. Gdybym to ja została nieprzyjemnie, chamsko, agresywnie lub niesprawiedliwie potraktowana - i nie umiała natychmiast adekwatnie zareagować - przez co najmniej tydzień zmagałabym się się z bezsilną wściekłością, która z czasem przeszłaby w gorycz. Powierzanie sytuacji Bogu na modlitwie byłoby w istocie prośbą o zemstę, która do niego należy. Co więcej nie wyspowiadałabym się z tego, gdyż uczucia grzechem nie są, ale gorycz i pretensje o wiele skuteczniej oddzielają od Boga niż pochopne słowa, których się natychmiast żałuje.

Być może to wyjaśnia częste i spektakularne nawrócenia, przestępców, alkoholików, prostytutek, aborterów i temu podobnych "oczywistych grzeszników". O nawróceniach ofiar toksycznych matek, ludzi latami wykorzystywanych przez najbliższych (i/lub obcych), niezdolnych do przeciwstawienia się temu, lub robiących to zbyt nieudolnie, nie słyszałam nigdy. Gdyby tak zajrzeć pod pokrywę anielskiej cierpliwości, z którą znoszą swój los, można by ujrzeć istne kłębowisko żmij - tony goryczy, żalu, frustracji i pretensji do Boga.

Myśl nie wydaje mi się zbyt odkrywcza, jestem absolutnie pewna, że spowiednicy są świadomi  skali i powagi zjawiska. Ta świadomość jednak nigdy nie przedostaje się do nauk, które słyszymy w Kościele. Wygląda na to, że dla duchowieństwa pokusa oznacza gołą panienkę (w naturze lub czasopiśmie dla mężczyzn) i żadna wiedza pozyskana w konfesjonale tego nie zmieni.

Ostatnio u dominikanów, zakonnik  głoszący kazanie zauważył przytomnie, że w Kościele zawsze słyszy się nauki przeznaczone dla nieobecnych, co nie powstrzymało go jednak przed uraczeniem nas tym absurdalnym podejściem. Na popołudniowej mszy w dzień powszedni przekonywał wiernych, że uczestnictwo w eucharystii nie jest przymusem ("z niewolnika nie ma pracownika"). Co za ulga dla tych nadgorliwych dewotów marnujących swój cenny czas po pracy!!!

Mistrzostwo świata należy jednak do franciszkanina, z którym umówiłam się na rozmowę po rekolekcjach pt "Kryzys a Jezus Chrystus".Wypytawszy mnie o środowisko rodzinne zupełnie nie wiedział co zrobić z informacją, że to moja matka ma siłę sowieckiego czołgu, a ojciec jest człowiekiem łagodnym i wycofanym. Pomilczał chwilę marszcząc czoło od widocznego wysiłku intelektualnego, w końcu stwierdził, że zwykle jednak jest odwrotnie i on będzie do mnie mówił jakby tak było. Po czym uraczył mnie całkowicie zbytecznym monologiem, a na koniec dał do zrozumienia, że nie widzi dla mnie wyjścia.

Chciałoby się powiedzieć "nie ma takiego zwierzęcia" (jak nie pamiętam kto na widok żyrafy) czy raczej "nie ma takiego kretyna", a jednak jest i to nie jeden. Zastanawiam się czy kapłani nie są uczeni, żeby unikać wszelkiej wiedzy na temat świata oraz ludzkiej natury i ignorować problemy swoich słuchaczy (bądź rozmówców), a mówić wyłączne do nieobecnych o rzeczach teoretycznie możliwych.

niedziela, 15 kwietnia 2018

O karykaturach Chrześcijaństwa

Anthony de Mello stwierdził kiedyś, że jeśli małpa usiłuje grać na saksofonie, to nie znaczy, że stała się muzykiem. To był komentarz do naśladowania Chrystusa. Trudno odmówić mu racji. Z całą pewnością istnieją takie interpretacje Chrześcijaństwa, które przypominają grę małpy na saksofonie.

Jednym z najczęstszych nieporozumień jest mylenie unikania konfliktów za wszelką cenę i ignorowania agresji skierowanej w nas z chrześcijańską miłością bliźniego. Otóż unikanie konfliktów i twierdzenie, że pada deszcz kiedy na nas plują, nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. To się nazywa wygodnictwo lub tchórzostwo (albo oba w jednym).  Nie domaganie się swego natomiast jest zachowaniem wyuczonym, czy wręcz wynikiem tresury, i wiele osób po prostu nie umie zachować się inaczej. Podobnie rzecz ma się z nieodpowiadaniem przemocą na przemoc - innymi słowy bronieniem się przed atakiem fizycznym - większość Chrześcijan w Europie po prostu nie umie tego wykonać, choćby chciało.

Moja mama całe życie przeżywała, że pewien powinowaty nie oddał pożyczonego mu płaszcza. Płaszcz ów był całkiem nowy, raczej drogi, kupiony dla mojego ojca. W sytuacji dość napiętego budżetu domowego kupienie  jeszcze jednego nie wchodziło w rachubę. Na pytanie dlaczego nie domagała się zwrotu nigdy nie umiała satysfakcjonująco odpowiedzieć. Dawała do zrozumienia, że nie wypada, a kiedy dalej pytałam, pojawiało się uzasadnienie ewangeliczne o dodawaniu płaszcza do sukni, którą ktoś chce od nas pożyczyć.

Wszystko to bardzo pięknie, ale jeżeli ktoś aplikuje tak dosłownie Ewangelię do codzienności, a potem przeżywa całe życie i karmi się goryczą i urazą, to chyba coś nie halo.  Jeżeli ktoś w oczywisty sposób nie dorasta do tak wyśrubowanych  standardów, niech się na nie nie sadzi, bo zapłaci słono on sam i jego rodzina. Wspomniany powinowaty zyskał za fryko nowy płaszcz i miał satysfakcję, rodzina "dawczyni" musiała wysłuchiwać jej gorzkich utyskiwań przez długie lata.

Moi rodzice nie chcieli reagować na pijackie ekscesy sąsiada z góry, woleli wyładować frustrację na swoje nastoletniej córce, która próbowała to robić. Mając wybór wobec kogo zachować się "po chrześcijańsku" wybrali sąsiada pijaka.  Racjonalizując takie wybory mój ojciec często mawiał "no przecież nie będę się z nim bić!" A dlaczego nie? Czyż nie jest to prosty i skuteczny sposób rozładowywania drobnych konfliktów między mężczyznami? A może męska rozmowa by wystarczyła? Czyż obrona terytorium nie należy do zupełnie podstawowych zadań głowy rodziny?  Mój ojciec był człowiekiem obdarzonym niebagatelną siłą fizyczną, a przy tym łagodnym usposobieniem. Nie lubił wchodzenia z kimkolwiek w konflikt i nie umiał takich sytuacji wygrywać. Nie miał ochoty się nauczyć, ani nawet próbować. Wolał się wycofywać i abdykować z roli mężczyzny. Mam absolutna pewność, że nie miało to nic wspólnego z chrześcijaństwem.

Często jest tak, że komuś odpowiedzialnemu za innych, chcącemu popisać się "miłosierdziem" na zewnątrz, może go zabraknąć dla tych powierzonej swojej pieczy. Dobrym przykładem są biskupi tak zatroskani o poprawę bytu muzułmańskich nachodźców, że gotowi poświęcić bezpieczeństwo europejskich kobiet i dzieci. Papież Who-am-I-to-judge Franciszek nagradzający watykańskimi orderami proaborcyjne aktywistki i regularnie gwarzący przyjaźnie z wojującymi ateistami, zupełnie nie znajduje w sobie tej ujmującej gotowości do dialogu z wiernymi zaniepokojonymi rozmywaniem nauki Kościoła, kardynałami wiernymi doktrynie czy proliferami. Zbrzydza go już nie tylko 'absolutyzowanie prawdy" i "czynienie z niej idola", ale nawet życie poświęcone kontemplacji.

Tak się składa, że to właśnie modlitwa otwiera nas na Prawdę. Dzięki niej czasem wiemy co należy zrobić, mamy tzw natchnienia w konkretnych sytuacjach życiowych. Często wymagają od nas wysiłku, działania wbrew nawykom i wygodzie. W moim przypadku prawie zawsze wzywały mnie do akcji  "mało chrześcijańskich" i nieprzyjemnych - jak wzywanie policji do uciążliwych sąsiadów czy stawiania jedynek leniwym i pełnym lekceważenia uczniom - czyli dokładnie takich jakich zwykle unikamy zasłaniając się "miłosierdziem"




sobota, 14 kwietnia 2018

O nawróceniu

Kiedy mówi się "nawróć się" (po lubelsku: "naaaaawrć się!") do konia w stajni, zwierzak przestawia zad w stronę ściany boksu robiąc miejsce człowiekowi, który np chce go wyczyścić. Kiedy ten skończy szczotkowanie jednego boku, powtarza to samo polecenie i koń przechodzi na przeciwną stronę boksu. W tak dosadny sposób krótki "epizod jeździecki" w moim życiu pokazał mi czym powinno być nawrócenie - zmianą dotychczasowej postawy na wręcz przeciwną na skutek działania łaski.

Słyszałam (a może czytałam) wypowiedź księdza działającego w Odnowie, że ludzie hałaśliwi i ekstrawertyczni pod wpływem działania Ducha św. wyciszają się i kierują do wewnątrz, natomiast wycofani introwertycy zaczynają nagle publicznie głośno się modlić i wielbić Boga.  To oczywiście tylko zewnętrzne oznaki nawrócenia, ale wskazujące na jakąś głęboką przemianę, która w zaszła "wbrew ich naturze".

Z drugiej strony jeżeli zgodna, empatyczna i współczująca niewiasta, wykorzystywana przez wszystkich i nie umiejąca zadbać o siebie, mimo lat praktyk religijnych utwierdza się w takiej postawie i w wierze znajduje dla niej uzasadnienie, to raczej należy wątpić w szczerość jej nawrócenia. Podobnie rzecz ma się ze skłonnym do dominacji egoistą  czy przebiegłą manipulatorką. Jeśli w Kościele znajdują nowe zagłębie jeleni gotowych do użycia w służbie swojego ego, nowe obszary do dominacji i manipulacji - mówienie o nawróceniu jest po prostu kupą śmiechu.

Na mszy św. w dzień powszedni ta pierwsza kategoria wiernych - spolegliwe niewiasty - jest znacząco nadreprezentowana. To nie tylko ich wina, że słyszą to, co chcą usłyszeć tzn należy pozwalać się wykorzystywać, "oddawać się za darmo", "żyć dla innych", "nie szukać swego" (co za ulga, nie trzeba się zmieniać!) Często nauka głoszona od ołtarza taka właśnie jest, gdyż skierowana jest do zatwardziałych egoistów i hedonistów - całkowicie nieobecnych w kościele - lub po prostu powstała z myślą o mężczyznach, którzy ze swej natury są znacznie mniej empatyczni, współczujący i zgodni, a bardziej agresywni, nastawieni na rywalizację, konfrontację i osobisty sukces.

Słuchałam ostatnio wykładu prof. Jordana Petersona o różnicach między mężczyznami i kobietami w dziedzinie osobowości. Podejrzewam, że mówił rzeczy powszechnie wiadome, z którymi każdy student psychologii musi się zapoznać. Stwierdził powołując się na konkretne badania, że w okresie pokwitania kobietom wzrasta "trait neuroticism"  i pozostaje wyższy niż u mężczyzn do końca życia. Są one nadreprezentowane wśród pacjentów z depresją i "anxiety" (stanami lękowymi?), mężczyźni natomiast częściej są alkoholikami, narkomanami i  mają "learning disorders" o ile dobrze pamiętam.

Uzasadnił to faktem, że dla kobiet świat jest po prostu bardziej niebezpieczny, gdyż grozi im nie tylko "zwykła" agresja (jako, że są słabsze fizycznie) lecz także seksualna. Cena jaka płacą za seks jest przy tym nieporównywalnie wyższa niż w przypadku mężczyzn. Co więcej, system nerwowy kobiety jest zaprojektowany z myślą o macierzyństwie, a bardziej precyzyjnie o relacji z niemowlęciem. Aby dobrze wywiązać się z tego zadania musi  być "agreeable" - co pozwala unikać konfliktów mogących narazić jej dziecko na niebezpieczeństwo - empatyczna i współczująca, żeby reagować na potrzeby noworodka, których on nie umie jasno wyartykułować, nieskończenie cierpliwa wobec tej całkowicie bezbronnej istotki i pozwalająca się jej wykorzystywać ignorując własne potrzeby (co najmniej do wieku 9 miesięcy niemowlę ma zawsze rację). Te wszystkie zachwycające cechy kobiety umożliwiające przetrwanie gatunku, znacząco utrudniają jej odniesienie sukcesu w biznesie czy każdej innej dziedzinie życia, gdzie konkuruje z mężczyznami.

To naturalne środowisko ludzi, dla których świat nie jest zagrożeniem tylko okazją do podboju i dominacji, "disagreeable, taugh-minded, blunt, competitive and agressive", przy czym jest to "predatory agression" (a nie "defensive agresion"podyktowana lękiem typowa dla kobiet).  Jakie szanse ma osoba zgodna, grzeczna, empatyczna i uległa w zestawieniu z kimś takim?  Jest oczywiście wykorzystywanym do immentu jeleniem. Peterson stwierdził, że gdyby chciał zatrudnić pracowników, których można eksploatować bez ograniczeń wybrałby "middle-aged women, high in agreeableness and concienciousnesss". Takie osoby ciężko pracują, za nic nie przypisują sobie zasług i nigdy nie narzekają, nie umieją nawet poprosić o podwyżkę.

Oczywiście, mają świadomość że są wykorzystywane i wzbiera w nich gorycz i uraza do świata. Często potrzebują terapii, treningu asertywności, nauczenia się mówienia innym rzeczy przykrych i raniących (ale prawdziwych), negocjowania swoich warunków, "stawiania się".  Jest to zadanie na granicy ich możliwości ludzkich. Czasem udaje się przy okazji autentycznego nawrócenia przy pomocy łaski.

Jest taka modlitwa "Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze na podobieństwo serca Twego", która mnie na przemian drażni i szokuje. Jezus wyłaniający się z kart Ewangelii zupełnie do takiego opisu nie pasuje. Przede wszystkim jest to charyzmatyczny (w każdym sensie tego słowa) przywódca, porywający tłumy swoją nauką, wskazujący na siebie jako źródło autorytetu wyższego niż wszystkie znane jego słuchaczom. Według terminologii Petersona jest "high in disagreeableness and compassion". Raz po raz widzimy go w sytuacji ostrego konfliktu z konkurentami do przywództwa duchowego nad narodem wybranym. Nie przebiera wtedy w słowach i mówi rzeczy niewiarygodnie brutalne jak "plemię żmijowe" czy "groby pobielane", posuwa się nawet do agresji fizycznej wyrzucając kupców ze świątyni. Nie ma żadnych oporów, żeby ranić czyjeś uczucia albo sprawiać ból, jeśli widzi w tym sens. Najbardziej szokująca jest rozmowa z Syrofenicjanką, kiedy to kobieta prosząca o pomoc dla udręczonej córki zostaje porównana do psa. Gdyby scena odbywała się we wnętrzu, siła ciosu rzuciłaby nieszczęsną istotę na przeciwległą ścianę. Rozmowa z Samarytanką przy studni też nie należy do szczególnie przyjemnych. Jezus dość bezceremonialnie namierza jej bolesne miejsce i wydobywa na światło dzienne jej hańbę. Świadomie ociąga się w przypadku córki Jaira, aż dziewczynka umiera. Podobnie postępuje w przypadku Łazarza, choć zapewnia się nas, że go miłował, jak również jego siostry Marię i Martę. Nie waha się wystawić tych bliskich sobie ludzi na ból ekstremalny, aby chwała Boża mogła się objawić.

Jezus ma wszystkie cechy urodzonego przywódcy siłę osobowości, wizję, odwagę, wielkoduszność wobec słabszych i bezwzględność wobec wywyższających się. Jest obiektem podziwu mężczyzn i miłości kobiet. Jego serce to serce lwa, a nie baranka. Tym bardziej szokujące jest dobrowolne przyjęcie męki i hańbiącej śmierci. Jezus przekracza w tym swoją naturę. Godzi się na upokorzenie, które w oczach większości unicestwia jego aspiracje do przywództwa raz na zawsze. Jednak nawet w godzinie tej strasznej próby zachowuje godność i wielkość, która onieśmiela oprawców. Uderzony w twarz bynajmniej nie nadstawia drugiego policzka, tylko żąda podania racji. Sanhedryn wygląda przy nim jak sfora psów obszczekujących olbrzyma, rzymski namiestnik jak przestraszony uczniak próbujący zepchnąć na kogokolwiek odpowiedzialność za jego śmierć, Herod jak żałosny kretyn.

Jezus z Ewangelii ma się tak do swojej zniewieściałej błękitnookiej karykatury o lśniący lokach i trefionej brodzie jak Chrześcijaństwo do utwierdzania się w chorych i niszczących postawach tylko dlatego, ze mają pozór pokory. Pokora nie oznacza bezwzględnego podporządkowania możnym tego świata i unikania konfliktu za każdą cenę, tylko otwartość na prawdę i posłuszeństwo wobec niej.










piątek, 13 kwietnia 2018

Izrael podsuwa nam świetny pomysł biznesowy!!!

Ostatnio staram się nie oglądać i nie słuchać niczego, co ma związek z polityką, gdyż jestem głęboko rozczarowana postawą rządu wobec nieuzasadnionych żydowskich roszczeń materialnych i symbolicznych. Więcej, jestem potężnie zdegustowana. Dziś jednak z przyzwyczajenia robiłam obiad przy wtórze podsumowania tygodnia z Ziemkiewiczem w Republice. Zajęta szatkowaniem botwinki nie zdążyłam na czas wyłączyć omawiania wątku izraelskiego i dowiedziałam się, że trzy tamtejsze główne dzienniki napisały przy okazji tzw. "marszu żywych", że Polska jest odpowiedzialna za holokaust (podobno ichni prezydent tak powiedział w swoim przemówieniu). Jeśli ktoś uważał, że określenia typu "plemię żmijowe", "groby pobielane" czy "synagoga szatana" są retoryczną przesadą to teraz chyba nie ma żadnych wątpliwości co do ich trafności.

Ziemkiewicz słusznie zauważył, że postawa polskiego rządu przypomina inteligencika napadniętego przez zbira. Jedyne co potrafi zrobić to apelować do jego uczciwości i zasad, których zbir z zasady nie uznaje (na tym polega bycie zbirem). Chce budować kolejne antypolskie muzeum i powoływać kolejną komisję kajania się przed Żydami za nie popełnione grzechy - OHYDA!!!

A może należałoby skorzystać z nachalnie podsuwanego pomysłu fałszowania historii do celów biznesowych. Żydzi budzą uzasadnioną niechęć wśród wielu narodów jak np Arabowie i może to do nich należy kierować ofertę turystyczną pt "co można zrobić z Żydami na przykładzie obozu w Auschwitz". Podobno są zachwyceni i rozanieleni oglądając to miejsce.

Przypisują nam antysemityzm? Róbmy na tym kasę!!! Nie wzbraniajmy się przed  tą etykietą, bo dzięki niej zyskujemy więcej przyjaciół niż nam się wydaje! Może też nas skutecznie bronić przed zalewem niechcianych gości, jeśli sytuacja na bliskim wschodzie rozwinie się niekorzystnie dla państwa Izrael. Pomyślmy nad rozwinięciem gałęzi usług antysemickich jak pobicie, oplucie czy namalowanie gwiazdy Dawida z napisem "Jude" na drzwiach. Goście z Izraela byliby zachwyceni i hojnie sypali szeklami za te wstrząsające zdjęcia na smartfonach pokazywane na spotkaniach rodzinnych i towarzyskich. Wymyślajmy na zamówienie antysemickie dowcipy i duszaszczypatielnyje historie rodzinne o uratowanych z holokaustu. W końcu mamy - w przeciwieństwie do Żydów - jakieś pojęcie o realiach tych czasów, historii i geografii, tylko każmy sobie słono za to płacić. Niech nasz "Antisemitism industry" przebije zyskownością ichni "Holocaust industry".

Oczyma duszy widzę nowy trend w modzie - koszulki z napisem "Antisemitism is O.K." albo "I enjoy pogroms" względnie "I hate Jews". Sprzedawajmy je jako pamiątki z Polski - założę się, że szłyby jak świeże bułeczki. Stańmy się "ziemią świętą" holokaustianizmu. Potnijmy druty kolczaste z Auschwitz na relikwie. Sprzedawajmy je za miliony dolarów, dodajmy do oferty widły, z którymi polscy chłopi gonili Żydów, okulary, przez które ktoś na nich krzywo spojrzał, zupę, którą jedli w obozie, w ampułkach, pasiaki i chodaki. Zorganizujmy 2-tygodniowe pobyty w Auschwitz - rodzaj rekonstrukcji historycznej, gdzie będzie można wcielić się w rolę więźnia lub SS-mana za odpowiednią opłatą. Pomysły można mnożyć. To po prostu żyła złota!!!