piątek, 9 stycznia 2015

Kilka uwag o wzajemnej atrakcyjności

 
Kiedy zobaczyłam okładkę najnowszego W drodze, zanim cokolwiek przeczytałam, pomyślałam nieco zaskoczona, że numer będzie poświęcony homoseksualizmowi, ewentualnie narcyzmowi. Dopiero kiedy zorientowałam się co do zawartości, doszłam do wniosku, że w zamyśle autora ma to być para małżeńska.  Dlaczego identyczna postać reprezentuje mężczyznę i kobietę? Jedyna różnica to fason czapki i wzory na ubraniu mężczyzny. Po bardzo dokładnym przyjrzeniu się mężczyzna jest minimalnie szerszy na całej długości tułowia, a kobiecie wystaje kosmyk (krótkich) włosów spod nakrycia głowy. Jedyne rozsądne wyjaśnienie tego ekstrawaganckiego pomysłu, jakie mi się nasuwa, to że autor zainspirował się jakimś przewrotnym zdjęciem z okresu międzywojnia, lansującym styl chłopczycy.
 
W powieści Muriel Spark Girls of slender means, której akcja zaczyna się na początku II Wojny Światowej, jedna z bohaterek tak właśnie wygląda - jest całkiem płaska, nie ma bioder ani talii, i krótko ostrzyżone włosy. Nie narzeka jednak na brak powodzenia, bo jak twierdzi autorka, zawsze znajdą się mężczyźni, którzy tego właśnie szukają. Na potwierdzenie tych słów dziewczyna zachodzi niebawem w ciążę z jednym z takich mężczyzn i ma trudność z przeciśnięciem się przez niewielkie okno w dachu, aby uciec z płonącego (po nalocie) budynku.
 
Jednym z dowodów, że tacy mężczyźni rzeczywiście istnieją, a nawet współpracują z miesięcznikiem w drodze jest powyższa okładka.
 
Abstrahując od dziwnych kształtów istoty żeńskiej jeszcze bardziej niepokojąca jej identyczność z postacią męską - powstaje wrażenie, że mężczyzna całuje sam siebie. Ciekawe jest, że ma to być ilustracja do artykułów o seksie małżeńskim. Czy według autora atrakcyjność na tym polega, że możemy przeglądać się w sobie jak w lustrze i to swoje odbicie pieścić i całować?
 
Przyznam, że jest to dla mnie pomysł raczej zaskakujący, bo zawsze wydawało mi się, że to pewne istotne różnice, także anatomiczne, potęgują wzajemną atrakcyjność.
A może to ja jestem jakaś dziwna? Moje własne ilustracje  z pewnego figlarnego komiksu - osadzonego w jakiejś niejasnej przeszłości, gdzieś na północy -
wyglądają tak:
 
 
Mężczyzna na moich obrazkach nosi wprawdzie włosy do ramion, ale mam nadzieję, ze nikt go nie pomyliłby z kobietą
 
 
Zawsze wydawało mi się, że głównym tematem sztuki  erotycznej (w szerokim sensie tego słowa) jest kontrast między ciałem mężczyzny wyrażającym siłę, a ciałem kobiety pełnym miękkości i delikatności.
 
Męska siła i kobieca delikatność to oczywiście archetypy, a nie adekwatne opisy rzeczywistości, ale jakoś tak jest, że wyrugowanie ich z życia zabija pożądanie.
Opowiadał kiedyś jakiś seksuolog (czy nie Lew Starowicz?), że co prawda pary rozmaicie dzielą między siebie obowiązki, ale tak się zwykle dzieje, że kiedy kobieta pełni w rodzinie funkcje tradycyjnie męskie zaczynają się problemy w sypialni. Jeśli to prawda, raczej się nie dziwię.
 
 
 
 
 
 

czwartek, 8 stycznia 2015

O kobietach wojowniczkach i księżniczkach

Nie zamierzam się tym razem zajmować żadnym kłamliwym serialem, gdyż jak wiadomo tzw. filmy historyczne opowiadają nam zawsze wyłącznie o wyobrażeniach współczesnych na temat jakiejś epoki, są po prostu fantazjami projektowanymi wstecz dokładnie na tej samej zasadzie, co sielanki o greckich pasterzach i pasterkach w literaturze baroku, albo romantyczne powieści i poematy osnute na motywach średniowiecznych. W samym średniowieczu cykl legend arturiańskich był dokładnie tym samym - interpretacją odległej przeszłości na podobieństwo czasów autorom znanych z autopsji .Zjawisko jest stare jak świat.

Wrócę jednak do kobiet wojowniczek. Lagherta znana z Gesta Danorum Saxo Grammaticusa została wojowniczką z konieczności. Kiedy szwedzki król Fro najechał ziemie Siwarta  i pokonał go, wszystkie kobiety z jego rodu umieścił w burdelu celem upokorzenia. Na odsiecz swojemu dziadkowi ruszył Ragnar Lothbrok i wtedy wiele z owych kobiet, w męskim przebraniu, walczyło po jego stronie, a Lagherta wyróżniała się wielką odwagą i zawziętością w walce, kontrastującą z jej kruchą postacią.
Szczęścia w miłości raczej nie zaznała. Była wprawdzie krótko żoną Ragnara, ale ten szybko się z nią rozwiódł by móc poślubić Thorę, której wkrótce zrobił ten sam numer, aby dostać Aslaug. Swoją drogą to świetny komentarz do "wysokiej pozycji kobiety" w pogańskiej Skandynawii - nawet córkę króla można było bez ceregieli odesłać do ojca, jeśli na horyzoncie pojawiła się lepsza partia.

Sigrid Undset pisze w swojej pięknej opowieści o Vigdis i Viga-Ljocie osadzonej w schyłkowym okresie pogaństwa w Norwegii i Islandii o dziewczynie, która przywdziewa męski strój i bierze broń, aby pomścić śmierć swego ojca, Gunnara, ostatniego z rodu. Natomiast do zemsty na mężczyźnie, który ją zhańbił używa swego syna (który niestety jest również synem owego mężczyzny).

Nie wydaje mi się, że którakolwiek kobieta pozazdrościłaby owym literackim bohaterkom okoliczności, które pchnęły je do czynów zbrojnych. Każdy otoczony wrogością w końcu nauczy się walczyć, albo zginie, ale czy którakolwiek kobieta marzy o tym, by być otoczona od dzieciństwa wrogością?

Nawyk konfrontowania wroga w walce z bronią w ręku wyrabia szereg cech charakteru i nawyków raczej nieprzydatnych kobiecie jak prostoduszność, otwarte wypowiadanie swego zdania, obrzydzenie do manipulacji i kłamstwa, lojalność,  patrzenie prosto w oczy i uczciwe podawanie ręki. Wszystko teoretycznie bardzo piękne, ale w oczach mężczyzn raczej nie to, co chcieliby widzieć w kobiecie, stąd historie owych wojowniczek raczej nie kończą się happy endem.

 Wbrew temu, co sugeruje fantazja o wikingach wyprodukowana przez History Channel, kobieta wojowniczka nie jest i nigdy nie była ideałem, czy chętnie naśladowanym wzorcem kobiecości, tylko wytworem traumatycznych okoliczności życia, do których nikt nie tęskni. Każdy, a zwłaszcza każda kobieta tęskni za tym, aby dorastać otoczona miłością, przyzwyczajać się do tego, że być kochaną jest stanem naturalnym, uczyć się z wdziękiem przyjmować miłość i hołdy. Słowem być małą księżniczką chronioną także przez wysoką pozycją ojca i wszystkie jego zasoby, małą samiczką alfa.


Za taką kobietą tęsknią nie tylko bohaterowie literaccy. Księżniczka jest przede wszystkim symbolem statusu. To absolutnie najsilniejszy afrodyzjak. Im bardziej jest rozpieszczona tym lepiej, jej kaprysy mogą być dowolnie głupie, a nawet okrutne, ale pokazują, że zawsze wszystko było jej wolno, bo tak ważna była dla ludzi możnych ergo zasługuje na miłość. Instynkt stadny też nie woda - kochamy kochanych, odrzucamy odrzucanych. Wszystkie bajki są o zdobyciu księżniczki, a nie jakiejś skromnej dziewczyny, choćby nie wiem jakie skarby cnót się w niej kryły, choćby nie wiadomo jak była piękna.(Bohaterki bajek też raczej czymś niżej księcia rzadko się zadowalają wykazując sporą determinację jak Kopciuszek albo Mądra Młynarka).



Na spotkaniu mojej klasy z podstawówki, koledzy wyznali w godzinie zwierzeń, że wszyscy kochali się w takiej klasowej królewnie. Jej uroda była raczej problematyczna (choć miała obowiązkowe jasne warkocze i niebieskie oczy z czarnymi rzęsami) - czynnikiem decydujący był status rodziców i widoczna gołym okiem zamożność (jak na warunki PRL-owskie). Najciekawsze, że do tej samej klasy chodziła porcelanowa figurynka o włosach jeszcze jaśniejszych, oczach bardziej niebieskich, rzęsach dłuższych i czarniejszych, o wiele lepszej figurze i niewątpliwej urodzie, ale żaden z kolegów nawet o niej nie wspomniał. No cóż status jej  rodziców był raczej niski, a co do zamożności, to jej w tej rodzinie nie było. Wiedziona ciekawością zapytałam więc wprost (nawyk kobiety-wojowniczki) czy ktoś pamięta ową Basię i czy zauważył jej niezwykłą urodę. Tylko jeden przyznał, że tak, a brak zainteresowania tłumaczył, że oważ nie potrafiła się odpowiednio podać (klasowa królewna, też nie była specem od autoreklamy, całkiem biernie przyjmowała hołdy w swój cichy i nieco rozmemłany sposób). Dla reszty śliczna, ale skromna i nieśmiała Basia nie istniała. Bez złośliwości dodam, że była umiarkowanie inteligentna, więc każdy mógł się czuć przy niej jak geniusz, a mimo to totalny brak zainteresowania!

Moralność istnieje tylko między równymi jak zauważył Tukidydes, a miłość tylko do (wśród) osobników Alfa. Jeśli są nieosiągalni, to niektórzy zadawalają cię czymś niżej, ale nie cenią tego specjalnie i tęsknią do nieosiągalnego.



Chciałabym, żeby to, co napisałam nie było prawdą, ale obawiam się, że jest. Mam taką intuicją, że wszystko w życiu kręci się wokół miejsca w stadzie (łącznie z pragnieniem miłości czy założenia rodziny). Współczesnych bardzo wprowadza w błąd teoretyczna równość obywateli wobec prawa w mniej lub bardziej demokratycznych społeczeństwach. Jest to oczywista fikcja. Pokażcie mi dowolną grupę ludzi (od przedszkolaków poczynając) nie powiązanych żadną podległością służbową, a określę miejsce każdego w nieformalnej, ale bardzo ściśle przestrzeganej hierarchii (dziecko albo pies rozpracuje ją znacznie szybciej)

Społeczeństwa stanowe miały mniej złudzeń. W średniowiecznym kryminale Ellis Peters Kroniki Brata Cadfaela zawsze obok pozytywnego bohatera pojawia się już na początku równie pozytywna bohaterka dokładnie odpowiadająca mu stanem i przez całą intrygę zbliżają się ku sobie, aby w końcu rozpoznać tego/tą właściwą pod każdym względem osobę do zawarcia udanego małżeństwa.
Sławetna seksuolog Michalina Wisłocka twierdziła onegdaj, że w miłości każdy może być milionerem. Co prawda podejrzewam, że chodziło jej raczej o satysfakcjonujący seks, niż udane małżeństwo, ale teoretycznie powinno tak być. W praktyce jest różnie, bo jak pokazuje mój przykład klasowy wszyscy pragną pozyskać "księżniczkę" (myśląc, że są książętami) zamiast roztropnie za przykładem Ellis Peters poszukać osoby najbardziej odpowiedniej dla siebie ("tego samego stanu"), ale to trudne do przyjęcia, bo w niej jak w lustrze widzimy nasz własny status ("stan") nie koniecznie wysoki.


Małżeństwo i posiadanie potomstwa w stadzie wilków przysługuje tylko najwyższym statusem osobnikom Alfa. W Eddzie Poetyckiej tylko w rodzinie jarla widać relację miłości tak jak ją dzisiaj rozumiemy - jeden z wielu luksusów związanych ze statusem społecznym. W społeczeństwie pogańskiej Skandynawii najniżsi w hierarchii nie mogą mieć potomstwa, albo - w przypadku niewolników - zależy to wyłącznie od decyzji ich pana.

Mimo wieków pracy cywilizacyjnej Chrześcijaństwa, ubogim w Polsce odbiera się dzieci, a w krajach skandynawskich, Niemczech i Wielkiej Brytanii kradnie się je polskim imigrantom pod najdziwniejszymi pretekstami. Nie wiele różnimy się więc od pogan i wilków.



niedziela, 4 stycznia 2015

Jeszcze o wikingach

Kłamliwy serial propagandowy Vikings wciąż nie daje mi spokoju, więc odłowię na użytek swój i potencjalnego czytelnika najbardziej ordynarne kłamstwa:

1. Pozycja kobiety według Michaela Hirsta - pomysłodawcy serialu - bardzo wysoka.
Zastanawiająca jest dysproporcja w typowej rodzinie przedchrześcijańskiej Skandynawii - jedna siostra przypada na 4-5 braci. Według wszelkiego prawdopodobieństwa na skutek rozpowszechnionej praktyki wynoszenia niemowląt płci żeńskiej (nawet zdrowych) do lasu.  Analogia do nienaturalnego znikania młodszych sióstr w Rzymie, gdzie wychowywano wszystkich zdrowych chłopców, a tylko jedną dziewczynkę.
W ogóle w społeczeństwie pogańskiej Skandynawii mężczyzna decydował, które z jego dzieci będą zostawione przy życiu i mógł po prostu nie uznać dziecka, nawet zdrowego chłopca, prawowitej żony, nie wspominając o potomstwie nałożnic i nakazać wyniesienie do lasu. Żona mogła domagać się wyniesienia do lasu dziecka nałożnicy, pan decydował o losie dzieci niewolników. Zwyczaj zabijania niemowląt był bardzo rozpowszechniony i trudny do wyplenienia nawet w czasach chrześcijańskich.

2. Zostawienie przy życiu zdeformowanego niemowlęcia.
Nie zachodziło. Matka wyczerpana ciążą i porodem z lękiem oczekiwała wyroku męża na swoje dziecko, nawet jeśli był to zdrowy chłopiec, a mąż miał prawo go nie uznać i korzystał z niego wedle swojego widzimisię.
Wyłącznie Chrześcijanie (no, może jeszcze biblijni Żydzi) wychowywali wszystkie dzieci, także słabe, chore i kalekie - była to zupełnie niewyobrażalna rewolucja obyczajowa.

3. Księżniczka Aslaug uwodzi Ragnara, a potem wprasza mu się do domu jako żona
Zupełna fantastyka. Małżeństwa, zwłaszcza osób o wysokim statusie były zawsze aranżowane przez rodziny i poprzedzone formalnym kontraktem, gdzie była uzgodniona wysokość posagu itp. Za uwiedzenie dziewicy z możnego rodu mężczyzna zapłaciłby głową. Kobieta nie miała wiele do powiedzenia w sprawie wyboru męża. Wyjątkiem były wdowy, których bracia nie mogli się zgodzić co do kandydata na męża siostry, wtedy głos samej zainteresowanej był decydujący.

4. Dostępność rozwodu
W prawach Islandii są wymienione 3 powody: ciężkie rany zadane sobie (uszkodzenie mózgu, jamy ciała i rdzenia kręgowego), ubóstwo tzn. brak środków do utrzymania rodziny, zmuszanie żony wbrew jej woli do opuszczenia domu i przeniesienia się gdzie indziej. W sagach pojawiają się inne jak nie spanie z żoną przez co najmniej 3 lata, ubiór właściwy płci przeciwnej, udowodniona niewierność żony (nie działa w przypadku niewierności męża, która jest w pełni legalna).

5. Swoboda seksualna
 Zamężna kobieta pochwycona na cudzołóstwie mogła być nawet zabita ( w zależności od regionu), a przy odrobinie szczęścia rozwiedziona w trybie ekspresowym i odesłana do domu ojca. Uwiedzenie dziewicy prawie zawsze jest mszczone śmiercią uwodziciela, jeśli oczywiście poszkodowany ród ma na to środki. Swobodą cieszy się jedynie mężczyzna o wysokim statusie, którego stać na liczne nałożnice - kobiety o niskim statusie społecznym.

6. Kobiety wojowniczki
Tylko w przypadku kobiet, które nigdy nie były zamężne, nie mają w rodzie mężczyzn, którzy mogliby je bronić, są jedynymi osobami w rodzie, które mogą dopełnić obowiązku zemsty np. za zabicie ostatniego mężczyzny z rodu (jak w opowieści o Vigdis i Viga-Ljocie Sigid Undset).
Kobiety nigdy nie brały udziału w łupieżczych najazdach wikingów, jedynie z rzadka w wyprawach o charakterze badawczo - kolonizacyjnym (Freydis córka Eryka Rudego?).

7. Niewolnicy
Pojmani na wyprawach w i poza Skandynawią. Wyzwolony niewolnik ma nadal bardzo niski status i we wszystkim jest zależny od swego patrona. W Islandii dopiero w drugim pokoleniu potomstwo wyzwoleńców jest traktowane jako ludzie wolni, w Norwegii trzeba czterech pokoleń, aby zmyć hańbę niewolnictwa. Pomysł, że uprowadzony w niewolę mnich z Lindisfarne jest przyjęty do społeczności wikingów jak równy, bo jego pan go lubi jest wzięty z zadu podobnie jak wyzwolona niewolnica, która natychmiast czuje się równa synowi jarla i tak jest przez niego traktowana.

8. Małżeństwo
W Sadze o Egilu - o ile dobrze pamiętam - jest taki wątek, że pewien możny mężczyzna upodobał sobie dziewczynę z rodu o wiele pośledniejszego, więc chce ją dostać jako nałożnicę. Ojciec się nie zgadza. Możny zalotnik zmusza go siłą i kłamstwem, że bierze ją na prawowitą żonę. Kiedy jednak kobieta umiera i zostawia synów okazuje się, że jako synowie konkubiny nie będą mieli udziału w spadku i przez resztę sagi owi młodzieńcy trachają się z prawowitymi spadkobiercami na śmierć i życie.
Z tej pouczającej historii można wnioskować, że pozycja kobiety w małżeństwie była wysoka tylko wtedy, gdy mężczyzna musiał liczyć się z siłą jej rodu. Przedchrześcijańskie społeczeństwa skandynawskie miały wprawdzie prawa, ale żadnej władzy wykonawczej. Mógł je egzekwować jedynie ktoś zdolny zebrać zbrojną kupę.

9. Lagherta w funkcji sędziego
Kolejny pomyśl wzięty z zadu - kobiety nie mogły przemawiać na thingu, ani pełnić funkcji sędziego.

10. Obrzęd zaślubin
Konia z rzędem temu, kto mi wyjaśni skąd wziął się rytuał zaślubin Flokiego i jego... no właśnie, nie wiadomo kogo... - zapewne z głowy albo innej części ciała autora scenariusza.

11. Cwyntrith, księżniczka z Mercii zgwałcona w wieku lat 12 przez brata - św. Cennela.
Cennel był znacznie młodszy od swoich 2 sióstr. Po śmierci ojca Cwyntrith namówiła kochanka, nauczyciela młodszego brata, aby go zabił, żeby ona mogła zostać królową. Ile lat miałby kiedy jego siostra kończyła 12 wiosnę 3? 4? Wyjątkowo jurne i mocarne dziecko!!!

12. Cwyntrith obwieszcza w tonie skandalizującym, że duchowni entuzjastycznie uprawiają seks.
Wymóg celibatu duchowieństwa świeckiego upowszechnia się dopiero w dojrzałym średniowieczu(tzn. kilka wieków później)!!!

13. Demokratyczny ustrój
Wszystkie plemiona zamieszkujące Europę przechodziły fazę demokracji plemiennej, ludy skandynawskie po prostu później niż Frankowie czy Sasi.

14. Pomysł, że bogowie kochają ludzi
W rozmowie Lagherty z bratem Ragnara, który się w niej kocha, któreś z nich wygłasza takie stwierdzenie jako rzecz oczywistą, co jest kupą śmiechu. Miłość Boga do ludzi to idea  czysto chrześcijańska (obecna także w Starym Testamencie), zupełnie nieobecna w religiach pogańskich


Zastanawiam się jak stacja zwana History Channel mogła puścić tak kłamliwego gniota, zapewne na tej samej zasadzie jak Discovery film o Katastrofie Smoleńskiej. Jakie Discovery takie History! Goebbels byłby zachwycony!

sobota, 3 stycznia 2015

O Rosemary i jej dziecku

Dziecko Rosemary Iry Levina przeczytałam na studiach ponad ćwierć wieku temu. Pamiętam, że byłam pod wrażeniem i chciałam zobaczyć film Polańskiego. Zrobiłam to parę lat temu i znowu byłam pod wrażeniem, tylko nieco innego rodzaju. Parę dni temu obejrzałam dzieło Agnieszki Holland pod tym samym tytułem i wciąż się zastanawiam, dlaczego zmieniła istotne szczegóły.
A w tak zwanym międzyczasie przeczytałam co najmniej dwukrotnie książkę Rosemary Nie krocz za mną ze wstępem O. Posackiego SJ. (Nie wiem czym się naraził swojemu przełożonemu, mam nadzieję, że nie propagowaniem wiedzy, której część duchownych po prostu się wstydzi, a która jest niezbędna każdemu człowiekowi, nie tylko chrześcijaninowi.)

Książka Rosemary to świadectwo osoby, która dzięki śmiałym duchowym eksperymentom pradziadka, była medium - otwartymi drzwiami do świata duchów. Druga część książki opisująca "amerykańską przygodę" autorki wyjaśnia nam skąd ten pseudonim. Autorka mieszkała u pewnej nadzwyczaj miłej i opiekuńczej zamożnej Żydówki w dzielnicy Upper East Side na wschodnim Manhattanie. "To historycznie rejon zajmujących się międzynarodowym handlem Żydów, którzy porzucili swoją religię już w XIXw. i odtąd zainteresowani byli mieszaniną różnych ideologii. Najczęściej ich droga wyglądała następująco: po przejściu z żydowskiej ortodoksji na różne wyznania protestanckie, nie znajdując w nich jednak odpowiedzi na swoje poszukiwania, porzucali protestantyzm na rzecz doktryn spirytystycznych. Po skompromitowaniu tychże zaczynali tworzyć różne metody medycyny naturalnej oparte na inteligentnej spirytystycznej energii (... ludzie ci działają tam także i dzisiaj, a ich wiara związana jest ze spirytyzmem, magią i - zdaniem niektórych - z lucyferyzmem czy wręcz satanizmem...). Wkrótce zajęli się też handlem tymi ideologiami, generując olbrzymi światowy rynek idei niszczący prawdziwy judaizm jak i chrześcijaństwo. To środowisko do dziś jest źródłem różnych eksperymentów i nowych idei dla świata, sprzedawanych mu pod przykrywką New Age"  - pisze Rosemary.

Reprezentantami takiego właśnie środowiska jest małżeństwo Castevet z książki Levina, które poszukuje matki dla dziecka szatana. Za udostepnienie swojej żony na ten cel proponują mężowi karierę, na jaką jest napalony, a ten ochoczo przyklepuje deal. Jego żona, Rosemary, młodsza o 9 lat jest katoliczką, a przez to osobą niepewną, więc nie może się o niczym dowiedzieć.

Najbardziej przerażające jest dla mnie jest, że to nie świetny pomysł na horror, produkt żywej wyobraźni autora, tylko opis wielce prawdopodobnej sytuacji, która wielokrotnie miała, ma i będzie miała miejsce np. w środowisku, o którym wyżej. Rzecz jest realna, nawet jeśli propozycja dotyczy przystąpienia do Synagogi Wszystkich Religii - a nie fizycznego udostępnienia swojego łona na potrzeby kultu - w zamian za sukces.

Przypadek Polańskiego grozę wzmaga, bo wygląda - zważywszy następstwa - na film niemalże autobiograficzny. Od tego właśnie obrazu jego kariera nieoczekiwanie nabrała tempa, a następnie okupiona została śmiercią żony w zaawansowanej ciąży, zamordowanej w bestialski sposób.

Agnieszka Holland natomiast zmieniając Nowy Jork na Paryż, bohaterkę na starszą ex - tancerkę mieszanej krwi, wprowadzając nowe postacie i epatując krwawymi okropnościami zaciera ślady rzeczywistości tak wyraźne w książce Levina i u Polańskiego. Idzie w kierunku horroru dla widza o tak spaczonej wyobraźni, że nic poniżej zjadania okrwawionego serca ofiary go nie ruszy. Jej Rosemary mogłaby być matką swojego młodego męża i widz nie rozumie dlaczego po prostu nie da mu klapsa w tyłek i nie wyciągnie za fraki ze złego towarzystwa, w które wpadł. Szatan i jego dziecko ma nienaturalnie intensywnie niebieskie oczy, choć jest zrodzone z matki mulatki (a nie żółte z poprzeczną źrenicą, jak u kozła). Mam wrażenie, ze Holland bardzo chce odwrócić uwagę od środowiska z Upper East Side i jego bardzo realnej działalności opisanej w Nie krocz za mną.

Zawsze się zastanawiam ilu ludzi odnoszących sukcesy w show businessie ma za sobą taki deal, jaki proponowano Rosemary i czy tego rodzaju sukces bez jakiegoś zobowiązania wobec wiadomej centrali jest w ogóle możliwy. Moja intuicja mówi mi, że nie (także osoby, które usiłują się wyrwać z takiego układu potwierdzają to domniemanie). Jeśli tak jest, to nie dziwi, że kultura masowa wygląda tak jak wygląda i oglądając dowolny film na dowolny (pozornie światopoglądowo neutralny) temat (np. o wikingach) jesteśmy podprogowo indoktrynowani.

czwartek, 1 stycznia 2015

O podprogowej indoktrynacji

Przypadkiem, szukając czegoś zupełnie innego, trafiłam w Internecie na serial Wikingowie (Vikings) zrobiony przez History Channel i coś tam jeszcze w koprodukcji irlandzko-kanadyjskiej.
Najzwięźlej można podsumować ten film jako projekcję fascynacji  i fantazji współczesnych postchrześcijańskich neopogan wstecz, na społeczność na tyle dawną, że można jej sporo własnych wyobrażeń przypisać, a jeśli nawet są sprzeczne ze źródłami pisanymi z epoki i nieco późniejszymi, to kto o tym wie?

Istniał prawdopodobnie ktoś taki jak Ragnar Lothbrok (przynajmniej w sagach), a jego synowie Bjorn Żelazoboki czy Ivar-bez-kości, Sigurt i inni są postaciami historycznymi. Lagherta - wojowniczka, pierwsza żona Ragnara jest również bohaterką sagi, podobnie jak Aslaug(Kraka) jego trzecia żona. Historyczny jest najazd na Lindisfarne, władca Northumbri Aella itp.
To jednak nie zmienia faktu, że film jest fantazją umysłu zanieczyszczonego wolą mocy, poprawnością polityczną i wyraźną Christofobią.

Wikingowie są rośli, przystojni, kochają swoje żony i traktują je z szacunkiem, kochają także swoje dzieci, nawet te zdeformowane (i nawet jeśli po dłuższej walce wewnętrznej wyniosą je do lasu, to nie mają nic przeciw temu, że żony je uratują je od śmierci i przyniosą z powrotem do domu). Seks uprawiają partnerski i wyzwolony (zapraszają do wspólnych uciech osoby trzecie np. niewolnika - młodego mnicha z Lindisfarne), kobieta - wojowniczka jest preferowanym ideałem kobiecości. Ofiary z ludzi są składane wyłącznie z chętnych, aby dostąpić tego zaszczytu, gorzej ze zwierzętami (nie ma w filmie sceny, która by pokazywała jak te chętnie godzą się na takie wyróżnienie). Ślub w obrzędzie pogańskim zestawiony z chrześcijańskim jest bez porównania sympatyczniejszy, pełen ciepła, spontaniczności i wigoru.

Chrześcijanie nie mają pojęcia o co chodzi w ich własnej wierze, są tchórzliwi, bezradni i żałośni niezależnie od tego czy się po prostu boją czy też mężnie poddają męczeńskiej śmierci. Ich władcy są okrutni i gnuśni, księżniczki wygłodzone seksualnie, mimo, że gwałcone od dzieciństwa przez rodzonych braci, którzy po śmierci są za ten czyn automatycznie kanonizowani. Mnisi coś tam w skryptoriach przepisują, ale widz nie dowie się co. Dowie się natomiast, że teksty antyczne są docenione wyłącznie przez władcę zafascynowanego pogaństwem i w tajemnicy odczytywane przez mnicha odstępcę. Gdzie ów nauczył się łaciny, sztuki pisania i czytania nie wie nikt.

Godność i dostojeństwo charakteryzuje upiornego widzącego i innych pogańskich kapłanów, natomiast duchowni chrześcijańscy są zawsze paskudni, albo tłuści konformiści albo chudzi fanatycy.
Trudno się dziwić, że scenarzysta z upodobaniem pokazuje profanację kościołów, relikwii i mszy. Scena wtargnięcia wikingów do kościoła podczas podniesienia, a następnie wypicia i wyplucia konsekrowanego wina przez ichniego dyżurnego głupka-żartownisia jest w zamierzeniu fantastycznym dowcipem, podobnie jak zabicie wśród chichotów bezbronnego celebransa na oczach osłupiałych ze zgrozy wiernych. W ogóle zabijanie bezbronnych: mnichów, wiernych, którzy zostawili przed wejściem do kościoła broń, związanych, obezwładnionych, jest praktykowane z upodobaniem, przy aprobacie scenarzysty podobnie jak ciosy w plecy, podstęp i zdrada.
Mnich z Lindisfarne cudem ocalały z rzezi i uprowadzony w niewolę nie ma wątpliwości co do wyższości cywilizacyjnej wikingów. Trzeba uczciwie przyznać, że praca w skryptorium w porównywaniu z zarąbywaniem bezbronnych toporem względnie podrzynaniem im gardła jest jednak monotonna i nudna.

Przekaz filmu jest dość jasny pogaństwo jest równie dobre jeśli nie lepsze niż Chrześcijaństwo, a przy tym o ileż bardziej ekscytujące! Dziwię się tylko, że nie została podniesiona kwestia aborcji, eutanazji i par gejowskich. Zapewne pojawi się w następnym sezonie razem z walką z globalnym ociepleniem i prawami zwierząt. Np. mnich odstępca Athelstan wyzna Ragnarowi, że jest w nim zakochany i obaj zapragną adoptować dziecko. Po czym zasugeruje, że ofiara z ludzi jest O.K. ale ze zwierząt to już nie tak.

Cała ta podprogowa indoktrynacja przywodzi mi na pamięć film Real Injun - o stereotypie Indian w kinie amerykańskim. Najciekawsze w nim były ich relacje, że jako dzieci, oglądając westerny, utożsamiali się zawsze z białymi prześladowcami własnego ludu. W podobnej sytuacji ustawiony zostaje widz europejski - ma być sercem po stronie coolowych, choć nieco narwanych wikingów i podzielać odrazę scenarzysty dla obciachowych chrześcijańskich hipokrytów, którzy maltretują żony, gwałcą siostry, a co najgorsze nie są sexy. Księżniczka - nimfomanka z Mercji nie ma co do tego żadnych wątpliwości i z entuzjazmem rzuca się na swoich nowych normańskich najemników. Widz europejski ma, chcąc nie chcąc, pójść w jej ślady.

P.S.
Dla zainteresowanych średniowieczną Skandynawią widzów nie lada gratką byłoby sfilmowanie Krystyny Córki Lavransa Sigrid Undset (istniejąca ekranizacja w reżyserii Liv Ullman ma swój urok, ale pozostawia wiele do życzenia), Olafa syna Auduna albo jeszcze lepiej opowieści o Vigdis i Viga-Ljocie tej samej autorki. Niezłym materiałem na filmową sagę jest Córka Wikingów Very Hendriksen, albo po prostu sagi islandzkie, ze szczególnym uwzględnieniem Sagi o Njalu Spalonym, która po prostu prosi się o porządną adaptację. Wszystko tam jest: obraz epoki, mentalność tych ludzi, barwne charaktery, przygoda i romans, ale nikt się jakoś nie wyrywa do takiego przedsięwzięcia.
Obie norweskie autorki opowiadają swoje historie z punktu widzenia niepospolitych kobiet, co teoretycznie powinno ucieszyć feministki i wpisać się zgrabnie w nurt poprawności politycznej. Coś mi jednak mówi, że raczej nie doczekamy takich produkcji., bo nie byłyby trendy w epoce, w której należy pokazać - za przeproszeniem - babę ujeżdżającą chłopa, ganiająca z toporem albo figlującą w jakimś manage a trois, aby się zmieścić w klimacie intelektualnym. Ponadto pokazanie realnego skoku cywilizacyjnego jakim było przyjęcie Chrześcijaństwa nie zgadzałoby się z narracją o wyższości pogaństwa, która jest obecnie obowiązująca w kulturze masowej.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

"Wilcza" teoria samotności niewybieranej

Teorię tę należy potraktować z przymrużeniem oka (autorka nie zwariowała), może wydawać się dziwaczna, a pewne wątki obsesyjne, ale zdaje się znacznie lepiej tłumaczyć fenomen niechcianej i niezamierzonej samotności, która dotyka tak wielu, niż wyjaśnienie, że ci ludzie są po prostu egoistami, hedonistami, socjopatami itp.

Wspomniałam już kilkakrotnie o podobieństwie zachowań grupy ludzi do stada wilków (być może dlatego te dwa gatunki tak łatwo się zżyły - we wszystkich kulturach wilk został wcześnie udomowiony i został psem). Pisałam także o tym, że wataha jest właściwie rodziną wielodzietną, w której rodzice są przewodnikami stada i mają monopol na rozmnażanie. Przyłączanie się obcych do stada w charakterze partnerów(partnerek) potomstwa nie zachodzi. W watasze wszystkie pozycję są sztywne, możliwość awansu raczej nie istnieje, nadmierna inicjatywa i samodzielność są karane. Na jednym terytorium żyje jedna wataha, więc do założenia nowej potrzebne jest nowe terytorium z odpowiednią ilością zwierzyny łownej - dobro rzadkie.

Wobec takiego braku perspektyw niektóre sfrustrowane jednostki płci obojga decydują się opuścić stado z nadzieją założenia własnego. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji jest, oględnie mówiąc, bardzo niskie. Samotny wilk (przemykając się przez obce terytoria niezauważony) musiał by  trafić na samotną wilczycę w wieku prokreacyjnym, znaleźć lub zdobyć jakieś terytorium, spłodzić i wychować pierwszy miot potomstwa we dwójkę, co jest raczej wyczynem na granicy możliwości wilczych.

Nie da się zanegować, że niektóre rodziny ludzkie działają dokładnie na tej samej zasadzie. Rodzice traktują dzieci jako swoja watahę i nie przewidują ich usamodzielnienia. Aby wyeliminować taką możliwość, niszczą ich poczucie własnej wartości i wszelką inicjatywę. Tak sformatowane potomstwo raczej w związki mogące prowadzić do założenia własnej rodziny nie wejdzie.
Jeżeli jednak jakaś niesubordynowana jednostka by się uparła, to odchodząc z rodzinnego stada musi przemykać się przez obce terytoria (z braku własnego) i płacić za wynajęcie jakiegoś kątka większością upolowanych przez siebie środków. Przyłączając się do obcej watahy niezależnie od swojego potencjału ląduje nieodmiennie na pozycji Omega bez perspektyw na zmianę, co wydaje się jeszcze gorsze od sytuacji wyjściowej. Trafienie na potencjalnego partnera wśród ludzi teoretycznie powinno być łatwiejsze niż wśród wilków, ale dla takich jednostek z jakichś powodów nie jest. Jako wolny elektron długo nie pohasa, jeśli się gdzieś nie zaczepi, wróci skąd wyszła na skutek zmęczenia, osłabienia, upadku ducha, utraty nadziei, którą żywiła za młodu itp.

To jest dokładny opis mojego doświadczenia. Byłam samotną wilczycą, na początku żywiąc nadzieję na znalezienie własnego miejsca w życiu, potem odkrywając swoją zdolność do szczęścia doskonałego, jakim bywa samotność na namiastce własnego terytorium - w wynajętej kawalerce. Utrata tej namiastki i upadek ducha doprowadził mnie tam skąd wyszłam, gdzie skonfrontowana zostałam z kilkoma prawdami o ludzkiej naturze.

Co ciekawe grecki historyk Herodot wzmiankuje lud Neurów na północny zachód od Morza Czarnego, dziś umiejscawiany w dorzeczu górnego Dniestru, Bohu i Prypeci(tzn. z grubsza tam, skąd pochodzi moja rodzina). Neurowie na jeden dzień w roku mieli stawać się wilkami.

Wilkołakami, czy raczej "pasterzami wilków" zostawali m.in. ludzie o silnie rozwiniętym poczuciu obowiązku zemsty, a pozbawieni środków do jej przeprowadzenia. W głębokim kotle w lesie warzyli zioła i wypowiadali zaklęcia. Zyskiwali w ten sposób dar rozumienia wilczej mowy i mogli przewodząc stadu wilków wypełnić swój obowiązek.

Jakie były skutki uboczne tych nadzwyczajnych umiejętności na przyszłe pokolenia można się tylko domyślać. I tu po raz kolejny dochodzę do wniosku, że samotność niektórych (a może nawet większości) ludzi ma źródła duchowe być może sięgające wiele pokoleń wstecz.

Ktoś mógłby powiedzieć, że fakt, że te pokolenia się jednak narodziły stoi w sprzeczności z moją teorią. Być może, jeśli obciążony czymś takim wiąże się z kimś wolnym od tego, mogą funkcjonować w miarę normalnie. Łańcuch pokoleń kończy się, gdy dwoje naznaczonych syndromem wilka zakłada własna watahę.


środa, 17 grudnia 2014

Uprzejmość cię zdradza!

Jedne z moich koszmarniejszych odkryć ostatnich dni, to że uprzejmość postrzegana jest przez większość ludzi jako objaw niskiego statusu społecznego, więc prowokuje chamstwo.
Rzecz wydaje się całkowicie niezrozumiała dopóki nie pamiętamy o stadnej mentalności człowieka.
Osobnik omega w stadzie wilków zapewne musi być bardzo uprzejmy i uniżony wobec reszty, jeśli chce przeżyć. Im wyższy status w stadzie tym uprzejmość mniej potrzebna, a nawet całkowicie zbyteczna, gdyż łatwo ją interpretować jako słabość.

Zdarzyło mi się ostatnio siedzieć w autobusie obok młodej dziewczyny, która mogłaby być moją córką. Kiedy zorientowałam się, że zamierza wysiąść na najbliższym przystanku spontanicznie wstałam, żeby ją przepuścić, zanim powiedziała przepraszam (nie wiedząc czy zamierza to uczynić).
Dziewczę przyjęło tę uprzejmość jako mu całkowicie należną i nie zaszczyciło mnie nawet słowem dziękuje. Pouczyłam więc gówniarę, że w takiej sytuacji mówi się dziękuje, a wcześniej  przepraszam, a ona stała zwrócona do mnie chudym zadem całkowicie odporna na tak idiotyczne wymagania.
Poprzysięgłam sobie w duchu, ze następnym razem w podobnej sytuacji po prostu się nie ruszę i niech sobie skacze przez moje kolana, albo profilaktycznie skuję mordę i zobaczę co się będzie działo.

Złota zasada postepowania z Ewangelii: "tak czyńcie innym, jak chcielibyście, aby wam czyniono" jest w tym kontekście dość tajemnicza. Jeśli jestem uprzejma, gdyż sama chciałabym być tak traktowana, to w oczywisty sposób narażam się na chamstwo. Inni chcą abym im czyniono coś zupełnie innego niż ja bym chciała, o czym przekonałam się tysiące razy pracując w szkole.