Dziecko Rosemary Iry Levina przeczytałam na studiach ponad ćwierć wieku temu. Pamiętam, że byłam pod wrażeniem i chciałam zobaczyć film Polańskiego. Zrobiłam to parę lat temu i znowu byłam pod wrażeniem, tylko nieco innego rodzaju. Parę dni temu obejrzałam dzieło Agnieszki Holland pod tym samym tytułem i wciąż się zastanawiam, dlaczego zmieniła istotne szczegóły.
A w tak zwanym międzyczasie przeczytałam co najmniej dwukrotnie książkę Rosemary Nie krocz za mną ze wstępem O. Posackiego SJ. (Nie wiem czym się naraził swojemu przełożonemu, mam nadzieję, że nie propagowaniem wiedzy, której część duchownych po prostu się wstydzi, a która jest niezbędna każdemu człowiekowi, nie tylko chrześcijaninowi.)
Książka Rosemary to świadectwo osoby, która dzięki śmiałym duchowym eksperymentom pradziadka, była medium - otwartymi drzwiami do świata duchów. Druga część książki opisująca "amerykańską przygodę" autorki wyjaśnia nam skąd ten pseudonim. Autorka mieszkała u pewnej nadzwyczaj miłej i opiekuńczej zamożnej Żydówki w dzielnicy Upper East Side na wschodnim Manhattanie. "To historycznie rejon zajmujących się międzynarodowym handlem Żydów, którzy porzucili swoją religię już w XIXw. i odtąd zainteresowani byli mieszaniną różnych ideologii. Najczęściej ich droga wyglądała następująco: po przejściu z żydowskiej ortodoksji na różne wyznania protestanckie, nie znajdując w nich jednak odpowiedzi na swoje poszukiwania, porzucali protestantyzm na rzecz doktryn spirytystycznych. Po skompromitowaniu tychże zaczynali tworzyć różne metody medycyny naturalnej oparte na inteligentnej spirytystycznej energii (... ludzie ci działają tam także i dzisiaj, a ich wiara związana jest ze spirytyzmem, magią i - zdaniem niektórych - z lucyferyzmem czy wręcz satanizmem...). Wkrótce zajęli się też handlem tymi ideologiami, generując olbrzymi światowy rynek idei niszczący prawdziwy judaizm jak i chrześcijaństwo. To środowisko do dziś jest źródłem różnych eksperymentów i nowych idei dla świata, sprzedawanych mu pod przykrywką New Age" - pisze Rosemary.
Reprezentantami takiego właśnie środowiska jest małżeństwo Castevet z książki Levina, które poszukuje matki dla dziecka szatana. Za udostepnienie swojej żony na ten cel proponują mężowi karierę, na jaką jest napalony, a ten ochoczo przyklepuje deal. Jego żona, Rosemary, młodsza o 9 lat jest katoliczką, a przez to osobą niepewną, więc nie może się o niczym dowiedzieć.
Najbardziej przerażające jest dla mnie jest, że to nie świetny pomysł na horror, produkt żywej wyobraźni autora, tylko opis wielce prawdopodobnej sytuacji, która wielokrotnie miała, ma i będzie miała miejsce np. w środowisku, o którym wyżej. Rzecz jest realna, nawet jeśli propozycja dotyczy przystąpienia do Synagogi Wszystkich Religii - a nie fizycznego udostępnienia swojego łona na potrzeby kultu - w zamian za sukces.
Przypadek Polańskiego grozę wzmaga, bo wygląda - zważywszy następstwa - na film niemalże autobiograficzny. Od tego właśnie obrazu jego kariera nieoczekiwanie nabrała tempa, a następnie okupiona została śmiercią żony w zaawansowanej ciąży, zamordowanej w bestialski sposób.
Agnieszka Holland natomiast zmieniając Nowy Jork na Paryż, bohaterkę na starszą ex - tancerkę mieszanej krwi, wprowadzając nowe postacie i epatując krwawymi okropnościami zaciera ślady rzeczywistości tak wyraźne w książce Levina i u Polańskiego. Idzie w kierunku horroru dla widza o tak spaczonej wyobraźni, że nic poniżej zjadania okrwawionego serca ofiary go nie ruszy. Jej Rosemary mogłaby być matką swojego młodego męża i widz nie rozumie dlaczego po prostu nie da mu klapsa w tyłek i nie wyciągnie za fraki ze złego towarzystwa, w które wpadł. Szatan i jego dziecko ma nienaturalnie intensywnie niebieskie oczy, choć jest zrodzone z matki mulatki (a nie żółte z poprzeczną źrenicą, jak u kozła). Mam wrażenie, ze Holland bardzo chce odwrócić uwagę od środowiska z Upper East Side i jego bardzo realnej działalności opisanej w Nie krocz za mną.
Zawsze się zastanawiam ilu ludzi odnoszących sukcesy w show businessie ma za sobą taki deal, jaki proponowano Rosemary i czy tego rodzaju sukces bez jakiegoś zobowiązania wobec wiadomej centrali jest w ogóle możliwy. Moja intuicja mówi mi, że nie (także osoby, które usiłują się wyrwać z takiego układu potwierdzają to domniemanie). Jeśli tak jest, to nie dziwi, że kultura masowa wygląda tak jak wygląda i oglądając dowolny film na dowolny (pozornie światopoglądowo neutralny) temat (np. o wikingach) jesteśmy podprogowo indoktrynowani.
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
sobota, 3 stycznia 2015
czwartek, 1 stycznia 2015
O podprogowej indoktrynacji
Przypadkiem, szukając czegoś zupełnie innego, trafiłam w Internecie na serial Wikingowie (Vikings) zrobiony przez History Channel i coś tam jeszcze w koprodukcji irlandzko-kanadyjskiej.
Najzwięźlej można podsumować ten film jako projekcję fascynacji i fantazji współczesnych postchrześcijańskich neopogan wstecz, na społeczność na tyle dawną, że można jej sporo własnych wyobrażeń przypisać, a jeśli nawet są sprzeczne ze źródłami pisanymi z epoki i nieco późniejszymi, to kto o tym wie?
Istniał prawdopodobnie ktoś taki jak Ragnar Lothbrok (przynajmniej w sagach), a jego synowie Bjorn Żelazoboki czy Ivar-bez-kości, Sigurt i inni są postaciami historycznymi. Lagherta - wojowniczka, pierwsza żona Ragnara jest również bohaterką sagi, podobnie jak Aslaug(Kraka) jego trzecia żona. Historyczny jest najazd na Lindisfarne, władca Northumbri Aella itp.
To jednak nie zmienia faktu, że film jest fantazją umysłu zanieczyszczonego wolą mocy, poprawnością polityczną i wyraźną Christofobią.
Wikingowie są rośli, przystojni, kochają swoje żony i traktują je z szacunkiem, kochają także swoje dzieci, nawet te zdeformowane (i nawet jeśli po dłuższej walce wewnętrznej wyniosą je do lasu, to nie mają nic przeciw temu, że żony je uratują je od śmierci i przyniosą z powrotem do domu). Seks uprawiają partnerski i wyzwolony (zapraszają do wspólnych uciech osoby trzecie np. niewolnika - młodego mnicha z Lindisfarne), kobieta - wojowniczka jest preferowanym ideałem kobiecości. Ofiary z ludzi są składane wyłącznie z chętnych, aby dostąpić tego zaszczytu, gorzej ze zwierzętami (nie ma w filmie sceny, która by pokazywała jak te chętnie godzą się na takie wyróżnienie). Ślub w obrzędzie pogańskim zestawiony z chrześcijańskim jest bez porównania sympatyczniejszy, pełen ciepła, spontaniczności i wigoru.
Chrześcijanie nie mają pojęcia o co chodzi w ich własnej wierze, są tchórzliwi, bezradni i żałośni niezależnie od tego czy się po prostu boją czy też mężnie poddają męczeńskiej śmierci. Ich władcy są okrutni i gnuśni, księżniczki wygłodzone seksualnie, mimo, że gwałcone od dzieciństwa przez rodzonych braci, którzy po śmierci są za ten czyn automatycznie kanonizowani. Mnisi coś tam w skryptoriach przepisują, ale widz nie dowie się co. Dowie się natomiast, że teksty antyczne są docenione wyłącznie przez władcę zafascynowanego pogaństwem i w tajemnicy odczytywane przez mnicha odstępcę. Gdzie ów nauczył się łaciny, sztuki pisania i czytania nie wie nikt.
Godność i dostojeństwo charakteryzuje upiornego widzącego i innych pogańskich kapłanów, natomiast duchowni chrześcijańscy są zawsze paskudni, albo tłuści konformiści albo chudzi fanatycy.
Trudno się dziwić, że scenarzysta z upodobaniem pokazuje profanację kościołów, relikwii i mszy. Scena wtargnięcia wikingów do kościoła podczas podniesienia, a następnie wypicia i wyplucia konsekrowanego wina przez ichniego dyżurnego głupka-żartownisia jest w zamierzeniu fantastycznym dowcipem, podobnie jak zabicie wśród chichotów bezbronnego celebransa na oczach osłupiałych ze zgrozy wiernych. W ogóle zabijanie bezbronnych: mnichów, wiernych, którzy zostawili przed wejściem do kościoła broń, związanych, obezwładnionych, jest praktykowane z upodobaniem, przy aprobacie scenarzysty podobnie jak ciosy w plecy, podstęp i zdrada.
Mnich z Lindisfarne cudem ocalały z rzezi i uprowadzony w niewolę nie ma wątpliwości co do wyższości cywilizacyjnej wikingów. Trzeba uczciwie przyznać, że praca w skryptorium w porównywaniu z zarąbywaniem bezbronnych toporem względnie podrzynaniem im gardła jest jednak monotonna i nudna.
Przekaz filmu jest dość jasny pogaństwo jest równie dobre jeśli nie lepsze niż Chrześcijaństwo, a przy tym o ileż bardziej ekscytujące! Dziwię się tylko, że nie została podniesiona kwestia aborcji, eutanazji i par gejowskich. Zapewne pojawi się w następnym sezonie razem z walką z globalnym ociepleniem i prawami zwierząt. Np. mnich odstępca Athelstan wyzna Ragnarowi, że jest w nim zakochany i obaj zapragną adoptować dziecko. Po czym zasugeruje, że ofiara z ludzi jest O.K. ale ze zwierząt to już nie tak.
Cała ta podprogowa indoktrynacja przywodzi mi na pamięć film Real Injun - o stereotypie Indian w kinie amerykańskim. Najciekawsze w nim były ich relacje, że jako dzieci, oglądając westerny, utożsamiali się zawsze z białymi prześladowcami własnego ludu. W podobnej sytuacji ustawiony zostaje widz europejski - ma być sercem po stronie coolowych, choć nieco narwanych wikingów i podzielać odrazę scenarzysty dla obciachowych chrześcijańskich hipokrytów, którzy maltretują żony, gwałcą siostry, a co najgorsze nie są sexy. Księżniczka - nimfomanka z Mercji nie ma co do tego żadnych wątpliwości i z entuzjazmem rzuca się na swoich nowych normańskich najemników. Widz europejski ma, chcąc nie chcąc, pójść w jej ślady.
P.S.
Dla zainteresowanych średniowieczną Skandynawią widzów nie lada gratką byłoby sfilmowanie Krystyny Córki Lavransa Sigrid Undset (istniejąca ekranizacja w reżyserii Liv Ullman ma swój urok, ale pozostawia wiele do życzenia), Olafa syna Auduna albo jeszcze lepiej opowieści o Vigdis i Viga-Ljocie tej samej autorki. Niezłym materiałem na filmową sagę jest Córka Wikingów Very Hendriksen, albo po prostu sagi islandzkie, ze szczególnym uwzględnieniem Sagi o Njalu Spalonym, która po prostu prosi się o porządną adaptację. Wszystko tam jest: obraz epoki, mentalność tych ludzi, barwne charaktery, przygoda i romans, ale nikt się jakoś nie wyrywa do takiego przedsięwzięcia.
Obie norweskie autorki opowiadają swoje historie z punktu widzenia niepospolitych kobiet, co teoretycznie powinno ucieszyć feministki i wpisać się zgrabnie w nurt poprawności politycznej. Coś mi jednak mówi, że raczej nie doczekamy takich produkcji., bo nie byłyby trendy w epoce, w której należy pokazać - za przeproszeniem - babę ujeżdżającą chłopa, ganiająca z toporem albo figlującą w jakimś manage a trois, aby się zmieścić w klimacie intelektualnym. Ponadto pokazanie realnego skoku cywilizacyjnego jakim było przyjęcie Chrześcijaństwa nie zgadzałoby się z narracją o wyższości pogaństwa, która jest obecnie obowiązująca w kulturze masowej.
Najzwięźlej można podsumować ten film jako projekcję fascynacji i fantazji współczesnych postchrześcijańskich neopogan wstecz, na społeczność na tyle dawną, że można jej sporo własnych wyobrażeń przypisać, a jeśli nawet są sprzeczne ze źródłami pisanymi z epoki i nieco późniejszymi, to kto o tym wie?
Istniał prawdopodobnie ktoś taki jak Ragnar Lothbrok (przynajmniej w sagach), a jego synowie Bjorn Żelazoboki czy Ivar-bez-kości, Sigurt i inni są postaciami historycznymi. Lagherta - wojowniczka, pierwsza żona Ragnara jest również bohaterką sagi, podobnie jak Aslaug(Kraka) jego trzecia żona. Historyczny jest najazd na Lindisfarne, władca Northumbri Aella itp.
To jednak nie zmienia faktu, że film jest fantazją umysłu zanieczyszczonego wolą mocy, poprawnością polityczną i wyraźną Christofobią.
Wikingowie są rośli, przystojni, kochają swoje żony i traktują je z szacunkiem, kochają także swoje dzieci, nawet te zdeformowane (i nawet jeśli po dłuższej walce wewnętrznej wyniosą je do lasu, to nie mają nic przeciw temu, że żony je uratują je od śmierci i przyniosą z powrotem do domu). Seks uprawiają partnerski i wyzwolony (zapraszają do wspólnych uciech osoby trzecie np. niewolnika - młodego mnicha z Lindisfarne), kobieta - wojowniczka jest preferowanym ideałem kobiecości. Ofiary z ludzi są składane wyłącznie z chętnych, aby dostąpić tego zaszczytu, gorzej ze zwierzętami (nie ma w filmie sceny, która by pokazywała jak te chętnie godzą się na takie wyróżnienie). Ślub w obrzędzie pogańskim zestawiony z chrześcijańskim jest bez porównania sympatyczniejszy, pełen ciepła, spontaniczności i wigoru.
Chrześcijanie nie mają pojęcia o co chodzi w ich własnej wierze, są tchórzliwi, bezradni i żałośni niezależnie od tego czy się po prostu boją czy też mężnie poddają męczeńskiej śmierci. Ich władcy są okrutni i gnuśni, księżniczki wygłodzone seksualnie, mimo, że gwałcone od dzieciństwa przez rodzonych braci, którzy po śmierci są za ten czyn automatycznie kanonizowani. Mnisi coś tam w skryptoriach przepisują, ale widz nie dowie się co. Dowie się natomiast, że teksty antyczne są docenione wyłącznie przez władcę zafascynowanego pogaństwem i w tajemnicy odczytywane przez mnicha odstępcę. Gdzie ów nauczył się łaciny, sztuki pisania i czytania nie wie nikt.
Godność i dostojeństwo charakteryzuje upiornego widzącego i innych pogańskich kapłanów, natomiast duchowni chrześcijańscy są zawsze paskudni, albo tłuści konformiści albo chudzi fanatycy.
Trudno się dziwić, że scenarzysta z upodobaniem pokazuje profanację kościołów, relikwii i mszy. Scena wtargnięcia wikingów do kościoła podczas podniesienia, a następnie wypicia i wyplucia konsekrowanego wina przez ichniego dyżurnego głupka-żartownisia jest w zamierzeniu fantastycznym dowcipem, podobnie jak zabicie wśród chichotów bezbronnego celebransa na oczach osłupiałych ze zgrozy wiernych. W ogóle zabijanie bezbronnych: mnichów, wiernych, którzy zostawili przed wejściem do kościoła broń, związanych, obezwładnionych, jest praktykowane z upodobaniem, przy aprobacie scenarzysty podobnie jak ciosy w plecy, podstęp i zdrada.
Mnich z Lindisfarne cudem ocalały z rzezi i uprowadzony w niewolę nie ma wątpliwości co do wyższości cywilizacyjnej wikingów. Trzeba uczciwie przyznać, że praca w skryptorium w porównywaniu z zarąbywaniem bezbronnych toporem względnie podrzynaniem im gardła jest jednak monotonna i nudna.
Przekaz filmu jest dość jasny pogaństwo jest równie dobre jeśli nie lepsze niż Chrześcijaństwo, a przy tym o ileż bardziej ekscytujące! Dziwię się tylko, że nie została podniesiona kwestia aborcji, eutanazji i par gejowskich. Zapewne pojawi się w następnym sezonie razem z walką z globalnym ociepleniem i prawami zwierząt. Np. mnich odstępca Athelstan wyzna Ragnarowi, że jest w nim zakochany i obaj zapragną adoptować dziecko. Po czym zasugeruje, że ofiara z ludzi jest O.K. ale ze zwierząt to już nie tak.
Cała ta podprogowa indoktrynacja przywodzi mi na pamięć film Real Injun - o stereotypie Indian w kinie amerykańskim. Najciekawsze w nim były ich relacje, że jako dzieci, oglądając westerny, utożsamiali się zawsze z białymi prześladowcami własnego ludu. W podobnej sytuacji ustawiony zostaje widz europejski - ma być sercem po stronie coolowych, choć nieco narwanych wikingów i podzielać odrazę scenarzysty dla obciachowych chrześcijańskich hipokrytów, którzy maltretują żony, gwałcą siostry, a co najgorsze nie są sexy. Księżniczka - nimfomanka z Mercji nie ma co do tego żadnych wątpliwości i z entuzjazmem rzuca się na swoich nowych normańskich najemników. Widz europejski ma, chcąc nie chcąc, pójść w jej ślady.
P.S.
Dla zainteresowanych średniowieczną Skandynawią widzów nie lada gratką byłoby sfilmowanie Krystyny Córki Lavransa Sigrid Undset (istniejąca ekranizacja w reżyserii Liv Ullman ma swój urok, ale pozostawia wiele do życzenia), Olafa syna Auduna albo jeszcze lepiej opowieści o Vigdis i Viga-Ljocie tej samej autorki. Niezłym materiałem na filmową sagę jest Córka Wikingów Very Hendriksen, albo po prostu sagi islandzkie, ze szczególnym uwzględnieniem Sagi o Njalu Spalonym, która po prostu prosi się o porządną adaptację. Wszystko tam jest: obraz epoki, mentalność tych ludzi, barwne charaktery, przygoda i romans, ale nikt się jakoś nie wyrywa do takiego przedsięwzięcia.
Obie norweskie autorki opowiadają swoje historie z punktu widzenia niepospolitych kobiet, co teoretycznie powinno ucieszyć feministki i wpisać się zgrabnie w nurt poprawności politycznej. Coś mi jednak mówi, że raczej nie doczekamy takich produkcji., bo nie byłyby trendy w epoce, w której należy pokazać - za przeproszeniem - babę ujeżdżającą chłopa, ganiająca z toporem albo figlującą w jakimś manage a trois, aby się zmieścić w klimacie intelektualnym. Ponadto pokazanie realnego skoku cywilizacyjnego jakim było przyjęcie Chrześcijaństwa nie zgadzałoby się z narracją o wyższości pogaństwa, która jest obecnie obowiązująca w kulturze masowej.
Etykiety:
Aslaug,
Christofobia,
kultura masowa,
Lagherta,
neopogaństwo,
Ragnar Lothbrok,
Saga o Njalu Spalonym,
Sigrid Undset,
Vera Hendriksen,
wikingowie
poniedziałek, 22 grudnia 2014
"Wilcza" teoria samotności niewybieranej
Teorię tę należy potraktować z przymrużeniem oka (autorka nie zwariowała), może wydawać się dziwaczna, a pewne wątki obsesyjne, ale zdaje się znacznie lepiej tłumaczyć fenomen niechcianej i niezamierzonej samotności, która dotyka tak wielu, niż wyjaśnienie, że ci ludzie są po prostu egoistami, hedonistami, socjopatami itp.
Wspomniałam już kilkakrotnie o podobieństwie zachowań grupy ludzi do stada wilków (być może dlatego te dwa gatunki tak łatwo się zżyły - we wszystkich kulturach wilk został wcześnie udomowiony i został psem). Pisałam także o tym, że wataha jest właściwie rodziną wielodzietną, w której rodzice są przewodnikami stada i mają monopol na rozmnażanie. Przyłączanie się obcych do stada w charakterze partnerów(partnerek) potomstwa nie zachodzi. W watasze wszystkie pozycję są sztywne, możliwość awansu raczej nie istnieje, nadmierna inicjatywa i samodzielność są karane. Na jednym terytorium żyje jedna wataha, więc do założenia nowej potrzebne jest nowe terytorium z odpowiednią ilością zwierzyny łownej - dobro rzadkie.
Wobec takiego braku perspektyw niektóre sfrustrowane jednostki płci obojga decydują się opuścić stado z nadzieją założenia własnego. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji jest, oględnie mówiąc, bardzo niskie. Samotny wilk (przemykając się przez obce terytoria niezauważony) musiał by trafić na samotną wilczycę w wieku prokreacyjnym, znaleźć lub zdobyć jakieś terytorium, spłodzić i wychować pierwszy miot potomstwa we dwójkę, co jest raczej wyczynem na granicy możliwości wilczych.
Nie da się zanegować, że niektóre rodziny ludzkie działają dokładnie na tej samej zasadzie. Rodzice traktują dzieci jako swoja watahę i nie przewidują ich usamodzielnienia. Aby wyeliminować taką możliwość, niszczą ich poczucie własnej wartości i wszelką inicjatywę. Tak sformatowane potomstwo raczej w związki mogące prowadzić do założenia własnej rodziny nie wejdzie.
Jeżeli jednak jakaś niesubordynowana jednostka by się uparła, to odchodząc z rodzinnego stada musi przemykać się przez obce terytoria (z braku własnego) i płacić za wynajęcie jakiegoś kątka większością upolowanych przez siebie środków. Przyłączając się do obcej watahy niezależnie od swojego potencjału ląduje nieodmiennie na pozycji Omega bez perspektyw na zmianę, co wydaje się jeszcze gorsze od sytuacji wyjściowej. Trafienie na potencjalnego partnera wśród ludzi teoretycznie powinno być łatwiejsze niż wśród wilków, ale dla takich jednostek z jakichś powodów nie jest. Jako wolny elektron długo nie pohasa, jeśli się gdzieś nie zaczepi, wróci skąd wyszła na skutek zmęczenia, osłabienia, upadku ducha, utraty nadziei, którą żywiła za młodu itp.
To jest dokładny opis mojego doświadczenia. Byłam samotną wilczycą, na początku żywiąc nadzieję na znalezienie własnego miejsca w życiu, potem odkrywając swoją zdolność do szczęścia doskonałego, jakim bywa samotność na namiastce własnego terytorium - w wynajętej kawalerce. Utrata tej namiastki i upadek ducha doprowadził mnie tam skąd wyszłam, gdzie skonfrontowana zostałam z kilkoma prawdami o ludzkiej naturze.
Co ciekawe grecki historyk Herodot wzmiankuje lud Neurów na północny zachód od Morza Czarnego, dziś umiejscawiany w dorzeczu górnego Dniestru, Bohu i Prypeci(tzn. z grubsza tam, skąd pochodzi moja rodzina). Neurowie na jeden dzień w roku mieli stawać się wilkami.
Wilkołakami, czy raczej "pasterzami wilków" zostawali m.in. ludzie o silnie rozwiniętym poczuciu obowiązku zemsty, a pozbawieni środków do jej przeprowadzenia. W głębokim kotle w lesie warzyli zioła i wypowiadali zaklęcia. Zyskiwali w ten sposób dar rozumienia wilczej mowy i mogli przewodząc stadu wilków wypełnić swój obowiązek.
Jakie były skutki uboczne tych nadzwyczajnych umiejętności na przyszłe pokolenia można się tylko domyślać. I tu po raz kolejny dochodzę do wniosku, że samotność niektórych (a może nawet większości) ludzi ma źródła duchowe być może sięgające wiele pokoleń wstecz.
Ktoś mógłby powiedzieć, że fakt, że te pokolenia się jednak narodziły stoi w sprzeczności z moją teorią. Być może, jeśli obciążony czymś takim wiąże się z kimś wolnym od tego, mogą funkcjonować w miarę normalnie. Łańcuch pokoleń kończy się, gdy dwoje naznaczonych syndromem wilka zakłada własna watahę.
Wspomniałam już kilkakrotnie o podobieństwie zachowań grupy ludzi do stada wilków (być może dlatego te dwa gatunki tak łatwo się zżyły - we wszystkich kulturach wilk został wcześnie udomowiony i został psem). Pisałam także o tym, że wataha jest właściwie rodziną wielodzietną, w której rodzice są przewodnikami stada i mają monopol na rozmnażanie. Przyłączanie się obcych do stada w charakterze partnerów(partnerek) potomstwa nie zachodzi. W watasze wszystkie pozycję są sztywne, możliwość awansu raczej nie istnieje, nadmierna inicjatywa i samodzielność są karane. Na jednym terytorium żyje jedna wataha, więc do założenia nowej potrzebne jest nowe terytorium z odpowiednią ilością zwierzyny łownej - dobro rzadkie.
Wobec takiego braku perspektyw niektóre sfrustrowane jednostki płci obojga decydują się opuścić stado z nadzieją założenia własnego. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji jest, oględnie mówiąc, bardzo niskie. Samotny wilk (przemykając się przez obce terytoria niezauważony) musiał by trafić na samotną wilczycę w wieku prokreacyjnym, znaleźć lub zdobyć jakieś terytorium, spłodzić i wychować pierwszy miot potomstwa we dwójkę, co jest raczej wyczynem na granicy możliwości wilczych.
Nie da się zanegować, że niektóre rodziny ludzkie działają dokładnie na tej samej zasadzie. Rodzice traktują dzieci jako swoja watahę i nie przewidują ich usamodzielnienia. Aby wyeliminować taką możliwość, niszczą ich poczucie własnej wartości i wszelką inicjatywę. Tak sformatowane potomstwo raczej w związki mogące prowadzić do założenia własnej rodziny nie wejdzie.
Jeżeli jednak jakaś niesubordynowana jednostka by się uparła, to odchodząc z rodzinnego stada musi przemykać się przez obce terytoria (z braku własnego) i płacić za wynajęcie jakiegoś kątka większością upolowanych przez siebie środków. Przyłączając się do obcej watahy niezależnie od swojego potencjału ląduje nieodmiennie na pozycji Omega bez perspektyw na zmianę, co wydaje się jeszcze gorsze od sytuacji wyjściowej. Trafienie na potencjalnego partnera wśród ludzi teoretycznie powinno być łatwiejsze niż wśród wilków, ale dla takich jednostek z jakichś powodów nie jest. Jako wolny elektron długo nie pohasa, jeśli się gdzieś nie zaczepi, wróci skąd wyszła na skutek zmęczenia, osłabienia, upadku ducha, utraty nadziei, którą żywiła za młodu itp.
To jest dokładny opis mojego doświadczenia. Byłam samotną wilczycą, na początku żywiąc nadzieję na znalezienie własnego miejsca w życiu, potem odkrywając swoją zdolność do szczęścia doskonałego, jakim bywa samotność na namiastce własnego terytorium - w wynajętej kawalerce. Utrata tej namiastki i upadek ducha doprowadził mnie tam skąd wyszłam, gdzie skonfrontowana zostałam z kilkoma prawdami o ludzkiej naturze.
Co ciekawe grecki historyk Herodot wzmiankuje lud Neurów na północny zachód od Morza Czarnego, dziś umiejscawiany w dorzeczu górnego Dniestru, Bohu i Prypeci(tzn. z grubsza tam, skąd pochodzi moja rodzina). Neurowie na jeden dzień w roku mieli stawać się wilkami.
Wilkołakami, czy raczej "pasterzami wilków" zostawali m.in. ludzie o silnie rozwiniętym poczuciu obowiązku zemsty, a pozbawieni środków do jej przeprowadzenia. W głębokim kotle w lesie warzyli zioła i wypowiadali zaklęcia. Zyskiwali w ten sposób dar rozumienia wilczej mowy i mogli przewodząc stadu wilków wypełnić swój obowiązek.
Jakie były skutki uboczne tych nadzwyczajnych umiejętności na przyszłe pokolenia można się tylko domyślać. I tu po raz kolejny dochodzę do wniosku, że samotność niektórych (a może nawet większości) ludzi ma źródła duchowe być może sięgające wiele pokoleń wstecz.
Ktoś mógłby powiedzieć, że fakt, że te pokolenia się jednak narodziły stoi w sprzeczności z moją teorią. Być może, jeśli obciążony czymś takim wiąże się z kimś wolnym od tego, mogą funkcjonować w miarę normalnie. Łańcuch pokoleń kończy się, gdy dwoje naznaczonych syndromem wilka zakłada własna watahę.
środa, 17 grudnia 2014
Uprzejmość cię zdradza!
Jedne z moich koszmarniejszych odkryć ostatnich dni, to że uprzejmość postrzegana jest przez większość ludzi jako objaw niskiego statusu społecznego, więc prowokuje chamstwo.
Rzecz wydaje się całkowicie niezrozumiała dopóki nie pamiętamy o stadnej mentalności człowieka.
Osobnik omega w stadzie wilków zapewne musi być bardzo uprzejmy i uniżony wobec reszty, jeśli chce przeżyć. Im wyższy status w stadzie tym uprzejmość mniej potrzebna, a nawet całkowicie zbyteczna, gdyż łatwo ją interpretować jako słabość.
Zdarzyło mi się ostatnio siedzieć w autobusie obok młodej dziewczyny, która mogłaby być moją córką. Kiedy zorientowałam się, że zamierza wysiąść na najbliższym przystanku spontanicznie wstałam, żeby ją przepuścić, zanim powiedziała przepraszam (nie wiedząc czy zamierza to uczynić).
Dziewczę przyjęło tę uprzejmość jako mu całkowicie należną i nie zaszczyciło mnie nawet słowem dziękuje. Pouczyłam więc gówniarę, że w takiej sytuacji mówi się dziękuje, a wcześniej przepraszam, a ona stała zwrócona do mnie chudym zadem całkowicie odporna na tak idiotyczne wymagania.
Poprzysięgłam sobie w duchu, ze następnym razem w podobnej sytuacji po prostu się nie ruszę i niech sobie skacze przez moje kolana, albo profilaktycznie skuję mordę i zobaczę co się będzie działo.
Złota zasada postepowania z Ewangelii: "tak czyńcie innym, jak chcielibyście, aby wam czyniono" jest w tym kontekście dość tajemnicza. Jeśli jestem uprzejma, gdyż sama chciałabym być tak traktowana, to w oczywisty sposób narażam się na chamstwo. Inni chcą abym im czyniono coś zupełnie innego niż ja bym chciała, o czym przekonałam się tysiące razy pracując w szkole.
Rzecz wydaje się całkowicie niezrozumiała dopóki nie pamiętamy o stadnej mentalności człowieka.
Osobnik omega w stadzie wilków zapewne musi być bardzo uprzejmy i uniżony wobec reszty, jeśli chce przeżyć. Im wyższy status w stadzie tym uprzejmość mniej potrzebna, a nawet całkowicie zbyteczna, gdyż łatwo ją interpretować jako słabość.
Zdarzyło mi się ostatnio siedzieć w autobusie obok młodej dziewczyny, która mogłaby być moją córką. Kiedy zorientowałam się, że zamierza wysiąść na najbliższym przystanku spontanicznie wstałam, żeby ją przepuścić, zanim powiedziała przepraszam (nie wiedząc czy zamierza to uczynić).
Dziewczę przyjęło tę uprzejmość jako mu całkowicie należną i nie zaszczyciło mnie nawet słowem dziękuje. Pouczyłam więc gówniarę, że w takiej sytuacji mówi się dziękuje, a wcześniej przepraszam, a ona stała zwrócona do mnie chudym zadem całkowicie odporna na tak idiotyczne wymagania.
Poprzysięgłam sobie w duchu, ze następnym razem w podobnej sytuacji po prostu się nie ruszę i niech sobie skacze przez moje kolana, albo profilaktycznie skuję mordę i zobaczę co się będzie działo.
Złota zasada postepowania z Ewangelii: "tak czyńcie innym, jak chcielibyście, aby wam czyniono" jest w tym kontekście dość tajemnicza. Jeśli jestem uprzejma, gdyż sama chciałabym być tak traktowana, to w oczywisty sposób narażam się na chamstwo. Inni chcą abym im czyniono coś zupełnie innego niż ja bym chciała, o czym przekonałam się tysiące razy pracując w szkole.
wtorek, 16 grudnia 2014
Kilka uwag o hierarchi społecznej czyli misjonarz wśrod wilków.
Jestem jednocześnie zafascynowana i zdegustowana podobieństwem pomiędzy hierarchią w stadzie zwierząt i grupie ludzi. Żałuje, że nie będąc biologiem i socjologiem w jednym, nie mogę poświecić się dogłębnemu zbadaniu tego zagadnienia. Jednakże samo życie wymusza na mnie tego rodzaju refleksję, więc oddaje się jej - by tak rzec - amatorsko.
Zacznijmy od watahy wilków - to zwykle grupa rodzinna składająca się z pary alfa (rodzicielskiej) i potomstwa z jednego lub kilku miotów. Osobniki alfa sprawują nad stadem władzę absolutną, przewodniczą w pościgach, mają zagwarantowane prawo do pierwszeństwa przy stole i monopol na rozród.
Czasem występuje w stadzie osobnik beta i omega - ten nieszczęśnik najniższy w hierarchii jest czasowo lub stale odsunięty od watahy (z powodu słabości? niesubordynacji?) - i zapewne cały alfabet grecki między nimi.
Całe stado karmi (po okresie karmienia mlekiem) i wychowuje młode (pary alfa), które okazują podległość wszystkim dorosłym wilkom w stopniu zależnym od ich miejsca w hierarchii.
Brzmi znajomo?
Jeszcze ciekawsze są golce - małe ślepe gryzonie żyjące pod ziemią i tworzące struktury eusocjalne podobne do mrówek czy pszczół. W rozmnażaniu bierze udział królowa i najsilniejsze samce (od jednego do trzech). Reszta to bezpłciowe robotnice i robotnicy. Królowa odnosi się niezwykle wrogo do samic zachowujących się niezgodnie ze swoją kastą (produkujących hormon powodujący przekształcenie w królową). Po śmierci królowej jedna z samic przejmuje jej rolę po zaciętych bojach z konkurentkami.
Sporadycznie kolonia produkuje wędrowną kastę płciową charakteryzująca się wyjątkowym otłuszczeniem, która udaje się do innej kolonii celem wymiany genów.
Mam wrażenie , że jestem w stanie znaleźć analogie do wszystkich tych zachowań w grupie ludzi, ale najciekawszym aspektem wydaje mi się prawo do prokreacji jako przywilej wysokiej pozycji w stadzie i zakaz dla osobników o niskim statusie.
Niektóre rodziny tak funkcjonują - rodzice są parą alfa i bardzo pilnują, żeby potomstwo pozostało po prostu stadem, któremu przewodzą bez prawa do swego własnego terytorium i własnej watahy.
Nic więc dziwnego, że taka królowa - matka odnosi się bardzo wrogo do wszelkiej konkurencji, która zamiast pozostać bezpłciowym popychadłem zaczyna produkować hormon mogący przekształcić ją w królową.
Jedyną szansą pozostaje więc załapanie się na wędrowną kastę płciową i udanie się do innej kolonii, gdzie hierarchia jest zapewne równie sztywna, ale może jednak toleruje się obcych, których misją jest wymiana genów.
Wyobraźmy sobie kogoś w rodzaju św. Franciszka, kto udałby się na misję wśród wilków. Stwierdzenie, ze Bóg jest Alfą i Omegą nabrałoby nagle bardzo konkretnego znaczenia - jest pierwszym i ostatnim w stadzie, jest jednocześnie tym, komu całe stado podlega i tym ostatnim, kto musi ustępować wszystkim, albo wręcz jest wykluczony ze wspólnoty. Widzę oczyma wyobraźni wszystkie te wilki siedzące półkolem wokół misjonarza (oczywiście w świetle księżyca) i słuchające go z przekrzywionymi na bok głowami, powarkiwaniem i popiskiwaniem dając do zrozumienia, że trudna jest ta mowa, a tym czasem zwierzyna się sama nie upoluje.
Ten niezrażony ciągnie dalej, i tu nie wiem co właściwie im mówi: czy niektórzy mają powołanie do prokreacji, a inni (większość) do wychowywania ich dzieci czy też, że nie ma już samca/samicy alfa ani omega i wszyscy są równi. (W Indiach misjonarze z pewnych zakonów budowali osobne kościoły dla poszczególnych kast, a z innych kładli nacisk na równość wszystkich wobec Boga).
Zniecierpliwione stado idzie w końcu na polowanie, ale wracając z zapasem żarcia dla szczeniaków pary alfa w żołądkach zastanawia się co począć z misjonarzem i jego nauką. Para alfa czuje, że jej przyjęcie utrwali ich pozycję interpretując ją jako powołanie i podległość pozostałych także zyska religijne uzasadnienie. Tymczasem ci na dole drabiny rozważają rewolucyjne słowa o równości wszystkich wobec Stwórcy. Para alfa decyduje, że przyjmą wiarę misjonarza, oczywiście nie zmieniając nic poza nazewnictwem. "Teraz kiedy wszyscy jesteśmy braćmi będziemy mówili do siebie bracie i siostro" mówi samiec alfa ze łzami wzruszenia w oczach, "Dobrze bracie alfa" odpowiadają pozostali. Teraz niedożywiony brat omega może oddawać się intensywnemu życiu duchowemu, a kiedy definitywnie zostanie wyrzucony ze stada zostać eremitą, a nawet prowadzić intensywną pracę misyjną wśród podobnych sobie osobników omega wyrzuconych z innych watah (nikt o wyższym statusie nigdy by go nie wysłuchał do końca zdania).
Zacznijmy od watahy wilków - to zwykle grupa rodzinna składająca się z pary alfa (rodzicielskiej) i potomstwa z jednego lub kilku miotów. Osobniki alfa sprawują nad stadem władzę absolutną, przewodniczą w pościgach, mają zagwarantowane prawo do pierwszeństwa przy stole i monopol na rozród.
Czasem występuje w stadzie osobnik beta i omega - ten nieszczęśnik najniższy w hierarchii jest czasowo lub stale odsunięty od watahy (z powodu słabości? niesubordynacji?) - i zapewne cały alfabet grecki między nimi.
Całe stado karmi (po okresie karmienia mlekiem) i wychowuje młode (pary alfa), które okazują podległość wszystkim dorosłym wilkom w stopniu zależnym od ich miejsca w hierarchii.
Brzmi znajomo?
Jeszcze ciekawsze są golce - małe ślepe gryzonie żyjące pod ziemią i tworzące struktury eusocjalne podobne do mrówek czy pszczół. W rozmnażaniu bierze udział królowa i najsilniejsze samce (od jednego do trzech). Reszta to bezpłciowe robotnice i robotnicy. Królowa odnosi się niezwykle wrogo do samic zachowujących się niezgodnie ze swoją kastą (produkujących hormon powodujący przekształcenie w królową). Po śmierci królowej jedna z samic przejmuje jej rolę po zaciętych bojach z konkurentkami.
Sporadycznie kolonia produkuje wędrowną kastę płciową charakteryzująca się wyjątkowym otłuszczeniem, która udaje się do innej kolonii celem wymiany genów.
Mam wrażenie , że jestem w stanie znaleźć analogie do wszystkich tych zachowań w grupie ludzi, ale najciekawszym aspektem wydaje mi się prawo do prokreacji jako przywilej wysokiej pozycji w stadzie i zakaz dla osobników o niskim statusie.
Niektóre rodziny tak funkcjonują - rodzice są parą alfa i bardzo pilnują, żeby potomstwo pozostało po prostu stadem, któremu przewodzą bez prawa do swego własnego terytorium i własnej watahy.
Nic więc dziwnego, że taka królowa - matka odnosi się bardzo wrogo do wszelkiej konkurencji, która zamiast pozostać bezpłciowym popychadłem zaczyna produkować hormon mogący przekształcić ją w królową.
Jedyną szansą pozostaje więc załapanie się na wędrowną kastę płciową i udanie się do innej kolonii, gdzie hierarchia jest zapewne równie sztywna, ale może jednak toleruje się obcych, których misją jest wymiana genów.
Wyobraźmy sobie kogoś w rodzaju św. Franciszka, kto udałby się na misję wśród wilków. Stwierdzenie, ze Bóg jest Alfą i Omegą nabrałoby nagle bardzo konkretnego znaczenia - jest pierwszym i ostatnim w stadzie, jest jednocześnie tym, komu całe stado podlega i tym ostatnim, kto musi ustępować wszystkim, albo wręcz jest wykluczony ze wspólnoty. Widzę oczyma wyobraźni wszystkie te wilki siedzące półkolem wokół misjonarza (oczywiście w świetle księżyca) i słuchające go z przekrzywionymi na bok głowami, powarkiwaniem i popiskiwaniem dając do zrozumienia, że trudna jest ta mowa, a tym czasem zwierzyna się sama nie upoluje.
Ten niezrażony ciągnie dalej, i tu nie wiem co właściwie im mówi: czy niektórzy mają powołanie do prokreacji, a inni (większość) do wychowywania ich dzieci czy też, że nie ma już samca/samicy alfa ani omega i wszyscy są równi. (W Indiach misjonarze z pewnych zakonów budowali osobne kościoły dla poszczególnych kast, a z innych kładli nacisk na równość wszystkich wobec Boga).
Zniecierpliwione stado idzie w końcu na polowanie, ale wracając z zapasem żarcia dla szczeniaków pary alfa w żołądkach zastanawia się co począć z misjonarzem i jego nauką. Para alfa czuje, że jej przyjęcie utrwali ich pozycję interpretując ją jako powołanie i podległość pozostałych także zyska religijne uzasadnienie. Tymczasem ci na dole drabiny rozważają rewolucyjne słowa o równości wszystkich wobec Stwórcy. Para alfa decyduje, że przyjmą wiarę misjonarza, oczywiście nie zmieniając nic poza nazewnictwem. "Teraz kiedy wszyscy jesteśmy braćmi będziemy mówili do siebie bracie i siostro" mówi samiec alfa ze łzami wzruszenia w oczach, "Dobrze bracie alfa" odpowiadają pozostali. Teraz niedożywiony brat omega może oddawać się intensywnemu życiu duchowemu, a kiedy definitywnie zostanie wyrzucony ze stada zostać eremitą, a nawet prowadzić intensywną pracę misyjną wśród podobnych sobie osobników omega wyrzuconych z innych watah (nikt o wyższym statusie nigdy by go nie wysłuchał do końca zdania).
niedziela, 7 grudnia 2014
O stanach lękowych i walce duchowej
Dowiedziałam się ostatnio, że budzenie się z lekiem o 3 w nocy, które wydawało mi się symptomem nerwicy, to na ogół atak wiadomej centrali. Postanowiłam wiec tę wiedzę wypróbować i kiedy znalazłam się w sytuacji nocnego budzenia połączonego z lękiem, wypowiedziałam odnośną formułkę przeciw złemu. Skutek natychmiastowy. Polecam wszystkim którzy cierpią na stany lękowe i myśli samobójcze. Mi w każdym razie nadzwyczajnie pomaga.
sobota, 6 grudnia 2014
O "zdrowym" poglądzie na dziewictwo
Przeczytałam właśnie, a właściwie pochłonęłam książkę Lechosława Lameńskiego "Stach z Warty Szukalski. Szczep Rogate Serce". Autora pamiętam z KULu jako asystenta prof. Ryszkiewicza, ostatnio widziałam go jako recenzenta pracy doktorskiej na jakiejś obronie.
Temat fascynujący, raczej luźno związany z moją pracą. Zetknęłam się z nim przypadkowo, zapewne jeszcze w liceum, kiedy to z pewnym zawstydzeniem wypożyczyłam z biblioteki na Placu Solnym książkę o Stefanie Żechowskim pełną reprodukcji jego erotycznych rysunków, które wyglądały na pierwszy rzut oka jak kwintesencja kiczu, a nie były, jak twierdził autor (ku mojemu zaskoczeniu).
W pracy Lameńskiego, znakomitej zresztą, przy okazji omówienia twórczości Żechowskiego - jako jednego ze "szczepowców" - wspomniana jest w przypisie (54) wymiana poglądów ucznia z mistrzem na temat kobiet.
Szukalski pisze: "Znajdź sobie kobitę starszą, byle ładną dupkę miała. Wymarzonej niewiasty nie szukaj, bo jej nie znajdziesz. Kiedy przestaniesz, to niespodziewanie sama ci się przedstawi i zupełnie inna od tej wymarzonej. Wiesz co się z Ruzamskim stało = stał się śmierdzącą dziewicą. Nigdy kobiet nie ma i to mu umysł spaczyło.
Nie rób dziewczynie krzywdy i nie daj jej sobie wyrządzić. Pamiętaj to, im dłużej kobiety pod sobą nie masz, tem niezdarniej będziesz koło nich chodził i psuł sobie możliwości z nimi. Pierwej doprowadź swoja psychikę do porządku z byle gąską, ale czystą, a potem do następnej już pójdziesz jako zwycięzca i żadna ci się nie oprze.
Wiedz o tem, że kobieta tj. dobra samica, odczuwa wstręt do mężczyzny, który kobiet nie ma pod sobą, tak jak mężczyzna zdrowy odnosi się do starej panny jak do nieczystego gada (...)"
I dalej w tym tonie.
To jest zapewne tzw. zdrowy pogląd na dziewictwo, nie skażony Chrześcijaństwem, ale podzielany także przez wielu Chrześcijan.
Frapujący jest dla mnie dobór epitetów na jego określenie; Ruzamski stał się śmierdzącą dziewicą, a stara panna traktowana jest nieczysty gad. Przypomina mi się niejasno fraszka Boya-Żeleńskiego, w której uskarża się, że dziewictwo nie ma bynajmniej zapachu lilii (jako ginekolog mógł mieć jakieś rozeznanie, choć zapewne jego klientki raczej rzadko dziewicami bywały). Lilia nawiasem mówiąc ma mocny odurzający zapach, który odstrasza owady i dlatego stała się symbolem czystości. Stara panna jest nieczysta, bo się - by tak rzec - przeterminowała, ale swoją psychikę do porządku należy doprowadzać z byle gąską, ale czystą. Czystość byle gąski może więc na skutek upływu czasu zamienić się w nieczystość gada, jeśli nie będzie w pobliżu kogoś potrzebującego doprowadzić swoją psychikę do porządku na jej koszt.
Wiarygodności poradom Szukalskiego nie dodaje fakt, że on sam, mimo "kobiet pod sobą" przykładem zdrowia psychicznego - ujmując rzecz najoględniej - raczej nie był.
Cała ta historia pokazuje jaką rewolucją w myśleniu jest Chrześcijaństwo, jeśli je poważnie potraktować. Czystość musi zaiste być szczególnie cenna, jeśli jest pod takim obstrzałem. Jakże typowe jest odwrócenie znaczenia słów smród i nieczystość, który na ogół towarzyszy rozpuście (infekcje tych obszarów nie są szczególnie wonne, nie wspominając o chorobach wenerycznych ze skutkami na pokolenia) przypisany jest wstrzemięźliwości seksualnej. Zdrowie psychiczne ma być wynikiem folgowania sobie, a nie pewnej dyscypliny i panowania nad sferą popędów.
Skąd my to wszystko znamy: przedwojenny antyklerykał i neopoganin Szukalski, oświeceniowi libertyni, Freud i jego wyznawcy, współczesne media lewicowo-liberalne - wszyscy wpadają na te same pomysły. Przypadek czy ten sam sufler?
.
Temat fascynujący, raczej luźno związany z moją pracą. Zetknęłam się z nim przypadkowo, zapewne jeszcze w liceum, kiedy to z pewnym zawstydzeniem wypożyczyłam z biblioteki na Placu Solnym książkę o Stefanie Żechowskim pełną reprodukcji jego erotycznych rysunków, które wyglądały na pierwszy rzut oka jak kwintesencja kiczu, a nie były, jak twierdził autor (ku mojemu zaskoczeniu).
W pracy Lameńskiego, znakomitej zresztą, przy okazji omówienia twórczości Żechowskiego - jako jednego ze "szczepowców" - wspomniana jest w przypisie (54) wymiana poglądów ucznia z mistrzem na temat kobiet.
Szukalski pisze: "Znajdź sobie kobitę starszą, byle ładną dupkę miała. Wymarzonej niewiasty nie szukaj, bo jej nie znajdziesz. Kiedy przestaniesz, to niespodziewanie sama ci się przedstawi i zupełnie inna od tej wymarzonej. Wiesz co się z Ruzamskim stało = stał się śmierdzącą dziewicą. Nigdy kobiet nie ma i to mu umysł spaczyło.
Nie rób dziewczynie krzywdy i nie daj jej sobie wyrządzić. Pamiętaj to, im dłużej kobiety pod sobą nie masz, tem niezdarniej będziesz koło nich chodził i psuł sobie możliwości z nimi. Pierwej doprowadź swoja psychikę do porządku z byle gąską, ale czystą, a potem do następnej już pójdziesz jako zwycięzca i żadna ci się nie oprze.
Wiedz o tem, że kobieta tj. dobra samica, odczuwa wstręt do mężczyzny, który kobiet nie ma pod sobą, tak jak mężczyzna zdrowy odnosi się do starej panny jak do nieczystego gada (...)"
I dalej w tym tonie.
To jest zapewne tzw. zdrowy pogląd na dziewictwo, nie skażony Chrześcijaństwem, ale podzielany także przez wielu Chrześcijan.
Frapujący jest dla mnie dobór epitetów na jego określenie; Ruzamski stał się śmierdzącą dziewicą, a stara panna traktowana jest nieczysty gad. Przypomina mi się niejasno fraszka Boya-Żeleńskiego, w której uskarża się, że dziewictwo nie ma bynajmniej zapachu lilii (jako ginekolog mógł mieć jakieś rozeznanie, choć zapewne jego klientki raczej rzadko dziewicami bywały). Lilia nawiasem mówiąc ma mocny odurzający zapach, który odstrasza owady i dlatego stała się symbolem czystości. Stara panna jest nieczysta, bo się - by tak rzec - przeterminowała, ale swoją psychikę do porządku należy doprowadzać z byle gąską, ale czystą. Czystość byle gąski może więc na skutek upływu czasu zamienić się w nieczystość gada, jeśli nie będzie w pobliżu kogoś potrzebującego doprowadzić swoją psychikę do porządku na jej koszt.
Wiarygodności poradom Szukalskiego nie dodaje fakt, że on sam, mimo "kobiet pod sobą" przykładem zdrowia psychicznego - ujmując rzecz najoględniej - raczej nie był.
Cała ta historia pokazuje jaką rewolucją w myśleniu jest Chrześcijaństwo, jeśli je poważnie potraktować. Czystość musi zaiste być szczególnie cenna, jeśli jest pod takim obstrzałem. Jakże typowe jest odwrócenie znaczenia słów smród i nieczystość, który na ogół towarzyszy rozpuście (infekcje tych obszarów nie są szczególnie wonne, nie wspominając o chorobach wenerycznych ze skutkami na pokolenia) przypisany jest wstrzemięźliwości seksualnej. Zdrowie psychiczne ma być wynikiem folgowania sobie, a nie pewnej dyscypliny i panowania nad sferą popędów.
Skąd my to wszystko znamy: przedwojenny antyklerykał i neopoganin Szukalski, oświeceniowi libertyni, Freud i jego wyznawcy, współczesne media lewicowo-liberalne - wszyscy wpadają na te same pomysły. Przypadek czy ten sam sufler?
.
Subskrybuj:
Posty (Atom)