poniedziałek, 22 maja 2017

O niespodziewanych skutkach błyskawicznej modlitwy o uzdrowienie

W zeszłym tygodniu, w niedziele dominikanie gościli uzdrowiciela z Australii, Alana Amesa (o ile dobrze pamiętam). Po mszy południowej mówił krótkie świadectwo, a następnie modlił się bardzo krótko nad każdym wiernym w kościele, a wszystko to przy akompaniamencie pieśni wielbiących by zespół grupy odnowy w Duchu Św. i głośnych modlitw (w tym językami) najbardziej irytującego zakonnika we wrocławskim klasztorze. Szczerze mówiąc nie lubię takich imprez, zbyt przypominają zgromadzenia protestanckie, gdzie element ludzki dominuje nad boskim. Jednak będąc w sytuacji obiektywnie trudnej czasem uczestniczę w podobnych przedsięwzięciach i proszę o modlitwę wstawienniczą. Tym razem modlitwa była tak błyskawiczna, że trudno mi było wiązać z nią jakieś nadzieje.

Nie czułam się specjalnie dobrze ani bezpośrednio po niej, ani przez następne dni. Prawdziwa jazda zaczęła się jednak po spowiedzi. Obudziłam się wściekła i sfrustrowana. Na adoracji miałam ochotę walić pięścią w ławkę domagając się głowy tych, którzy mnie kiedykolwiek skrzywdzili, prześladowali lub potraktowali niesprawiedliwie. Było niestety zbyt wielu świadków i zbyt blisko mnie, dałam więc upust bezsilnej złości w stłumionym płaczu (jakaś ciumcia klęczała tuż za moimi plecami).

Następnie pomaszerowałam z podaniem do pewnego urzędu państwowego (związanego z konserwacją zabytków), gdzie od jesieni bezskutecznie staram się o pracę. Tamtejsza sekretarka tak chętnie udziela jakichkolwiek informacji jakby każde jej słowo warte było milion dolarów i nie będzie przecież rzucała takich pereł przed jakieś uciążliwe wieprze, które przyłażą ze swoimi zbytecznymi papierami, jakby nie rozumiały, że ogłoszona na stronie posada jest już dawno zajęta dla jakiejś swojej niuni właśnie kończącej studia lub liceum. Z największym trudem powstrzymałam się od siłowego poszerzenia jej otworu gębowego, ażeby słowa mogły swobodniej przezeń płynąć. W zamian postanowiłam nasłać na to gniazdo nepotyzmu jakąś odnośną służbę.

Męczyłam się jeszcze przez kilka dni aż w końcu (także na adoracji) uświadomiłam sobie, że oto otworzyły się wszystkie moje stare rany, także te, które wydawały się czysto zabliźnione i wycieka z nich ropa zbierająca się od lat albo wręcz dekad. W tym momencie spłynął na mnie pokój. Po raz kolejny pomyślałam sobie, że gdyby człowiek przyjął do wiadomości, że jest na wojnie nie miałby nierealistycznych oczekiwań wobec życia. Nie zwracałby nawet uwagi na prześladowania, oszczerstwa, a nawet ataki fizyczne. Sprawdzałby tylko czy nadal ma wszystkie kończyny, narządy zmysłów oraz organy wewnętrzne i przechodził do swoich zadań szczęśliwy, że znowu uszedł z życiem. Zanieczyszczone rany niespodziewanie otwierające się także mieszczą się w owej wojennej metaforze i są szczególnie uciążliwe kiedy nie wiemy, co właściwie jest naszym zadaniem w tym momencie i nie możemy się temu poświęcić. Czekając więc na rozkazy przyjmuję, że moim zadaniem jest owe rany porządnie oczyścić, w czym być może pomoże mi także ów blog.



niedziela, 21 maja 2017

Ewangeliczna scena u wrocławskich dominikanów

Dziś na mszy (o 12.00) u dominikanów byłam światkiem niezwykłego zjawiska (piszę to bez ironii).

Oto pewna kobieta z dużą ilością szmat na głowie podwiązanych szalem pod brodą (żeby nie spadły) weszła lekko spóźniona i usiadła na ławce pod ścianą prezbiterium mniej więc w połowie jego długości. Odwróciła się kilkakrotnie przez ramię jakby sprawdzała czy ktoś za nią idzie. Ekstrawagancja jej stroju - dziwne "nakrycie głowy", dużo za duże męskie buty, coś dziwnego na nogach (w funkcji rajstop) - nie mogły nie zwracać uwagi wiernych, w tym mojej. Bardziej zastanawiające było jednak jej zachowanie - co pewien czas z dużą złością okładała pięścią swoją torebkę przewieszoną przez ramię albo energicznie kopała powietrze przed sobą. Raz nawet gniewnie szczerząc zęby pobiegła w kierunku kogoś, kto - jak mi się wydawało - z nią przyszedł i został nieco w tyle . Potem zaczęła przesuwać się wzdłuż ławki biegnącej pod ścianą prezbiterium w kierunku absydy,  aż zbliżyła się do ołtarza najbliżej jak to możliwe dla wiernego podczas mszy. Tam znacząco się uspokoiła. Jej zachowanie - poza kilkoma ciosami wymierzonymi torebce - nie odbiegało od normy, a nawet nacechowane było budującym skupieniem i pobożnością. Do komunii nie przystąpiła, ale pozostała na klęczkach modląc się przytulona bokiem do ściany, żeby nie blokować przejścia.

Bardzo poruszyła mnie ta osoba robiąca wrażenie psychicznie chorej, a w każdym razie poważnie zaburzonej. Wiem z doświadczenia jaką udrękę może powodować lekka nerwica, więc mogę sobie wyobrazić czym jest choroba psychiczna. To zapewne najstraszniejsze cierpienie jakie istnieje, przy którym największy ból fizyczny wydaje się pieszczotą.

Tylko czym właściwie jest owa choroba psychiczna? Kobieta, o której piszę ewidentnie zmagała się z jakimś niewidzialnym bytem, który z nią przyszedł i ją atakował. To jemu wymierzała ciosy i kopniaki i jego chciała przegonić szarżą z wyszczerzonymi zębami. Im bliżej była ołtarza (i tabernakulum) tym mniej ów byt miał odwagi ją zaczepiać. Nawet jej przedziwne nakrycie głowy może być uznane za całkowicie racjonalne, jeśli potraktować je jako rodzaj hełmu chroniącego głowę przed atakiem albo wtargnięciem niewidzialnego wroga.

Często się słyszy, że chorzy psychicznie cierpią na urojenia. A skąd wiadomo, że to są urojenia? Czy istnieje jakakolwiek metoda naukowa, która jest w stanie odróżnić urojenie od bytu duchowego? Doświadczenie istnienia duchów właściwe jest wszystkim kulturom i religiom. Dlaczego nas miałoby nie dotyczyć? Dlatego, że znamy mikroskop i nic pod nim nie widać?

Jeśli przyjąć, że byty duchowe istnieją jak poucza nas Kościół (w każdy razie tak nauczał od początku swego istnienia aż do niedawna) i że obecność Chrystusa w sakramencie ołtarza jest rzeczywista, to byłam świadkiem iście ewangelicznej sceny.
Oto pewna kobieta od lat cierpiąca od złego ducha usłyszała (albo przypomniała sobie) o Jezusie z Nazaretu i tak sobie mówiła: "Gdybym chociaż mogła podejść blisko niego, może opuści mnie mój prześladowca" Owinęła sobie głowę szmatami, aby zły nie mógł zawładnąć jej umysłem, ten jednak szarpał ją i groził,  a przy tym podburzał ludzi przeciwko niej. Ona jednak opędzając się ciosami i kopniakami od swego dręczyciela przedarła się tak blisko Jezusa jak to tylko możliwe i tam upadła na kolana nie śmiąc go dotknąć.  "Jezusie synu Dawida ulituj się nade mną" wołała bezgłośnie w swoim sercu kiedy inni podchodzili do jego stołu. 
Niestety nie wiem, co Jezus jej odpowiedział, ale widziałam, że duch dręczący niewiastę wyraźnie się zacukał.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Zgryźliwie o świątecznej porcji herezji u dominikanów

Podczas wigilii paschalnej u wrocławskich dominikanów o. Andrzej Kuśmierski (o ile dobrze pamiętam nazwisko) tak rozwinął myśl św. Pawła "nie ma już niewolnika ani wolnego, Żyda ani Greka, mężczyzny ani kobiety, Tuska ani Kaczyńskiego, muzułmanina ani buddysty, Biedronia ani Grodzkiej". Na te słowa kaznodziei wyrwało mi się "pierdzielisz facet" aż kilka osób gwałtownie odwróciło się w moim kierunku z wyrazem dezaprobaty dla tej niewczesnej spontaniczności..

Nie wydaje mi się możliwe, żeby o. Kuśmierski nie zdawał sobie sprawy, że manipuluje tekstem dość bezwstydnie. Zanikanie podziałów, o którym mówi św. Paweł dokonuje się w Chrystusie wśród tych, którzy go przyjęli i w tym sensie nie byłoby żadnej różnicy między nawróconym buddystą a muzułmaninem. Związek pozostałych osób wymienionych z nazwiska z tematem pozostaje o wiele luźniejszy. Polityka nie jest naturalnym środowiskiem pięknoduchów, tylko ludzi stosujących nie zawsze czyste chwyty. Jednak jedni robią to w imię dobra wspólnego inni jedynie dla własnej kariery, a są też tacy, którzy zostali wynajęci przez podmioty zewnętrzne do celów inżynierii społecznej czyli przeprowadzenia rewolucji obyczajowej "w naszym nieszczęśliwym kraju" i w ramach dealu  z mocodawcami godzą się np. udawać kobietę lub eksponować swoje nieuporządkowanie seksualne.

Wszyscy oni potrzebują nawrócenia, trudno jednak ignorować różnicę między wiernością  a zdradą. Nawrócony zdrajca i jurgieltnik też ma szansę, ale póki trwa w swojej zatwardziałości znacząco różni się od kogoś, kto lojalnie służy swojemu krajowi, a nie zewnętrznemu mocodawcy. Prawo karne też taką różnicę zauważa i przewiduje daleko idące konsekwencje.

Można by bronić o. Kuśmierskiego twierdząc, że zapomniał dodać "po nawróceniu nie ma różnicy...", tylko czy rzeczywiście zapomniał?

W poniedziałek wielkanocny nawet ucieszyło mnie pojawienie o.Marcina Mogielskiego z jego nieco wymuszonym entuzjazmem (kontrastującym z przemęczeniem przeora  na mszy niedzielnej),  aż do momentu kiedy zdałam sobie sprawę czego owa radość dotyczy. Otóż zdaniem o. Marcina wszyscy zostaniemy zbawieni i nikt nie będzie potępiony. Kościół Katolicki oznacza po prostu wszystkich ludzi na Ziemi. Więc dlaczego, drogi ojcze Marcinie, 4 katechumenów przyjęło chrzest (+komunię i bierzmowanie) w noc paschalną i wszyscy śpiewaliśmy "gloria" z tego powodu? Dlaczego proszono nas o modlitwę, aby wytrwali na drodze? Przecież bez tego także byliby członkami Kościoła Katolickiego i mieli dokładnie takie same szanse zbawienia jak ochrzczeni!
W imię czego te wszystkie nawiedzone kobiety nie załapały się na związek natury romantyczno-seksualnej z rozwodnikami, księża wytrwali w czystości mimo namiętności do kogoś, homoseksualiści powstrzymali się od kopulowania z osobami tej samej płci, pedofile nie pofolgowali swoim skłonnościom chociaż mieli okazję i mogli liczyć na bezkarność? Dlaczego Ci, którzy jednak upadli, żałowali za grzechy i pokutowali latami? Po jaką cholerę pytam, jeśli to w gruncie rzeczy nie ma żadnego znaczenia?

Mocną stroną nauki Kościoła Katolickiego zawsze była spójność i logiczna konsekwencja wyraźnie widoczna dla ludzi trafiających do niego z daleka, a także niezmienność i niezłomność wobec żądań świata. Pewna nawrócona ateistka z programie Journey home w EWTN na pytanie, co ostatecznie przekonało ją do KK odpowiedziała, że kwestia antykoncepcji. Widząc zaskoczenie prowadzącego wyjaśniła, że w atmosferze medialnej nagonki na Kościół z powodu przypadków pedofilii (prawdziwej i urojonej) wśród księży każda ziemska instytucja byłaby skłonna do kompromisów w "pomniejszych" kwestiach. Fakt, że tak nie jest dowodzi, że Kościół jest czymś więcej niż ziemską instytucją.

W Wielki Piątek nie usłyszałam wyraźnie wyartykułowanej modlitwy o nawrócenie Żydów. Czyżby więc nie miało znaczenia czy uznajemy w Jezusie Mesjasza, a nawet Boga czy też przyjmujemy za Talmudem że jest on bękartem ze związku ladacznicy z rzymskim żołnierzem, smażącym się w piekle we wrzących ekskrementach przez całą wieczność? Rozumiem, że którąkolwiek wersję przyjmiemy, nasza droga do zbawienia jest równie prosta. Przyznam, że dla mnie ograniczonej nawykiem logicznego myślenia rzecz jest nie tylko absurdem i bluźnierstwem lecz także sabotażem (subwersją czy jak go zwał).

Drodzy dominikańscy pięknoduchowie, którzy tak kochacie Żydów, muzułmańskich "uchodźców"  i innych ulubieńców lewicy, a tak nie lubicie polskich katolików z ich denerwującym zwyczajem święcenia pokarmów w Wielką Sobotę, zastanówcie się nad logicznymi konsekwencjami waszych słów. Może przyjmowanie pieniędzy Sorosa z Fundacji Batorego jest równie wątpliwym interesem jak działania o. Konrada Hejmo na rzecz utrzymania tygodnika wDrodze? Może cena jest niewspółmierna do korzyści?

















niedziela, 18 grudnia 2016

O zdrajcach , folksdojczach i ubekach

Nie będę bardzo oryginalna, gdy zauważę, że podjęta została próba zamachu stanu, ani też że jej bezpośrednim powodem jest ustawa dezubekizacyjna.

10.12 jakiś ubek zakłóca z gromadą ex- palikociarzy miesięcznicę smoleńską. 13.12. odcięci-od-koryta z ubekami w liczbie kilku tysięcy szwendają się po ulicach na użytek "światowej opinii publicznej". Tego też dnia rejestrują w warszawskim ratuszu demonstrację, która ma się spontanicznie odbyć 16 wieczorem pod sejmem. Kłopotek-nie-chce-być-Kasandrą wysypuje się rano w TVP, że jest przewidziana hucpa na wieczór. Piotr Marzec zauważa, że zamówiono 1000 kanapek do Sejmu na ten dzień. Szczerba jest wytypowany do wszczęcia rozróby, marszałek sejmu nie zaczaił o co chodzi. Pod sejmem "spontaniczna" demonstracja kuca Kijowskiego, niejaki Diduszko kładzie się na ulicy i udaje ofiarę śmiertelną policyjnego terroru na użytek "zaprzyjaźnionych mediów".

Jesteśmy świadkami narodzin nowej narracji - PO obrońcą wolnych mediów. Bezwstyd tych ludzi nie zna granic!

Nie mogłam patrzeć na sceny w sali plenarnej sejmu, gdyż za bardzo kojarzą mi się ze szkołą. Każdy nauczyciel był światkiem podobnej sytuacji w jakiejś mocno spatologizowanej klasie. Identyczny mechanizm wypowiedzenia posłuszeństwa p.t. "ty nam nie będziesz mówić co mamy robić, nic nas nie obchodzą reguły, to my zniszczymy ciebie". Normalny człowiek (tzn nie trenowany przez służby) zawsze jest zaskoczony takim obrotem rzeczy, bowiem sądząc po sobie zakłada, że prawo będzie respektowane.

Najbardziej niepokojąco brzmią doniesienia o nie odbieraniu sygnału TVP w dużej części kraju - ubecja kontratakuje wspierana przez zdrajców i folksdojczów. Nawet Tusk pojawił się w kraju zupełnie przypadkowo. Czyżby miało im się udać po raz trzeci?!!

sobota, 3 grudnia 2016

O „szkole dialogu cywilizacji”, jaką zafundowało mi życie.



To jedna z tych denerwujących nocy, kiedy nie mogę spać na skutek przerabiania „materiału”, którego dostarczył mi dzień (zwłaszcza, że toksyczni sąsiedzi tłuką się na klatce schodowej jak opętani). Nie pozostaje mi więc nic innego jak pomóc sobie przelewając na „papier” ten ładunek.

Historię o „szkole dialogu cywilizacji” piszę także dla Ciebie, drogi potencjalny czytelniku, żeby przestrzec Cię przed podejmowaniem pewnych decyzji pod wpływem desperacji.

Rzeczona szkoła ogłosiła się na stronie wrocławskiej, że potrzebuje nauczyciela języka obcego w określonym wymiarze godzin. Długo omijałam wzrokiem to ogłoszenie, gdyż nie mam już ochoty uczyć nikogo, a zwłaszcza dzieci. Kiedy jednak nie wypaliło coś, na co miałam nadzieję zrozumiałam, że prawdopodobnie zmuszona będę robić coś, na co nie mam ochoty – czemu więc nie to najlepiej znane!

Sekretarka brzmiała przyjemnie przez telefon, byłam mile zaskoczona, kiedy w reakcji na przesłane CV i skany dokumentów – w tym dyplomu z katolickiej uczelni – zostałam zaproszona na rozmowę. Wchodząc do holu poczułam się lekko dziwnie widząc gwiazdę Dawida, hebrajskie napisy na drzwiach (także kibla), cytat z Korczaka podpisany jego prawdziwym nazwiskiem i malowidło przedstawiające świątynię Salomona, a wszystko to wśród ogromnej ilości podobizn kotów. Na zaszczyt dialogu z dyrektorką i „prezeską” musiałam odpowiednio długo poczekać by dowiedzieć się, że najpierw muszę przeprowadzić próbną lekcję, co uczyniłam (nie mając pojęcia o poziomie grupy zresztą). Wypadła lepiej niż drugiej kandydatki i dopiero wtedy mogłam „negocjować” warunki zatrudnienia. Umowa , którą mi przedstawiono do podpisu nie miała wiele wspólnego z wynikiem tych negocjacji, a po tygodniu została mi wypowiedziana przez telefon bez zbędnych ceregieli (z powodu choroby gardła). Historia jakich wiele – sorry, taki mamy „rynek pracy”.

Coś mnie jednak zafrapowało w owej instytucji prowadzonej przez fundację tej samej nazwy. Przede wszystkim to specyficzne uczucie, które zazwyczaj towarzyszy wchodzącemu do pewnych antykwariatów, galerii sztuki i innych tego typu miejsc służących np. za pralnię brudnych pieniędzy. Wszystkie obecne tam osoby wpatrują się w potencjalnego klienta w charakterystyczny sposób usiłując ustalić czy to jakiś naiwny jeleń, swój z interesem czy policja. Podobne nieżyczliwe, podejrzliwe i uciekające spojrzenia ciemnych oczu towarzyszyły mi od pierwszego dnia. Było jasne, że nie jestem swoja (dokumenty & wygląd), więc co właściwie tam robię i jak się dostałam?

Miejsce z punktu widzenia nauczyciela wyjątkowo nieatrakcyjne. W pokoju nauczycielskim w porywach 4 krzesła – więcej nie trzeba, gdyż wszyscy po skończeniu lekcji zobowiązani są pozostawać w klasach całą przerwę słuchając opętańczego wrzasku podopiecznych. Mają do wyboru dusić się w ich smrodzie lub zafundować sobie przeziębienie otwierając okna (nie wolno im wyjść z sali póki nie pojawi się następca). Na określonych przerwach muszą sprowadzać dzieci do stołówki w piwnicy (z drugiego piętra na przykład) na śniadanie, zupę i drugie danie, a także usługiwać przy stole. Czas przewidziany dla nauczyciela, żeby się nieco zregenerował między lekcjami – 0 minut. Higiena pracy – nieistniejąca, ryzyko zachorowania (przeziębienia, infekcje dróg oddechowych, infekcje wirusowe „oddziecięce”) 100%. Dzieci jak dzieci - niektóre miłe i przylepne, niektóre niesforne a sympatyczne, inne rozwydrzone do obrzydliwości, ewidentnie proszące się o rzetelne przetrzepanie zadu póki nie jest za późno. Wygląd wielu z nich nie zdradza przynależności do mniejszości narodowej, natomiast rzuca się w oczy duża ilość rosyjskich nazwisk i imion (zupełnie nie widziałam żadnych Rosenzweigów ani Bernsteinów – pewnie przodkowie zmienili nazwiska u zarania PRLu). Życzliwe ciemne oczy rzuciły mimochodem, że w tej szkole są przede wszystkim uczniowie trudni, którzy nie poradzili sobie w normalnych szkołach publicznych, co wiele wyjaśnia np. dlaczego w pewnych klasach do przeprowadzenia lekcji potrzebnych jest dwóch nauczycieli.
Zawzięte ciemne oczy cedzą przez zaciśnięte zęby, że nie rozumieją jak można pozwalać uczniom na pewne (niesprecyzowane) zachowania. „Dyrektorka?” – dopytuję – „prezeska” – słyszę w odpowiedzi – „ona tu wszystkim rządzi, dyrektorka nie ma nic do powiedzenia”.
Wierzę bez trudu po krótkim doświadczeniu z tym tandemem. Prezeska, która jest zbyt wielka, żeby osobiście rozmawiać z osobą, którą przyjmuje do pracy ewidentnie ma „wielkie serce dla dzieci”. W holu na widocznym miejscu wywieszona lista praw dziecka, szukałam analogicznej listy obowiązków ucznia, szukałam, lecz nie znalazłam… Widocznie obowiązki należą wyłącznie do nauczycieli – taki „trynd” w wychowaniu młodego pokolenia, którego skutków doświadczamy wszyscy. Moim skromnym zdaniem powinna być za to odpowiedzialność karna. Nic na to nie poradzę, ale skojarzenie z Kajetanem P(Oznańskim) – też „prawniczego” pochodzenia – samo się narzuca. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że jeśli mamusia-prokurator załatwi mu wariackie papiery umożliwiające uniknięcie odpowiedzialności za ohydną zbrodnie będzie kolejną osobą, którą synalek wolny od „chrześcijańskich przesądów” zechce zjeść.(Smacznego!)

Kolejny „trynd” to zatrudnianie w prywatnych szkołach dziennych dla dzieci i młodzieży nauczycieli na umowę-zlecenie. Nauczyciel ma w umowie wyłącznie prowadzenie zajęć i tylko za to mu się płaci (23PLN za godzinę), pozostałe czynności jak opieka nad uczniami na przerwach, prowadzenie ich do stołówki i usługiwanie przy stole, rady pedagogiczne i zebrania z rodzicami wykonuje za darmo, łudzony nadzieją, że jak się sprawdzi, to będzie umowa o pracę. Obiecać można wszystko, to nic nie kosztuje…, a międzyczasie na święta gojowskie i ferie semestralne niech poszuka sobie, jeleń, innej pracy.

Umowę – zlecenie wypowiada się nadzwyczaj łatwo, a i to zbyt-wielka–na–kontakty-z-nauczycielami-prezeska wysługuje się sekretarką. Proszę o wypowiedzenie na papierze i jestem zbyta kłamliwym zapewnieniem, że zostanie mi wysłane pocztą. Nie muszę nikomu tłumaczyć, że nic takiego nie następuje, więc udaję się osobiście po rzeczony papier i pieniądze, których wbrew zapewnieniom też mi nie wpłacono na konto.

Kiedy zbliżam się do jaskini zbyt-wielkiej-prezeski z pomieszczenia obok wyskakują złe małe ciemne oczka z napastliwym pytaniem „a pani do kogo?”, „jestem umówiona z panią zbyt-wielką” odpowiadam skromnie „a nazwisko?” „Igrekowska!”. Złe małe oczka wskakują do jaskini zbyt-wielkiej i przy wpół otwartych drzwiach anonsują mnie z właściwą sobie uprzejmością „przyszła ta Igrekowska czy jak tam się ona nazywa!”

Nie jestem godna widoku oblicza zbyt-wielkiej, więc równie uprzejmie skierowana zostaję do sekretariatu, gdzie obsługują mnie - niezręcznie czujące się w tej sytuacji - jasne oczy. Wychodząc odczuwam silną pokusę nakopania w zadek złym małym oczkom, ale powstrzymują mnie „chrześcijańskie przesądy” i konieczność zachowania swojej niekaralności w nadziei na następną świetną posadę. Ograniczam się do rytualnego otrzepania butów, żeby nawet najmniejszy pył z tego miejsca do nich nie przywarł.

Szansa na następną fantastyczną posadę pojawia się niebawem. Tym razem na tej samej stronie wrocławskiej ogłasza się szkoła fiksum-dyrdum z ofertą zatrudnienia na umowę o pracę. Chwytam za telefon i słyszę wygłoszone nieprzyjemnym tonem „proszę złożyć papiery!” Sprawdzam fiksum-dyrdum w Internecie – oczywiście szkoła żydowska again.
Nie mam ochoty na kolejny dialog z cywilizacją, w której pojęcie prawdy jest - oględnie mówiąc - inaczej pojmowane. Mam poważne obawy, że owa umowa o pracę to owszem, ale za rok „jak się Pani sprawdzi” albo, że wynegocjowana ustnie stawka ulegnie tajemniczej redukcji w umowie pisemnej. Tym razem papierów przezornie nie składam.

Swoją drogą czy to nie ciekawe, że powstaje tyle nowych szkól żydowskich we Wrocławiu. Czy jest aż taki popyt? Czy sami inicjatorzy są Żydami czy też podszywają się pod mniejszość narodową ciesząca się statusem świętej krowy z zupełnie innych powodów? Trudno wymyślić sobie lepszy szyld dla dowolnej działalności „wymagającej dyskrecji”. W razie ujawnienia czegoś śmierdzącego pozostaje zawsze oskarżenie o antysemitnictwo.
A może rzeczywiście mamy w społeczeństwie taką ilość kryptożydów, którzy wcale nie wyjechali do Izraela – jak nam mówiono – tylko zmienili nazwiska? A może wiatr historii zamierza nam ich nawiać, a wtajemniczeni już przygotowują na ich przyjęcie wylęgarnie nowych elit (w stylu Kajetana P.)?

Tak czy siak, po osobistym zetknięciu się z żydowskim (albo podszywającym się pod Żyda) pracodawcą muszę przychylić się do zdania papieża Benedykta XIV wyrażonego w cytowanej wcześniej bulli "A quo primum" z 1751 r., że dla chrześcijanina jest to sytuacja wysoce niewskazana.

niedziela, 27 listopada 2016

Jakub Frank, a sprawa polska.

Ciekawa jestem ile osób obejrzało film "Daas" Adriana Panka z 2011 - rewelacyjny debiut zdaniem niektórych krytyków. Reżyserowi przyznano nawet nagrodę Janusza Morgensterna "Perspektywa" dla najbardziej obiecującego młodego twórcy. Ciekawa jestem ile z owych widzów zrozumiało o co w nim chodzi poza ogólnym wrażeniem tajemniczości. Moim zdaniem bez pewnej wiedzy historycznej film jest całkowicie nieczytelny, więc powstaje pytanie do kogo ów młody, obiecujący reżyser go robił. .Dla stowarzyszenia filmowców "Zebra", dla kapituły nagrody "Perspektywa" czy dla "Polskiego" Instytutu Sztuki Filmowej? (którego członkowie na co dzień posługują się językiem jidysz, jak złośliwie zauważył onegdaj Piotr Gociek)

Film niewątpliwie nawiązuje do ciekawego epizodu w historii mniejszości żydowskiej w I Rzeczypospolitej, który miał wpływ na dalsze losu ogółu mieszkańców - pojawienia się w XVIII w. żydowskiego "mesjasza" znanego jako Jakub Frank. Frank był w istocie trzecim z serii "mesjaszy" po Sabbataju Cwi i Osmanie Babie. Podobnie jak jego poprzednicy w którymś momencie życia (przed przyjazdem do Polski) przeszedł na Islam. Podobnie jak Sabbataj Cwi postulował i wprowadzał w życie amoralność i rozwiązłość posuniętą do granic absurdu, odrzucał Talmud, opierał się na Kabale (Zohar), która - jak twierdził -  nie jest sprzeczna z objawieniem chrześcijańskim. Mimo, że był jedynie zamożnym kupcem nosił się jak król, woził karetą, zawsze otoczony świtą swoich wyznawców.
Pokolenie wcześniej ortodoksyjni żydzi potępili na zjeździe w Brodach wyznawców Sabbataja Cwi i obłożyli ichniejszą ekskomuniką, która obejmowała także Franka i jego popleczników.
Spór o „rząd dusz", jaki rozgorzał między frankistami a talmudystami, spowodował, że obie strony zwróciły się o arbitraż do władzy kościelnej, zawieszając tym samym własną autonomię religijną.  Publiczna dysputa rabinów z frankistami odbyła się 20 czerwca 1757 roku przed sądem konsystorskim w Kamieńcu Podolskim. Jej podstawą były główne dogmaty wiary przedstawione przez Franka. Sąd uznał , że bliższa objawieniu chrześcijańskiemu jest zakorzeniona w Zoharze nauka frankistowska aniżeli Talmud, który nakazano publicznie spalić jako „pełny łgarstw i bluźnierstw". Jak to ujął Graetz, „stos dla Talmudu podpaliła Kabała". (http://www.fronda.pl/a/jak-falszywy-mesjasz-jakub-frank-chcial-zniszczyc-polske,46705.html
Warto dodać, że protektor Franka biskup kamieniecki Dembowski szybko umarł po tym zdarzeniu
Kolejna dysputa odbyła się we Lwowie. Zgodził się na nią administrator diecezji ks. Mikulski pod warunkiem wszakże, że frankiści przyjmą chrzest.
Trwała wiele dni, tezy frankistów dostarczano talmudystom na piśmie i dawano kilka dni do namysłu
Na dziesięciu posiedzeniach załatwiono się z pierwszymi sześciu tezami. Pozostała tylko teza siódma, że "talmud naucza, że potrzebna jest krew chrześcijańska, a kto wierzy w talmud, musi jej potrzebować".
 Był to niewątpliwie punkt ciężkości całej dysputy, najważniejszy i największy w ogóle budzący interes, tym bardziej, że od wieków niepokojona tą sprawą opinia szerokich warstw, zostawała właśnie pod wrażeniem niedawnego faktu, który zdarzył się w Żytomierzu na Wołyniu w r. 1753. Oto sąd tamtejszy kazał uwięzić 25 żydów pod zarzutem, że roku wspomnianego "w sam wielki piątek, złapawszy dziecię półczwarta roku mające imieniem Stefana Studzieńskiego, syna Adama i Ewy Studzieńskich, w wielką sobotę po sabacie zgromadzeni, okrutnie zamordowali, z każdej żyły i junktury krew wypuszczając przez klocie". "Po uczynionej pilnie inkwizycji" zbrodnię "prawnie dowiedziono" i wydano wyrok, mocą którego "z jedenastu żydów żywcem pasy darto, a potem ćwiertowano, trzynastu chrzest św. przyjąwszy, ścięci byli, jeden zaś mniej winny dla świadectwa innym talmudystom przy życiu zachowany został, chrzest św. przyjąwszy".
 O godzinie 2 administrator ks. Mikulski zagaił zebranie i wezwał Frankistów, aby przytoczyli dowody na siódmą tezę.

Powstał na to tłumacz Frankistów, niejaki Moliwda-Kossakowski i ich imieniem w te słowa odezwał się po polsku:

"Żądanie krwi chrześcijańskiej od pospólstwa talmudystów nie tylko w Królestwie Polskiem, ale i w cudzych krajach jest jawne, wiele bowiem historji minąwszy w cudzych państwach, tu się w Polsce i Litwie zdarzyło, że talmudystowie niewinną krew chrześcijańską okrutnie wylali i za ten bezbożny uczynek przekonani, w różne czasy dekretami na śmierć osądzeni, zawsze jednak statecznie zapierając się, chcieli się przed światem oczyścić, że to na nich niewinnie chrześcijanie wkładają, powiadają".

"My jednak Boga wszystko widzącego, mającego przyjść sądzić żywych i umarłych, wziąwszy na świadectwo, nie ze złości albo zemsty na onych, ale z miłości Wiary świętej, którą przyjmujemy, tę złość onych talmudystów wydajem światu całemu do wiadomości, bośmy się i sami w młodości naszej u onych tego uczyłi".
Dowody na poparcie swego twierdzenia przynieśli Frankiści na piśmie zebrane. Czytał je tłumacz wśród ciszy obecnych, a były one następujące: Księga talmudu zwana Aur ech Chaim Megine Erec tj. ścieżka żyjących, obrona ziemi, której autorem jest rabin Dawid, mówi fol. 242 rozdz. 412; Micwe lachzeur acher jain udym zeycher leydam, co znaczy: przykaż (rabinie) starać się o wino czerwone, pamiątkę krwi
Zaraz potem ten sam autor dodaje: Od reymez leudym zeycher leydam szeochoiu parę szoychet benay Isruel tj. jeszcze mrugam ci dlaczego pamiątka czerwonej krwi, bo Farao rznął dzieci Izraelitów. Niżej zaś następuje zdanie: Wayhuidne nimneu milayikachjain udym mipney eliloys szeykurym, co znaczy: a teraz opuszczone zażywanie czerwonego wina gdyż fałszywe napaści są.
Tekstami przytoczonymi udowadniali Frankiści, że talmud domaga się krwi chrześcijańskiej, gdyż słowa jam udym "rabinowie sekret trzymający tłumaczą wino czerwone", tymczasem w hebrajskim piśmie tymi samemi literami (aleph, dalet, wow, men) pisze się tak słowo udym tj. czerwony, jak i słowo edym tj. według ks. talmudu Rambam fol. 55 - ten, który pierwszy dzień czyli niedzielę święci, a zatem chrześcijanin. Oba słowa różnią się tylko u spodu pierwszej litery (aleph) kropkami czyli akcentami, zwanemi sygiel i kumec, dla których kropek raz czyta się udym to znowu edym. "Trzeba zaś wiedzieć, że talmud księga Aurech Chaim Megine Erec, w której jest rozkaz dla rabinów, aby się starali o czerwone wino na Wielkanoc dwa te słowa podaje bez żadnych kropek, przez co te dwa hebrajskie słowa są obojętne. Wolno je rabinom tłumaczyć przed pospólstwem jam udym tj. wino czerwone a u siebie rozumieć jain edym tj. krew chrześcijańska pod alegorją wina". http://polskawalczaca.com/viewtopic.php?f=52&t=23373
Nie zamierzam cytować w pełnym brzmieniu argumentów frankistów i kontrargumentów talmudystów w lwowskiej dyspucie z roku 1759. Wszystkie one zostały spisane w "Złości żydowskiej przeciwko Bogu i bliźniemu" przez jezuitę, ks. Gaudentego Pikulskiego i zamieszczone na wyżej wymienionej stronie w obszernych fragmentach. Nie jestem w stanie ich ocenić, ale wydają się zbieżne z Blood Passover Ariela Toaffa. "Insiderzy" są znacznie śmielsi w swoich oskarżeniach wobec współbraci niż zahukani chrześcijanie. W dzisiejszych czasach jednak nawet semityzm nie chroni przed oskarżeniem o antysemitym.

Po owej dyspucie wielu frankistów przyjęło chrzest (ok. 6 tys., a potem nawet 24 000) - sam Frank chyba dwa razy (jego ojcem chrzestnym był sam król) - co wiązało się z uzyskaniem szlachectwa i dóbr ziemskich, a w dalszej konsekwencji zasilenie elity społecznej naszego narodu.
Nawrócenie Franka i jego wyznawców było w oczywisty sposób nieszczere więc pod zarzutem herezji zamknięto "mesjasza" w klasztorze jasnogórskim, skąd dopiero uwolnił go carski generał, który zdobył twierdzę z rąk konfederatów barskich. Frank udał się do Wiednia, gdzie nawiązał przyjazne stosunki z Marią Teresą i jej synem. Tym epizodem zajmuje się wspomniany przeze mnie film Daas.

Mnie osobiście najbardziej zainteresował wątek owych nieszczerze nawróconych frankistów, którzy pozostali w kraju, skąd słali znaczne kwoty pieniędzy swemu mistrzowi (a po jego śmierci córce Ewie). Przez kilka pokoleń żenili się wyłącznie między sobą i pozostawali wierni swoim praktykom udając katolików. Niektórzy z nich przyjęli w końcu tę pozorowaną tożsamość jako własną, inni pozostali przy swojej.








niedziela, 13 listopada 2016

Jak syn naczelnego rabina Rzymu został antysemitnikiem


Przeczytałam właśnie "Blood Passover" prof. Ariela Toaffa, syna naczelnego rabina Rzymu zresztą (http://bloodpassover.com/) . Ponieważ rzeczony uczony pracuje na izraelskim uniwersytecie Bar-Illan (jest specjalistą od renesansu i średniowiecza) jego praca ukazała się  najpierw po hebrajsku i pies z kulawą nogą nie zaprotestował. Problem pojawił się, kiedy miała zostać wydana po włosku i zaistniało niebezpieczeństwo, że zainteresują się nią Goyim. Do akcji wkroczyła ADL z łatwym do przewidzenia skutkiem - autor musiał odszczekać swoje tezy i wycofać książkę. Na szczęście jest dostępna w Internecie w angielskim przekładzie.

Główna teza jest taka, że niektóre z oskarżeń o mord rytualny na chrześcijańskich dzieciach płci męskiej wysuwane wobec Żydów aszkenazyjskich mogą być prawdziwe. Autor skupił się na szczegółach dobrze udokumentowanego procesu o zamordowanie 2- letniego Szymona (Simonino) z Trydentu.

Niezależnie od tego, czy teza jest prawdziwa czy nie, z pracy Ariela Toaffa wyłania się dość odrażający obraz aszkenazyjskich Żydów. Autor stwierdza w pewnym momencie, że Chrześcijanie mieli wszelkie powody obawiać się ich, gdyż Ci od wieków porywali dzieci i sprzedawali w niewolę muzułmanom, przy czym chłopców kastrowali, żeby uzyskać lepszą cenę. Złapani z towarem przekupywali kogo trzeba i odpływali w siną dal. Natomiast sproszkowanej krwi ludzkiej (dziecięcej) używano do celów medycznych, okultystycznych i rytualnych - osiągała bajeczne ceny.

Zupełnie inny temat to niewiarygodna nienawiść Żydów do Jezusa, którego podczas święta Purim utożsamiano z Hamanem. W tym czasie zdarzały się świętokradcze przypadki krzyżowania jagniąt, niszczenia wiszących w kościołach krucyfiksów, profanacji hostii i co najmniej jeden przypadek zabicia chrześcijańskiego chłopca, który reprezentował "fałszywego mesjasza, boga chrześcijan".
Podczas święta Paschy wymieniano wszystkie plagi egipskie zanurzając palce w winie i spryskując stół z intencją sprowadzenia ich na chrześcijan, w których kraju mieszkali.

Opis lżenia zwłok zamordowanego chłopca w synagodze (w którym biorą udział także kobiety) przyprawia o mdłości - określenie Synagoga Szatana nie wydaje się w tym przypadku żadną retoryczną przesadą.

Książkę polecam wszystkim prostodusznym chrześcijanom - moim braciom i siostrom - którzy nie mają pojęcia o skali nienawiści wymierzonej w nas i są gotowi przepraszać za fikcyjne przewinienia i bratać się ze "starszymi braćmi w wierze".

Tymczasem owi "starsi bracia" przed I wojną Światową (a także po niej) sprzedawali do burdeli w Ameryce Południowej żydowskie dziewczęta z terenów dawnej Rzeczypospolitej w takich ilościach, że słowo "Polaca" stało się synonimem prostytutki (http://www.fronda.pl/a/zydowscy-alfonsi-dostarczali-dzieci-do-burdeli-argentyny,81709.html). Po drugiej wojnie światowej przerzucili się na sprowadzanie młodych kobiet z biednych krajów postkomunistycznych do burdeli w Izraelu i handel narządami (Gadowski zrobił o tym dobry film "Mitzwah").

Widzę tu pewną ciągłość - tradycję traktowania ludzi jako towar jak każdy inny- od starożytności do czasów obecnych. (Żydzi sefardyjscy zdominowali handel niewolnikami z Afryki sprzedawanymi na plantacje obu Ameryk).

 90% żydowskich kolaborantów (z Judenratów i policji żydowskiej w gettach) przeżyło niemiecką okupację, a tylko 10% ich"podopiecznych", których życiem zapłacili za swoje.
Oczywiste jest dla mnie, że owi "holocaust survivors" nie mają ochoty opowiadać nikomu prawdy, a wolą promować ckliwe, łzawe i całkowicie fikcyjne historie pisane na użytek naiwnych Goyim.
Co gorsza owe fikcje literackie prezentowane są jako autentyczne wspomnienia, a ich autorzy wymyślają sobie nową tożsamość lub podszywają się pod prawdziwe ofiary. Przypadek Elie Wiesela. który ukradł tożsamość Lazarowi Wieselowi (zbieżność nazwisk przypadkowa) i został zdemaskowany przez jego przyjaciela i współwięźnia Miklosa Grunera (w książce Identity Theft), a mimo to uhonorowano do Pokojowa Nagrodą Nobla, wydaje się dość charakterystyczny dla tego trendu. Trudno dziwić się, że wielu zainspirowało się jego pomysłem biznesowym: Kosiński ze swoim "Malowanym ptakiem",Binjamin Wilkomirski (Fragments: Memories of a Wartime Childhood, 1995) ,Misha Defonseca (Misha: A Mémoire of the Holocaust Years, 1997), Martin Grey (Au nom de tous les miens), Herman Rosenblat (Angel at the Fence), Rosemarie Pence (Hannah: From Dachau to the Olympics and Beyond, 2005), Enric Marco (Memorias del infierno, 1978), Donald J. Watt (Stoker, 1995), Denis Avey (The Man who Broke into Auschwitz, 2011) czy Alex Kurzem (The Mascot, 2002).

Jak bezwstydne kłamstwa podawane są Gojom do wierzenia świadczy przypadek Mishy Defonseca (Monique de Wael), która miała podążyć za deportowanymi rodzicami z Belgii do Polski, gdzie odrzucona przez "local population" przeżyła w lesie karmiona przez wilki. Byłoby to zabawne, ale jednak przez pewien czas uchodziło za prawdę.

Co innego oskarżenia o mord rytualny! Są zmaltretowane zwłoki dziecka, są świadkowie, ale wyciągnąć logiczny wniosek to dołączyć do grona antysemitników!