O kilku dobrych dni żyję w stanie alarmu intuicyjnego. Moja intuicja alarmuje, że dzieje się coś bardzo poważnego - zaczął się regularny najazd na Europę zorganizowany, a częściowo także sfinansowany przez Państwo Islamskie. Jak przed chwilą przeczytałam tamtejsi przemytnicy kredytują przewóz ludzi do Europy - koszt typu 2000 - 4000 dolarów od osoby płatny po przybyciu na miejsce. Prawdziwi uchodźcy utknęli w obozach na południu Turcji i w irackim Kurdystanie bezskutecznie starając się o wizy i pies z kulawą nogą o nich nie pamięta, a Europa wita najeźdźców, których zachowanie nie pozostawia żadnych złudzeń co do tego, kim są - aroganckie łamanie prawa, agresja wobec policji, rabunki i gwałty, bezmyślne niszczenie mienia publicznego, wyrzucenie jedzenia ofiarowanego im przez naiwnych Europejczyków.
Przeraża mnie towarzysząca temu propaganda, która zasadniczo dysponuje zdjęciem jednego martwego chłopca i jednej kamerzystki podstawiającej nogę uciekającym z obozu. O gwałcie zbiorowym na kierowniczce jednego z ośrodków dla imigrantów we Włoszech jakoś materiałów nie ma.(w końcu gwałt zbiorowy to pestka w porównaniu do podstawienia nogi, które może skutkować nawet siniakiem, gdyby to nie była trawa tylko beton!!!)
Na wszystkich filmikach kręconych przez świadków przejścia rzekomych uchodźców widać dobrze odżywionych i dobrze ubranych młodych mężczyzn, agresywnych, roszczeniowych, okazujących pogardę ludziom, który w swojej naiwności chcą im przyjść z pomocą. Nikt, kto doświadczył w życiu nawet lekkiego niedostatku - nie mówiąc o wojnie i głodzie - nie wyrzuciłby jedzenia ani wody!!! A ten motyw powtarza się w wielu relacjach: w Macedonii paczki z czerwonego krzyża są "not halal", na Węgrzech woda - całe zgrzewki - wyrzucana jest na tory, w Niemczech sok ma za dużo cukru, w Calais halal ravioli są przeterminowane i wylewane z puszek na ziemię przez głodujących Sudańczyków, na duńskiej autostradzie ofiarowane przez policjantki kanapki też nie są dość dobre (tam samo jak na węgierskim dworcu).
We włoskim obozie czarni młodzieńcy- ewidentnie przywykli do luksusów - pokazując reporterowi schludne nowe namioty, porządnie urządzone wewnątrz i łózka polowe z czystą pościelą przekrzykują się jak straszne mają warunki. "We are dying, we are dying!" zawodzi najroślejszy z nich ze słuchawkami na uszach. Nieźle się przy tym bawią, a widzowi nóż otwiera się w kieszeni.
Ci ludzie sprawią, że Europejczycy, kiedy zetkną się z prawdziwymi uchodźcami, nie pomogą im nauczeni gorzkim doświadczeniem z oszustami.
Ogrom kłamstwa w światowych mediach jest większy niż po katastrofie smoleńskiej, co dziwne, zważywszy, że każdy, kto zada sobie trochę trudu, jest w stanie zweryfikować tą ściemę.
Najbardziej przerażający są w tym europejscy przywódcy. Zawsze myślałam, że kretyni i zdrajcy działający na szkodę własnego kraju to specjalność postkomunistyczna. Czym kieruje się Merkel?
Czy ktoś jej rozkazuje? Może zwariowała?
Tylko Orban, Zeman i Fico wypowiadają się jak ludzie przy zdrowych zmysłach. Ten pierwszy też podejmuje jakieś działania. Zmasowany atak na niego jest zupełnie niezrozumiały. To bezwstyd zważywszy, że o Netanjahu, który ogrodził się murem i nie przyjął ani pół uchodźcy do Izraela nikt nie powiedział złego słowa. Przez Węgry natomiast przetoczyły się tysiące ludzi okazujących wielką pogardę dla praw tego kraju, jego władz i mieszkańców.
Czuję, że zbliża się wielkie przyspieszenie. Rachunek za decyzje kretynów, zdrajców, obłąkanych i opętanych zastanie przedstawiony nam, a nie przyszłym pokoleniom. Panie Boże, miej nas lepiej w swojej opiece!!!
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
czwartek, 10 września 2015
niedziela, 26 lipca 2015
O prześladowaniu słabszych i końcu świata
Są (co najmniej) dwie rzeczy, o których nawet myśli nie mogę znieść - odbieranie rodzicom dzieci i insynuowanie, że Polska była krajem nazistowskim.
Wchodzę na portal wPolityce i co widzę? Tekst Wojciechowskiego o rodzinie Bałutów oraz spostrzeżenie, że po wpisaniu w googla "flaga hitlerowska" wyskakuje m.in. znak Polski Walczącej i jeszcze o jakichś kretynach z Cypru atakujących polskich kibiców z powodów "historycznych".
Zacznę od tekstu Wojciechowskiego (http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/260415-pan-bog-wysoko-a-sad-w-nisku-mimo-rozpaczliwych-prosb-nie-oddaje-dzieci-i-co-mu-kto-zrobi-a-gehenna-dzieci-i-katorga-rodzicow-trwa), z którym się zgadzam w 100%. Jak większość czytelników wiem o sprawie, że w małym mieszkaniu był pies, królik i muszki owocówki i panował pewien nieład i to sąd uznał za powód do odebrania matce karmiącej niemowlęcia oraz umieszczenia dwóch starszych dziewczynek w domu dziecka. Dziś przeczytałam, że starsza z nich była odrzucona w szkole przez rówieśników i oskarżana, że brzydko pachnie. Na zdjęciu widziałam dwie b.ładne i smutne dziewczynki.
Każdy, kto przez pięć minut był w dowolnej szkole w dowolnym charakterze wie, że argument, że ktoś śmierdzi albo "się spierdział" jest stosowany przez pewne jednostki z automatu wobec każdego, kogo akurat glebią. Powiem więcej ten argument jest stosowany w polskiej debacie publicznej wobec opozycji z całą powagą. Mamy więc prześladowaną w szkole dziewczynkę (być może z powodu względnego ubóstwa rodziców) i prześladowaną przez III RP niezamożną rodzinę. Na domiar złego mamy bohaterski, ale ubogi kraj oskarżany przez możnych tego świata o zbrodnie, których nigdy nie popełnił, a sam padł ich ofiarą, a kupione elity polityczne nie robią nic by się temu przeciwstawić.
Może jestem obsesyjna, ale to wszystko kojarzy mi się mechanizmem stadnym. Normą jest atakowanie jednostki słabszej i we wszystkich 3 przypadkach działa ta zasada. Czy ktoś kiedyś słyszał o odbieraniu dzieci gangsterom?
Osobiście widziałam w jakimś filmie "nazi occupied Germany"w przeciwieńswie do "nazi Poland". Film był angielski.
Niedawno czytałam, że uaktywnia się jakiś "superwulkan" w Indonezji, co grozi globalną katastrofą. Ta informacja napełniła mnie pewną otuchą. Jeśli innego (niż mamy) końca świata nie będzie to niech przynajmniej okaże się wart swego miana.
Wchodzę na portal wPolityce i co widzę? Tekst Wojciechowskiego o rodzinie Bałutów oraz spostrzeżenie, że po wpisaniu w googla "flaga hitlerowska" wyskakuje m.in. znak Polski Walczącej i jeszcze o jakichś kretynach z Cypru atakujących polskich kibiców z powodów "historycznych".
Zacznę od tekstu Wojciechowskiego (http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/260415-pan-bog-wysoko-a-sad-w-nisku-mimo-rozpaczliwych-prosb-nie-oddaje-dzieci-i-co-mu-kto-zrobi-a-gehenna-dzieci-i-katorga-rodzicow-trwa), z którym się zgadzam w 100%. Jak większość czytelników wiem o sprawie, że w małym mieszkaniu był pies, królik i muszki owocówki i panował pewien nieład i to sąd uznał za powód do odebrania matce karmiącej niemowlęcia oraz umieszczenia dwóch starszych dziewczynek w domu dziecka. Dziś przeczytałam, że starsza z nich była odrzucona w szkole przez rówieśników i oskarżana, że brzydko pachnie. Na zdjęciu widziałam dwie b.ładne i smutne dziewczynki.
Każdy, kto przez pięć minut był w dowolnej szkole w dowolnym charakterze wie, że argument, że ktoś śmierdzi albo "się spierdział" jest stosowany przez pewne jednostki z automatu wobec każdego, kogo akurat glebią. Powiem więcej ten argument jest stosowany w polskiej debacie publicznej wobec opozycji z całą powagą. Mamy więc prześladowaną w szkole dziewczynkę (być może z powodu względnego ubóstwa rodziców) i prześladowaną przez III RP niezamożną rodzinę. Na domiar złego mamy bohaterski, ale ubogi kraj oskarżany przez możnych tego świata o zbrodnie, których nigdy nie popełnił, a sam padł ich ofiarą, a kupione elity polityczne nie robią nic by się temu przeciwstawić.
Może jestem obsesyjna, ale to wszystko kojarzy mi się mechanizmem stadnym. Normą jest atakowanie jednostki słabszej i we wszystkich 3 przypadkach działa ta zasada. Czy ktoś kiedyś słyszał o odbieraniu dzieci gangsterom?
Osobiście widziałam w jakimś filmie "nazi occupied Germany"w przeciwieńswie do "nazi Poland". Film był angielski.
Niedawno czytałam, że uaktywnia się jakiś "superwulkan" w Indonezji, co grozi globalną katastrofą. Ta informacja napełniła mnie pewną otuchą. Jeśli innego (niż mamy) końca świata nie będzie to niech przynajmniej okaże się wart swego miana.
piątek, 24 lipca 2015
O perfekcjonizmie, który może zranić cię jeszcze bardziej (niż kłamstwo)
Perfekcjonizm z duchowego punktu widzenia jest po prostu ordynarną (a może raczej subtelną) szatańską pychą. Rani nie tylko samego perfekcjonistę, ale - niestety - wszystkich, którzy się z nim zetkną (nie daj Boże w charakterze dziecka, ucznia, studenta, doktoranta).
Perfekcjonista nie widzi wysiłku, wkładu pracy, pomysłu, oryginalności dziecka, ucznia, studenta, doktoranta, nie jest tym w ogóle zainteresowany - on widzi wyłącznie rozbieżność między swoim chorym standardem a tym, co ma przed sobą. Ofiara perfekcjonisty po kilku jego interwencjach, zaczyna się bać zrobić cokolwiek, a mur niemożliwości zaczyna wyrastać miedzy nią, a każdą próbą aktywności. Zwątpienie w swój osąd, umiejętności, zdolności i w ogóle wszystko doprowadza do paraliżu woli.
Perfekcjonista paraliżuje swoją ofiarę zabijając w niej wszelką zdrową i adekwatną pewność siebie. Czyni z niej bezradny cień człowieka, niezdolny do twórczego (ani żadnego innego) działania.
Napisałam te gorzkie słowa na drugi dzień po zetknięciu z toksycznym promotorem-perfekcjonistą. Zastanawiam się, ile czasu będę dochodzić do siebie i czy w ogóle mi się to uda.
We Wrocławiu straszny upał, powala nawet żwawe wiewióreczki w parku na Grabiszyńskiej, a co dopiero uciemiężonych doktorantów, którzy musza do 30.09. złożyć gotową pracę.
Perfekcjonista nie widzi wysiłku, wkładu pracy, pomysłu, oryginalności dziecka, ucznia, studenta, doktoranta, nie jest tym w ogóle zainteresowany - on widzi wyłącznie rozbieżność między swoim chorym standardem a tym, co ma przed sobą. Ofiara perfekcjonisty po kilku jego interwencjach, zaczyna się bać zrobić cokolwiek, a mur niemożliwości zaczyna wyrastać miedzy nią, a każdą próbą aktywności. Zwątpienie w swój osąd, umiejętności, zdolności i w ogóle wszystko doprowadza do paraliżu woli.
Perfekcjonista paraliżuje swoją ofiarę zabijając w niej wszelką zdrową i adekwatną pewność siebie. Czyni z niej bezradny cień człowieka, niezdolny do twórczego (ani żadnego innego) działania.
Napisałam te gorzkie słowa na drugi dzień po zetknięciu z toksycznym promotorem-perfekcjonistą. Zastanawiam się, ile czasu będę dochodzić do siebie i czy w ogóle mi się to uda.
We Wrocławiu straszny upał, powala nawet żwawe wiewióreczki w parku na Grabiszyńskiej, a co dopiero uciemiężonych doktorantów, którzy musza do 30.09. złożyć gotową pracę.
sobota, 25 kwietnia 2015
O kłamstwie, ktore bardziej zrani cię niż na wojnie wróg
Chrystus powiedział o sobie, że jest drogą, prawdą i życiem. Duch św. jest duchem prawdy. Prawda, Dobro i Piękno są atrybutami Boga samego. Prawda jest tym imieniem Boga, które jest jak powiew świeżego, krystalicznie czystego powietrza w dusznym pomieszczeniu. Prawda wyzwala.
Natomiast wiadomo kto jest ojcem kłamstwa. Nie jest więc szczególnie dziwne, że kłamstwo, kiedy nas dotyka zostawia wyjątkowo paskudny osad, zwłaszcza kiedy niewinnie zostajemy posądzeni o nie, przez agentów wiadomo kogo, którzy nas oczerniają publicznie. Sama niebywała perfidia takiego zachowania wskazuje na demoniczne pochodzenie. Ktoś, kto do kłamstwa nigdy się nie posuwa jest wobec czegoś takiego całkowicie bezbronny.
Napisałam te słowa jakiś czas temu po przykrym incydencie w przychodni i nawet nie miałam ochoty dalej rozwijać tematu. Wracam do tego porzuconego wpisu po serii wyjątkowo paskudnych oszczerstw rzuconych na nasz naród jako to wypowiedź szefa FBI i sformułowanie Nazi Poland w grze edukacyjnej dla dzieci, której sprzedano 3mln egzemplarzy.
Reakcja po protestach była - mówiąc oględnie - niewystarczająca. Nie mogę zrozumieć dlaczego ktoś nie wytoczy tym i podobnym s...synom procesu i nie zgarnie kupy kasy. Sama bym to zrobiła, gdybym była na miejscu i miała odpowiednie zasoby. Podejrzewam, że takich osób trochę jest. Na obecny rząd nie ma co liczyć, inicjatywa musi wyjść od obywateli. Zastanawiam się czy osoba prywatna mogłaby to zrobić argumentując, że tego rodzaju oszczerstwa osłabiają pozycję zawodową i społeczną (kogoś mieszkającego i pracującego za granicą) oraz narażają na niebezpieczeństwo życie i zdrowie (był przypadek ataku na młodego Polaka w Belgii przez jakieś barana przejętego tego rodzaju oszczerstwami).
Równie bolesna jest dla mnie antychrześcijańska i antykatolicka propaganda, która po prostu wrosła w pop kulturę. Obejrzałam 3 sezon w "Wikingów" i co tam mamy? Oczywiście sadystę z sekretną komnatą przeznaczona do torturowania kochanek. Jest nim hrabia Odon (o ile dobrze pamiętam) obrońca Paryża. Scena w której udający trupa Ragnar wyłazi z trumny na mszy i morduje biskupa na oczach wiernych jest jedną z wielu w tym serialu profanacji sacrum i mordowania bezbronnych. Mam wrażenie, że twórcy pławią się w nich z upodobaniem.
To zastanawiający zbieg okoliczności, że obie wspólnoty narodowa i Kościoła, do których należę i się z nimi silnie identyfikuję są z taką wściekłością atakowane. Wiadomo kto nienawidzi Kościoła, ale dlaczego Polska?. Nic na to nie poradzę, ale przychodzi mi do głowy pewna wpływowa grupa etniczna, która dokładnie tych 2 wspólnot nienawidzi i ma sporo do powiedzenie w pop kulturze, zwłaszcza filmie i mediach.
Natomiast wiadomo kto jest ojcem kłamstwa. Nie jest więc szczególnie dziwne, że kłamstwo, kiedy nas dotyka zostawia wyjątkowo paskudny osad, zwłaszcza kiedy niewinnie zostajemy posądzeni o nie, przez agentów wiadomo kogo, którzy nas oczerniają publicznie. Sama niebywała perfidia takiego zachowania wskazuje na demoniczne pochodzenie. Ktoś, kto do kłamstwa nigdy się nie posuwa jest wobec czegoś takiego całkowicie bezbronny.
Napisałam te słowa jakiś czas temu po przykrym incydencie w przychodni i nawet nie miałam ochoty dalej rozwijać tematu. Wracam do tego porzuconego wpisu po serii wyjątkowo paskudnych oszczerstw rzuconych na nasz naród jako to wypowiedź szefa FBI i sformułowanie Nazi Poland w grze edukacyjnej dla dzieci, której sprzedano 3mln egzemplarzy.
Reakcja po protestach była - mówiąc oględnie - niewystarczająca. Nie mogę zrozumieć dlaczego ktoś nie wytoczy tym i podobnym s...synom procesu i nie zgarnie kupy kasy. Sama bym to zrobiła, gdybym była na miejscu i miała odpowiednie zasoby. Podejrzewam, że takich osób trochę jest. Na obecny rząd nie ma co liczyć, inicjatywa musi wyjść od obywateli. Zastanawiam się czy osoba prywatna mogłaby to zrobić argumentując, że tego rodzaju oszczerstwa osłabiają pozycję zawodową i społeczną (kogoś mieszkającego i pracującego za granicą) oraz narażają na niebezpieczeństwo życie i zdrowie (był przypadek ataku na młodego Polaka w Belgii przez jakieś barana przejętego tego rodzaju oszczerstwami).
Równie bolesna jest dla mnie antychrześcijańska i antykatolicka propaganda, która po prostu wrosła w pop kulturę. Obejrzałam 3 sezon w "Wikingów" i co tam mamy? Oczywiście sadystę z sekretną komnatą przeznaczona do torturowania kochanek. Jest nim hrabia Odon (o ile dobrze pamiętam) obrońca Paryża. Scena w której udający trupa Ragnar wyłazi z trumny na mszy i morduje biskupa na oczach wiernych jest jedną z wielu w tym serialu profanacji sacrum i mordowania bezbronnych. Mam wrażenie, że twórcy pławią się w nich z upodobaniem.
To zastanawiający zbieg okoliczności, że obie wspólnoty narodowa i Kościoła, do których należę i się z nimi silnie identyfikuję są z taką wściekłością atakowane. Wiadomo kto nienawidzi Kościoła, ale dlaczego Polska?. Nic na to nie poradzę, ale przychodzi mi do głowy pewna wpływowa grupa etniczna, która dokładnie tych 2 wspólnot nienawidzi i ma sporo do powiedzenie w pop kulturze, zwłaszcza filmie i mediach.
wtorek, 21 kwietnia 2015
Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy zaradni i pewni siebie jesteście...
Wczoraj na portalu Bibuła w artykule potępiającym taniec podczas mszy u łódzkich Jezuitów przeczytałam taki oto tekst:
"Oczywiście nie wszyscy katolicy porzucają ruchy młodzieżowe. Pozostaje przy nich znikomy odsetek, zazwyczaj osób bardzo nieśmiałych, niezaradnych, zagubionych, samotnych. Wspólnoty są ich całym życiem i będą tego bronić. To być może jedyne grupki społeczno – towarzyskie, gdzie ludzie ci czują się akceptowani. Ale równocześnie zauważmy, że właśnie tak wygląda stereotyp polskiego katolika, jaki mają osoby niereligijne. Ten stereotyp nie jest bezpodstawny, gdyż kształtuje się poprzez lata, począwszy od czasów szkolnych i młodzieżowych."
i jestem w kropce.
Nie zamierzam dyskutować z autorem na temat ruchów charyzmatycznych (do których - o ile dobrze zrozumiałam - zalicza także Oazę) w Kościele Katolickim. Jestem skłonna się zgodzić z wieloma jego tezami, ale powyższy fragment mnie obalił.
Czyli osoby "bardzo nieśmiałe, niezaradne, zagubione i samotne" we wspólnotach to wstyd dla Kościoła? Wstyd przed niewierzącymi? O ile dobrze rozumiem Kościół powinien wymienić je na bardzo pewnych siebie wybitnie zaradnych ekstrawertyków, którzy absolutnie nigdy nie są zagubieni. Tylko, że tacy ludzie na ogół nie potrzebują ani Boga ani wspólnoty.
Zawsze myślałam, że Jezus powiedział: "przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pocieszę" i jeszcze "nie potrzebują lekarza zdrowi tylko ci, którzy się źle mają", ale to może ja czegoś nie zrozumiałam.
"Oczywiście nie wszyscy katolicy porzucają ruchy młodzieżowe. Pozostaje przy nich znikomy odsetek, zazwyczaj osób bardzo nieśmiałych, niezaradnych, zagubionych, samotnych. Wspólnoty są ich całym życiem i będą tego bronić. To być może jedyne grupki społeczno – towarzyskie, gdzie ludzie ci czują się akceptowani. Ale równocześnie zauważmy, że właśnie tak wygląda stereotyp polskiego katolika, jaki mają osoby niereligijne. Ten stereotyp nie jest bezpodstawny, gdyż kształtuje się poprzez lata, począwszy od czasów szkolnych i młodzieżowych."
i jestem w kropce.
Nie zamierzam dyskutować z autorem na temat ruchów charyzmatycznych (do których - o ile dobrze zrozumiałam - zalicza także Oazę) w Kościele Katolickim. Jestem skłonna się zgodzić z wieloma jego tezami, ale powyższy fragment mnie obalił.
Czyli osoby "bardzo nieśmiałe, niezaradne, zagubione i samotne" we wspólnotach to wstyd dla Kościoła? Wstyd przed niewierzącymi? O ile dobrze rozumiem Kościół powinien wymienić je na bardzo pewnych siebie wybitnie zaradnych ekstrawertyków, którzy absolutnie nigdy nie są zagubieni. Tylko, że tacy ludzie na ogół nie potrzebują ani Boga ani wspólnoty.
Zawsze myślałam, że Jezus powiedział: "przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pocieszę" i jeszcze "nie potrzebują lekarza zdrowi tylko ci, którzy się źle mają", ale to może ja czegoś nie zrozumiałam.
niedziela, 29 marca 2015
O tworzeniu kultury
Oglądałam niedawno debatę na YouTube o tym czy prawica przegrała kulturę. Bronisław Wildstein na początku swojego wystąpienia przytoczył szeroką definicję kultury czyli całokształtu wyrobów człowieka. Nie zwróciłam na to szczególnej uwagi, słuchałam dalej. Debata jak debata, może jeszcze do niej wrócę, ale nie o niej dzisiaj zamierzam pisać.
Pojęcie kultura materialna jest tak oczywiste przy omawianiu jakichś zamierzchłych cywilizacji, natomiast zaskakujące stało się dla mnie w kontekście mojego dnia codziennego.
Jest niedziela (palmowa), jestem trochę chora, ale nie na tyle, żeby nie upiec ciasta. Mam ostatnio lekkie problemy z wątrobą więc przez ostatnie miesiące piekę różne warianty ciasta biszkoptowego z owocami albo zatopionymi w cieście albo w galarecie. Pieczenie ciasta jest rodzajem magii - trochę białego proszku, jajek i innych sypkich lub płynnych substancji, wysoka temperatura i wychodzi coś pysznego, napełniającego zapachem całe mieszkanie i klatkę schodową na dodatek, i sprawiającego, że dom jest domem. Jest to niewątpliwie produkt kultury, a stosując starożytną definicję - dzieło sztuki. Starożytni (a za nimi ludzie średniowiecza) bowiem za sztukę uważali każdą aktywność, która wymaga jakiejś umiejętności jak wykucie rzeźby w marmurze czy uszycie butów, ułożenie pieśni czy upieczenie chleba, taniec czy wytwarzanie garnków. Taka definicja ma dla mnie zdecydowanie więcej sensu niż uznanie za dzieło sztuki wiadra odchodów słonia tylko dla tego, że odpowiednie gremia, miały taki kaprys.
Cytuję w swojej pracy książkę o sztuce prehistorycznej, w której autor (nie pamiętam nazwiska) stwierdza, że sztuka jest tym przejawem, które odróżnia człowieka od zwierzęcia (teoria ewolucji ma pewien problem z tą granicą), chodzi mu przy tym o tzw. "sztukę wysoką". Ja natomiast chciałam zauważyć, że sam fakt przygotowywania sobie posiłków i ubrań jest właściwy tylko człowiekowi i to ta część kultury, w której tworzeniu wszyscy bierzemy udział.
Zawsze mnie irytuje kiedy moja matka dziwi się, że "mi się tak chce" upiec ciasto uszyć sobie kieckę, płaszcz albo kapelusz, przygotować ileś tam potraw na święta itp. Zazwyczaj sugeruje przy tym, żeby kupić gotowe i nie marnować czasu. Pod wpływem takiego gadania sama się zastanawiam, co sprawia, że mi się chce. Odpowiedź jest prosta mam tą samą radochę wkładając ręce w mąkę, żeby zrobić z niej makaron jak wtedy gdy wkładałam je w glinę, żeby modelować rzeźbę. Wymyślanie co przygotuję na święta, czy co sobie uszyję na wiosnę dostarcza mi dokładnie tej samej przyjemnej ekscytacji co "twórczość artystyczna", a przy tym wolne jest od całej masy dylematów p.t. gdzie ja to będę przechowywać.
Miałam kiedyś ambicję, żeby być "twórcą kultury" nie przebiłam się jednak, nie dopchałam. Zrobiłam kilka wystaw, obrazki się podobały i miały całkiem niezłe recenzje. Sprzedałam 2 sztuki (słownie dwie), dla reszty muszę wynajmować magazyn. Tak wiec wątek "sztuki wysokiej" ma w moim życiu gorzkawy posmak, a myśl o kosztach przechowywania skuteczniej mnie hamuje niż zrzędzenie mojej matki.
Szycie ciuchów naraża mnie na zazdrość i wrogość innych kobiet, nawet gotowanie na święta (i próbowanie) przyczyniło się do ujawnienia słabości mojej wątroby, a jednak ciągle mi się chcę!
Nie jestem nawiedzona, ale kiedy wałkowałam ciasto na makowiec przed Bożym Narodzeniem czułam żywy (i pozytywny) związek z tymi wszystkim pokoleniami kobiet z mojej rodziny, które robiły to samo przez wieki.
Te wszystkie niedoceniane dziś czynności, przędzenie lnu lub wełny, tkanie płótna, szycie kożuchów, robienie na drutach, granie na skrzypkach, śpiewanie ułożonych na prędce przyśpiewek, opowiadanie niesamowitych historii wieczorami i wszystko, to co znam z opowieści moich rodziców jawi mi się jako zdecydowanie bogatsze niż tzw. dobrodziejstwa cywilizacji, która chce nas na wszelkie sposoby sprowadzić do roli konsumentów.
Pojęcie kultura materialna jest tak oczywiste przy omawianiu jakichś zamierzchłych cywilizacji, natomiast zaskakujące stało się dla mnie w kontekście mojego dnia codziennego.
Jest niedziela (palmowa), jestem trochę chora, ale nie na tyle, żeby nie upiec ciasta. Mam ostatnio lekkie problemy z wątrobą więc przez ostatnie miesiące piekę różne warianty ciasta biszkoptowego z owocami albo zatopionymi w cieście albo w galarecie. Pieczenie ciasta jest rodzajem magii - trochę białego proszku, jajek i innych sypkich lub płynnych substancji, wysoka temperatura i wychodzi coś pysznego, napełniającego zapachem całe mieszkanie i klatkę schodową na dodatek, i sprawiającego, że dom jest domem. Jest to niewątpliwie produkt kultury, a stosując starożytną definicję - dzieło sztuki. Starożytni (a za nimi ludzie średniowiecza) bowiem za sztukę uważali każdą aktywność, która wymaga jakiejś umiejętności jak wykucie rzeźby w marmurze czy uszycie butów, ułożenie pieśni czy upieczenie chleba, taniec czy wytwarzanie garnków. Taka definicja ma dla mnie zdecydowanie więcej sensu niż uznanie za dzieło sztuki wiadra odchodów słonia tylko dla tego, że odpowiednie gremia, miały taki kaprys.
Cytuję w swojej pracy książkę o sztuce prehistorycznej, w której autor (nie pamiętam nazwiska) stwierdza, że sztuka jest tym przejawem, które odróżnia człowieka od zwierzęcia (teoria ewolucji ma pewien problem z tą granicą), chodzi mu przy tym o tzw. "sztukę wysoką". Ja natomiast chciałam zauważyć, że sam fakt przygotowywania sobie posiłków i ubrań jest właściwy tylko człowiekowi i to ta część kultury, w której tworzeniu wszyscy bierzemy udział.
Zawsze mnie irytuje kiedy moja matka dziwi się, że "mi się tak chce" upiec ciasto uszyć sobie kieckę, płaszcz albo kapelusz, przygotować ileś tam potraw na święta itp. Zazwyczaj sugeruje przy tym, żeby kupić gotowe i nie marnować czasu. Pod wpływem takiego gadania sama się zastanawiam, co sprawia, że mi się chce. Odpowiedź jest prosta mam tą samą radochę wkładając ręce w mąkę, żeby zrobić z niej makaron jak wtedy gdy wkładałam je w glinę, żeby modelować rzeźbę. Wymyślanie co przygotuję na święta, czy co sobie uszyję na wiosnę dostarcza mi dokładnie tej samej przyjemnej ekscytacji co "twórczość artystyczna", a przy tym wolne jest od całej masy dylematów p.t. gdzie ja to będę przechowywać.
Miałam kiedyś ambicję, żeby być "twórcą kultury" nie przebiłam się jednak, nie dopchałam. Zrobiłam kilka wystaw, obrazki się podobały i miały całkiem niezłe recenzje. Sprzedałam 2 sztuki (słownie dwie), dla reszty muszę wynajmować magazyn. Tak wiec wątek "sztuki wysokiej" ma w moim życiu gorzkawy posmak, a myśl o kosztach przechowywania skuteczniej mnie hamuje niż zrzędzenie mojej matki.
Szycie ciuchów naraża mnie na zazdrość i wrogość innych kobiet, nawet gotowanie na święta (i próbowanie) przyczyniło się do ujawnienia słabości mojej wątroby, a jednak ciągle mi się chcę!
Nie jestem nawiedzona, ale kiedy wałkowałam ciasto na makowiec przed Bożym Narodzeniem czułam żywy (i pozytywny) związek z tymi wszystkim pokoleniami kobiet z mojej rodziny, które robiły to samo przez wieki.
Te wszystkie niedoceniane dziś czynności, przędzenie lnu lub wełny, tkanie płótna, szycie kożuchów, robienie na drutach, granie na skrzypkach, śpiewanie ułożonych na prędce przyśpiewek, opowiadanie niesamowitych historii wieczorami i wszystko, to co znam z opowieści moich rodziców jawi mi się jako zdecydowanie bogatsze niż tzw. dobrodziejstwa cywilizacji, która chce nas na wszelkie sposoby sprowadzić do roli konsumentów.
niedziela, 15 marca 2015
Jeszcze o hierarchii stadnej
Wspominałam już kiedyś na tym blogu, że jestem zapamiętałą wielbicielką programu Journey Home EWTN, w którym ludzie różnych wyznań opowiadają o swojej drodze do Kościoła Katolickiego.
Niedawno obejrzałam jeden z moich ulubionych odcinków z panią Talat Storkirk, muzułmanką z Indii, której życie byłoby fantastycznym materiałem na scenariusz filmowy.(https://www.youtube.com/watch?v=S0iXAXXxQvY)
Nie będę jednak streszczać całej tej historii, powiem tylko, że swoje nawrócenie w dużym stopniu zawdzięcza siostrom zakonnym prowadzącym szkoły, w których się kształciła. - w tym sensie, że była to dla niej okazja, żeby się z Chrześcijaństwem zetknąć.
Na koniec programu z dużą swadą wyrażała wdzięczność tym wszystkim siostrom, które przyjeżdżały z Europy do Indii nie bacząc na upał, brud i muchy i dawały z siebie wszystko, nic z tego nie mając. Wszystko to bardzo piękne i wzruszające aż do momentu kiedy wspomniała, że szkoła w Karaczi, do której sama chodziła była kiedyś elitarna, a obecnie - ponieważ nie pracują już w niej siostry z Europy - bardzo podupadła.I tu dochodzimy do sedna - siostry Hinduski czy też Pakistanki są przygotowane równie dobrze do pracy jak ich Europejskie poprzedniczki, ale pochodzą z niewłaściwej kasty.
Więc to nie cnota, skromność ubioru, czystość, święte życie i wiedza były magnesem dla zamożnych hinduskich (pakistańskich) rodzin tylko odcień skóry jaśniejszy niż najwyższych kast ich społeczeństwa i pochodzenie z narodu, który ich podbił (a więc jest lepszy, bo silniejszy).
Strasznie to smutne ale prawdziwe.
Niedawno obejrzałam jeden z moich ulubionych odcinków z panią Talat Storkirk, muzułmanką z Indii, której życie byłoby fantastycznym materiałem na scenariusz filmowy.(https://www.youtube.com/watch?v=S0iXAXXxQvY)
Nie będę jednak streszczać całej tej historii, powiem tylko, że swoje nawrócenie w dużym stopniu zawdzięcza siostrom zakonnym prowadzącym szkoły, w których się kształciła. - w tym sensie, że była to dla niej okazja, żeby się z Chrześcijaństwem zetknąć.
Na koniec programu z dużą swadą wyrażała wdzięczność tym wszystkim siostrom, które przyjeżdżały z Europy do Indii nie bacząc na upał, brud i muchy i dawały z siebie wszystko, nic z tego nie mając. Wszystko to bardzo piękne i wzruszające aż do momentu kiedy wspomniała, że szkoła w Karaczi, do której sama chodziła była kiedyś elitarna, a obecnie - ponieważ nie pracują już w niej siostry z Europy - bardzo podupadła.I tu dochodzimy do sedna - siostry Hinduski czy też Pakistanki są przygotowane równie dobrze do pracy jak ich Europejskie poprzedniczki, ale pochodzą z niewłaściwej kasty.
Więc to nie cnota, skromność ubioru, czystość, święte życie i wiedza były magnesem dla zamożnych hinduskich (pakistańskich) rodzin tylko odcień skóry jaśniejszy niż najwyższych kast ich społeczeństwa i pochodzenie z narodu, który ich podbił (a więc jest lepszy, bo silniejszy).
Strasznie to smutne ale prawdziwe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)