poniedziałek, 23 września 2024

Żywot Agnieszki Staford

Nie pamiętam co rysowałam jako małe dziecko. Nie pamiętam pokazywania mamie z dumą swoich rysunków. Moja mama zresztą, sama bardzo uzdolniona plastycznie, a przy tym bardzo krytyczna wobec swoich córek, na pewno niczym takim by sie nie zachwyciła.  Natomiast świetnie pamiętam cykle zwane "żywotami" tworzone namiętnie przez środkowe lata podstawówki. Utworzyłyśmy nawet z siostrą czasownik "żywotować" na czynność rysowania tychże i rzeczownik "żywociarka" na bohaterkę. Żywotowałyśmy zgodnie po obu stronach stołu stojącego pod oknem w naszym pokoju. 

Nadałam mojej żywociarce imię Agnieszka, które mnie wtedy zachwycało, a nazwisko Staford zaczerpnęłam z jakiegoś filmu o "świętym" z Rogerem Moore. Rzeczona Agnieszka Staford mieszkała w niewielkim miasteczku, gdzie nie było złych ludzi (chorób i smierci też raczej nie). Narysować oczywiście się tego nie dało, ale takie założenie leżało u podstaw każdego żywota. Chodniki na pewno były pokryte malowidłami albo mozaikami, jesienią zawsze zdarzała się malownicza wichura, pełna wirujących liści, a po niej powódź, która zalewała pokój mojej bohaterki w takim stopniu, że mogła w nim pływać. Podobna powódź miała miejsce wiosną i cały transport w miasteczku odbywal się łodziami. Jako istota ziemno-wodna uważałam takie rozwiazanie za bardzo atrakcyjne. Ponadto w miesiącach letnich można było podrożować na chmurach.

Moja żywociarka mieszkała w domku jednorodzinnym o 24 pokojach (czyli 12 razy więcej niż nasze mieszkanie w bloku) i - oczywiście - otoczonym ogrodem. Nie miała rodzeństwa, a jej rodzice - o ile pamiętam - nigdy nie pojawiali sie na kartach żywota. Miała psa - który mógł być dogiem lub seterem, albo jakąś olbrzymią rasą wymyśloną przeze mnie - oraz konia i wielbłąda.

Co do wieku pewności nie mam ale musiała mieć co najmniej jakieś 15-16 lat. A może nawet 18 albo 20? Nie pamiętam, ale swego czasu wierzyłam, że księżniczki przychodzą na świat od razu w wieku 20 lat, więc wszystko jest możliwe! Raczej chodziła do szkoły niż pracy, a jej koleżanki i koledzy byli w podobnym wieku, inni ludzie nie pojawiali sie na kartach żywota.

Agnieszka Staford była olśniewajaco piękną tlenioną blondynką. Zawsze bardzo wyraźnie rysowałam jej czarne odrosty. Moja siostra patrzyła na to ze zgrozą. Co do oczu, to mogły być fioletowe choć tu mogę się mylić, ale najważniejsze było, że jej włosy rosły w takim tempie, że mogła sobie zahodować warkocz do ziemi w ciągu miesiąca. Na pewno miała najbliższą przyjaciółkę, grono koleżanek i chłopaka o południowej urodzie,ktory pojawił sie znacznie później.

Jakkolwiek głupawa i humorystyczna wydaje się ta moja wersja swiata Barbie, to łatwo zauważyć, że była wyzwaniem w sensie plastycznym. Wiele postaci ludzkich i zwierząt w ruchu, sceny we wnętrzach, sceny w plenerze, fantastyczna architektura itp

Moja starsza siostra rysowała o wiele lepiej ode mnie. Jej postacie miały zawsze odpowiednie proporcje i dobrze oddany ruch. Najpierw robiła szkic ołówkiem, który następnie wypelniała kolorem (rysowałyśmy kredkami ołówkowymi). Wiele ujęć bylo naprawdę dobrych. Pamiętam jej żywociarkę wsiadającą do łodzi z ganku swojego domu albo scenę na basenie gdzie dziewczęta w strojach (wszystkie tyłem do widza) myją sie pod prysznicami.

Zanim moja siostra zrobiła jeden obrazek ja kończyłam czwarty, gdyż rysowałam od razu kredkami nie przywiązując wagi do precyzji wykonania, a moje pomysły były o wiele bardziej fantastyczne...

Z czasem zaczęłam zwracać coraz wieksza uwagę na anatomię postaci i sugestywność tła. Wyraźnie pamiętam wysiłek włożony w realistyczne przedstawienie fontanny i odkrywczą obserwacje, że słup wody wyrzucanej przez nią jest w istocie biały, a nie niebieski czy przeźroczysty. Coraz bardziej męczyły mnie ograniczone możliwości kredek ołówkowych...

Mniej wiecej wtedy moja mama przyniosła z pracy tempery pompejańskie w 24 kolorach (pracowała w hurtowni papierniczej, do której producenci przynosili swoje oferty w nadziei na kontrakt). Żadna z nas nie była fanką malowania farbami, które "brzydko" sie rozlewały i nie pozwalaly na precyzję istotną szczególnie w przypadku twarzy, ale tempery jako kryjące były zdecydowanie lepsze niż akwarele.

Do przejścia na farby przyczynił sie jeszcze jeden istotny czynnik. W wieku 11 lat przeczytałam Trzech Muszkieterów Aleksandra Dumas i wtedy właśnie zostałam namiętną czytelniczka powieści historycznych. Ich pełnokrwiści bohaterowie wyparli Agnieszke Staford i jej idealne miasteczko z mojej wyobraźni. Moim ulubionym zajeciem stały sie próby oddania ich na papierze przy użyciu wyżej wspomnianych farb. To było coś zupełnie nowego - realistyczne portrety bohaterów powieściowych z wyobraźni wzbogacone obserwacją jak układają sie cienie na ludzkiej twarzy i wlosach i jak zmienia się pod ich wpływem kolor skóry. Twarze Rzymian i Rzymianek z charakterystycznymi fryzurami wypełniały całe kartki papieru, każda obdarzona indywidualnym charakterem.

Moja siostra nigdy nie przekonała sie do farb, zreszta skończyła podstawówkę i jeśli coś rysowała to głównie psy, konie albo projekty swetrów. Ja natomiast nabierałam rozmachu i chwytałam za coraz większe formaty, żeby móc oddać nie tylko twarze powieściowych bohaterów, ale całe sceny z ich udziałem.

Szczególnie napaliłam sie na scenę z Ivanhoe Waltera Scotta, w której Żydowka Rebecca, córka Izaaka z Yorku, w obronie swojej cnoty wskakuje na parapet i grozi dumnemu templariuszowi Brianowi de Bois-Guilbert, że się rzuci z okna, jeśli sie do niej zbliży. Zaopatrzyłam sie w szary papier formatu co najmniej 100 x 70, ale nie mając deski takiej wielkości, którą mogłabym ustawić pionowo, męczyłam się malując na stole, co spowodowało zaburzone proporcje i ogólne niepowodzenie tego śmiałego projektu...

Łatwiej było robić monochromatyczne szkice mniejszego formatu ilustrujace romansowe wątki moich lektur zwane "migdaleniem". Jednak i one rodziły trudności natury anatomicznej i zmuszały do przygladania się w jakim skrócie narysować ramiona i ręce obejmujących się ludzi, ich profile itp.

Niestety nic z tego sie nie zachowało, więc nie mam czym zilustrować mego wywodu...





niedziela, 22 września 2024

Czym jest talent?

Myślę, że stwierdzenie, że wszyscy ludzie mają jakieś zdolności nie jest szczególnie kontrowersyjne.  Posunę nawet się do twierdzenia, że zdecydowana większość posiada jakieś zdolności artystyczne. Każda kobieta potrafi dobrać rajstopy do spódnicy, bluzkę do żakietu, a szalik do płaszcza. We wszystkich mieszkaniach kolor ścian, dywanu i zasłon pozostaje w jakiejś harmonii. We wspólnie spiewanym hymnie na dowolnym zgromadzeniu da się rozpoznać jego melodię. Często ogródki działkowe, nie wspominajac już o przydomowych, to małe dzieła sztuki. Wielu ludzi słuchamy tylko dlatego, że mają talent narracyjny, choć zdajemy sobie sprawę, że konfabulują, ale budują napięcie swych opowieści tak umiejętnie, że - chcąc nie chcąc - dobrze sie bawimy. A sztuka kulinarna? Ileż tu najprawdziwszych talentów między ludźmi, którzy zawodowo zajmują sie czym zupelnie innym.

Wśród samowystarczalnych społeczności wiejskich rzecz była jeszcze bardziej ewidentna. Wszyscy umieli robić wszystko potrzebne do życia + tworzyć kulturę na potrzeby własne (rękodzielo, muzyka, spiew, taniec + "literatura mowiona" w formie opowieści w długie zimowe wieczory). Jeśli ktoś wyróżniał sie talentem w jakiejś określonej dziedzinie np tkactwo lub krawiectwo, byl proszony przez sąsiadów o zrobienie tego lub owego w zamian inną przysługę.

Wieczór muzyczny w domu rodzinnym w Łaszukach na Wileńszczyźnie namalowany przez wujka Olgierda na starość, z pamięci 

Problem zaczynał się z takimi ludźmi jak mój wujek Olgierd, który nie tylko miał możliwości intelektualne i aspiracje znacznie wykraczajace poza horyzont małej wsi na kresach, lecz także był obdarzony "nadmiarowym" talentem plastycznym. Nie byl w stanie upleść koszyka, który by się nie przewracal, ale z upodobaniem lepil z chleba lub gliny realistyczne figurki zwierząt domowych, a potem rysował kawałkiem węgla udane portrety co ładniejszych panien.

Co najistotniejsze, on się ze swoim talentem męczył, gdyż był on wiekszy niż zapotrzebowanie na kulturę w jego rodzinnej wsi czy powiecie. Było dla niego oczywiste, że musi udać sie do stolicy na studia i znależć się w elitarnym gronie profesjonalnych artystów. Bylo to jasne również dla jego nauczycieli, nawet tych sowieckich (po 1939), ale niekoniecznie dla rodziców.

Paradoksalnie wojna go wyzwoliła. Przeszedl cały szlak  bojowy od Lenino do Berlina i zostal zawodowym oficerem WP. Dzięki poważnym problemom ze zdrowiem udalo mu się od wojska uwolnić, zrobić studia na ASP w Warszawie (w pracowni Eibischa), po czym osiąść na Śląsku i realizować się jako artysta po godzinach pracy w szkole, gdzie uczył plastyki. W jakimś momencie nie musiał już tego robić i mógł zająć się wyłącznie malarstwem. Wymagało to iluś tam kompromisów, malowania portretow partyjnych kacyków, ale dopiąl swego.

Portret Józefa Skrzeka autorstwa wujka Olgierda

Nie mam trudności ze zrozumieniem jego racji, choć wiele decyzji mi sie nie podoba. Ale to nie podejrzane kompromisy mnie niepokoją w życiu artystów, którzy osiągnęli sukces, tylko pewne cechy charakteru umożliwiajace osiągnięcie tak egzotycznego celu jak życie ze sztuki. Prawie zawsze jest to przerost ego + nadwrażliwość na punkcie swojej tworczości + nadmierna koncentracja na niej, bardzo krzywdząca dla rodziny, która zawsze pozostaje sprawą drugorzędną.

Nurtuje mnie pytanie czy tzw. talent to "nadmiarowe" zdolności, zbyt duże na własny użytek i domagające się realizacji (in spe, aby wielu mogło z nich korzystać), powołanie - używając terminologi katolickiej - czy też wada charakteru, rozdęte ego, które potrzebuje zdolności jako pretekstu, aby uważać się za kogoś niezwykłego, cenniejszego od ludzi przeciętnych. Innymi słowy, czy to nadmiarowe zdolności powodują rozdęcie ego czy też wada chakteru - rozdęte ego - chwyta się jakichkolwiek zdolności i przez nadzwyczajny upór i determinację kreuje się na wybitnego twórcę. A może muszą istnieć oba te czynniki talent + wielkie ego. Tego nie wiem, ale jakakolwiek jest proporcja obu tych czynników, wynikiem jest niepokój, który domaga się tworzenia, a nawet zmusza do niego.

Znana jest anegdota chyba o Rainerze Marii Rilke, który wyjaśnił młodemu poecie, że ocena jego wierszy przez kogokolwiek nie ma żadnego znaczenia. Poetą jest, jeśli musi pisać niezależnie od wszystkiego, czy sie komuś to podoba czy nie.

Dlaczego z dwóch sióstr uzdolnionych plastycznie, rysujacych spontanicznie od wczesnego dzieciństwa jedna poprzestaje na kredkach i traci zainteresowanie do końca podstawówki, a druga około lat 12 łapie za farby i dopiero sie rozkręca, zaczyna studia rysunkowe i malarskie z natury i udane portrety węglem i pastelami? Czy ta druga ma wiekszy talent czy jest gorszym człowiekiem? A może przekroczyła jakąś barierę do ktorej tamta nie doszła i odkryla zupełnie nowe horyzonty? Tak, jak bywa przy nauce języka, kiedy nagle wraz z możliwością czytania w oryginale otwiera się nowy kontynent, albo kiedy wraz z umiejetnością szycia zyskuje się nieograniczone możliwości kreowania własnego stylu albo kiedy po przekroczeniu bariery lęku można bez treningu przepłynąć każde  jezioro.... Tu można sobie dopisać dowolną umiejetność, którą się w jakimś stopniu zgłębiło... 

To otwieranie sie zupełnie nowych horyzontów tak wciąga człowieka, że chce iść dalej i dalej... Chce czy musi? Czy istnieje jakaś granica, do której musi dojść, aby się uspokoić czy jest nią dopiero śmierć? 


O zazdrości i mediach społecznościowych

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby zamieścić na grupie znajomych z roku zdjęcie Odry tuż przed falą kulminacyjną. Wszyscy sie przez chwilę zaniepokoili o moje bezpieczeństwo, ja ich uspokoiłam i temat sie skończył, bo nikt z nich nie jest bezpośrednio zagrożony. Jeden z kolegów jeszcze podczas trwania tego wątku wrzucił swój kolejny obraz z motywem wody i kobiecych ud, że to niby na temat. Nie wiem co mi sie stało, że uznałam za stosowne zareagować zamieszczeniem swoich prac:

Widok z wiezy katedry. Olej na dziadowskiej płycie

To samo w technice collage z tkanin

Odra jesienią. Olej na płótnie

I się zaczęło. Ludzie się ożywili i dawaj mnie chwalić na prześcigi, to ja dalej wrzucam kolejne z obszernym komentarzem, oni mi na to "są świetne, uwierz nam". Więc ja im na to, jaka to straszna klika we Wroclawiu i jak nie mogę się przebić. Tu pojawiły się inne głosy o lokalnych sitwach w instytucjach kultury i na wyższych uczelniach i w tym momencie kolega J. poczuł się dotknięty do żywego zachwytem kolegów nad moim "dorobkiem" i mówieniem o sitwach, do których trzeba należeć, aby odnieść sukces. 

Wdłuższym wywodzie zapewnił nas, że on do zadnej sitwy nie należy, a sukces odniósl dzięki talentowi i ogromnej pracowitości, a od tego kadzenia i "zalizywania się na śmierć" w ramach towarzystwa wzajemnej adoracji jest mu niedobrze. Iluś ludzi poczulo się dotkniętych, iluś próbowało załagodzić sytuację, ale sielanka sie skończyła i pewnie dobrze, bo media społecznościowe są bardziej uzależniajace niż substancje chemiczne czy hazard. Zawsze to czulam intuicyjnie i trzymałam sie od nich z daleka.

Historia ta jednak nie daje mi spokoju ze wzgledu na dwa aspekty. Pierwszy to zazdrość osób, które odniosły sukces wobec tych, którym się znacznie gorzej wiedzie. Brzmi dziwnie, ale zjawisko istnieje, czego dowodem reakcja kolegi J. na zainteresowanie moimi pracami.

Kolega J. tuz po studiach lub niedługo po został dyrektorem BWA w mieście Z. i jest nim do dnia dzisiejszego, a przy tym uznanym malarzem sprzedajacym swoje dzieła w jakimś domu aukcyjnym w "warszawce". Powstała o jego twórczości nawet praca magisterska na KULu, czym sie nie omieszkał pochwalić. Mimo tych licznych sukcesów nigdy nie ma dość atencji i zachwytów i nie może znieść, kiedy kto inny jest chwalony zamiast niego.

Drugi aspekt to uświadomienie sobie jakiejś głebokiej potrzeby wydobycia na światło dzienne wszystkiego tego, co jest zwiazane z moją twórczością - prac jako takich, ich historii oraz emocji i refleksji towarzyszących ich powstawaniu. Potrzebuję uwolnić sie nie tylko od goryczy odrzucenia, ale przede wszystkim od ciężaru tego tematu jako takiego. Mam ten talent czy go nie mam? A jesli tak to czy go zmarnowałam czy rozwinęlam itp. Jest to jakiś ciężar, który niosę, byc może fałszywy krzyż...

Dlatego drogi potencjalny czytelniku strzeż się, bo w najbliższych wpisach wyleje się to wszystko na Ciebie!




sobota, 21 września 2024

O "grzechu ekologicznym" i powodzi na Dolnym Śląsku

Papież Franciszek wynalazł przygarść nowych grzechów. Nie pamiętam wszystkich ale "grzech przeciw synodalności", "traktowania doktryn jak kamieni do rzucania w innych" i "ekologiczny" utkwiły mi w pamięci. Z okazji powodzi skupię się na tym ostatnim.

Wrocław i Opole nie zostały zalane dzięki inwestycji w Raciborzu, która - jak rozumiem - nie jest retencyjnym zbiornikiem całorocznym jak początkowo planowano. Dlaczego zmieniono pierwotny plan? Z tego samego powodu, dla którego zrezygnowano z budowy zbiorników w Kotlinie Klodzkiej, które uratowałyby Stronie Śląskie, Głuchołazy, Kłodzko, Lewin i mnostwo innych miejscowości, gdzie ludzie stracili cały dobytek - z powodu protestów "ekologów"

Dr Grzegorz Chocian z fundacji "Eco pro bono" zaproponował bardziej adekwatną nazwę - ekoterroryści - która już od dłuższego czasu jest w obiegu. Wyjaśnil, ze za tymi "protestami" stoją obce służby, które werbują lokalnych jeleni i organizują awantury, ktore mają nie dopuścić do powstania w Polsce infrastruktury, która zagroziłaby interesom Niemiec (jak np drogi wodne na Odrze, Wiśle i Warcie). Wyjaśnił bardzo dokładnie jak np introdukuje się zagrożone gatunki dokladnie w miejsce planowanej inwestycji itp.

Obcym służbom pomagała chyba świadoma ich celów opozycja w czasie rzadów ZP - ta małpiarnia urządzajaca histerię wokół każdego działania rządu, nawet jeśli w oczywisty sposob służylo interesom Polski i bazpieczeństwu jej mieszkańców. Nieszczęśni wyborcy tej zgrai, ktorzy dominują na Dolnym Śląsku mogli sie przekonać na własnej skórze kogo wybrali. Nie sadzę, ze im to pomoże przejrzeć na oczy, bo musieliby przyznać, ze sa kretynami działajacymi na własna zgubę z lęku przed "obciachem"

Jeśli to nie jest grzech ekologiczny, to co nim jest? 




sobota, 10 sierpnia 2024

O kłamstwach, którymi jesteśmy karmieni

Stanowski zrobił w konia Stonogę i skompromitował wielu tuzów dziennikarstwa liberalno-lewicowego, a przy okazji Giertycha i prokurator Wrzosek. Podsunął im zainscenizowane nagranie z kolegium redakcyjnego, na którym poucza podwładnych, że "Ziobry nie ruszamy".  Kiedy Stonoga i jego drużyna rzucili się na ten łakomy kąsek, opublikował kolejny film pokazujacy anatomię tej prowokacji. Nie było w internecie YouTubera, któryby się na ten temat nie wypowiedział.

Nie chce mi rozwijać tego wątku. Stanowski udowodnił coś, co jest powszechnie wiadome. Weźmy pierwszą z brzegu sprawę - Pablo Gonzalez sławny "hiszpański dziennikarz" więziony przez pisowski reżim okazał się (surprise, surprise) oficerem GRU Pawłem Rubcowem. Przypomnę jeszcze 70 trupów w Swisłoczy - rzeczce po kolana - Judith z Konga przerzuconą przez płot i Ibrahima - wodnika, a i jeszcze Lisińskiego całowanego po rękach przez papieża Franciszka oraz polskiego tupolewa podchodzącego 3 razy do lądowania w Smoleńsku.

Są ludzie, którzy w to wierzą, bo chcą. Istnieje zapotrzebowanie, co dobrze wykorzystała Agnieszka Holand w swoim ostatnim filmie i Smarzowski w Klerze. Jesteśmy zewsząd karmieni kłamstwem, ktorego nie mamy możliwości zweryfikować. Kto nie wierzy w Boga, uwierzy we wszystko, więc kto wierzy w Boga powinien z ogromnym dystansem podchodzić do wszystkiego, co podają media.

niedziela, 23 czerwca 2024

Kwiatki św. Dominika (zwiędłe, niestety)

 Robiłam ostatnio porządki w papierach i nie zgadniecie co znalazlam!!!

1. Niespodzianka pierwsza


Prawda, że piękny obrazek - św. Dominik klęczy pod krzyżem, po prawej św. Jan Ewangelista, a po lewej NMP. Obrazek jest pamiątką prymicji. 


Owo "mocą Chrystusowego kapłaństwa", brzmi jak wyjątkowo gorzka ironia. Zestawiam to zdanie w obrazem pana Marcina Mogielskiego (już nie kapłana ani zakonnika) w czarnej skórzanej kurteczce wyrzekającego sie wiary katolickiej i proszącego o przyjęcie do kościoła luterańskiego. To oczywiście zwieńczenie długiej drogi, którą - sądząc po jego heretyckich kazaniach - odbył wcześniej w swoim sercu.

2. Niespodzianka druga:


Gość niedzielny, albo temu podobne pismo opublikowało krótki tekst o obchodach uroczystości św. Tomasza z Akwinu w dominikańskim kościele św. Wojciecha zilustrowane tymże zdjęciem. Czerwonym ołowkiem zaznaczyłam Pawła Malińskiego ówczesną primadonnę kaznodziejstwa. To musiała być końcówka lat dziewięćdziesiątych. To ze skutkami jego duszpasterskiej działalności zmagał się Marcin Mogielski.

On sam i jemu życzliwi twierdzą, że odszedł z zakonu, kapłaństwa i Kościoła, bo nie mógł znieść ogromu zła i krzywdy. Ja jednak stawiam tezę - na podstawie jego własnych słów kierowanych do wiernych - że on po prostu stracił wiarę (albo nigdy jej nie miał). 

3. Niespodzianka trzecia:


A tutaj dominikańska szkoła wiary z Jackiem Krzysztofowiczem. to ten siedzacy przy stole zaznaczony czerwonym ołówkiem. Ówczesny przeor o. Przemysław Ciesielski OP zapowiada jego konferencję bardzo przejęty. Krzysztofowicz to kolejna primadonna - kaznodzieja i psychoterapeuta w jednym.

 Póżniej się okazało, że im bardziej był psychoterapeutą, tym mniej zakonnikiem i księdzem. Pewnego pięknego dnia oglosił wiernym, że właśnie odchodzi, a w sieci umieścił swoje pożegnanie z kapłaństwem i zakonem. Byla to parafraza przypowieści o synu marnotrawnym. W jego wersji młodszy syn nie wraca do ojca przyciśnięty głodem, tylko poślubia córkę właściciela świń, które pasał i uklada sobie życie w jego krainie. 

Potem mieliśmy okazję zobaczyć go zeznającego przed komisją sejmową w sprawie Amber Gold - miał bowiem bliskie kontakty z małżeństwem Plichtów, którzy go zabierali na wycieczki do Włoch i dawali pieniądze na remont kościoła (o ile dobrze pamiętam).

Sama nie wiem czy upadek tych ludzi mnie gorszy, smuci czy cieszy. Przerażające jest jednak to, że ludzie im wierzyli. Wierzyli w ich slowa i usiłowali według nich żyć. Czy odejście unieważnia wszystko, co kiedykolwiek powiedzieli? Czy też mogli mieć rację, mogli być pod natchnieniem Ducha Św. i ich słowa pozostają prawdą niezależnie od ich upadku?





środa, 12 czerwca 2024

Krajobraz po eurowyborach

 Jak tam po wyborach do PE?

Ja odnotuje tylko kilka szczegołów

  • Reprezentacja lewicy: państwo Biedroń-Śmiszek i wiceministra kultury Szajbus-Wielgi - która nie słyszała o dyrektywie budynkowej i dobrze jej z tym - mówi wszystko o wyborcach, skali poparcia i profitentach tego rodzaju ugrupowań
  • Gosiewska zamiast Saryusza-Wolskiego! Prezesie Kaczyński shame on you za układanie list!
  • Budka z największą ilością głosów, Pogłos Kierwiński, Joński, Scerba, Gasiuk-Pihowicz, Ślązakowiec-Nie-Polak Kohut oraz przemęczony Sienkiewicz - jest moc!
  • Oficer prowadzący Szymusia uciekł do Brukseli porzucajac swego podopiecznego na pastwę koalicjantożernego Tuska! Dzięki temu Róża von und zu, co strasznie imponuje mu, tym razem nie weszła!
  • Miałeś Kosiniaku-Kamyszu złoty róg, mialeś czapkę z piór, zostało ci się ino dwóch europosłów!!!
  • Ale że Sośnierz nie wejdzie! Szkoda! Bryłka robi dobre wrażenie - super merytoryczna kobieta, a Braun wiadomo! Może i tam zgasi wiadomo co!

Wszyscy się zastanawiali dlaczego onet odpalił njusa o skuciu żołnierzy na granicy przed wyborami i teraz jasne - konsumpcja przystawek! 

Kurwa-Szatan i Ochujska zlożyly kondolecje rodzinie zabitego (przez syryjskie brzemienne kobiety) żołnierza Mateusza Sitko. To jest klasa, te dwie zawsze umieją się zachować!

Nóż przyczepiony do drąga był wymazany fekaliami, żeby ugodzony nim dostał sepsy i umarł nawet przy lekkiej ranie!

Widziałam 2 filmy opublikowane przez obywateli RP (raczej FR). W końcu wiem jakiego rodzaju nagranie tak poruszyło wrażliwe serduszko Kurwy-Szatan. Kręcone jest z białoruskiej strony. Grupa muzułmańskich mężczyzn wepchnęla 2 kobiety i 2 dzieci przez dziurę w płocie z koncertiny na polską stronę granicy. Te wrzeszczą wnieboglosy, chociaż nikt nie robi im krzywdy. Żolnierze mocno zażenowani usiłują zawrócić drące się kobiety tą samą drogą na bialoruską stronę. Te wzmagają swoje wrzaski na potrzeby filmu. Dzieci są na tyle małe, że ich płacz (ze strachu) może być autentyczny. Mężczyźni filmują i komentują swobodnie. Trochę pokrzykują na kobiety (pewnie żeby bardziej się darły) a trochę sie śmieją miedzy sobą. Czasem pada nieśmiertelne "we are dying" albo "no humanity" powtarzane zgodnym chórem dla potrzeb europejskiego odbiorcy.

Bardzo marne aktorstwo, typowa bliskowschodnia mentalność - kobiety i dzieci w charakterze żywych tarcz - i jasny (propagandowy) cel całej produkcji. Widać wyraźnie, że sytuacja została zaaranżowana, żeby coś takiego nakręcić.

W końcu rozumiem o co chodzi z bagnami dzięki Gwiazdowskiemu debatującemu z Matczakiem na kanale zero. Otóż ci ludzie idą przez bagna do naszej granicy, a SG zawraca ich w tym samym miejscu, gdzie przez nią przeszli, czyli wracają po swoich śladach. Gwiazdowski przytomnie stwierdził, że skoro  przez te bagna raz przeszli, to pewnie uda im sie drugi raz. Matczak uważa, że do płotu za łatwo dojść, a jednocześnie zawracanie na bagna niehumanitarne. Rodzi się więc pytanie: jeśli tak łatwo dojść w jedną stronę, to dlaczego w drugą jest "skazaniem na śmierć"?

Po jednej stronie mamy żołnierzy obrzucanych kamieniami, konarami, dźganych nożami na kijach  (jeden umarł, drugi ma złamaną podstawe czaszki i oczodół, trzeci pokiereszowaną "tulipanem" twarz i stracił oko) a po drugiej białoruskie propagandowe filmiki, którymi podniecają się celebrytki o małych rozumkach, a potem płaczą, że spotkał je "hejt" i nadętych bufonów pełnych moralnej wyższości. Bardzo to wszystko smutne i przewidywalne.

Jestem absolutnie pewna, że te wszystkie grupy granica i obywatele FR powinny być pod stałym nadzorem służb, jeśli takie jeszcze istnieją i są lojalne wobec RP.