poniedziałek, 4 marca 2019

Nostalgicznie o robieniu rachunku sumienia

Z okazji zbliżającego się wielkiego postu zamieszczam kolejny rozdział z "Malwinki", książeczki dla dzieci uciemiężonych, traktujący m.in. o rachunku sumienia.


Stąd do wieczności

      Rodzice Malwinki chodzili do kościoła raczej rzadko i nieregularnie, ale oczywiście posyłali swoje dzieci na naukę religii. Dwa razy w tygodniu, po południa szła więc Malwinka z Anią Kluską przez park nad fosą i Plac Wolności do salki na plebanii  naprzeciwko Kościoła Świętej Doroty. Pobożna, prawie codziennie uczęszczająca na mszę, mama Ani bardzo tego pilnowała. Królewna Żaneta i Magda Szczypalska, których rodzice nie praktykowali, a nawet Asystentka Magdy, córka milicjanta, też tam chodziły. Brakowało jedynie Izki. Problem zbawienia jej duszy zaprzątał więc umysły Ani i Malwinki, a w okolicach Pierwszej Komunii stał się ulubionym tematem ich rozmów. Zasadniczo zgadzały się, że byłoby rażącą niesprawiedliwością, gdyby potępienie wieczne stało się jej udziałem, a ominęło taką Magdę Szczypalską na przykład, ale z drugiej strony Izka strasznie oszukiwała, kłamała, opowiadała świńskie kawały i mówiła brzydkie słowa. Dusza jej niewątpliwie była w niebezpieczeństwie. Ona sama zaś zupełnie tego nieświadoma biegała na przerwach po szkole, jak większość dzieci zaopatrzona w piekło-niebo, wrzeszcząc:
„Piekło, niebo, Abraham
twoja dusza pójdzie tam”
Tu rozwierała dramatycznym ruchem czerwoną czeluść. Musiała to przećwiczyć w domu, bo piekło otwierało się przed wszystkimi, którzy jej się czymś narazili, a niebo zarezerwowane było wyłącznie dla aktualnych przyjaciół.
     Piekło-niebo było niewielkim obiektem przestrzennym wykonanym z kartki papieru. Otwierało się ukazując na przemian raz niebieskie raz czerwone wnętrze. Przy pomocy tego prostego urządzenia można było przewidzieć pośmiertne losy swojej duszy. W pewnym okresie stało się istną manią. Nauczyciele rekwirowali setki piekło-nieb na lekcjach wyśmiewając przy okazji ciemnotę i zabobon swoich podopiecznych. Programowe wysiłki szkoły, aby uformować w nich zdrowy światopogląd naukowy spełzały na nic niczym. Dzieci pozostawały otwarte na tajemnicę.
     Przed pierwszą komunią Ania i Malwinka miały przystąpić do spowiedzi. Wcześniej należało zrobić rachunek sumienia, toteż siedziały teraz obie przy dużym stole w pokoju Malwinki i Marzenki nad pustymi kartkami papieru. Malwinka, ciężko wzdychając napisała drukowanymi literami RACHUNEK SUMIENIA, żeby jakoś zacząć.. Chciała się z przyzwyczajenia podpisać się imieniem, nazwiskiem i klasą, ale po namyśle zrezygnowała z tego pomysłu. Ania poszła za jej przykładem, po czym sięgnęła po kredki i zaczęła robić szlaczek. Malwinka zdecydowanym ruchem napisała jedynkę po lewej stronie, postawiła kropkę i spojrzała w sufit.
- Mówiłam brzydkie słowa – Zaczęła niepewnie.
Zaledwie dziewczynki skończyły pisać wyłonił się poważny dylemat moralny. Kiedy już wyzna się ten grzech i zrobi szczere postanowienie poprawy, co odpowiedzieć komuś, kto będzie chciał wygonić je z podwórka?
- To nie twoje tylko państwowe, nawet Murzyn z Afryki może tu przyjść i …
- Zrobić kupę – Podsunęła Ania z wahaniem
Malwinka skrzywiła się z niesmakiem.
- Narobić – Wtrąciła Marzenka znad książki. Na skutek rozległej lektury miała imponujący zasób słow.
„Niby lepiej, ale to nie to samo” pomyślała Malwinka zrezygnowana „brakuje siły przekonywania”. Napisała dwójkę i wzniosła wzrok ku górze.
- Bawiłam się w brzydkie zabawy! – Wykrzyknęła Ania tryumfalnie.
- Jakie? - Zainteresowała się Malwinka. Nawet Marzenka nadstawiła ucha znad książki. Ania speszona odmówiła wyjaśnień, wobec czego Malwinka niechętnie zaczęła badać własne sumienie pod kątem brzydkich zabaw. „Ach tak, oczywiście” przypomniała sobie mało elegancki epizod pod drzwiami Danusi, koleżanki Marzenki. Obie siostry w towarzystwie Marioli z ich bloku wybrały się do Danusi, której mama była nauczycielką (na szczęśnie nie uczyła żadnej z nich). Zadzwoniły i czekały. Nikt nie otwierał. Kto pierwszy pierdnął Malwinka nie mogła sobie przypomnieć. Im dłużej stały pod drzwiami tym swobodniej puszczały bąki wybuchając śmiechem, przy co głośniejszych. W końcu ulotniły się zostawiając za sobą stężony smród siarkowodoru. „Jeśli to nie brzydka zabawa to co nią jest? – Pytam” Malwinka z czystym sumieniem umieściła brzydkie zabawy pod numerem dwa.
- Obmawiałam koleżankę – Zaczęła z wahaniem – To znaczy Izkę - dodała tonem wyjaśnienia.
Ania skinęła milcząco i zapisała pod numerem trzy, po czym obie tknięte tą samą myślą spojrzały sobie w oczy. Jak będzie wyglądało ich życie, jeśli wyrzekną się obmawiania Izki? Powiało grozą. Po chwili milczenia Ania wyznała:
- Byłam niegrzeczna dla mamy.
Malwinka zapisała ten grzech pod numerem czwartym a następnie „dla taty”  pod piątym i „dla babci” pod szóstym. Tu dotknęła bolesnego miejsca. Dopadło ją uczucie wstydu i żalu. „Nawet bardzo niegrzeczna” pomyślała „nie kocham jej wcale i mała szansa, że kiedykolwiek to się zmieni. Żal mi jej czasami, a jednocześnie nie znoszę jej”. Malwinka zwiesiła głowę pod ciężarem nierozwiązywalnej sytuacji i własnego poczucia winy.
Po chwili otrząsnęła się nieco.
- Sześć grzechów to chyba za mało – zagadnęła – Trzeba by mieć z dziesięć.
- Co najmniej - zgodziła się Ania – Lepiej wymienić za dużo niż za mało.
Biedziły się więc czas jakiś, aż wreszcie dwa bardzo do siebie podobne, ozdobione szlaczkami rachunki sumienia były gotowe.
     W kolejce do konfesjonału Malwinkę ogarnął niepokój „Przecież ksiądz uzna, że odpisywałyśmy od siebie!” pomyślała w panice. Ania, stojąca tuż przed nią podchodziła właśnie do kratek. „Za późno ,żeby teraz odejść” stwierdziła Malwinka i nieco się uspokoiła. Udało jej się nie pomylić żadnej formułki i odczytać rachunek sumienia mimo kiepskiego oświetlenia. Przy brzydkich zabawach ksiądz zaskoczył ją.
-  Bawiłaś się w lekarza? – Zapytał.
Malwinka pomyślała w panice o puszczaniu wiatrów pod drzwiami Danusi. Nigdy, przenigdy nie opowiedziałaby mu o tym.
- Ttak – przytaknęła zgodnie.
Dalej wszystko poszło gładko. Postanowienie poprawy miało żywot raczej krótki, gdyż jak wcześniej podejrzewała życie bez obmawiania Izki po prostu nie było możliwe, a i argument z Murzynem znacznie zyskiwał na sile przekonywania doprawiony mocnym słowem.

niedziela, 3 marca 2019

Jeszcze o zboczeńcach w PRL-u

W charakterze post scriptum do poprzedniego wpisu załączam rozdział o zboczeńcu z mojej (nigdzie nie publikowanej) książeczki dla dzieci uciemiężonych p.t. Malwinka, opowiadającej o dzieciństwie w PRL-u

Zboczeniec 

Następnego dnia Malwinka nie widziała ani Rudej Kitki, ani brudnobiałego psa. Usiadła na tej samej ławce. „Może ktoś się jednak pojawi” westchnęła w duchu. Nagle jakiś szelest dobiegł jej uszu. Odwróciła się i zobaczyła stojącego za krzakiem mężczyznę. Coś było z nim nie tak, ale minęło trochę czasu zanim ustaliła co. Jego spodnie spuszczone były do kolan z powodów całkowicie niezrozumiałych, a w dłoniach miętosił coś, co wydawało się z niego wyrastać na wysokości bioder. Malwinka nie rozumiejąc zupełnie dlaczego, rzuciła się do ucieczki. Pewnie pobiła tego dnia rekord świata w biegach przełajowych z tornistrem na plecach. Wpadła do bramy, w pośpiechu zapominając sprawdzić czy żaden zboczeniec na nią nie czyha. Wbiegła na górę po dwa schodki. Serce waliło jej jak młotem. Kiedy udało jej się wreszcie uporać z kluczem i zamkiem, zziajana oparła się plecami o drzwi zastawiając je sobą od wewnątrz. Upewniwszy się, że nikt jej nie ściga, ani się nie dobija weszła do swojego pokoju, rzuciła na łóżko i przykryła kocem z głową. Najdziwniejsze było, że nie rozumiała zupełnie nic z tego, co jej się przytrafiło. Kim był ten człowiek?
Dlaczego obnażał te wstrętną narośl? Wszelka logika, a nawet zwykłe poczucie wstydu nakazywałoby raczej szczelnie ukryć coś tak paskudnego! Jakaś obrzydliwość biła od niego i Malwinka czuła się jakby wpadła w błoto, albo coś znacznie gorszego. Nawet gdyby teraz wyprała i wygotowała wszystkie rzeczy, które miała na sobie, to jeszcze wzrok i pamięć domagałyby się oczyszczenia. Chciałaby móc komuś powiedzieć – ale komu? Mama po powrocie z pracy wciąż jeszcze przeżywała wydarzenia dnia i opowiadała o nich tacie w sposób wykluczający włączenie się dzieci do rozmowy. Nieszczególnie była zainteresowana słuchaniem kogokolwiek. Zresztą Malwinka prawdopodobnie nie byłaby w stanie z nią o tym mówić „Izka” przyszło jej na myśl „Izka Wójcik z podwórka Ani Kluski. Ona mogłaby coś na ten temat wiedzieć”
     Bloki komunalne, do których należał blok Ani Kluski, Izki Wójcik i  co dziwniejsze Królewny Żanety oddzielała od bloków Spółdzielni Cichy Kącik ulica swego czasu przemianowana ze Słonecznej na Pawłowa. „Pewnie od dużej ilości Pawłów, którzy tu zamieszkali, aż dziw, że nie znam żadnego” myślała Malwinka. Mieszkania komunalne należały się uboższym obywatelom. „Czy te wszystkie samochody zaparkowane po drugiej stronie ulicy też są komunalne?” zastanawiała się. Pod blokiem spółdzielczym stał tylko jeden – wysłużona syrenka inżyniera Dudka. Na podwórku od frontu bawiły się w piaskownicy zupełnie małe dzieci pod mniej lub bardziej czujnym okiem mam plotkujących na ławkach. Za blokiem na górce zbierali się starsi chłopcy, których Malwinka zdecydowanie wolała omijać. Od śmietnika do śmietnika przeciągał osobnik zwany Wackiem Lewatywką, który jak wieść gminna niosła podczas wojny dostał odłamkiem w głowę i rozum mu się pomieszał. Pchał swój wózek  mamrocząc niezrozumiale, zapadnięty w siebie, ale na widok każdej młodej osoby ożywiał się nadzwyczajnie.
- Lewatywa! Dupa lewatywa! – Wołał radośnie, obnażając w obleśnym uśmiechu bezzębne dziąsła.
   Z tych wszystkich względów, Malwinka wolała pokonywać ulicę „Pawłową” w poszukiwaniu bardziej odpowiedniego towarzystwa. Ania Kluska i Malwinka chodziły do tej samej klasy, a nawet zostały posadzone razem w pierwszej ławce, jedna - ze względu na niski wzrost, druga - z powodu wady wzroku. Ania nie była zbyt pojętna, toteż Malwinka często pomagała jej w lekcjach. Mama nie była zachwycona ani tą znajomością Malwinki, ani jej częstym przebywaniem na sąsiednim podwórku, a już zupełnie nie tolerowała Izki. Dlaczego – Malwinka nie mogła zrozumieć. Izka wiedziała o tylu zdumiewających rzeczach, może dlatego, że jej mama miała więcej mężów (którzy nie do końca byli jej mężami) niż inne mamy. Opowiadała nie zupełnie jasne kawały, w których nieodmiennie ktoś na koniec wołał psa o wdzięcznym imieniu „mocniej” albo „jeszcze”, a kiedy Malwinka nie wiedziała z czego się śmiać dodawała równie mętne wyjaśnienia.
W sprawie mężczyzny o spuszczonych spodniach pogląd Izki był jasny.
- To zboczeniec. - Orzekła bez wahania.
Malwinkę zatkało. Przecież to właśnie przed zboczeńcami napadającymi małe dziewczynki w bramach kryła się w parku. Wiadomości mamy były najwyraźniej niesprawdzone, a w każdym razie nie wytrzymywały konfrontacji z rzeczywistością. Na pytanie o potworną narośl eksponowaną tak rozpaczliwie przez zboczeńca Izka uśmiała się serdecznie.
- Przecież to pisiorek, nie mów, że nigdy nie widziałaś.
Malwinka musiała przyznać, że owszem, na ciszy poobiedniej w przedszkolu. Wniosek, który się nasuwał był wstrząsający – a więc ten człowiek był w istocie kimś w rodzaju wyrośniętego Maćka Dzięcioła. Pokazywanie pisiorka  tak weszło mu w krew, że musiał to robić nawet, kiedy już dawno wyrósł z wieku przedszkolnego. Pozbawiony idealnej widowni - dzieci pozorujących sen w swoich łóżeczkach  - uciekał się do występów w parku przed przypadkowymi widzami.


     Dalsze roztrząsanie tematu przerwało pojawienie się w oddali Ani Kluski wymachującej tryumfalnie nad głową długim kablem. Izka ochoczo zeskoczyła z trzepaka, na którym siedziały. Wobec perspektywy gry w kręconego nawet rozmowa o zboczeńcach traciła urok. Kwestię kto kręci, a kto skacze nieodmienne rozstrzygała wyliczanka.
- „Nie ma masła, nie ma serka
    Wyrzucamy pana Gierka”
Ania i Malwinka z napięciem obserwowały palec Izki. Było powszechnie wiadome, że oszukuje absolutnie zawsze.
– „Raz, dwa, trzy
    sekretarzem bę – dziesz TY”                                             
Tu palec Izki wskazał na Malwinkę  – musiała pomylić się w oszukiwaniu. Tym razem zniosła to dobrze i razem z Anią zaczęły kręcić kablem skandując:
- „Opa, opa
    Ameryka, Europa
    Azja stój
    Malwinka wska – kuj !”
Na ten błogi dźwięk kto żyw nadbiegał, żeby przyłączyć się do zabawy. Przyzwoitość nakazywała zacząć od kręcenia – Ania i Izka skwapliwie wręczyły końce kabla nowo przybyłym. Póki zmiany między kręcącymi a skaczącymi następowały szybko po sobie wszyscy bawili się zgodnie, ale wystarczyło, aby Izka uznała, ęe kręci już zbyt długo konflikt był nieunikniony.
- Skułaś! – Zawołała podając koniec kabla Grażynie Podeszwie.
- Wcale, że nie! – Grażyna schowała ręce za siebie nie przyjmując go – Wcale, że nie skułam tylko ty poderwałaś oszustko jedna!
- Sama jesteś tą oszustką!
Przejście od słów do rękoczynów było płynne i naturalne.
- Ała, wariatko! Zobacz co zrobiłaś szczypawico jedna – Krzyczała Grażyna podtykając Izce pod nos lekkie zaczerwienie na skórze przedramienia. – Od tego można dostać raka i umrzeć!
- To sobie umieraj! – Izka była zniecierpliwiona.
Grażyna zamilkła z oburzenia na tak straszny cynizm i natarła z tym większą siła. Nie mogąc pokonać Izki w walce sięgnęła po ostateczny argument.
- Wynoś się stąd przybłędo jedna to nie twoje podwórko!
- Ani nie twoje tylko państwowe. Tu każdy może przyjść, nawet Murzyn z Afryki i nasrać!!! – Argumentacja Izki była bez zarzutu. Malwinka nie mogła jej nie podziwiać. Kiedy jednak strony konfliktu przeszły do obrzucania obelgami bliższych i dalszych krewnych do trzeciego pokolenia włącznie, Malwinka uznała, że ma dość wrażeń na dziś.
     W domu przy dużym stole w ich pokoju, obłożona podręcznikami i zeszytami, siedziała Marzenka, jej starsza siostra i pozorowała odrabianie lekcji. Rozkładała tą dekorację zaraz po obiedzie na wyraźną sugestię mamy. Nie dość uważny obserwator mógłby przeoczyć do połowy przykrytą piórnikiem książkę z biblioteki. Czytanie było właściwym zajęciem Marzenki.  Cokolwiek miała zrobić, nie robiła tego, bo zajmowała się lekturą gdzieś sprytnie ukrytej książki. Malwinka podziwiała jej mocne nerwy i spokój, z jakim znosiła ponaglenia rodziców, słowa pełne wyrzutów, zachęty lub niepokoju. Wytrzymywała to wszystko cały czas robiąc wrażenie bardzo grzecznej i uległej dziewczynki, nie mając najmniejszej intencji zastosowania się do ich poleceń. Książki były jej schronieniem, magicznym przejściem do innego świata, w którym czuła się bezpieczna, nic więc dziwnego, że nie chciała z niego wracać.

Rzeczywistość – musiała przyznać Malwinka – jest brutalna i w gruncie rzeczy mało pociągająca, pełna zboczeńców obnażających się po parkach i długich pustych godzin między końcem lekcji a powrotem domowników, kiedy nie ma nikogo na podwórku. 

sobota, 2 marca 2019

O "zboczeńcach" w PRLu i czasach obecnych

Biskup Zanchetta z Argentyny wsławił się nie tylko zdjęciami homo-porno na komórce -w tym własną nagą fotografią podczas masturbacji, którą rozsyłał po znajomych - lecz także dziwnymi praktykami w czasach swojej pracy w seminarium. Urządzał klerykom nocne wizytacje, siadał na łózkach, proponował zrobienie masażu, wyraźnie preferował "atrakcyjnych". Trzech z jego podopiecznych zgłosiło molestowanie,10 nieprawidłowości związane zarządzaniem finansami. Został wezwany do Watykanu bez podania powodu. Wytłumaczył się ze swoich sławnych zdjęć "zhakowaniem telefonu", nie wiadomo czy mu uwierzono, ale  w nagrodę dostał w Stolicy Apostolskiej stanowisko związane z zarządzaniem należącymi do niej nieruchomościami. Biskup Zanchetta jest osobistym przyjacielem papieża Franciszka, Ojciec Święty jest nawet jego spowiednikiem. Taki układ powoduje, że papież nie może robić użytku ze swojej wiedzy na temat jego grzechów usłyszanych na spowiedzi, nawet gdyby chciał. Jest to podobno myk szeroko i z powodzeniem stosowany przez homomafię.

Tych wszystkich rewelacji dowiedziałam się  od moich ulubionych amerykańskich komentatorów dr Taylora Marshalla i Tima Gordona, wcześniej miałam dość niejasne pojęcie o sprawie choć nazwisko często obijało mi się o uszy. Nie jest to pierwszy znany przyjaciel papieża o dziwnych upodobaniach, ani tym bardziej urzędnik watykański o określonych skłonnościach. Jeśli wierzyć Michaelowi Vorisowi nowi rekruci przyjmowani do gwardii szwajcarskiej przechodzą specjalne szkolenie jak radzić sobie z molestowaniem ze strony tych, których maja chronić.

Najdziwniejsze w tej historii wydało mi się owo selfie masturbującego się biskupa rozsyłane znajomym. Masturbacja wydaje mi się dość żałosną i wstydliwą formą aktywności seksualnej.  Publiczna kojarzy mi się wyłącznie ze złowrogą, a jednocześnie żałosną postacią "zboczeńca" z PRL-owskiego dzieciństwa. Zboczeniec obnażał się przed bardzo młodymi dziewczynkami z kluczem na szyi, wychodzącymi ze szkoły lub chodzącymi z psem po parku. Albo gmerał ręką w swoim otwartym rozporku, albo stojąc za krzakiem ze spodniami spuszczonymi do kolan męczył swoje paskudne przyrodzenie. Widok ten niewyobrażalnie ohydny i niezrozumiały zapewne miałby rujnujący wpływ na moją psychikę, gdyby nie możliwość obśmiewania go w gronie koleżanek z sąsiedniego podwórka, których wiedza o życiu i zboczeńcach była bez porównania bogatsza od mojej.

Myśl, że biskup Kościoła Katolickiego może zaliczać się to tej smutnej kategorii jeszcze niedawno nie pomieściła by mi się w głowie. Rozzuchwalone bezkarnością homolobby coraz dalej przesuwa granice tego, co niewyobrażalne, przy tym przepaść między ową grupą a wiernymi stale się pogłębia.

Wspomniani wyżej amerykańscy komentatorzy przyznali, że nigdy nie zetknęli się z praktyką wysyłania znajomym nagiego selfie podczas masturbacji, ani też nie słyszeli o takim procederze. 99,9 % katolików, w tym pisząca te słowa, może się pod takim stwierdzeniem podpisać. Po namyśle jednak muszę uwzględnić wypowiedź pewnej młodej uczestniczki obozu Euroschool, gorąco broniącej tej imprezy atakowanej przez "prawicowych oszołomów". Owa urocza dzieweczka, której makijaż, sposób mówienia i zachowania znacząco odbiegał od wyobrażeń na temat niewinnej młodości, opowiedziała o pewnym chorwackim wolontariuszu wysyłającym polskiej podopiecznej filmowe zapisy własnej masturbacji.

Moim skromnym zdaniem jest to rodzaj ekshibicjonizmu, który należy leczyć. Sądząc po moich doświadczeniach z dzieciństwa i młodości problem jest dość rozpowszechniony wśród męskiej populacji, szczególnie wśród jednostek nie umiejących wchodzić z normalne związki z płcią przeciwną, choć nie tylko, gdyż widziałam także obnażających przed młodymi dziewczętami ojców rodzin. Ostatni "prezentujacy się przede mną" egzemplarz obrzuciłam kamieniami. Z dużą satysfakcją obserwowałam jak rączo mknie po wydmie spiesznie podciągając gacie. Od tego momentu zasadniczo mam spokój. Zboczeńcy boją się dorosłych kobiet zdolnych do samoobrony, gustują w młodych nieśmiałych istotach zbyt przerażonych i zawstydzonych, żeby wyrazić słowami, co im się przytrafiło. Zboczeńcy powinni się leczyć albo być izolowani od społeczeństwa. Nie powinni być kapłanami, ani - tym bardziej - biskupami Kościoła Katolickiego.

wtorek, 26 lutego 2019

O buncie wybranych

Pan Bóg nie ma szczęścia do swoich wybranych. Onegdaj najwspanialszy z aniołów, niosący światło Lucyfer zbuntował się przeciw niemu i pociągnął za sobą jedną trzecią niebian. Potem naród pierwszego wybrania wydał na śmierć jego syna, którego rękami niewiernych przybił do krzyża. Niektórzy nawrócili się (nie wiem ile procent) tworząc Kościół, do którego później dołączyli poganie w takiej liczbie, że chrześcijanie pochodzenia żydowskiego roztopili się w ich morzu.

Jeśli wierzyć mistykom Lucyfer nie mógł znieść myśli o wcieleniu Boga w człowieka (takiego godnego pogardy zwierzaka) i wywyższeniu Maryi - bytu jakże podrzędnego - jako Królowej Aniołów. Podejrzewam, że dla wielu nawróconych Żydów w pierwotnym Kościele myśl, że teraz Goje (bydlęta o ludzkich twarzach) są im równi (ba, są ich braćmi w Chrystusie) mogła być trudna do zniesienia. Podejrzewam, że był istotny czynnik w nie przyjęciu Jezusa z Nazaretu jako mesjasza oraz wykruszenia wielu jego wyznawców z Kościoła, którego praktyki coraz mniej przypominały znaną im tradycję, a skład etniczny wystawiał ich "wrażliwość" na ciężką próbę.

W moim ulubionym programie telewizji EWTN - Journey Home - wielu Żydów opowiada o swoim nawróceniu. Przy okazji tych historii sporo można dowiedzieć się o ich mentalności. Pewna niewiasta opowiadając o swoim dzieciństwie rzuca lekko, że w sąsiedztwie jej rodziny mieszkańców dzieliło się na LUDZI i NIE-ŻYDÓW. Podobnie pierwotni mieszkańcy Ameryki nazwy LUDZIE używali wyłącznie do swojego plemienia, inne plemiona indiańskie określali jako synów suki lub w równie ujmujący sposób.  Inny gość programu - syn Żyda i Włoszki - opowiada jak trudne do zniesienia było nazywanie jego matki (i innych chrześcijanek) SHIKSA przez członków żydowskiej części rodziny w jego obecności. Na co gospodarz - Marcus Grodi - spieszy z sugestią, że zapewne oni sami musieli doświadczać antysemityzmu. Gość szuka chwile w pamięci, ale nic takiego nie znajduje...

Powszechny wśród żydowskich gości jest zupełny brak wiedzy o chrześcijaństwie (przed nawróceniem oczywiście), szokujący zważywszy na korzenie kultury w której żyją i jak znikomy procent populacji stanowią.  Często nie mamy świadomości jak wielka i irracjonalna jest wrogość Żydów wobec osoby Jezusa i chrześcijaństwa. Żyd może zostać komunistą, buddystą, hinduistą czy wojującym ateistą i jego rodzina nie ma z tym żadnego problemu, może też bez trudu uzyskać obywatelstwo Izraela. Sytuacja zmienia się radykalnie, kiedy zostaje chrześcijaninem - przyjęcie Chrystusa wyklucza go całkowicie ze społeczności żydowskiej ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Widać wyraźnie, że istotą judaizmu rabinicznego jest odrzucenie Chrystusa i okopanie się w nienawiści do niego i jego wyznawców. Ewidentnie rację ma E. Michael Jones twierdząc, że pojęcie Żyd jest natury teologicznej raczej niż etnicznej, to ten który w osobie Chrystusa odrzuca LOGOS, porządek świata i zostaje wiecznym rewolucjonistą, nieustannie dążącym do subwersji kultury, w której żyje nazywając to tikkum olam (czy jakoś tak). Takim działaniom zawdzięczamy m.in. komunizm, marksizm kulturowy, genderyzm, tzw małżeństwa gejowskie i aborcję - alternatywną (w stosunku do chrześcijańskiej) wizję zbawienia ludzkości (albo spacyfikowania Gojów).

Nawet nawróceni Żydzi mają tendencję do tworzenia własnych grup w obrębie Kościoła, dystansowania się od Gojów-współwyznawców. Tak też było z frankistami w I Rzeczpospolitej, którzy żenili się wyłącznie miedzy sobą przez prawie 2 wieki. Ewidentnie dla wielu Żydów- katolików żydostwo jest ważniejsze niż katolicyzm. Podobnie w Indiach przywiązanie do systemu kastowego było ważniejsze niż chrześcijaństwo. Jezuiccy misjonarze budowali osobne Kościoły dla różnych kast.

Patrząc na to nie mogę oprzeć się wrażeniu, ze naród ten kontynuuje bardzo prymitywne, plemienne rozumienie wiary i moralności. Trudno wyobrazić mi sobie stan świadomości człowieka, uważającego ludzi spoza własnego plemienia za bydlęta o ludzkich twarzach, którym można odebrać ziemię lub zabić na narządy, o wykorzystaniu seksualnym nie wspominając (rabbi Obadia Josef głosi takie poglądy jawnie i oficjalnie w Izraelu). Dlatego tendencja w Kościele, do uznawania odrębnej drogi Żydów do zbawienia wydaje mi się celebrowaniem (co najmniej) przerażającego infantylizmu, przejawiającego się w niebywałej roszczeniowości, niewdzięczności i niezrównoważeniu tych ludzi. To duża krzywda dla nich, odebranie im szansy na rozwój i poznanie prawdy.

Obawiam się jednak, że sprawa ma głębsze, duchowe dno. Bunt Lucyfera na myśl o wywyższeniu człowieka wydaje mi się podobny do zgorszeniu Żydów  perspektywą zrównania z Gojami w Chrystusie. Co jest konsekwencją odrzucenia Chrystusa i jego Kościoła ? Wybranie synagogi Szatana. Jeśli ktoś ma wątpliwości,  "wartości", jakie promują przedstawiciele narodu wybranego w kulturze czy metody jakimi posługują się w polityce i gospodarce powinny je całkowicie rozwiać.


niedziela, 24 lutego 2019

O pedofilii

W środowisku nauczycielskim opowiada się taki dowcip:
- Czym się różni pedofil od pedagoga?
- ?
- Pedofil naprawdę kocha dzieci...
Normalny dorosły człowiek ma wprawdzie naturalny instynkt opiekuńczy w stosunku do młodych osobników swojego gatunku, (nauczyciela dodatkowo inspiruje chłonność umysłu uczniów i ich ciekawość świata), ale źle zsocjalizowane, rozpuszczone, roszczeniowe i zblazowane bachory budzą wyłącznie agresję i chęć nakopania w zad. Analogiczne uczucia wywołują ich niekompetentni rodzice - starsze wersje swoich pomiotów. Dziecko nie jest dla nikogo normalnego - poza rodzicami - żadną atrakcją. Jest przede wszystkim gigantyczną odpowiedzialnością i kłopotem. Nawet jako symbol senny oznacza problemy.

Dlaczego więc w wielu państwach - Niemcy i Norwegia cieszą się tu wyjątkowo złą sławą - odbiera się rodzicom dzieci, żeby oddać je komuś innemu? Dlaczego ten ktoś inny chce odpowiedzialności za cudze dzieci, zamiast uciekać od niej z wrzaskiem? Dlaczego ktoś podejmuje się zadania porwania dziecka ze szkoły i naraża na oglądanie scen, które będą go prześladować do końca życia? Dlaczego państwo przeznacza pieniądze na utrzymywanie takich płatnych porywaczy i "opiekunów"?

Odpowiedzi, które się nasuwają są wyłącznie przerażające. Cudze dzieci - najlepiej dobrze wychowane, z rodzin imigrantów z Europy wschodniej - są potrzebne jako świeże mięsko dla pedofili, na części zamienne, jako świnki morskie w eksperymentach społecznych, ewentualnie do celów rytualnych (jako ofiary) w kultach satanistycznych. Brzmi to może fantastycznie, ale obawiam się, że wiele się nie mylę.
Barnevernet rekrutuje rodziny zastępcze na paradzie równości !!!

Od czas do czas przebijają się do opinii publicznej historie polskich dzieci oddanych homoseksualistom i traktowanych jako niewolnicy seksualni, albo dzieciach "adoptowanych" z polskich domów dziecka na zachód i znalezionych w burdelach albo takich, po których ślad zaginął po przekroczeniu granicy.

Współczesny handel niewolnikami w majestacie prawa. Tradycyjnie w chrześcijańskiej Europie tym procederem trudnili się muzułmanie i  żydzi, teraz dołączyło do nich lewactwo, które w marszu przez instytucje opanowało wszystkie agendy państw narodowych i Unii Europejskiej. Słabo zawoalowana akceptacja dla pedofilii i nienawiść do chrześcijaństwa - ze szczególnym uwzględnieniem Kościoła Katolickiego - jest tym co ich wszystkich łączy.

Jakże perwersyjne jest więc oskarżenie Kościoła przez lewactwo et consortes o własny grzech, proceder bezkarnie kwitnący wśród elit politycznych, medialnych i w show biznesie. Pakistańskie "grooming gangs" przez dekady gwałcące angielskie dziewczęta w wieku szkolnym z robotniczych osiedli  z trudem przebijały się do opinii publicznej, Woody Allen chędożący swoją 6-letnią córeczkę, ani Roman Polański kopulujący z odurzoną 13-latką jakoś nie wzbudzał niczyjego wzmożenia moralnego, a wręcz przeciwnie, płomienną obronę. Jimmy Saville "grooming the nation" pozostawał bezkarny całe życie, choć wiedza o jego dokonaniach na niwie obyczajowej była powszechna. Lewacki europarlamentarzysta Daniel Cohn-Bendit opowiadał o swoich doświadczeniach seksualnych z przedszkolakami w telewizji, a niemieccy zieloni w latach 80-tych postulowali depenalizację pedofilii.

Ile filmów fabularnych  zapładniających masową wyobraźnię powstało o pedofilii i satanizmie kwitnących w Hollywood?  Temat na hit, nie trzeba konsultanta, bo wszystkim tamtejszym filmowcom znany z autopsji, zyski rekordowe murowane, a jakoś nikt się kwapi, choć wszyscy wiedzą.

Kościół debatujący o pedofilii na specjalnie zwołanym szczycie jest jak Kwaśniewski przepraszający za Jedwabne. Nie deprecjonuje oczywiście cierpienia ofiar duchownych pederastów, ale problem jest źle postawiony, a gęba dorobiona dla zmyły przez wrogów zewnętrznych, którym zdecydowanie bardziej pasuje.







sobota, 23 lutego 2019

O naiwności polskich polityków, hucpie i talmudycznej logice

Irytuje mnie reakcja polskich polityków na oszczerstwa, którymi Izrael i środowiska żydowskie posługują się, aby osłabić nasza wiarygodność, pozycję negocjacyjną, a przy okazji wyłudzić pieniądze, które im się nie należą.

Nasi przedstawiciele reagują na owe oczywiste kłamstwa jak prostoduszna dziewczynka w wieku szkolnym, przekonana, że nikt świadomie nie czyni zła, a wszystko co wydaje się świadczyć o czyjejś złej woli jest po prostu nieporozumieniem, które wymaga wyjaśnienia. Sama byłam kimś takim i zapewne nadal w pewnym stopniu jestem, ale życie uświadomiło mi, że istnieją ludzie, dla którym pojęcie prawdy po prostu nie istnieje, a posługiwanie się kłamstwem jest równie dobrą taktyką jak każda inna, a może nawet lepszą ze względu na swoją skuteczność. Doszło też do mojej świadomości, że istnieją ludzie, którzy nas nienawidzą ze względu na to z czym się im kojarzymy i to co robimy, mówimy lub zaniedbujemy nie ma na to żadnego wpływu.

Wystarczyć spojrzeć na atak na Kościół Katolicki, który posłanka Szajbus-Wielgi chce postawić przed Trybunałem w Hadze (po uprzedniej wizycie u papieża Franciszka. Zawiozła tam ex-wdowę Diduszko i raport własnej produkcji o stanie Kościoła w Polsce. Przez miłosierdzie nie będę tematu rozwijać, gdyż wyżej wymieniona parlamentarzystka kojarzy mi się z zabiedzonym, wyliniałym, zarobaczonym kotkiem, któremu bardzo współczuje, a jednocześnie brzydzę się go dotknąć.) Celem jest nierozerwalne skojarzenie Oblubienicy Chrystusa z pedofilią, obrzydliwością, którą w większości wyobrażamy sobie jako gwałt dokonany przez obleśnego starego dziada na ślicznym małym aniołeczku lat 6. Wszystkie  dane wskazują na to, że tego rodzaju przypadki zdarzają się w Kościele znacznie rzadziej niż w innych środowiskach. Prawdziwym obrazem jego upadku jest raczej owa zaprawiana kokainą homoseksualna orgia w budynku kongregacji Nauki Wiary, której przewodniczył kardynał Coccopalmerio.

Kościół oskarżany jest o grzech który popełniają znacznie częściej jego oszczercy. Polsce przypisywana jest zbrodnia, której winni są jej oskarżyciele - potomkowie SS-manów, członków Judenratów, policjantów z getta, bankierów finansujących działalność Hitlera i kolaborantów z państw europejskich. W obu przypadkach wina którą obarcza się obiekt ataku nie jest wybrana ze względu na prawdopodobieństwo tylko na zdolność wywoływania odrazy w opinii publicznej, przy czym jest to zwykle dokładnie ta wina, która obciążałaby sumienie napastnika, gdyby je posiadał.

Przypominam, ze w Talmudzie Maryja jest ladacznicą, która zadała się z rzymskim żołnierzem zwanym Panthera, a owoc tego związku, Jezus, smaży się zanurzony po szyję w ekskrementach przez całą wieczność. Uzdrawiający chorych i nakazujący miłość nieprzyjaciół Jezus, którego Sanhedryn wydał na ukrzyżowanie utożsamiany jest z Hamanem zamierzającym wytracić Żydów za perskiego króla Aswerusa. W radosne święto Purim dochodziło do niszczenia krucyfiksów, profanowania hostii, zawieszania jagniąt na krzyżu, znęcania się nad nimi i równie sympatycznych radosnych manifestacji  uczuć wobec chrześcijańskich sąsiadów, mieszkańców krajów, które udzieliły im gościny. Tego rodzaju logika jest niedostępna wychowanym poza tradycją talmudyczną.

Dlaczego po 2000 lat nagle straciliśmy pamięć i świadomość z kim mamy do czynienia ?!!! Zapomnieliśmy już z jakiego języka pochodzi adekwatne do obu sytuacji wdzięczne słowo "hucpa"?!!!