Arcybiskup Carlo Maria Vigano napisał kolejny list pełen szczegółów kto, kiedy i w jakiej formie informował Watykan o działalności McCarricka na niwie postępu obyczajowego od roku 2000 (o ile dobrze pamiętam), w odpowiedzi na zarzut kardynała Marca Ouelleta, że nie było konkretnych doniesień w jego sprawie, tylko jakieś plotki. Co ciekawsze list pisany jest językiem, jakim żaden hierarcha się już nie posługuje i odwołuje się do prawd wiary, o których nikt w Watykanie już nie pamięta.
Vigano stwierdza, że jest starym człowiekiem, niedługo stanie przed Bogiem i boi się sądu. W innym fragmencie wyraża żal za grzech zaniedbania, że nie upublicznił sprawy wcześniej. Przyczynę obecnego kryzysu nazywa po imieniu - homoseksualizm kleru. Na koniec przypomina, że w tym wszystkim chodzi o zbawienie dusz powierzonych pieczy Kościoła.
Co za kontrast z nowomową wylewającą się z instrumentum laboris na Synod Młodych. Można odnieść wrażenie, że to dwa różne Kościoły nigdzie ze sobą nie graniczące i być może tak jest w istocie.
Dla normalnego mężczyzny odpowiedź na powołanie do kapłaństwa wiąże się z rezygnacją z miłości kobiety, założenia własnej rodziny itp, co nie jest łatwą decyzją. Konieczność jej podjęcia weryfikuje siłę wiary i determinację młodych kandydatów. Dla homoseksualisty czy pederasty natomiast to bardzo kusząca propozycja ukrycia swojej nieszczęsnej skłonności, połączona z nieograniczonymi wręcz możliwościami folgowania jej bezkarnie. Żadna wiara nie jest mu potrzebna do wybrania takiej drogi. Nic zatem dziwnego, że w Kościele zawłaszczonym przez homolobby nie ma wiary tylko socjologiczny, politycznie poprawny bełkot. Zbawienie to uczynienie Ziemi "lepszym miejscem" i nie ważne z kim w tym celu się współpracuje - proaborcyjnymi aktywistami, wyznawcami globalnego ocieplenia, zawodowymi LGBTQ-istami czy chińskimi komunistami.
Odwieczna nauka o zbawieniu i potępieniu, zmartwychwstaniu, sakramentach, walce duchowej jest dla tych ludzi nie tylko całkowicie niezrozumiała, ale żenująca i śmieszna. Wierni poważnie ją traktujący nie tylko nie są ich targetem, ale wręcz balastem, którego należy się pozbyć, utrudniającym pochód wszystkich postępowych sił ku świetlanej przyszłości. W świetle tego nie szokuje przedziwna wybiórczość ich "miłosierdzia" i "gotowości do dialogu".
Jestem już bardzo zmęczona tematem kryzysu w Kościele, ale nawet kiedy nie zaglądam do internetu, przypominają mi o tym wypowiedzi niektórych dominikanów, gdyż chodzę do ich Kościoła z przyzwyczajenia (i z powodu hasła "veritas"). Kiedyś naiwnie myślałam, że wszyscy należymy do jednej drużyny - świeccy i zakonnicy - jednej Armii Pana (jak to śpiewało na pielgrzymkach). Jak bardzo się myliłam w tej i wielu innych sprawach... Jestem już bardzo, bardzo zmęczona...
P.S.
Odbyły się wybory samorządowe. Nawet nie chce mi sprawdzać wyników. Jestem bardzo zawiedziona rządami zjednoczonej prawicy, a zwłaszcza uniżonością wobec najpodstępniejszego z naszych wrogów i pełna obaw czym to się może skończyć.
Patrzyłam na plakaty wyborcze z buźkami czyichś niuniów, którym możni protektorzy dali szansę ustawić się w życiu. W oczywisty sposób to nie są nasi przedstawiciele, tylko pomioty uwłaszczonych na majątku narodowym aparatczyków, ubeków, oszustów i innej swołoczy. Od nas potrzebują tylko głosu poza tym mają nas w d... Sama myśl, że mogą mieć z nami coś wspólnego napełniłaby ich (gdyby się przypadkiem pojawiła w rzadko używanej mózgownicy) szczerym obrzydzeniem.
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
wtorek, 23 października 2018
poniedziałek, 22 października 2018
O modernizmie, czyli rozejściu się duchowieństwa z wiernymi
Słucham sobie dr Taylora Marshalla i ks. Dwighta Longeneckera (obaj konwertyci z Kościoła Episkopalnego). Rozmawiają o modernizmie. Jedna rzecz mnie uderza - jako dokładnie potwierdzająca moją intuicję w tej sprawie - całkowicie rozejście się duchowieństwa z powierzonymi sobie wiernymi.
Teologowie pod wpływem idei oświecenia i pewnych nurtów protestanckich w biblistyce zapragnęli dostosować naukę Kościoła i rozumienie Pisma Św. do "naszych czasów", "potrzeb nowoczesnego człowieka". Uznali, że cudów się już nie nosi, z rozmnożenia chleba i ryb zrobili gromadne dzielenie się zapasami, zmartwychwstanie oznacza przetrwanie nauki tragicznie zmarłego Jezusa w sercach jego uczniów, wcielenie i dziewicze poczęcie to rodzaj konwencji, obficie stosowanej w wielu starożytnych mitologiach itp. Idea, ze wszyscy ludzie zostaną zbawieni zahamowała działalność misyjną Kościoła. Pojęcie zbawienia też stało się niejasne wobec zgubienia nauki o grzechu pierworodnym i grzechu w ogóle, a w takim razie po co nam sakramenty? Po co księża? Po co Kościół?
Taki sposób interpretacji Pisma Świętego dalej straszy w seminariach i w tym duchu kształceni są duchowni, Natomiast wierni w swoim rozumieniu podstawowych prawd wiary w przeważającej większości pozostają przedsoborowi, rozumieją je tak jak były nauczane przez wieki - dosłownie. Dziwny przymus ciągłego "dostosowywania" nauczania Kościoła do potrzeb "nowoczesnego człowieka" nie wynika z potrzeb wiernych, tylko duchownych i teologów, którzy wiarę już dawno stracili albo nigdy jej nie mieli. Podobnie rzecz ma się w kwestiach moralnych. To nie wierni, nie żadni "młodzi" prą do zaakceptowania związków homoseksualnych, tylko stare watykańskie cioty, które cudem dożyły podeszłego wieku nie złapawszy AIDS.
Co gorsza ci ludzie dla niepoznaki operują znanymi od wieków pojęciami podkładając pod nie zupełnie nowe rozumienie. Trudno powiedzieć co papież ma na myśli używając słowa diabeł (prawdopodobnie arcybiskupa Vigano), skoro generał jezuitów twierdzi jawnie, ze Szatan jest rodzajem metafory. Piekło - według papieża Franciszka - nie istnieje, a dusze które odrzuciły Boga przestają po prostu istnieć. Z kolei dominikanie twierdzą, że żadna dusza bez ciała nie może istnieć, co z kolei podważa katolicką naukę o świętych obcowaniu. (Czy to przypadkiem nie była herezja głoszona przez Jana XXII?) Skąd oni to wiedzą? Jaka jest naukowa metoda ustalenia czy istnieją byty duchowe? Na podstawie czego można odrzucić definitywnie taką możliwość?
Najzabawniejsze jest, że cudowne wydarzenia opisane w Piśmie Świętym pod względem trudności wyobrażenia sobie nie zbliżają się nawet do prób objęcia umysłem powstania wszechświata z niczego na początku czasu (w sensie dosłownym, od tego momentu zaczyna się czas i przestrzeń).
Zwolennicy teorii ewolucji mają jeszcze trudniej - wiara potrzebna do uznania za możliwe, że życie powstało od uderzenia pioruna w aminokwasy (które wzięły się z zapewne z zadu) mogłaby wskrzeszać umarłych, podobnie jak niezachwiana pewność (nie oparta na żadnych dowodach), że zupełnie nowy gatunek mógłby "wyewoluować" z istniejącego przez przypadkową mutację i selekcję. Zaiste takiej wiary nie widziano nawet w Izraelu w czasach Jezusa.
A co powiedzieć o "genderowcach" na przemian wierzących, że płeć nie istnieje, albo, że istnieją jej 153 warianty. Ci ludzie potrafią twierdzić bez mrugnięcia okiem, że w związkach homoseksualnych rodzi się najwięcej dzieci! Potrafią nazywać dwóch mężczyzn mieszkających ze sobą małżeństwem!!! Systemy prawne wielu państw odnoszą się do takich żartów ze śmiertelną powagą!!! Czy mamy do czynienia ze zbiorową hipnozą? Wiara jak widać czyni cuda, choć może nie takie jakie byśmy chcieli zobaczyć...
Są jeszcze "globalni ociepleniowcy" z równie wiarygodnym credo, ci nawet zostali oficjalnie uznani przez papieża Franciszka, za sprawą encykliki Laudato si.
Chyba nigdy jeszcze ludzkość nie wzbudzała w sobie równie heroicznej wiary w rzeczy jawnie sprzeczne z rzeczywistością. Pozostaje dla mnie tajemnicą, jak w takim kontekście ludzie Kościoła mogą uznawać, że wiara w zmartwychwstanie, dziewicze macierzyństwo cy realną obecność Jezusa w Eucharystii może stanowić nieprzezwyciężalną trudność dla tak zaprawionych adeptów.
Ja sama nie mam żadnych trudności z wiarą w cuda opisane w Ewangelii czy z przyjęciem tradycyjnego nauczania Kościoła. Boga widzę w pięknie natury, w historii ludzkości i losach znanych mi jednostek. (Najtrudniej dostrzec mi jego działanie w moim własnym życiu zwłaszcza, kiedy patrzę na całość.) Kiedy nie potrafię czegoś przyjąć zadaje sobie pytanie czy jestem gotowa to definitywnie odrzucić, odpowiedź zazwyczaj brzmi nie. Wątpliwości czy trudności w wierze nie muszą wcale oznaczać odrzucenia tylko początek jakiejś drogi.
Teologowie pod wpływem idei oświecenia i pewnych nurtów protestanckich w biblistyce zapragnęli dostosować naukę Kościoła i rozumienie Pisma Św. do "naszych czasów", "potrzeb nowoczesnego człowieka". Uznali, że cudów się już nie nosi, z rozmnożenia chleba i ryb zrobili gromadne dzielenie się zapasami, zmartwychwstanie oznacza przetrwanie nauki tragicznie zmarłego Jezusa w sercach jego uczniów, wcielenie i dziewicze poczęcie to rodzaj konwencji, obficie stosowanej w wielu starożytnych mitologiach itp. Idea, ze wszyscy ludzie zostaną zbawieni zahamowała działalność misyjną Kościoła. Pojęcie zbawienia też stało się niejasne wobec zgubienia nauki o grzechu pierworodnym i grzechu w ogóle, a w takim razie po co nam sakramenty? Po co księża? Po co Kościół?
Taki sposób interpretacji Pisma Świętego dalej straszy w seminariach i w tym duchu kształceni są duchowni, Natomiast wierni w swoim rozumieniu podstawowych prawd wiary w przeważającej większości pozostają przedsoborowi, rozumieją je tak jak były nauczane przez wieki - dosłownie. Dziwny przymus ciągłego "dostosowywania" nauczania Kościoła do potrzeb "nowoczesnego człowieka" nie wynika z potrzeb wiernych, tylko duchownych i teologów, którzy wiarę już dawno stracili albo nigdy jej nie mieli. Podobnie rzecz ma się w kwestiach moralnych. To nie wierni, nie żadni "młodzi" prą do zaakceptowania związków homoseksualnych, tylko stare watykańskie cioty, które cudem dożyły podeszłego wieku nie złapawszy AIDS.
Co gorsza ci ludzie dla niepoznaki operują znanymi od wieków pojęciami podkładając pod nie zupełnie nowe rozumienie. Trudno powiedzieć co papież ma na myśli używając słowa diabeł (prawdopodobnie arcybiskupa Vigano), skoro generał jezuitów twierdzi jawnie, ze Szatan jest rodzajem metafory. Piekło - według papieża Franciszka - nie istnieje, a dusze które odrzuciły Boga przestają po prostu istnieć. Z kolei dominikanie twierdzą, że żadna dusza bez ciała nie może istnieć, co z kolei podważa katolicką naukę o świętych obcowaniu. (Czy to przypadkiem nie była herezja głoszona przez Jana XXII?) Skąd oni to wiedzą? Jaka jest naukowa metoda ustalenia czy istnieją byty duchowe? Na podstawie czego można odrzucić definitywnie taką możliwość?
Najzabawniejsze jest, że cudowne wydarzenia opisane w Piśmie Świętym pod względem trudności wyobrażenia sobie nie zbliżają się nawet do prób objęcia umysłem powstania wszechświata z niczego na początku czasu (w sensie dosłownym, od tego momentu zaczyna się czas i przestrzeń).
Zwolennicy teorii ewolucji mają jeszcze trudniej - wiara potrzebna do uznania za możliwe, że życie powstało od uderzenia pioruna w aminokwasy (które wzięły się z zapewne z zadu) mogłaby wskrzeszać umarłych, podobnie jak niezachwiana pewność (nie oparta na żadnych dowodach), że zupełnie nowy gatunek mógłby "wyewoluować" z istniejącego przez przypadkową mutację i selekcję. Zaiste takiej wiary nie widziano nawet w Izraelu w czasach Jezusa.
A co powiedzieć o "genderowcach" na przemian wierzących, że płeć nie istnieje, albo, że istnieją jej 153 warianty. Ci ludzie potrafią twierdzić bez mrugnięcia okiem, że w związkach homoseksualnych rodzi się najwięcej dzieci! Potrafią nazywać dwóch mężczyzn mieszkających ze sobą małżeństwem!!! Systemy prawne wielu państw odnoszą się do takich żartów ze śmiertelną powagą!!! Czy mamy do czynienia ze zbiorową hipnozą? Wiara jak widać czyni cuda, choć może nie takie jakie byśmy chcieli zobaczyć...
Są jeszcze "globalni ociepleniowcy" z równie wiarygodnym credo, ci nawet zostali oficjalnie uznani przez papieża Franciszka, za sprawą encykliki Laudato si.
Chyba nigdy jeszcze ludzkość nie wzbudzała w sobie równie heroicznej wiary w rzeczy jawnie sprzeczne z rzeczywistością. Pozostaje dla mnie tajemnicą, jak w takim kontekście ludzie Kościoła mogą uznawać, że wiara w zmartwychwstanie, dziewicze macierzyństwo cy realną obecność Jezusa w Eucharystii może stanowić nieprzezwyciężalną trudność dla tak zaprawionych adeptów.
Ja sama nie mam żadnych trudności z wiarą w cuda opisane w Ewangelii czy z przyjęciem tradycyjnego nauczania Kościoła. Boga widzę w pięknie natury, w historii ludzkości i losach znanych mi jednostek. (Najtrudniej dostrzec mi jego działanie w moim własnym życiu zwłaszcza, kiedy patrzę na całość.) Kiedy nie potrafię czegoś przyjąć zadaje sobie pytanie czy jestem gotowa to definitywnie odrzucić, odpowiedź zazwyczaj brzmi nie. Wątpliwości czy trudności w wierze nie muszą wcale oznaczać odrzucenia tylko początek jakiejś drogi.
niedziela, 21 października 2018
O. Adam Szustak OP kontratakuje!!!
Obejrzałam wczoraj film o Marcinie Zielińskim (Marcin Zieliński - Fałszywy charyzmatyk zdemaskowany!) i reakcję na niego w wykonaniu o.Szustaka [NV#253] Marcin Zieliński - fałszywy charyzmatyk zdemaskowany! (Q&ANV#253] . Nie znam sprawy zbyt dokładnie (słyszałam jak dr Krajski wspomniał coś o tym panu w tonie niezbyt pochlebnym), więc właściwie z pierwszego filmu dopiero dowiadywałam się, co konkretnie zarzuca się Zielińskiemu. A więc:
Wszystkie te zarzuty brzmią dosyć wiarygodnie dla mnie, gdyż widziałam w swoim życiu kilka takich grup i podobnych liderów, a opisane nabożeństwa z modlitwą o uzdrowienie wyglądały wypisz wymaluj jak w wykonaniu wspólnoty Jan Chrzciciel działającej u Paulinów we Wrocławiu. Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że odejścia takich wspólnot z Kościoła są stosunkowo częste (vide pastor Chojecki z Lublina), więc pewna ostrożność w zachwytach nad nimi byłaby raczej wskazana.
Reakcja o. Szustaka przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Zachował się tak jakby to on sam został podstępnie zaatakowany, utożsamił się z Zielińskim całkowicie. Można by złośliwie zauważyć, że obaj mają podobnie rozdęte ego i nawyk gwiazdorzenia, jakże uzasadniony u naturalnych liderów, eklezjalnych samców alfa. Charakterystyczne dla takich ludzi jest przekonanie, że jakieś smutne szaraczki stojące o ileż niżej w hierarchii stadnej nie mają prawa krytykować przywódcy, nie maja do niego żadnego doskoku.
Taki był właśnie pierwszy, najważniejszy i właściwie jedyny kontrargument dominikańskiej gwiazdy internetu. Oto jacyś smutni ludzie odczytywali swoje kwestie z kartki patrząc w róg ekranu, a twarze ich nie zdradzały żadnych emocji. Sławny kaznodzieja wytrzymał kilkanaście minut, a potem już przesuwał co kawałek. Być może w ten sposób przeoczył wszystkie konkretne zarzuty i opinie egzorcystów ks. Rajchela i Glasa. Jego kontra ograniczała się do:
Bardzo to było smutne i żenujące widowisko. Więcej dowiedziałam się o o. Szustaku, którego czasem słuchałam, niż o Marcinie Zielińskim, z którym nie zetknęłam się nigdy. Znowu ta niezwykle wybiórcza lojalność duszpasterza, który solidaryzuje się z podejrzanym charyzmatykiem-gwiazdorem, a pogardza zwykłymi ludźmi. Po totalnym wyśmianiu ich braku talentów medialnych uraczył protekcjonalnym stwierdzeniem, że to pewnie "jacyś dobrzy ludzie muszą być" i z czystej nieświadomości fałszywie świadczą o tak świetlanej postaci, co jest grzechem. Nie dosłuchałam do końca, więc nie wiem czy postraszył ich także potępieniem wiecznym, ale czymże ono jest wobec wyśmiania przez o. Szustaka !!!
- powiązania z Toronto Blessing wspólnotą (?) znaną z bardzo dziwnych "manifestacji" - jak tarzanie się po ziemi czy nieopanowane ataki śmiechu - i jej wymienionymi z imienia i nazwiska liderami, u których polski charyzmatyk terminował.
- duży udział protestantów we wspólnocie M. Zielińkiego (Głos Pana), co przyczyniało się do odejścia od nauki katolickiej całej wspólnoty i przeciągania pojedynczych członków na pozycje jawnie antykatolickie
- niewiarygodnie rozdęte ego lidera, który traktuje swoją działalność jako sposób osiągnięcia sławy i pieniędzy. Ma np ambicję nauczyć się wskrzeszać zmarłych w tym celu.
- jego biegłość w manipulacji i spryt w pozyskiwaniu możnych protektorów (uwiarygodniających go duchownych)
- "nieomylność" lidera, wyrzucanie ze wspólnoty nie podzielających jego zdania
- podejrzany charakter uzdrowień dokonujących się na prowadzonych przez niego nabożeństwach (choroby wracają po tygodniu, brak trwałych skutków)
- obwinianie samych chorych w przypadku niepowodzenia modlitwy o uzdrowienie
- "demonizowanie" wiernych przez nakładanie na nich rąk przez podejrzane indywidua
Wszystkie te zarzuty brzmią dosyć wiarygodnie dla mnie, gdyż widziałam w swoim życiu kilka takich grup i podobnych liderów, a opisane nabożeństwa z modlitwą o uzdrowienie wyglądały wypisz wymaluj jak w wykonaniu wspólnoty Jan Chrzciciel działającej u Paulinów we Wrocławiu. Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że odejścia takich wspólnot z Kościoła są stosunkowo częste (vide pastor Chojecki z Lublina), więc pewna ostrożność w zachwytach nad nimi byłaby raczej wskazana.
Reakcja o. Szustaka przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Zachował się tak jakby to on sam został podstępnie zaatakowany, utożsamił się z Zielińskim całkowicie. Można by złośliwie zauważyć, że obaj mają podobnie rozdęte ego i nawyk gwiazdorzenia, jakże uzasadniony u naturalnych liderów, eklezjalnych samców alfa. Charakterystyczne dla takich ludzi jest przekonanie, że jakieś smutne szaraczki stojące o ileż niżej w hierarchii stadnej nie mają prawa krytykować przywódcy, nie maja do niego żadnego doskoku.
Taki był właśnie pierwszy, najważniejszy i właściwie jedyny kontrargument dominikańskiej gwiazdy internetu. Oto jacyś smutni ludzie odczytywali swoje kwestie z kartki patrząc w róg ekranu, a twarze ich nie zdradzały żadnych emocji. Sławny kaznodzieja wytrzymał kilkanaście minut, a potem już przesuwał co kawałek. Być może w ten sposób przeoczył wszystkie konkretne zarzuty i opinie egzorcystów ks. Rajchela i Glasa. Jego kontra ograniczała się do:
- wykrzykników, że to jakieś bzdury, jakieś blubry (cokolwiek by to miało oznaczać)
- zapewnienia, że protestanci to nasi bracia i katolicka biblistyka bardzo wiele - jeśli nie wszystko - im zawdzięcza (np metodę historyczno-krytyczną, która do dziś straszy w seminariach i zabija wiarę kleryków)
- protekcjonalnego potraktowania opinii ks. Rajchela ("jakiegoś biednego księdza" jak się o. Szustak wyraził) i przekręcenie sensu jego wypowiedzi
- robienia dużej ilości min i uciekania wzrokiem
- zapewnienia Marcina Zielińskiego o swoim wsparciu wobec tak podłego ataku ze strony "underlingów"
- pouczenia widzów, żeby nie brali pod uwagę opinii jakichś smutnych ludzi, którzy muszą czytać swoją kwestię z kartki, gdyż po prostu nie mogą mieć racji z przyczyn estetycznych.
- postraszenia twórców filmu, że sprawa jest zgłoszona do episkopatu i teraz dopiero zobaczą.
Bardzo to było smutne i żenujące widowisko. Więcej dowiedziałam się o o. Szustaku, którego czasem słuchałam, niż o Marcinie Zielińskim, z którym nie zetknęłam się nigdy. Znowu ta niezwykle wybiórcza lojalność duszpasterza, który solidaryzuje się z podejrzanym charyzmatykiem-gwiazdorem, a pogardza zwykłymi ludźmi. Po totalnym wyśmianiu ich braku talentów medialnych uraczył protekcjonalnym stwierdzeniem, że to pewnie "jacyś dobrzy ludzie muszą być" i z czystej nieświadomości fałszywie świadczą o tak świetlanej postaci, co jest grzechem. Nie dosłuchałam do końca, więc nie wiem czy postraszył ich także potępieniem wiecznym, ale czymże ono jest wobec wyśmiania przez o. Szustaka !!!
czwartek, 18 października 2018
Ordo Sanctae Catherinae Sienensis i powrót Świętej Inkwizycji
Oglądałam wczoraj znakomity wywiad Grzegorza Górnego z Pawłem Lisickim (w internetowej telewizji wpolsce), który mówił m.in. o swojej najnowszej książce Epoka Antychrysta. Przy okazji omawiania sytuacji w dzisiejszym Kościele stwierdził, że same dokumenty papieskie (jak instrukcje o nieprzyjmowaniu homoseksualistów do seminariów) nie wystarczą, potrzebna jest inkwizycja, która je fizycznie przeprowadzi i jakiś nowy zakon, który się podejmie takiego zadania.
O konieczności przywrócenia inkwizycji sama od dłuższego czasu myślę, ale pomysł założenia nowego zakonu uważam za zachwycająco świeży. Zakon kaznodziejski - w zamyśle Św. Dominika powołany do zwalczania herezji - od dawna się do tego zadania nie nadaje. W dużym stopniu dał się uwieść przez świat, diabła i ciało. Jezuici - którzy mieli nawracać protestantów - stali się V kolumną oligarchów propagujących homoseksualizm. Podejrzewam, że w każdym z tych zakonów - i w wielu innych - są prawowierni katolicy z dobrym przygotowaniem teoretycznym, zdolni odróżnić herezję od ortodoksji. Można by z nich utworzyć zespół do oczyszczenia seminariów diecezjalnych i zakonnych z heretyków i herezjarchów roboczo nazwany Rigid Catholic Doctrinarians (RCD)
Natomiast do wyeliminowania czynnych homoseksualistów potrzebny jest nowy zakon Ordo Rigoristarum Neopelagianorum w skrócie ORN (nie mylić z ONR) albo mniej konfrontacyjnie Ordo Sanctae Catherinae Sienensis (ze względu na niepozostawiającą żadnych wątpliwości ocenę sodomii przez patronkę). Musiałby składać się z osób dojrzałych, koniecznie po przezwyciężeniu kryzysu wieku średniego, niepodatnych na pedalskie (ani żadne inne) wdzięki, zdolnych kontrolować swoje emocje i wznosić się ponad nie w trzeźwej ocenie sytuacji, ponadto cechujących się silną wolą i determinacją. Być może powinny być to kobiety, które poradziły sobie ze swoją samotnością i nie widzą powodu, żeby księża i zakonnicy nie mogli, albo wszystkie osoby samotne, którym O.Pilśniak OP stręczył adopcję dzieci autystycznych jako rozwiązanie ich problemów życiowych (ci byliby zdeterminowani, że strach). Zakon mógłby zostać powołany na czas pełnienia swej misji, a po jej zakończeniu rozwiązany. Powinien działać pod przykryciem (bez habitów) najlepiej w przebraniu pogardzanych moherów, koniecznie z koszykiem pisanek do poświęcenia. Taki kamuflaż uśpiłby czujność podejrzanych, a nawet skłonił do zaprezentowania całej gamy aroganckich zachowań i heretyckich tekstów, które można od razu zgłosić do RCD.
P.S.
Po namyśle nazwa Ordo Sancti Petri Damiani byłaby jeszcze lepsza!
O konieczności przywrócenia inkwizycji sama od dłuższego czasu myślę, ale pomysł założenia nowego zakonu uważam za zachwycająco świeży. Zakon kaznodziejski - w zamyśle Św. Dominika powołany do zwalczania herezji - od dawna się do tego zadania nie nadaje. W dużym stopniu dał się uwieść przez świat, diabła i ciało. Jezuici - którzy mieli nawracać protestantów - stali się V kolumną oligarchów propagujących homoseksualizm. Podejrzewam, że w każdym z tych zakonów - i w wielu innych - są prawowierni katolicy z dobrym przygotowaniem teoretycznym, zdolni odróżnić herezję od ortodoksji. Można by z nich utworzyć zespół do oczyszczenia seminariów diecezjalnych i zakonnych z heretyków i herezjarchów roboczo nazwany Rigid Catholic Doctrinarians (RCD)
Natomiast do wyeliminowania czynnych homoseksualistów potrzebny jest nowy zakon Ordo Rigoristarum Neopelagianorum w skrócie ORN (nie mylić z ONR) albo mniej konfrontacyjnie Ordo Sanctae Catherinae Sienensis (ze względu na niepozostawiającą żadnych wątpliwości ocenę sodomii przez patronkę). Musiałby składać się z osób dojrzałych, koniecznie po przezwyciężeniu kryzysu wieku średniego, niepodatnych na pedalskie (ani żadne inne) wdzięki, zdolnych kontrolować swoje emocje i wznosić się ponad nie w trzeźwej ocenie sytuacji, ponadto cechujących się silną wolą i determinacją. Być może powinny być to kobiety, które poradziły sobie ze swoją samotnością i nie widzą powodu, żeby księża i zakonnicy nie mogli, albo wszystkie osoby samotne, którym O.Pilśniak OP stręczył adopcję dzieci autystycznych jako rozwiązanie ich problemów życiowych (ci byliby zdeterminowani, że strach). Zakon mógłby zostać powołany na czas pełnienia swej misji, a po jej zakończeniu rozwiązany. Powinien działać pod przykryciem (bez habitów) najlepiej w przebraniu pogardzanych moherów, koniecznie z koszykiem pisanek do poświęcenia. Taki kamuflaż uśpiłby czujność podejrzanych, a nawet skłonił do zaprezentowania całej gamy aroganckich zachowań i heretyckich tekstów, które można od razu zgłosić do RCD.
P.S.
Po namyśle nazwa Ordo Sancti Petri Damiani byłaby jeszcze lepsza!
środa, 17 października 2018
Jeszcze o prawdziwej przynależności i lojalności
Na stronie dominikańskiej nowy wpis o. Dostatniego! I jest to - suprise, suprise - recenzja filmu Kler utrzymana w tym samym tonie, co opinie o. Golonki i Szustaka. Przypadek? Nie sądzę! O. Dostatni nieco bardziej dryfuje w stronę radości z rozpoznawania w bohaterach politycznych oponentów, ale pozostaje w harmonii z opiniami konfratrów o wezwaniu do nawrócenia, możliwości przejrzenia się w owym wybitnym dziele jak w lustrze itp.
Nie będę się wypowiadać na temat filmu, bo go nie widziałam (zgodnie z zaleceniami autora recenzji), ale byłabym bardzo ciekawa reakcji o. Dostatniego na film "Zakon (kaznodziejski)" albo "Psy pańskie" nakręconego na podstawie opowieści o. Adama Wyszyńskiego OP. Materiał na scenariusz znakomity, można by go nieco podkręcić i hit gotowy. P. Smarzowski pewnie by się nie podjął reżyserii, bo aktywność homoseksualna w zakonie to kwintesencja postępu, ale zdolnych twórców w Polsce nie brak. Scena w której sławny z aktywności medialnej ojciec G. pozoruje ruchy frykcyjne na zadku młodego zakonnika przygotowującego obiad dla współbraci w łódzkim klasztorze wołając "Kaczyński dyma cię w d..pę" wywołałaby entuzjazm na sali. Podobnie mocny finał z przymusowym umieszczeniem w szpitalu psychiatrycznym i brawurową ucieczką pacjenta. Czy o. Dostatni et consortes chcieliby się przeglądać w takim lustrze? Myślę, że wątpię.
Przecież doświadczenie jednego młodego człowieka, w dodatku ulegającego częstym atakom paniki (znaczy niestabilnego emocjonalnie), nie może być ilustracją życia prowincji polskiej dominikanów, w której pracuje wielu porządnych i pobożnych braci. Czyż nie? To byłoby raczej krzywe zwierciadło! Wiadomo, w przypadku Kleru to co innego, czarni popierają PIS więc im się należy. Niech się mohery oburzają i nawołują do bojkotu. To czysty klerykalizm! Co innego krytykowanie arcybiskupa Życińskiego (TW Filozof), znanego z ekscesów w praskim gej-klubie, albo arcybiskupa Rysia mizdrzącego się do rabina. Dla"antysemityzmu" "faszyzmu" i "mowy nienawiści" nie może być miejsca...
Z jakichś tajemniczych powodów świadectwo arcybiskupa Vigano ujawniające przywrócenie McCarricka do łask przez papieża Franciszka mimo jego wiedzy o "dokonaniach" amerykańskiego kardynała na polu wprowadzania postępu obyczajowego w seminariach także zostało zaliczone przez o. Dostatniego do klerykalizmu. Przyznam, że nie nadążam za tą talmudyczną logiką.
Tu wraca kwestia prawdziwej przynależności i lojalności, o której pisałam w poprzednim wpisie. Jest dla mnie całkowicie jasne, że wielu dominikanom - jak o. Dostatni czy medialny ojciec G. - jest znacznie bliżej do GW czy TVN niż do wiernych przychodzących do ich Kościoła. Niech przychodzą te jelenie i dają kasę, a zniesiemy nawet ich obrzydliwe śmierdzące jaja w Wielką Sobotę (choć z trudem), a serce nasze będzie spoczywać w kwiecie lotosu u stóp pana (George Sorosa).
Nie będę się wypowiadać na temat filmu, bo go nie widziałam (zgodnie z zaleceniami autora recenzji), ale byłabym bardzo ciekawa reakcji o. Dostatniego na film "Zakon (kaznodziejski)" albo "Psy pańskie" nakręconego na podstawie opowieści o. Adama Wyszyńskiego OP. Materiał na scenariusz znakomity, można by go nieco podkręcić i hit gotowy. P. Smarzowski pewnie by się nie podjął reżyserii, bo aktywność homoseksualna w zakonie to kwintesencja postępu, ale zdolnych twórców w Polsce nie brak. Scena w której sławny z aktywności medialnej ojciec G. pozoruje ruchy frykcyjne na zadku młodego zakonnika przygotowującego obiad dla współbraci w łódzkim klasztorze wołając "Kaczyński dyma cię w d..pę" wywołałaby entuzjazm na sali. Podobnie mocny finał z przymusowym umieszczeniem w szpitalu psychiatrycznym i brawurową ucieczką pacjenta. Czy o. Dostatni et consortes chcieliby się przeglądać w takim lustrze? Myślę, że wątpię.
Przecież doświadczenie jednego młodego człowieka, w dodatku ulegającego częstym atakom paniki (znaczy niestabilnego emocjonalnie), nie może być ilustracją życia prowincji polskiej dominikanów, w której pracuje wielu porządnych i pobożnych braci. Czyż nie? To byłoby raczej krzywe zwierciadło! Wiadomo, w przypadku Kleru to co innego, czarni popierają PIS więc im się należy. Niech się mohery oburzają i nawołują do bojkotu. To czysty klerykalizm! Co innego krytykowanie arcybiskupa Życińskiego (TW Filozof), znanego z ekscesów w praskim gej-klubie, albo arcybiskupa Rysia mizdrzącego się do rabina. Dla"antysemityzmu" "faszyzmu" i "mowy nienawiści" nie może być miejsca...
Z jakichś tajemniczych powodów świadectwo arcybiskupa Vigano ujawniające przywrócenie McCarricka do łask przez papieża Franciszka mimo jego wiedzy o "dokonaniach" amerykańskiego kardynała na polu wprowadzania postępu obyczajowego w seminariach także zostało zaliczone przez o. Dostatniego do klerykalizmu. Przyznam, że nie nadążam za tą talmudyczną logiką.
Tu wraca kwestia prawdziwej przynależności i lojalności, o której pisałam w poprzednim wpisie. Jest dla mnie całkowicie jasne, że wielu dominikanom - jak o. Dostatni czy medialny ojciec G. - jest znacznie bliżej do GW czy TVN niż do wiernych przychodzących do ich Kościoła. Niech przychodzą te jelenie i dają kasę, a zniesiemy nawet ich obrzydliwe śmierdzące jaja w Wielką Sobotę (choć z trudem), a serce nasze będzie spoczywać w kwiecie lotosu u stóp pana (George Sorosa).
Etykiety:
arcybiskup Vigano,
dominikanie,
George Soros,
kardynał McCarrick,
Kler,
klerykalizm,
o Golonka,
o. Dostatni,
o. Wyszyński,
o.Szustak,
papież Franciszek
O "szlachetności" kardynała Wuerla i lojalności papieża Franciszka
Słuchałam właśnie (robiąc obiad) mojego ulubionego duetu - dr Taylor Marshall i Timothy Gordon - komentującego odpowiedź Franciszka na rezygnację Donalda Wuerla. Papież, co prawda ją przyjął, ale wyznaczył skompromitowanego hierarchę administratorem swojej dotychczasowej archidiecezji waszyngtońskiej tzn de facto pozostawił na stanowisku. Wuerl zachowa także tytuł kardynała i arcybiskupa oraz pozostanie członkiem kongregacji do spraw biskupów tzn będzie miał władzę nad wszystkimi protestującymi przeciw niemu księżmi (będzie mógł ich wysłać do psychuszek jak Cupich) oraz wpływ na wybór nowych biskupów na całym świecie.
Amerykańscy komentatorzy, dobrzy katolicy, po każdym zdaniu listu papieża do kardynała zbierają szczęki z bruku. Po prostu nigdy nie widzieli takich standardów, ani takiej przewrotności. Człowiek ewidentnie mający udział w kryciu nadużyć seksualnych kleru, na co są dowody znane opinii publicznej, pozostaje na stanowisku! Nawet administracja Obamy rzuciłaby go na pożarcie (feed to the dogs), żeby zachować twarz. Co więcej jest publicznie chwalony za swoją szlachetność, przy której pewne drobne pomyłki jak krycie McCarricka to pikuś, i zapewniony, że mimo knowań złych ludzi nagroda go nie minie, może spać spokojnie. Owa słynna szlachetność miała polegać na tym, ze tak niecnie atakowany mógł się bronić, ale tego nie zrobił. W rzeczywistości nie robił nic innego tylko łaził po CNN -ach i się usprawiedliwiał, że nic nie wiedział. To najbardziej poraziło Marshalla & Gordona - nieznana w "English speaking world" przewrotność - chwalenie kogoś za powstrzymanie się od działań, którym de facto oddawał się bez przerwy. Tak samo papież Franciszek oskarżony przez arcybiskupa Vigano, ogłosił, że jak - nie przymierzając - baranek prowadzony na rzeź nie powie ani słowa na ten temat, a od tej chwili nie minął dzień bez aluzji do "wielkiego oskarżyciela" szerzącego podział ujawniając grzechy biskupów i intensywnego knucia jak przypisać odpowiedzialność za krycie McCarricka zmarłemu Janowi Pawłowi II, który nie może się bronić.
Obaj komentatorzy uznali to za "perronizm", mi raczej kojarzy się z marksizmem i leninizmem tak drogim wrażliwemu społecznie serduszku papieża.
Cała ta historia świetnie ilustruje kwestię prawdziwej przynależności różnych osób i jak bardzo ona odległa od formalnej. Papież na każdym kroku dystansuje się od sztywnych i przeciętnych chrześcijan, faryzejskich neopelagianistów, którym się wydaje, że są doskonali , a wyciąga miłosierne ramiona do chińskich komunistów, proaborcyjnych aktywistów, oszustów klimatycznych, zawodowych homoseksualistów i ludzi żyjących w konkubinacie z wolnego wyboru. Prawdziwie lojalny jest jedynie wobec ludzi, którym zawdzięcza swój wybór i którzy popierają jego linię destrukcji Kościoła. Mogą mieć na sumieniu grzechy niewyobrażalne dla przeciętnego śmiertelnika, a włos im z głowy nie spadnie.
Amerykańscy komentatorzy, dobrzy katolicy, po każdym zdaniu listu papieża do kardynała zbierają szczęki z bruku. Po prostu nigdy nie widzieli takich standardów, ani takiej przewrotności. Człowiek ewidentnie mający udział w kryciu nadużyć seksualnych kleru, na co są dowody znane opinii publicznej, pozostaje na stanowisku! Nawet administracja Obamy rzuciłaby go na pożarcie (feed to the dogs), żeby zachować twarz. Co więcej jest publicznie chwalony za swoją szlachetność, przy której pewne drobne pomyłki jak krycie McCarricka to pikuś, i zapewniony, że mimo knowań złych ludzi nagroda go nie minie, może spać spokojnie. Owa słynna szlachetność miała polegać na tym, ze tak niecnie atakowany mógł się bronić, ale tego nie zrobił. W rzeczywistości nie robił nic innego tylko łaził po CNN -ach i się usprawiedliwiał, że nic nie wiedział. To najbardziej poraziło Marshalla & Gordona - nieznana w "English speaking world" przewrotność - chwalenie kogoś za powstrzymanie się od działań, którym de facto oddawał się bez przerwy. Tak samo papież Franciszek oskarżony przez arcybiskupa Vigano, ogłosił, że jak - nie przymierzając - baranek prowadzony na rzeź nie powie ani słowa na ten temat, a od tej chwili nie minął dzień bez aluzji do "wielkiego oskarżyciela" szerzącego podział ujawniając grzechy biskupów i intensywnego knucia jak przypisać odpowiedzialność za krycie McCarricka zmarłemu Janowi Pawłowi II, który nie może się bronić.
Obaj komentatorzy uznali to za "perronizm", mi raczej kojarzy się z marksizmem i leninizmem tak drogim wrażliwemu społecznie serduszku papieża.
Cała ta historia świetnie ilustruje kwestię prawdziwej przynależności różnych osób i jak bardzo ona odległa od formalnej. Papież na każdym kroku dystansuje się od sztywnych i przeciętnych chrześcijan, faryzejskich neopelagianistów, którym się wydaje, że są doskonali , a wyciąga miłosierne ramiona do chińskich komunistów, proaborcyjnych aktywistów, oszustów klimatycznych, zawodowych homoseksualistów i ludzi żyjących w konkubinacie z wolnego wyboru. Prawdziwie lojalny jest jedynie wobec ludzi, którym zawdzięcza swój wybór i którzy popierają jego linię destrukcji Kościoła. Mogą mieć na sumieniu grzechy niewyobrażalne dla przeciętnego śmiertelnika, a włos im z głowy nie spadnie.
poniedziałek, 15 października 2018
O psychologicznym uwiedzeniu
Słuchałam dzisiaj wykładów Anny Wasiukiewicz, psychologa i krytyka psychologii zarazem. Przypomniało mi to owe czasy, kiedy szukałam kogoś mądrego, kogoś, kto wie lepiej. Psychologia też była etapem mojej "podróży". Ile kretyńskich decyzji podjęłam pod wpływem bełkotu o samorealizacji, nieograniczonych możliwościach, pozytywnym myśleniu itp, to się w pale nie mieści. Dopiero teraz do mnie dociera jak rujnujący wpływ miała ta przygoda na moje życie.
Po pewnym czasie musiałam uznać jałowość tego przedsięwzięcia. zwróciłam się bardziej w stronę duchowości. W sposób nieunikniony musiałam zaliczyć modlitwy o uzdrowienie, o przecięcie niebożych więzi, a nawet spowiedź furtkową, tylko na uzdrowienie międzypokoleniowe nie udało mi się załapać, zanim zostało potępione. Według p. Wasiukiewicz to wszystko praktyki wywodzące się z bardzo nieraz szemranych terapii, które dostały się do Kościoła wraz z ruchem charyzmatycznym.
Z jednej strony odczułam ulgę (zawsze czułam, że to jednak coś dziwacznego) a z drugiej zadumałam się jak to łatwo można wdepnąć w g... nawet w Kościele i to pod wpływem spowiednika.
Anna Wasiukiewicz stawia tezę, że psychologia jest konkurencyjnym do Chrześcijaństwa systemem wierzeń, nie tylko niekompatybilnym, ale mającym wręcz za zadanie jego destrukcję. Przed soborem było to oczywiste - pisma Freuda były zakazane, a psychoanalizę traktowano jako grzech ciężki. Po soborze wszyscy dorośli wyszli (z Kościoła), a dzieci zostały same w domu i jak to głupie dzieci otworzyły drzwi obcym i wpuściły wrogów do środka. Najlepszym dowodem był eksperyment Karla Rogersa na zakonnicach. "Trening uwrażliwiający" zaplanowany na 2 lata musiał zostać przerwany, gdyż na skutek degrengolady moralnej sióstr zgromadzenie rozwiązano.
Pewien ksiądz z diecezji płockiej opuszczając kapłaństwo, opisał w obszernym liście do przełożonych powody swojej decyzji. W seminarium skierowano go na kurs 12 kroków jako współuzależnionego, gdyż miał ojca alkoholika (nie odczuwał jakichś szczególnych problemów z tego powodu). Potem nawiedzony opiekun roku skierował całą grupę kleryków na terapię ustawień rodzinnych Berta Hellingera, która miała na nich wpływ rujnujący. A przed święceniami (o ile dobrze pamiętam) wszyscy mieli obowiązek wziąć udział z rekolekcjach odnowy w Duchu Św. Po tych wszystkich figlach człowiek był załatwiony, zaczął nienawidzić ojca, nie mógł spać w nocy ze strachu, czuł ciągle jakąś obecność w pobliżu itp.
Przychodzi mi też do głowy przypadek o.Krzysztofowicza OP, który im bardziej był terapeutą, tym mniej chrześcijaninem, zakonnikiem i księdzem. Zakończył odejściem z wielkim przytupem, zamieszczając w internecie swoją wersje przypowieści o synu marnotrawnym, w której tytułowy bohater w obcej krainie, gdzie wchrzania strąki dla świń, poślubia córkę gospodarza, dorabia się majątku i do ojca już nie wraca. Dodatkową atrakcją tej historii, jest mroczny wątek "przyjaźni" z Marcinem Plichtą, sławnym słupem afery Amber Gold.
Myślę, że upowszechnienie się psychologii i psychoterapii w dużej mierze przyczyniło się do kryzysu kapłaństwa. Wiara wielu kleryków i księży została podcięta - przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Zyskali nowego Boga - własne pragnienia, także natury erotycznej. Dowiedzieli się, że życie seksualne jest warunkiem osiągnięcia któregoś tam stopnia ludzkiej dojrzałości, a bez tego zatrzymają się w rozwoju, że tłumienie popędu jest złe i prowadzi do nerwicy i temu podobne "prawdy objawione", które uznali za ważniejsze niż Ewangelia. Skutki znamy (przynajmniej częściowo).
Przypomniałam sobie jak niejaki o. Pilśniak OP miał dla osób samotnych jedną radę - zaadoptujcie niepełnosprawne dzieci! Bezdzietnym małżeństwom nigdy takiego rozwiązania nie proponował - wiadomo, w pojedynkę łatwiej podjąć taki ciężar. Wygłaszał swą zbawczą radę z dużą surowością i pewną domieszką zniecierpliwienia, a spełniwszy duszpasterski obowiązek wracał do klasztoru, gdzie bracia - w formie żartu - pozorują ruchy kopulacyjne, proponują sobie zrobienie loda, zakładają profile na gejowskich portalach, urządzają libacje połączone z homoseksualnym seksem i praktykują temu podobne umartwienia, a wszystko to z miłości oczywiście. Taki obraz wyłania się się w każdym razie z relacji o. Wyszyńskiego OP. Jeśli w jakimś stopniu odpowiada rzeczywistości, to kontrast z drogą proponowaną wiernym świeckim jest zachwycający.
Po pewnym czasie musiałam uznać jałowość tego przedsięwzięcia. zwróciłam się bardziej w stronę duchowości. W sposób nieunikniony musiałam zaliczyć modlitwy o uzdrowienie, o przecięcie niebożych więzi, a nawet spowiedź furtkową, tylko na uzdrowienie międzypokoleniowe nie udało mi się załapać, zanim zostało potępione. Według p. Wasiukiewicz to wszystko praktyki wywodzące się z bardzo nieraz szemranych terapii, które dostały się do Kościoła wraz z ruchem charyzmatycznym.
Z jednej strony odczułam ulgę (zawsze czułam, że to jednak coś dziwacznego) a z drugiej zadumałam się jak to łatwo można wdepnąć w g... nawet w Kościele i to pod wpływem spowiednika.
Anna Wasiukiewicz stawia tezę, że psychologia jest konkurencyjnym do Chrześcijaństwa systemem wierzeń, nie tylko niekompatybilnym, ale mającym wręcz za zadanie jego destrukcję. Przed soborem było to oczywiste - pisma Freuda były zakazane, a psychoanalizę traktowano jako grzech ciężki. Po soborze wszyscy dorośli wyszli (z Kościoła), a dzieci zostały same w domu i jak to głupie dzieci otworzyły drzwi obcym i wpuściły wrogów do środka. Najlepszym dowodem był eksperyment Karla Rogersa na zakonnicach. "Trening uwrażliwiający" zaplanowany na 2 lata musiał zostać przerwany, gdyż na skutek degrengolady moralnej sióstr zgromadzenie rozwiązano.
Pewien ksiądz z diecezji płockiej opuszczając kapłaństwo, opisał w obszernym liście do przełożonych powody swojej decyzji. W seminarium skierowano go na kurs 12 kroków jako współuzależnionego, gdyż miał ojca alkoholika (nie odczuwał jakichś szczególnych problemów z tego powodu). Potem nawiedzony opiekun roku skierował całą grupę kleryków na terapię ustawień rodzinnych Berta Hellingera, która miała na nich wpływ rujnujący. A przed święceniami (o ile dobrze pamiętam) wszyscy mieli obowiązek wziąć udział z rekolekcjach odnowy w Duchu Św. Po tych wszystkich figlach człowiek był załatwiony, zaczął nienawidzić ojca, nie mógł spać w nocy ze strachu, czuł ciągle jakąś obecność w pobliżu itp.
Przychodzi mi też do głowy przypadek o.Krzysztofowicza OP, który im bardziej był terapeutą, tym mniej chrześcijaninem, zakonnikiem i księdzem. Zakończył odejściem z wielkim przytupem, zamieszczając w internecie swoją wersje przypowieści o synu marnotrawnym, w której tytułowy bohater w obcej krainie, gdzie wchrzania strąki dla świń, poślubia córkę gospodarza, dorabia się majątku i do ojca już nie wraca. Dodatkową atrakcją tej historii, jest mroczny wątek "przyjaźni" z Marcinem Plichtą, sławnym słupem afery Amber Gold.
Myślę, że upowszechnienie się psychologii i psychoterapii w dużej mierze przyczyniło się do kryzysu kapłaństwa. Wiara wielu kleryków i księży została podcięta - przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Zyskali nowego Boga - własne pragnienia, także natury erotycznej. Dowiedzieli się, że życie seksualne jest warunkiem osiągnięcia któregoś tam stopnia ludzkiej dojrzałości, a bez tego zatrzymają się w rozwoju, że tłumienie popędu jest złe i prowadzi do nerwicy i temu podobne "prawdy objawione", które uznali za ważniejsze niż Ewangelia. Skutki znamy (przynajmniej częściowo).
Przypomniałam sobie jak niejaki o. Pilśniak OP miał dla osób samotnych jedną radę - zaadoptujcie niepełnosprawne dzieci! Bezdzietnym małżeństwom nigdy takiego rozwiązania nie proponował - wiadomo, w pojedynkę łatwiej podjąć taki ciężar. Wygłaszał swą zbawczą radę z dużą surowością i pewną domieszką zniecierpliwienia, a spełniwszy duszpasterski obowiązek wracał do klasztoru, gdzie bracia - w formie żartu - pozorują ruchy kopulacyjne, proponują sobie zrobienie loda, zakładają profile na gejowskich portalach, urządzają libacje połączone z homoseksualnym seksem i praktykują temu podobne umartwienia, a wszystko to z miłości oczywiście. Taki obraz wyłania się się w każdym razie z relacji o. Wyszyńskiego OP. Jeśli w jakimś stopniu odpowiada rzeczywistości, to kontrast z drogą proponowaną wiernym świeckim jest zachwycający.
Subskrybuj:
Posty (Atom)