środa, 9 czerwca 2021

Św. Dominik przewraca się w grobie...

 ... patrząc na zakon, który założył do walki z herezją.

Wracając z przychodni na pl. Dominikańskim (gdzie z pewną panią zrobiłyśmy niezłą akcję wyrzucania przedstawiciela handlowego z gabinetu dermatologa) z przyzwyczajenia weszłam do Kościoła św. Wojciecha. Trafiłam na Ewangelię i kazanie sławnego o. Marcina Mogielskiego, który tak porządnie się zachował, opowiadając się po stronie ofiar o. Pawła Malińskiego, w tzw. skandalu wrocławskim.

Jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć na czym polega herezja modernizmu w czystej postaci, to powinien posłuchać wywodu o. Marcina luźno zainspirowanego dzisiejszym czytaniem z Ewangelii św. Mateusza (5, 17-19). Najkrócej rzecz ujmując nie należy wyśmiewać się z tego, co przekazały nam przeszłe pokolenia, choć to takie głupie i naiwne. Wszyscy bowiem jesteśmy w procesie ewolucji i przyszłe pokolenia będą wyśmiewać się z nas (np. z tego, że dominikanie chodzili w habitach). Depozyt wiary też ciągle ewoluuje i to co niegdyś wydawało się prawdą, teraz nią już nie jest. 

Kiedyś wierzono, że Pan Bóg karze ludzi piekłem za złe życie (choć już Orygenes i św. Grzegorz z Nyssy mieli inne zdanie), a teraz wiemy, że to nieprawda, bo Chrystus umarł za wszystkich i zbawił wszystkich (tzn. wszyscy są zbawieni, choćby nawet nie chcieli). Dobre uczynki są tylko wyrazem bezinteresownej miłości i nic nie zmieniają w naszej sytuacji. Coś takiego głosił też Luter, a potem był zdziwiony całkowitym upadkiem wszelkich dzieł miłosierdzia wśród swoich wyznawców kontrastującym z ich rozkwitem w Kościele Katolickim.

Kiedyś bito dzieci!!! Strachem zmuszano je do uległości! Wychowywano niewolników, a nie ludzi wolnych. A tymczasem z niewolnika nie ma pracownika! Wszystko ewoluuje, znaczy wszystko jest płynne jak nie przymierzając u Baumana... Znaczy Prawdy po prostu nie ma! Uznajemy za nią raz to, raz coś innego jak nam się w danym momencie wydaje...

Rozglądam się po kościele- wszyscy słuchają spokojnie, a mnie tymczasem bardzo świerzbi ręka i nie tylko od egzemy... Po kazaniu wychodzę. Mam całkowitą jasność, że nie powinnam pozostawać tu ani chwili dłużej. Jeśli tak ma wyglądać Kościół przyszłości, to dziękuję bardzo.

P.S.

  1. Zastosowanie teorii ewolucji do chrześcijaństwa proponowane przez Teilharda de Chardin zostało w swoim czasie przez Kościół potępione, podobnie zresztą jak poglądy Orygenesa. Czy od tego czasu pojawiło się jakieś nowe sekretne objawienie, które nakazuje zrewidować dotychczasową doktrynę? Czy jest to odkrycie bardzo otwartego o. Marcina Mogielskiego, papieża Franciszka czy jakiegoś niewierzącego niemieckiego teologa? 
  2. Nic mi nie wiadomo, żeby absurdalna wiara w postęp była oficjalną doktryną Kościoła. Gdyby tak było musielibyśmy uznać o. Marcina Mogielskiego, za lepszego teologa niż św. Tomasz z Akwinu, a jego autorytet w sprawach wiary i moralności większy niż wszystkich Ojców Kościoła, papieży i soborów przeszłości. 
  3. Postęp ludzkości  jest szczególnie dobrze widoczny w dziedzinie sztuki, wystarczy porównać malarstwo Tycjana z beczką pełną odchodów słonia- "dzieło" holenderskiego "artysty", którego nazwiska nie pamiętam. 
  4. Masowa aborcja, doświadczenia na płodach, zabijanie na narządy, surogacja, wymuszona akceptacja dla pederastii, programowe zaburzanie dzieciom identyfikacji płciowej, eutanazja - to ewidentne dowody na postęp w dziedzinie moralności...
  5. Kiedyś bito dzieci w celach wychowawczych. Cóż za okrucieństwo! Dziś się je zabija milionami w łonach matek, zabiera rodzicom pod najbardziej idiotycznymi pretekstami, sprzedaje do burdeli albo na części zamienne. Postęp moralny ludzkości jest imponujący. Kościół musi za nim nadążyć!
  6. Piekło będzie puste! O. Mogielski jest lepiej poinformowany niż Pan Jezus, który na kartach Ewangelii wielokrotnie twierdzi coś przeciwnego! Ach, przecież to nie jego słowa! To głupi ewangeliści włożyli mu w usta stan świadomości swoich współczesnych! Ach, przecież to nie ewangeliści znani z imienia są autorami Ewangelii, tylko ktoś całkiem inny. Skąd to wiadomo? No właśnie nie wiadomo! Ktoś musiał mieć sekretne objawienie wyższej rangi niż Pismo Święte...
  7. Powinniśmy mieć szacunek, dla tych głupich i śmiesznych ignorantów, którzy przekazali nam wiarę? Właściwie dlaczego, skoro tyle prywatnych objawień zdarza się ludziom otwartym na Ducha Świętego. Tylko w samym zakonie kaznodziejskim o. Paweł Maliński i o. Marie-Dominique Philippe wnieśli świeże podejście do seksu rytualnego jako narzędzia uzdrowienia!
  8. Słowa o szacunku dla pogardzanych prostaczków były - jak podejrzewam - zainspirowane komentarzem Pawła Lisickiego do wywiadu z o. Szustakiem, z tym że publicysta nie traktował naszych przodków protekcjonalnie, tylko wskazywał na obiektywną wartość ich pobożności i wierności.
  9. Było coś jeszcze o formowaniu dogmatów wiary, że jest bardzo niewłaściwe, bo ogranicza Ducha Świętego. Nauka Kościoła powinna być bezkształtną magmą, aby wszystkie, dokładnie wszystkie poglądy się zmieściły, bo po co ludzi dzielić!
  10. O. Mogielski nie wspomniał o akceptacji dla związków homoseksualnych, choć miałam nieodparte wrażenie, że całe jego kazanie jest do tego wstępem (tu mogę się mylić i krzywdzić przykładnego zakonnika brzydkimi podejrzeniami).

sobota, 5 czerwca 2021

Roweryzm jako konkurencyjna religia

Wydawałoby się, że rower to po prostu dwukołowy pojazd napędzany siłą mięśni, w pewnych warunkach bardzo przydatny, w innych zupełnie nie, stosunkowo tani i nie wymagający paliwa. Ale nie, rower to sposób życia podpięty pod pewna wizję świata i bardzo konkretną ideologię. 

Kiedy po decyzji trybunału konstytucyjnego o zakazie aborcji eugenicznej miały miejsce "spontaniczne protesty" o charakterze wybitnie satanistycznym (ataki na kościoły, duchownych, zakłócanie mszy) towarzyszyła im tzw. "masa krytyczna" tzn. spęd lewaków na rowerach, bardzo ekologicznych. W tym samym czasie samochody stały, smrodziły i trąbiły mieszkańcom pod oknami całymi godzinami przez ileś tam dni, też bardzo ekologicznie, a młodzież szkolna i akademicka dostała wolne, żeby się szwendać po ulicach w dobie śmiercionośnego wirusa. Plan tych radosnych eventów opublikowany był na oficjalnej stronie Urzędu Miasta Wrocławia. Ktoś zdziwiony? Nie widzę!

Toteż nie byłam zdziwiona, że kiedy nasza spontaniczna procesja Bożego Ciała zakręcała przy Novotelu i zablokowała drogę parze rowerzystów jadących z placu Wolności w stronę Świdnickiej, ci nawet nie ruszyli dup przyrośniętych do siodełek, tylko patrzyli (z odległości metra) spode łba na Najświętszy Sakrament niesiony pod baldachimem i ciągnących za nim ludzi, jako irytującą przeszkodę na swojej drodze. 

Uświadomiłam sobie, że nigdy nie widziałam takiej reakcji. Ludzie wierzący okazują zwykle szacunek, obojętni religijnie zaciekawienie, zagraniczni turyści entuzjastycznie filmują lub robią zdjęcia. A tu czysta wrogość, przecież chodniki, miejskie place i parki są dla rowerzystów! To oni ratują planetę terroryzując pieszych i obrzucając ich obelgami! To oni są ZBAWCAMI ŚWIATA. 

Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, że ekoświryzm to konkurencyjna religia, to powinien obejrzeć najnowsze pitu pitu. Otoka-Frackiewicz prezentuje tam wpis na twitterze pewnej lewaczki, która ubolewa nad "holokaustem kwiatów" w święto Bożego Ciała (chodzi o płatki rzucane podczas procesji)...

czwartek, 3 czerwca 2021

Boże Ciało i enfant terrible zakonu św. Dominika

Boże Ciało i byłam na procesji!!! Przy całej swojej upierdliwości proboszcz ma jednak dobre strony. Ludzie na Świdnickiej mieli szok na nasz widok! Po powrocie do domu, kiedy jadłam obiad, wciąż w odświętnej sukience, jakieś niewyobrażalne bydle zaczęło wiercić turbo-wiertarą i walić młotem. Jeżeli da się takie sytuacje wyjaśnić bez wspominania bytów duchowych nieprzyjaznych człowiekowi, to słucham!

Wielu internetowych "kaznodziejów" krzywi się z niesmakiem na wspomnienie rzeczywistości duchowej, że niepotrzebne, że odstrasza, że ciemnogród. Otóż nie, zadufane w sobie barany!!! Bez niej jesteśmy jak dzieci we mgle, jak Frodo Baggins i Sam Gamgee w Mordorze, bez mapy. I tą uwagą przechodzę płynnie do licznych komentarzy na temat wywiadu, jakiego udzielił osławiony o. Szustak OP na kanale Impoderabilia prowadzonym przez zdeklarowanego ateistę.

Wyznam szczerze, że udało mi się wysłuchać go jedynie do momentu kiedy dominikanin opowiadając o scenie biblijnej użył słowa ZIOMAL w znaczeniu człowiek. Mam wrażenie, że ktoś, kto rozumie słowo "impoderabilia" i jest wstanie je adekwatnie zastosować nie potrzebuje tego rodzaju "dostosowywania przekazu". Dalszy ciąg wynurzeń o. Szustaka znany jest mi wyłącznie z omówień.

Zastrzegam się, że nie byłam nigdy uprzedzona do tegoż  internetowego duszpasterza. Na początku zdarzało mi się go słuchać, mimo jego odrzucającej maniery, i wyłuskiwać ziarno spośród (wielu) plew. Teraz ewidentnie pozostały tylko plewy, a ziarno skończyło się już dawno. Swoją drogą ciekawe, że niektórzy wciąż się doszukują. Siostra Bruna na przykład skomentowała ten wywiad w tonie przychylnym, nie podobały się jej jedynie przekleństwa i rozmywanie nauki Kościoła w sprawie homoseksualizmu.

Paweł Lisicki natomiast nie pozostawił na nim suchej nitki. Określenia typu taniocha, gówniarzeria i kabaret padały wielokrotnie, a nie bezzasadnie. Grzegorz Górny natomiast zwrócił uwagę na ewolucję zakonnika od ewangelizacji, poprzez opowiedzenie się po jednej ze stron w wojnie polsko-polskiej, do przekazu jawnie antykościelnego i antykatolickiego.

Nie wiem w jakim stopniu o. Szustak motywowany jest przez kasę, narcyzm i emocje, nad którymi ewidentnie nie panuje. Smutna jest reakcje arcybiskupa Gądeckiego, który - prawdopodobnie z racji popularności zakonnika - obchodzi się z nim jak ze śmierdzącym jajem. Nieuchronnie przypomina się inny niezwykle popularny dominikanin - o. Paweł Maliński z Wrocławia (a wcześniej Poznania). On też nadzwyczajnie trafiał do młodzieży... Oszałamiające sukcesy ewangelizacyjne miał także niejaki ks. Misiak, który odkrył w sobie powołanie do małżeństwa i już jest poza Kościołem...



poniedziałek, 17 maja 2021

O strażniku miejskim z ratusza

Diabeł mnie podkusił, żeby pójść do ratusza (bez należytego przygotowania) w sprawie systemowej agresji wobec kobiet (i słabszych) spowodowanej idiotycznymi decyzjami urzędników miejskich. Nieopatrznie wspomniałam cel mojej wizyty strażnikom miejskim i się zaczęła zabawa. Kobieta patrzyła na mnie jak na dziwadło i zapomniała języka w gębie, facet natomiast biegły robieniu  z petentów kretynów bawił się świetnie.

- Ale to nie do prezydenta, to trzeba zgłosić straży miejskiej!

- Zgłosiłam wczoraj patrolowi obecnemu na miejscu i odesłali mnie na policje....

- Ale może to pani zgłosić przez stronę internetową komendantowi...

- Żeby odesłał mnie na policję? Nie rozumie pan, że to systemowa patologia stworzona decyzjami urzędników miejskich.

Dalej przekonuje mnie, że może na miejscu zdarzenia jeżdżenie rowerem było dopuszczalne. Udaje, że nie słyszy moich wyjaśnień, że nie było. Potem udaje zdziwienie, że we Wrocławiu rowerzyści jeżdżą po chodnikach i że są agresywni wobec pieszych, ze szczególnym uwzględnieniem kobiet. Stwierdza, że on się nigdy z czymś takim nie spotkał...

- Już wszystko pani wie, a dalej to już bicie piany. Trzeba zgłosić do straży, a jak ktoś panią obraził trzeba go pozwać do sądu....

- Może mi pan zademonstrować jak wylegitymować uciekającego rowerzystę, żeby pozyskać jego dane?

Tego nie jest w stanie zrobić. Jestem wściekła, że dałam się wyprowadzić z równowagi. Nie przewidziałam czegoś takiego, bo moje poprzednie doświadczenia były zdecydowanie pozytywne.

W mieście rządzącym się prawem dżungli respektuje się tylko argument siły, a ja jej nie mam. Boże daj mi przebiegłość węża!!!


niedziela, 16 maja 2021

"Ekologiczny" Wrocław, czyli chamstwo rowerzystów i agresja wobec kobiet

 A we Wrocławiu jak zawsze "ekologicznie".  Wracam z kościoła Bożego Ciała cała odświętna, a przy przejściu na Świdnickiej straż miejska. No nareszcie - myślę sobie - ktoś w końcu zauważył, że jest problem z rowerzystami. Uspokojona zagłębiam się w alejkę dla pieszych Promenady Staromiejskiej. Nie doszłam jeszcze do pomnika rotmistrza Pileckiego, a już na mnie jedzie para rozpędzonych rowerzystów.

- Ścieżka rowerowa jest tam! - mówię do jadącej na przedzie kobiety jednocześnie wskazując alejkę przy fosie. Ta mnie ignoruje, natomiast mężczyzna rzuca w moim kierunku - Z drogi, szmato!

Ktoś powie - norma wrocławska. Owszem, ale dla ludzi mojego pokolenia to jednak szok cywilizacyjny.

Stoję więc chwilę oniemiała, w końcu wracam się i relacjonuje wydarzenie strażnikom miejskim przy przejściu na Świdnickiej.

- Oni do nas tak samo się odzywają - mówi młody strażnik z ożywieniem - z daleka do nas krzyczą. Chamstwo jest niewiarygodne, ale co my zrobimy? Tylko pilnujemy przejścia. Przecież nie będziemy ich ścigać!

- Proszę dzwonić na policję na 997 - radzi młoda strażniczka - nie złapią ich, oczywiście, ale będą mieli sygnał, żeby tu wysyłać patrole.

Dzwonię więc na 997, dodzwaniam się na 112 (997 wyłączony w całej Polsce), niunia podaje mi numer odpowiedniego komisariatu. Dzwonię więc tam, numer nieosiągalny. Chcę napisać zgłoszenie mailowe, strona nieosiągalna. Nic dodać nic ująć...

Nasuwa mi się jednak refleksja natury ogólnoludzkiej. Nie będę komentować gnoja, który mnie zwyzywał. Moją zemstę oddaje Bogu w nadziei, że wybierze mu lepszą karę, niż bym sama mogła wymyślić. Natomiast najbardziej zastanawiają mnie kobiety, które z takim czymś się zadają. Każda kretynka, która nie reaguje na chamstwo wobec innej kobiety ze strony swego chłopa, zasługuje, na te wszystkie lima, połamane kości i odbite narządy wewnętrzne, które kiedyś jej zafunduje. Jej brak reakcji na agresję wobec słabszych jest ZGODĄ NA PRZEMOC WOBEC SIEBIE!




czwartek, 13 maja 2021

O gniewie w ujęciu "paulińskim" i "dominikańskim"

Bardzo ciekawe jak podejście do pewnych grzechów głównych może się zmieniać w zależności od tego, gdzie się spowiadamy. U dominikanów mój gniew na rowerzystów terroryzujących pieszych na chodnikach Wrocławia był zrozumiałą reakcją na zjawisko patologiczne. Problemem było jedynie co z tym uczuciem robię, czy bezsilnie miotam przekleństwa, czy w też próbuję wpływać na władze miejskie, rozpocząć dyskusję w mediach albo zorganizować społeczny opór. Do tych konstruktywnych działań, mających na celu wyeliminowanie tej groźnej patologii z przestrzeni publicznej, byłam wręcz przez spowiednika zachęcana.

W ujęciu paulińskim natomiast mój gniew wskazuje na patologię we mnie samej. Nic, co dzieje się w otaczającej rzeczywistości go nie tłumaczy. Innymi słowy to nie rowerzyści są problemem, tylko moja reakcja na nich.

Interesującym zbiegiem okoliczności sama (z pomocą boską) próbowałam zmienić swoje nastawienie do wszystkich, którzy działają mi na nerwy. Modliłam się za wszystkie kategorie takich osób, ze szczególnym uwzględnieniem uciążliwych sąsiadów i aroganckich, bezmyślnych rowerzystów zagrażających bezpieczeństwu pieszych na chodnikach Wrocławia. W wyniku tej modlitwy musiałam po raz enty stanąć do konfrontacji z moimi młodymi sąsiadkami i po raz enty przekonać się o ich zupełnym braku poszanowania dla praw i potrzeb innych ludzi.

Co więcej czekając w kolejce na badania lekarskie usłyszałam dwie starsze panie rozmawiające o chamskich, a bezkarnych rowerzystach. Jedna z nich twierdziła, że zawsze reaguje, choć naraża się przy tym na wyzwiska. Postrzegała to jako swój obywatelski obowiązek, gdyż brak reakcji rozzuchwala ich coraz bardziej. Innymi słowy wypowiedziała dokładnie moje zdanie na ten temat. 

Więc jak to jest, drodzy ojcowie paulini? Jeśli rzeczywistość zewnętrzna nie istnieje, lub nie ma w niej żadnych problemów, to jakim cudem owa starsza dama zobaczyła w niej dokładnie to samo, co ja widzę i wybrała dokładnie taką samą reakcję? A może jednak istnieje i pełna jest patologii, na które chrześcijanin ma obowiązek reagować?

Zapewne nad gniewem - tak samo jak nad wszystkimi innymi uczuciami - człowiek powinien panować jak jeździec nad swoim koniem. Takim wierzchowcem jak gniew powinniśmy posługiwać się umiejętnie - wykorzystać energię, ale nie dopuścić do głosu jego destrukcyjnych (albo autodestrukcyjnych) tendencji.

Wracając od spowiedzi widzę młodego rowerzystę szczególnie ostentacyjnie ignorującego przepisy. W duchu konieczności zmiany swojego nastawienia do rzeczywistości zagaduje go bardzo uprzejmie, nieszczerze szczerząc uzębienie pod maseczką:

- Bardzo pana przepraszam, ale dlaczego właściwie nie korzysta pan ze ścieżki rowerowej- która jest tuż obok - tylko z przejścia dla pieszych? Pytam z czystej ciekawości...

Młodzieniec nie wie co powiedzieć, wsiada więc na rower i odjeżdża na drugą stronę ulicy środkiem przejścia dla pieszych. Odwrócony do mnie ogonem rzuca na odchodnym:

- Pasy czy ścieżka rowerowa, co to za różnica? Dla wszystkich miejsca wystarczy!!!

Cóż, odpowiedź w duchu prawdziwie paulińskim. Jednak strach pomyśleć, co by było gdyby według tej zasady zaczęli postępować kierowcy ciężarówek...

sobota, 8 maja 2021

O serialach kostiumowych i kobietach w literaturze.

Tak się ostatnio złożyło, że obejrzałam 3 pod rząd seriale kostiumowe: Flambards zrealizowany przez Yorkshire TV z 1979 i dwa PRL-owskie: Rodzinę Połanieckich i Lalkę. Wszystkie scenariusze pisane są na podstawie powieści, w przypadku polskich z epoki, o której opowiadają. Nie wiem jak rzecz ma się z angielskim Flambards, a chwilowo nie chce mi się sprawdzać. Faktem jest, że nazwisko autorki widziałam po raz pierwszy w życiu i nie zapamiętałam. 

W literaturze angielskiej pełno jest piszących kobiet - wybitnych i całkiem przeciętnych, a każda z nich ma do opowiedzenia interesującą historię pisaną ze specyficznego punktu widzenia. Jeżeli weźmiemy postacie sztandarowe jak Jane Austen czy siostry Bronte, to rzuca się w oczy, że stosunkowo niska pozycja społeczna i towarzyska - niezamężnej ubogiej krewnej lub guwernantki - predestynuje je do roli obserwatora i kronikarza ignorowanego przez obiekty swojego zainteresowania. Jeśli dodać do tego głębszą znajomość ludzkiej natury właściwą kobietom, intuicję i inteligencję, (w przypadku Jane Austen też dowcip i pewną dozę złośliwości) to efekt musi być interesujący i satysfakcjonujący dla czytelnika. Można obśmiać miałkość intryg ich utworów, ale portrety postaci, mechanizmy rządzące zachowaniem indywiduów i grup są oddane znakomicie. Oczywistą rzeczą są żywe i przekonywujące postacie kobiece, przedstawione w całym swoim bogactwie.

Jeżeli porównamy je z heroinami powieści pisanych przez mężczyzn, to widać wyraźną przepaść. Nie utkwiła mi w pamięci ani jedna bohaterka Dickensa, z Thackeraya jedynie Becky Sharp z Targowiska Próżności i to zapewne z racji wyroku potępienia wydanego na nią przez autora. W Kobiecie w bieli Wilkie Collinsa, główna bohaterka poza słabością i urodą nie ma żadnych właściwości, zdecydowanie ciekawszą postacią jest jej nieładna, ale inteligentna, odważna i energiczna kuzynka. W Ivanhoe Waltera Scotta wybranka tytułowego bohatera, lady Rowena, praktycznie nie istnieje, o wiele bardziej żywa jest żydówka Rebeka, której miłość z wiadomych względów sir Wifrid musi odrzucić. A u Tolkiena, poza wzgardzoną przez Aragorna Eowyn z Władcy Pierścieni postaci kobiecych praktycznie nie ma. 

Podobne zjawisko zachodzi w literaturze polskiej. Z kobiet Sienkiewicza można zapamiętać najwyżej Baśkę, no ewentualnie Oleńkę z racji wysokich wymagań moralnych jakie postawiła swemu narwanemu narzeczonemu (co mu zresztą wyszło na dobre). Helenę pamiętamy z powodu firanek rzęs i omdleń na podobieństwo podciętego kwiatu. Krzysia miała wąsik, Anusia kręciła fartuszkiem, czym pogrążała kolejnych kawalerów, a przez ciało Ligii przeświecało słońce, gdy Winicjusz zobaczył ją po raz pierwszy.

Zosię z Pana Tadeusza pamiętamy jedynie z powodu sukienki gotowej do założenia, w której zakochał się tytułowy bohater, zanim zobaczył właścicielkę.( Podobno nieszczęśliwa miłość Mickiewicza do Maryli Wereszczakówny miała podobny początek) Telimena, znacznie bardziej wyrazista, jest przez autora dość bezlitośnie obśmiana.

Wniosek z tego prosty - kobieta jako człowiek mężczyzn nie interesuje. W roli amantki ma się sprowadzać jedynie do urody i młodości. Nieco większym bogactwem mogą być obdarzone postacie kobiece, które bohater literacki odrzuca, lub które autor zamierza obśmiać, względnie potępić.

Ta poważna słabość powieści pisanych przez mężczyzn jest jeszcze wyraźniej widoczna w ich ekranizacjach. Rodzina Połanieckich jest tego dowodem. Dialogi bohaterów często kręcą się wokół konkretnych pań lub kobiet w ogóle (jak bardzo są niezrozumiałe), jednak żadna z licznych bohaterek nie zapada widzowi w pamięć. A już szczytem wszystkiego jest romans głównego bohatera z żoną przyjaciela, która wypowiada przez cały serial jedno zdanie. Kiedy dziobaty Stach Połaniecki oświadcza "ja panią kocham" widz spada z krzesła z zaskoczenia. Bardzo dziwna jest miłość małej dziewczynki. Lidki, do głównego bohatera i przyjaźń łącząca go z jej matką, młodą wdową - uosobieniem anielskości. Bardzo to męczące przedstawienie. Widzimy aktorki obnoszące swoje starannie uszyte kostiumy i słyszymy sądy o nich wypowiadane przez aktorów starających się, żeby brzmiało to naturalnie. To się, niestety, na ogół nie udaje. Nawet dobrzy aktorzy jak Pawlik nie są w stanie zagrać przekonywująco swojej roli, tak papierowi i udziwnieni są bohaterowie.

Lalka jest o niebo lepszą powieścią i serialem, Pawlik jako subiekt Rzecki to mistrzostwo świata, a i Kamas jako Wokulski jest niezły. Nawet Braunek w roli Izabeli mi nie przeszkadza, no może z wyjątkiem ilości tuszu zlepiającego się w grudki na jej rzęsach. Ładnej Marcie Lipińskiej - nie wiadomo dlaczego - przyklejono sztuczne rzęsy drapiące przeciwległą ścianę, a nieładnej Barbarze Wrzesińskiej prawdopodobnie po to, żeby przekonać nas do jej "atrakcyjności". 

Postacie są na ogół żywe, dialogi naturalnie, tempo akcji dobre. Mnóstwo świetnych aktorów i zapadających w pamięć kreacji. Jednak wspomniana słabość - tzn. brak pogłębienia postaci kobiecych pozostaje. Tytułowa lalka jest przez bohatera ostatecznie odrzucona, czytelnik i widz ma mu w tym towarzyszyć. Jak mogła zlekceważyć TAKĄ miłość TAKIEGO człowieka. Tym czasem ten człowiek zlekceważył uczucia wszystkich kobiet na swej drodze, Izabeli Łęckiej pragnie jedynie jako symbolu statusu. Zakochał się w jej urodzie i pozycji społecznej, nigdy jej nie znał i nie był  ciekawy jakim jest człowiekiem. Wzdychał do własnej fantazji na jej temat. (Izabela książkowa nie jest tak odpychająca jak filmowa)

Tymczasem kochała się w nim (dla niego samego) niewinna dziewczyna, Kasia, córka pierwszego pracodawcy - nawet jej nie zauważył. Majętna wdowa, dużo starsza, wzięła go za męża - nie kochał jej ale się zgodził z przyczyn merkantylnych. Piękna pani Stawska, odpowiednia pod każdym względem, jest w nim zakochana i... nic. Podobnie Kazia Wąsowska, którą sam zaliczył do istot swojego gatunku i odbył kilka interesujących rozmów.

Wokulski mnie irytuje, nie mniej niż Izabela. Jest jasne, że z jego miłością coś jest nie tak. Wygląda jakby w wieku lat czterdziestu paru był na etapie rozwoju uczuciowego nastolatka. Fakt, że jego "ukochana" pozycją społeczną tak bardzo nad nim góruje, wskazuje raczej na to, że to owa pozycja jest obiektem jego prawdziwego pożądania... Kiedy utyskuje nad płytkością panien na wydaniu i ich manipulacyjnymi sztuczkami, Kazia Wąsowska przypomina mu jak mężczyźni postrzegają naiwne, prostoduszne dziewczęta, nie wprawione w sztuce kokieterii i że to oni sami produkują owe Izabele, których zdobywaniem mogą sobie urozmaicać czas wolny...

Stach Połaniecki natomiast opisując swój ideał żony stwierdza, że musiałaby być "ogromnie dobra i strasznie kochana". Dokładnie taka mu się trafia, a uczucie do niej znacząco się zmniejsza na skutek znudzenia jeszcze przed ślubem. Nic zatem dziwnego, że zdradza ją ochoczo, kiedy nieco straciła na urodzie w pierwszej ciąży...

Wszystko to przygnębiłoby mnie, gdybym była młodą osobą marzącą o "prawdziwej miłości" i opartym na niej małżeństwie "bratnich dusz". To bardzo przyjemna fantazja, ale z życiem nie ma związku. Na szczęście od dawna ten temat mnie nie dotyczy. Patrząc z perspektywy czasu na swoje młodzieńcze oczekiwania względem życia widzę jasno, że nie mogły być spełnione... Miłość, o jakiej marzyłam po prostu nie istnieje.