sobota, 27 kwietnia 2024

Cud jako "social embarrassment"

Nie wiem dlaczego, ale przypomniało mi się pewne zdarzenie z przed ponad 20 lat, którego byłam świadkiem w kościele św. Wojciecha we Wrocławiu. Musiały to być święta Bożęgo Narodzenia albo Wielkanocy, bo w kościele było sporo ludzi, których się tam zwykle nie widywało. Niektórzy prawdopodobnie  przychodzili kilka razy do roku, a inni zapewne przyjechali w gości do rodziny i wspólnie z gospodarzami wybrali się na mszę.

Siedziałam jak zwykle po lewej stronie prezbiterium stosunkowo blisko ołtarza w czwartej ławce albo nawet bliżej. W pewnym momencie moją uwagę zwrocił glośny szloch i jakieś poruszenie w sąsiedniej ławce. Mocno starszy pan płakał, a towarzysząca mu kobieta (też starsza) dość zażenowana dopywała się co mu się stało. Przypuszczalnie chciala go uspokoić, bo czuła, że zwracają na siebie uwagę. Mężczyzna jednak nie dawał się spacyfikować, gdyż najwyraźnie doświadczył czegoś niezwykłego, więc wszelkie konwenanse miał chwilowo gdzieś.

Kiedy podszedł do komunii i ukląkł przy balaskach (wtedy jeszcze ich nie usunięto!) powiedział do zbliżajacego się z najświętszym sakramentem zakonnika "Ojcze ja widzę!". Ten chyba nie zrozumiał i wziąłszy go za nieszkodliwego wariata, zrobił mu krzyżyk na czole w geście błogosławieństwa.

Dalszą część tej historii znam z relacji owego sceptycznego zakonnika, którego imienia nie podam, bo nie wiem czy by sobie tego życzył. Otóż starszy pan udał się po mszy do zakrystii, aby opowiedzieć, że - ni mniej ni więcej - tylko właśnie odzyskał, utracony przed laty, wzrok (na skutek choroby, o ile dobrze pamiętam)!!!

Słowa o koniecznośći przebaczania, które usłyszał na kazaniu uświadomiły mu, że ciągle nie wybaczyl jakiejś dawnej krzywdy. Niestety nie pamiętam co to było. Poruszony do głębi postanowił odpuscić swemu krzywdzicielowi i dokładnie w tym momencie przejrzał. (Nie jestem pewna, czy bł. Czesław, którego trumna znajduje w bocznej kaplicy, nie odegral w tym jakiejś roli).

Nie pamiętam tego kazania, ale kaznodzieja sam przyznał, że nie miał czasu się przygotować, bo przyjechali do niego znajomi i oprowadzal ich po Wrocławiu. Powiedział więc to, co mial najbardziej przemyślanie i co najbardziej czuł. Jego słowa trafiły do serca człowieka, który być może przypadkiem trafił na tą mszę i stał się najprawdziwszy cud! Taki cud cud, o jakich czytamy w ewangeliach. Tylko w przeciwieństwie do świadków cudów Jezusa, którzy albo wielbili Boga albo padał na nich blady strach, w tym przypadku wierni obecni na mszy po prostu taktownie zignorowali dziwne zachowanie starszego Pana i zupełnie nie byli ciekawi, co mu się przydarzyło, a człowiek ewidentnie chciał się tym podzielić!

Wyobraźcie sobie kogoś chodzącego po wodzie albo wskrzeszającego umarłych. W najlepszym wypadku wszyscy udawaliby, że tego nie widzą, a w najgorszym zostałby zwinięty przez policję jako zagrożenie dla porządku publicznego. 

Przypomina mi się kawał o psie myśliwskim, który umiał chodzić po wodzie. Jego właściciel nie wiedział, co o tym myśleć, więc zaprosił znajomego na polowanie. Pies biega po wodzie aportując ustrzelone kaczki w tę i wewtę, a kolega nic. W końcu własciciel pyta, czy nie zauważył czegoś dziwnego w zachowaniu jego psa. "Owszem, to bydle nie umie pływać..." odpowiedział z niesmakiem.

Zważywszy ten rodzaj nastawienia, którym nasiąkamy od kolebki - że cuda sie nie zdarzają, a te, o których czytamy w starożytnych tekstach należy rozumieć metaforycznie - po prostu nie zarejestrowalibyśmy cudu, nawet, gdyby zdarzył się nam pod nosem. Nie chcielibyśmy go widzieć! Zdecydowalibyśmy nie przyjąć do wiadomości...

P.S.

Pewien mój kolega z pierwszej pracy, który został protestantem (obawiam się, że z niewłaściwych przyczyn) opowiedział mi taki oto dowcip: Jezus idzie po wodzie, więc apostołowie za nim, bo też by chcieli i oczywiście zaczynają tonąć (choć jako rybacy zapewne umieli dobrze pływać). Jezus odwraca się więc i pukając się w czoło mówi "po palach, idioci, po palach"

Nie wiem z jaką intencją ów człowiek opowiedział ten dowcip. Chciał mnie zgorszyć czy zaprezentować "protestancki punkt widzenia" na cuda? Obawiam się, że Kościól Katolicki także zmierza w tę stronę...

Papieżu Franciszku, hierarchowie i postępowi teologowie nie idźcie tą drogą! Cuda się zdarzają! Sama widziałam!

piątek, 19 kwietnia 2024

O malowaniu

Ostatnio trochę maluje farbami olejnymi, gdyż terpentyna, którą przy okazji wdycham bardzo dobrze działa na moje zatoki. Nie mam porządnych podobrazi, więc używam starych płócien, jak ta martwa natura z rzeźbą i gitarą. Bardzo mnie denerwowała ta gitara i obie draperie w tle, a i sposób malowania rzeźby też pozostawiał wiele do życzenia.


Więc umieściłam w tle "obraz w obrazie", a rzeźbę - poprawioną - na tle korkowej ściany. Pierwszy plan z granatowym czajniczkiem zostawiłam, bo sie udał. Efekt jak widać


Obraz w obrazie jest w istocie tkaniną wykonana na podstawie szkicu malowanego na początku studiów, do ktorego pozowała mi koleżanka z roku, z którą dzieliłam pokój. 





Widzę, że z każdą kolejną interpretacją proporcje Anki się zmieniaja na coraz bardziej dziecięce, zwłaszcza głowa coraz bardziej okrągła i coraz większa w stosunku do ciała. 

Poza przemalowywaniem starych płócien kontynuuje temat zwierzątek, które namiętnie fotografuję w naturze. Zdjęcia same w sobie nie są jakieś szczególne, ale pomagają mi "przyjrzeć się z bliska" rzeczonym stworzeniom. Dopiero na zdjęciu widać, ze czapla ma zółte oczy i dwukolorowy dziób. 
Moja interpretacja malarska ma się na czym oprzeć:


Generalnie zawsze wolę malować z natury, ale w przypadku dzikich zwierząt to niestety niemożliwe...

Efekty nie specjalnie mnie zachwycają, ale cóż robić:


Liskowi nie zmieścil sie ogon na płótnie!



Nie wiem czemu kolory kaczek-dziwaczek takie bez życia, czyżby to "zasługa" płyty pilśniowej w charakterze podobrazia? 

Tak czy siak moje środki są ograniczone, więc będę malować nad tym, co mam. Czasem to ból, bo coś fajnego "namaluje się" na jakiejś dziadowskiej płycie i nie da sie tego porządnie wyeksponować jak ten widok z wiezy katedry:


Zdęcie nie ostre, ale nawet na nim widać, że fragmenty są dobrze malowane. Też musiałam posłużyć się kilkoma zdjęciami, bo malowanie na wieży było niemożliwe.

Nie zawsze ma się szczęście fajnych widoków z własnego balkonu, na którym można ustawić sztalugę i spokojnie malować, jak mi się zdarzyło, kiedy mieszkałam na Jedności (Narodowej).


Uwieczniłam dawny Browar Piastowski (wśród bujnej, wiosennej zieleni drzew). Teraz podobno są tam lofty. Jeszcze nie widziałam, gdyż od wyprowadzki nie zapuszczam się w te okolice.

Ktoś może zapytać, po co właściwie to robię (znaczy maluję), skoro nic z tego nie mam. No cóż, niektórzy ludzie tak mają, ze muszą tworzyć. To im nie daje spokoju. Idealnie byłoby móc z tego żyć, ale to wymaga zupelnie innego talentu...


wtorek, 2 kwietnia 2024

O powrocie młodszego brata

Weźmy na przykład amerykańskich protestantów i to takich gorliwych, którzy chcą zostać albo zostają pastorami i dalej się rozwijają - kończą studia, piszą doktoraty, szukają na własna rękę i znajdują ojców Kościoła i to tak wczesnych jak Ireneusz z Lyonu albo Polikarp, uczeń św. Jana Apostoła. Wtedy dopiero odkrywają historię Kościoła i są w szoku. Nie chcą się nawrócić, bo antykatolicyzm jest częścią ich tożsamości, nawet jesli nie zdają sobie z tego sprawy.... Nie chcą, ale nie daje im to spokoju. Wtedy zwykle trafiają po raz pierwszy w życiu na mszę świętą i tam dopiero czad!

Jeden siedzi w ostatniej ławce wpatrzony w dziwne pudełko obok ołtarza (tabernakulum) i płacze, bo w jakis niepojęty sposób wie, że Jezus jest tam realnie obecny... Drugi ze zdziwieniem spostrzega, że wszyscy zebrani zamiast patrzeć na ołtarz odwracają się do drzwi jakby się coś stało -  ktoś umarł albo coś. Sam więc też się w końcu odwraca i na widok kapłana w asyście zaczyna ronić łzy, bo uświadamia sobie sukcesję apostolską ... Inna osoba nie wie dlaczego, ale placze cały czas odkąd weszła na mszę i nie może przestać... Dar łaski - niewątpliwie - dla tych wyjątkowych dusz, ktore nie ustają w poszukiwaniu prawdy, choć pójście za nią będzie ich wyjątkowo drogo kosztować...

Uwielbiam słuchać ich świadectw nawrócenia. Ja także często płakalam po kościołach, ale za zwyczaj nad własnym losem, który jawił mi się jako trudny do uniesienia. Teraz moje oczy są suche i nie potrafię plakać, choćbym chciała, a moje serce twarde jak kamień. Nie doceniam tego co jest mi dane. Przywykłam do bycia katoliczką od zawsze. Irytuje mnie ksiądz albo organista. Irytuje mnie wszystko. Jestem jak ten starszy brat, który był zawsze w pobliżu ojca (co najmniej fizycznie, nawet jeśli nie sercem) a nie potrafił się nigdy tym zachwycić i ucieszyć. Patrzy z fascynacją na tego młodszego, który przybywa z daleka roniąc łzy wzruszenia na widok zabudowań ojcowskiego domu... Patrzy jak ciele na malowane wrota i zachwyca sie wszystkim, czego starszy - na skutek przyzwyczajenia lub uodpornienia - nie zauważa...

Myślę, że te liczne nawrócenia najlepszych, najodważniejszych i najuczciwszych intelektualnie protestantów są wielkim darem dla Kościoła, gdyż Ci ludzie pomagają nam wierzyć, że naprawde jesteśmy dziedzicami Królestwa...

Jest też sporo katolików przechodzących do protestantów, ale dla nich magnesem jest zwykle czynnik ludzki - wspólnota. Do pewnego stopnia to rozumiem i nie powiedziałabym im złego słowa, gdyby to uczciwie przyznali, a nie zaczynali nagle oburzać się kultem maryjnym albo obrazami świętych...

Ruch odbywa się dwukierunkowo do Kościoła w poszukiwaniu Boga i rzeczy boskich i od Kościoła w poszukiwaniu wspólnoty i rzeczy ludzkich... Zastanawiam się jak to połączyć i czy to w ogóle możliwe...

Może tak musi być. Może musimy być znudzeni i poirytowani, bo na poziomie ludzkim nic nie widzimy, a oczy wiary zbyt słabe?  Szczerze mówiąc nie wiem. Kiedyś bardzo pragnęłam doświadczyć wspólnoty w Kościele, ale tak się nie stało. Może ta wspólnota istnieje na jakimś glębszym poziomie niedostępnym naszym zmyslom? Nie wiem tego.

Wiem natomiast, że błędem jest posoborowe "protestantyzowanie" Kościoła, bo wstydząc się rzeczy nadprzyrodzonych odrzucamy to, co najcenniejsze, a nie zyskujemy nic, dokładnie nic.

Piszę to także pod wpływem kazania proboszcza mojej parafii, który podczas wigilii paschalnej nie miał nic do powiedzenia o Zmartwychwstaniu, natomiast sporo o Janie Pawle II i zagrożeniach dla rodzin we współczesnym świecie.

Żeby byla jasność uważam Jana Pawła II za świętego człowieka i wiem, że zagrożenia (duchowe) zarówno dla rodzin jak i ludzi samotnych są ogromne, to jednak świętowaliśmy ZMARTWYCHWSTANIE i tylko o tym należało mówić lub zamilknąć i poprzestać na pięknej liturgii.

Mam wrażenie, ze kryzys wiary w Kościele dotyczy w pierwszym rzędzie osób duchownych, niestety...




poniedziałek, 18 marca 2024

Kasa z Brukseli oraz pan członek - i to niejeden - ponad podziałami...

Donald, Donald to nadzieja cała nasza, 

powracając zło zwyciężył,

sukces nam ogłasza!

On w Brukseli zdobyl kasę

do trójkąta doszlusował

Macronowi i Scholzowi tyłek pocalował!




Wielką uczyniłeś radość w naszym domu
drogi Donaldzie Tusku nie mówiąc nikomu
Na światowe salony wkroczyłeś z kopyta
podczas gdy twoi kumple moszczą się u koryta
Unia nagle z nami liczyć się zaczęła
I hojne dofinansowanie na amunicję sypnęła...

Pan Czlonek byl chory, lecz nie leżał w lóżeczku
i przyszedl pan doktor "Jak się masz członeczku"
"Źle bardzo" powiada "ciśnienie skoczyło, puls przyspieszony i serce zabiło"
"Za dużo ekscytacji" doktor mu odpowie
"Od niezdrowych emocji ważniejsze jest zdrowie"
"Cóż począć" wzdycha nieszczęśnik czerwony
"wszak to Kaczyński miał być dziś upokorzony"
"Niedobrze" rzecze doktor "gdy ktoś rozumu miernego, 
w swej arogancji postponuje człowieka starszego, 
bo ten jego kosztem nieźle się zabawi
i gębę PANA CZŁONKA na wieki przyprawi"




A jednak jest w Polsce takie środowisko, które potrafi dogadać sie ponad podziałami i zgodnie oraz dyskretnie pracować przy wspólnych projektach. Miłość łączy, nienawiść dzieli, czyż nie?


sobota, 16 marca 2024

Przypadek Tammy Peterson, czyli o mocy obśmianych praktyk...

Jakiś czas temu Tammy Peterson, żona Jordana Petersona, została uzdrowiona z bardzo rzadkiego rodzaju raka nerek. Statystyki są takie, że dotąd nikt tego nie przeżył. Po diagnozie dano jej góra 10 miesięcy życia. Ponieważ w jej rodzinie wiele osób umierało stosunkowo wcześnie na różne choroby, uznała, że widocznie ma takie geny i zaakceptowała perspektywę śmierci, jako nieuchronną. (W końcu będąc po sześćdziesiątce i mając czworo wnucząt mogła uznać, że już zrobiła co do niej należało.) Dopiero kiedy powiedziała o tym swojemu synowi i zobaczyła w jego oczach wielki smutek uświadomila sobie, jak wielkim ciosem będzie jej śmierć dla bliskich...

W szpitalu odwiedzala ją przyjaciółka, młoda, ładna kobieta o rysach lekko azjatyckich. Jako praktykująca katoliczka nauczyła ją modlić się na różańcu i codziennie towarzyszyła jej w tej modlitwie. To pomoglo chorej i bardzo cierpiącej Tammy skupić się na czymś innym niż ból. Nie modliła się o uzdrowienie, po prostu kontemplowała kolejne tajemnice pod kierunkiem przyjaciółki. Efekt był taki, że została uzdrowiona i na Wielanoc ma zostać przyjęta do Kościoła Katolickiego.

Bardzo mnie ta historia poruszyła, zwłaszcza przyjaciółka, która codziennie odwiedzała starszą kobietę i modliła się z nią ponad godzinę. Abstrahując od jej bezinteresowności, to jest to dla mnie przykład osoby w sposób właściwy czerpiącej ze skarbów, jakie w swoim posiadaniu ma Kościół Katolicki. Nie dość, że sama je znajduje, praktykuje w swoim życiu (ewidentnie z dobrym skutkiem), to jest w stanie dzielić się z tymi, którzy potrzebują, a wcześniej trafnie rozpoznać.

Z jednej stony mamy coś tak pięknego - modlitwę praktykowaną z właściwym nastawieniem w obliczu śmierci, przyjaźń, miłość syna i męża... A z drugiej nieustanny wysilek "tego świata", żeby wiarę w Boga (ze szczególnym uwzględnieniem chrześcijaństwa) obśmiać i obrzucić gównem. Można się tak bawić, kiedy wszystko się układa (o ile to możliwe), ale kiedy pojawia sie cierpienie, nie zostaje nic i wtedy "ten świat" podpowiada wyłącznie samobójstwo. Właśnie po tym można poznać ponad wszelką wątpliwość, że mówi przez niego nieprzyjaciel rodzaju ludzkiego...

Jest jeszcze trzecia strona tej układanki - niewierzący hierarchowie, którzy zamierzają utwierdzać ludzi praktykujących grzech wołający o pomstę do nieba w ich zlym wyborze za pomoca błogosławieństwa. Nie mając wiary, często sami obarczeni wiadomą skłonnością, której bez oporów folgują, nie są wstanie rozpoznać, że słowa takie jak grzech, błogosławieństwo, modlitwa opisują RZECZYWISTOŚĆ. To nie są tylko puste dźwięki, którymi można się bawić i mamić skołowanych katolików.

Można być Kościołem znudzonym, zniecierpliwionym, a nawet na niego wpieprzonym. Bożna być zniechęconym swoją własną modlitwą, która wydaje sie nic nie poruszać. Wszystko to rozumiem. Mniej mam zrozumienia dla lęku przed obciachem, bo mój instynkt stadny jest raczej słaby, ale widziałam takie przypadki zwłaszcza wśród młodych ludzi. Duchowieństwo nie pomaga, bo samo mierzy się w własnym brakiem wiary, a co za tym idzie pytaniem o sens swego powołania...

Historia Tammy Peterson pokazuje jednak, że najbardziej obśmiana praktyka świata może mieć moc, o jakiej nam się śniło. Być może jest tak, że gdybyśmy odważyli uwierzyć naprawdę, sami doświadczalibyśmy podobnych cudów w naszym życiu. Może tym przychodzącym z zewnątrz jest łatwiej, bo robią to po raz pierwszy bez obciążeń, bez pamięci tych wszystkich godzin niewysłuchanych modlitw i zawiedzionych nadziei... Nie wiem, ale piszę z głębokim przekonaniem, że odwieczna nauka Kościoła trafnie opisuje rzeczywistość duchową, nawet jeśli sami katolicy (ze szczególnym uwzględnieniem hierarchów) w to nie wierzą...




środa, 13 marca 2024

Wstęp do Dano-Browno-logii

Chyba to objaw masochizmu - postanowiłam (leżąc chora na grypę) w końcu przeczytać Da Vinci Code Dana Browna. Zainspirowało mnie Sedinum Leszka Hermana. Po przebrnięciu przez to coś stwierdziłam, że wymysły Browna "usamodzielniły się" i funkcjonują w pop kulturze niezależnie od jego książki.

Wcześniej, słysząc Marię Sadowską twierdzącą w rozmowie z Jaruzelską, że patriarchat trwa od 2 tys. lat, byłam pod wrażeniem jej monstrualnej ignorancji i zastanawiałam się skąd ta tępa dzida (pardon my French) wzięła taką liczbę. Osoba specjalizujaca sie w  filmach o kopulacji nie ma obowiązku znać historii starożytnej, ani żadnej innej, ale dlaczego się tym popisuje publicznie?

Otóż taka właśnie teza została wypromowana przez Dana Browna w jego debilnym knocie. Tenże autor twierdzi - ni mniej ni więcej - że w świątyni Salomona były czczone dwa bóstwa: męskie - Jahwe i żeńskie - Shekinah (Szekina). Tym drugim terminem określa się w judaizmie immanentną, bezcielesną obecność Boga w świecie. U Browna natomiast zasugerowne jest coś w formie małżeństwa jak - nie przymierzając - Zeus i Hera albo Jowisz i Juno.

Skąd się taka teza wzięla? Ano z dupy autora, który ewidentnie nigdy nie mial okazji zapoznać sie ze Starym Testamentem i twierdzi, że opis upadku pierwszych ludzi z Księgi Rodzaju jest wymyślony przez... chrześcijan. To chrześcijanie obarczyli Ewę winą za grzech pierworodny! Jego fan - Leszek Herman -  pisze dla odmiany o "chrześcijańskim micie potopu"!

Tu nasuwa się poważne pytanie: Jak Dan Brown, pisząc dla Amerykanów, którzy w wiekszośći z Biblią się zetknęli, może im wciskać taki kit?!!! W przypadku Leszka Hermana sądzę raczej, że on rzeczywiście nie ma żadnego rozeznania w tej materii, podobnie jak jego target.

Tak więc, drogi czytelniku, Stary Testament został napisany - ni mniej ni więcej - tylko przez chrześcijan, bo jest - jak by na to nie patrzeć - bardzo patriarchalny, a kult jakiegokolwiek bóstwa poza Jahwe jest tam najsurowiej potępiony.

Za Nowy Testament odpowiedzialny jest natomiast KONSTANTYN, który wcale chrzescijaninem nie był - przyjął chrzest dopiero na łożu śmierci - ale dobrze obstawił. Na soborze w Nicei, który - uwaga - odbyl się CZTERY WIEKI po wydarzeniach opisanych w znanych nam ewangeliach, za pomocą lagi wymusil na ojcach soborowych taką wesję wydarzeń, jaka mu pasowała.

A jaka mu pasowała? Ano taka, że Jezus byl Bogiem, więc nie mógł mieć żony i dziecka!!! Dlaczego bóg nie móglby spłodzić potomka z ziemską kobietą? We wszystkich mitologiach starożytnych taka idea była  bardzo papularna. Przecież sam cesarz (podobnie jak inni władcy starożytni) był uznawany za boga i przyslugiwał mu kult należny bogu sprawowany w celach propaństwowych. Bogowie starożytni z nielicznymi wyjątkami byli nadzwyczaj jurni i płodni i posuwali wszystko, co się ruszalo niezależnie czy bylo śmiertelne, czy nie, stąd wiele możnych rodów rzymskich wywodzilo swój początek od bóstw. Romulus i Remus byli przecież synami Marsa i westalki Rei Sylwii, a ród Juliusza Cezara pochodził od Wenus (przez Eneasza).

Gdyby ewangelie byly redagowane pod dyktando rzymskiego poganina w celu uzyskania kompromisu między chrześcijaństwem a religiami politeistycznymi, wyznawanymi przez wielu z jego poddanych, Jesus mógł mieć tyle dzieci ile było rzymskich prowincji, a każde z nich dobrze nadawaloby sie na patrona!

Konstantyn ochrzcił się na łożu śmierci - co było często praktykowane w starożytnym Rzymie - z bardzo prozaicznego powodu. Wierzono, że chrzest usuwa wszystkie grzechy, natomiast nie bylo jasności co z grzechami popełnionymi po chrzcie. Zakładano, że zasadniczo nie powinno ich być, ale przecież każdy wiedział, że będą, więc "oczyszczenie" zostawiano sobie na koniec życia, aby bez obciążeń dostać się do nieba.

Skąd pomysł, że ewangelie zostały zredagowane przez Kostantyna? Ano bo przedtem MUSIAŁY być inne wersje. Istnieją przeciez apokryfy. Jak datowane są te apokryfy, o czym opowiadają, czym się rożnią od ewangelii kanonicznych autor nie ma bladego pojęcia. O znaleziskach z Qumran też nie za bardzo, bo sugeruje, że tam to dopiero byly inne wersje i dlatego Watykan powtrzymywal prace nad odczytaniem.

W Qumran o ile mi wiadomo znaleziono pełną wesję Księgi Izajasza, fragmenty Księgi Powtórzonego Prawa, Psalmy, komentarze i pisma własne wytworzone przez gminę esseńczyków. O ewangeliach nie slyszałam nigdy, gdyż wspólnota użytkujaca jaskinie nad Morzem Martwym działała głównie przed narodzeniem Chrystusa.

Jeżeli czegoś zwoje z Qumran dowodzą to raczej tego, że Stary Testament nie zostal napisany w średniowieczu, co sugerują różni "mędrcy" na podstawie faktu, że najstarsza zachowana w całości biblia hebrajska (kodeks leningradzki) pochodzi z XI w. n.e. Zwoje z Qumran z jej fragmentami są o ponad tysiąc lat wcześniejsze.

Temat ciężarnej Marii Magdaleny, św. Graala i templariuszy zostal już dostatecznie ośmieszony w wielu książkach (np Wahadlo Foucaulta Umberto Ecco), że nie będę poświęcać mu czasu i ambarasu.

Inicjatorem prześladowań temlariuszy nie byl "Kościól" tylko Filip Piękny, król Francji, który chciał położyć rękę na ich majątku. To on wydał rozkaz spalenia na stosie wielkiego mistrza Jakuba de Molay i jego współbraci. (Jeśli katolik idzie rankiem do latryny, nie znaczy, że to Kościól się wypróżnia, a jeśli współżyje, ze swoją żoną - też katoliczką - to nie znaczy, że Kościół kopuluje sam ze sobą.)

Niektórzy władcy świeccy w dziejach bywali tak potężni, że potrafili przeprowadzać swoją wolę także w Watykanie, ba byli w stanie "deportować" kurię rzymską z papieżem włącznie do Awinionu na teren wlasnego państwa. Papieże nie byli spiskowcami rządzącymi Europą, tylko ludźmi zmuszonymi do wielu kompromisów, a ich władza polityczna byla bardzo ograniczona.

Wszystkie rewelacje o Leonardzie da Vinci są mniej wiecej tyle samo warte. Najlepszy jest opis Ostatniej Wieczerzy, gdzie św. Jan Ewangelista, przedstawiony - zgodnie z tradycją - jako młodzieniec z włosami do ramion, jest opisany przez autora książki jako Maria Magdalena, a Piotr nachylajacy się do niego, aby dopytać, co Mistrz powiedział, ma rzekomo "jej" grozić nożem  (no chyba, że to jakaś nadliczbowa ręka "jej" grozi)

Tak się składa, że rąk jest dokładnie 26 - po dwie na 13 osób siedzących przy stole (Jezus + 12 apostołów). Niektóre nie są zbyt prawidłowo - w sensie anatomicznym - namalowane. Ręka z nożem z calą pewnością należy do Piotra, choć jej wygięcie w nadgarstku jest dość karkołomne. Według Wikipedii to aluzja do odcięcia ucha Malchusowi mieczem. Nie wiem czy tak jest, ale to bardziej prawdopodobne niż grożenie nożem nieobecnej na wieczerzy Marii Magdalenie.

Wszelkie dopatrywanie sie ukrytych znaczeń w fakcie, że jeden obraz zostal namalowany na drugim jest głębokim idiotyzmem, gdyż do dziś dnia artyści używają podobrazi z odzysku ze względu na cenę i nakład pracy potrzebny do ich przygotowania. Podobnie było z pergaminami. Używano ich wtórnie po zeskrobaniu wcześniejszego zapisu.

A już zupełnym mistrzowstwem świata mają być dokumenty poświadczające, że ktoś tam jest potomkiem Jezusa i Marii Magdaleny. Jak sobie autor to wyobraża?!!!  Świadectwo urodzenia czy chrztu z imionami rodziców i panieńskim nazwiskiem matki? Co mogłobybyć DOWODEM takiego uroszczenia? Odręczny podpis świadka, poświadczony w jakiejś bazie danych, czy odcisk palca?

Dan Brown sprawia wrażenie jakby nie wiedział skąd znamy starożytne teksty.  Chyba myśli, że np mamy rekopis Wojny Galijskiej Cezara z jego podpisem i odciskami palców. Otoż nie, teksty antyczne znamy z o wiele poźniejszych kopii, nie zawsze w 100% dokładnych (ze względu na blędy kopisty). Dziedzictwo antyku zostalo uratowane w średniowieczu przez mnichów w klasztornych skryptoriach!

Owszem archeolodzy znajdują gliniane tabliczki z pismem klinowym, czasem wypalone w ogniu licznych pożarów i wtedy rzeczywiście obcują z przedmiotami sprzed tysięcy lat, co jednak nie oznacza, że na przykład babiloński poemat Enuma elisz o stworzeniu świata czy epos o Gilgameszu jest pierwszym, bestselerowym wydaniem.

Spisanie takiego eposu nastąpiło po wiekach ustnego przekazywania z pokolenia na pokolenie. Ewangelie także były najpierw przekazywane ustnie, a spisane pod koniec życia świadków tych wydarzeń, co jest - jak na warunki starożytne - tempem zaiste ekspresowym. Ilość i zgodność ze sobą rękopisów jest najlepszym dowodem ich autentyczności.

Nikt, kto Ewangelie czytał, nie może twierdzić, że jakiś oszust wymyślił je dla niecnych celów. Jeśli, ktoś się upiera niech sam sprobuje napisać coś podobnego. Żełajem uspiechow!

Nie chce mi się dalej pastwić nad tym gniotem. Pomijajac wszystko inne, jest po prostu nudny. Bohaterowie nie maja życia w sobie, są papierowi i zupelnie nieprzekonywujący. Wielki Albinos z Opus Dei jest - nie wiadomo dlaczego - nazywany mnichem. Być może ma budzić skojarzenia z powieścią Matthew Lewisa i seksualnymi wyczynami protagonisty. 

Generalnie świat anglosaski przesycony jest od Henryka VIII antykatolicką propagandą w takim stopniu, że najbardziej idiotycznych pomysłów na  nikczemność Kościoła nikt nie kwestionuje. Najlepszy przyklad - krucjaty. Chrześcijanie chcieli najpierw obronić się przed najazdem, a następnie odbić zagarnięte ziemie. Co za zło!!! Muzulmański podbój chrześcijańskiego świata (Pn Afryki, Bliskiego Wschodu, Azji Mniejszej, Kaukazu, Balkanów, Półwyspu Iberyjskiego)  na stulecia (w tym do dnia dzisiejszego) - cisza. To, oczywiście, dobro i ubogacenie!!! 

Pisałam to wszystko z pamięci, nie zaglądając do książki, żeby sprawdzić czy czegoś nie przekręcam, a wszelkie argumenty przeciw pomysłom autora wzięlam z głowy. Uznałam, że to czytadło nie jest warte mojego wysiłku. Mogłam więc się dopuścić jakichś nieścislości, jeśliby ktoś znalazl.

P.S.

Świat antyku rzymskiego, greckiego i cywilizacje starożytnego bliskiego wschodu według Dana Browna nie byly patriarchalne!!! Dlaczego? Ano bo czczono w nich żenskie bóstwa! Owszem i wiązała się z tym np prostytucja sakralna. Czy kandydatki na kaplanki-prostytutki skladaly podanie ze zdjeciem z prośbą o przyjecie do takiej pracy? Niestety nie. Decydował ojciec oddając córkę w dzieciństwie do takiej posługi.

Podobnie rzecz się miała z kaplankami - dziewicami, np rzymskimi Westalkami. Zaczynaly służbę w świątyni w wieku lat 6 i trwala ona 30 lat, po tym okresie mogły wyjść za mąż. Z racji notorycznego braku kobiet w Rzymie na ogół mialy liczne propozycje. Dlaczego brakowalo kobiet? Na skutek tak zwanego nienaturalnego znikania młodszych sióstr, czyli - innymi słowy - wynoszenia ich do lasu po urodzeniu.

Jeśli taką westalkę złapano in flagranti z mężczyzną zakopywano ją żywcem w ziemi - uroki matriarchatu, czyż nie? Ojciec był panem życia i śmierci kobiety do ślubu, a potem mąż.

Jeśli ktoś chciałby poznać pozycję kobiet w starożytnej Grecji (Atenach konkretnie) to polecam Gromiwoję Arystofanesa...




wtorek, 12 marca 2024

O koptach i rekolekcjach w Częstochowie


Taka sprawa: koptowie zawieszają dialog ekumeniczny z Kościołem Katolickim z powodu Fiducia Supplicans. Szczerze mowiąc trudno się im dziwić. 

Jak te watykańskie cioty mogą nie rozumieć, że jeśli komuś muzułmanie non stop podkładaja bomby pod kościoły, to ten ktoś ma inne problemy niż czy może oficjalnie pokazać się z boyfriendem, czy raczej nie. Nasi bracia w wierze w Afryce i Azji sa mordowani, a papież nie ma im nic do powiedzenia, bo wlaśnie intensywnie mizdrzy się do możnych tego świata!!!

Byłam na początku marca na rekolekcjach w Częstochowie. Wróciłam z grypą-gigantką i do dziś dnia nie mogę dojść do siebie.

Ojciec Marcin Ciechanowski OSPPE uraczyl nas w sobotę kazaniem, z którego dowiedzieliśmy się, że w przypowieści o synu marnotrawnym tak naprawdę czarnym charakterem jest ten starszy, który się nie cieszy z hojności ojca wobec młodszego brata. Starszy syn ma mentalność niewolnika, co można poznać po wyrzucie, że tyle lat służy ojcu, a nie dostal żadnej nagrody!

Dalej łatwo zgadnąć - to my katolicy, wierzący i praktykujący jesteśmy tymi starszymi synami, którzy nie cieszą sie z Fiducia Supplicans, bo mamy czarne serduszka i mentalność niewolników.
Rekolekcjonista-dominikanin pewnie dodałby jeszcze, że jesteśmy odrażający, brudni źli, a jajka, które przynosimy do poświęcenia w wielką sobotę śmierdzą... Ojciec Ciechanowski się do tego nie posunął, ale z goryczą stwierdził, że w dzisiejszych czasach trzeba bronić papieża przed katolikami, a przecież Kościół się zmienia, bo ŻYJE!

Wszystko to bardzo pięknie, ale ktoś by mógł się upierać, że gdzie Kościół naprawde żyje, tam nie ma problemu pedalstwa tylko prześladowań i do tego problemu papież powinien się odnieść w pierwszym rzędzie, a nie sprzedawać chińskich katolików komunistom za jakieś niejasne ustalenia (najprawdopodobniej chodzi o kasę)