sobota, 27 kwietnia 2019

Breaking: Potomkowie żołnierzy pilnujących grobu Jezusa pozwani!!!


Rabbi Simcha Goldzug-Kohn z Telavivu i Icchak Cohen-Bandite z Waszyngtonu pozywają Giuseppe Cincinatiego zamieszkałego w Orvieto oraz Benito Pompeo mieszkańca Villa Nuova koło Neapolu. Chodzi o pobranie zaliczki i niewywiązanie się z zakontraktowanej usługi. Sprawa jest o tyle niezwykła, że zarówno pozywający jak i pozwani są dalekimi potomkami stron sporu.

Chodzi bowiem o zamówienie przez starszyznę żydowską usługi z zakresu Public Relations. Zleceniobiorcami byli żołnierze  rzymscy służący w Judei w roku 33 n.e., za czasów namiestnika Poncjusza Piłata. Pilnowali oni grobu pewnego kłopotliwego skazańca, którego ciało w niewytłumaczalny sposób ulotniło się w nocy. Żołnierze w zamian za pewną sumę pieniędzy zobowiązali się do rozpowszechnia informacji, że ukradli je uczniowie owego człowieka, kiedy zdarzyło się im zdrzemnąć na warcie.

Zadanie obarczone było sporym ryzykiem dla wykonawców, gdyż zasypianie na warcie karane było w armii rzymskiej śmiercią przez zaćwiczenie batogami. Zleceniodawcy w zamian za ochronę oczekiwali skuteczności. Ta okazała się na tyle niesatysfakcjonująca, że wyznawcy owego kłopotliwego skazańca tak zapamiętale rozpowiadali o jego zmartwychwstaniu i rozpowszechniali jego naukę, że przyniosło to nieoszacowane szkody interesom rodzin pozywających. Tereny środkowej i wschodniej Europy, z których pozyskiwały silnych i wytrzymałych niewolników także ją przyjęły, czego nieprzyjemnym skutkiem ubocznym był koniec procederu sprzedawania przez lokalnych kacyków własnych poddanych w niewolę żydowskim i arabskim kupcom.

Goldzug–Koln i Cohen-Bandite szacują że od 966 r. n.e. dochód ich przodków z wyżej wymienionego procederu zmniejszył się o 99%. Musieli przestawić się na lichwę i sprzedaż alkoholu, co nie zrekompensowało ich strat, które oceniają  na 300 mld dolarów amerykańskich.

Pozwani zaprzeczają, jakoby mieli cokolwiek wspólnego z żołnierzami pilnującymi grobu. Przedstawili w sądzie akty zgonu swoich protoplastów wystawione w roku 32 n.e. Sąd jak dotąd nie podważył ich autentyczności.

Pojawiły się informacje - na razie nie potwierdzone - że w razie nieuzyskania żądanej sumy od Cincinatiego i Pompeo. Goldzug-Kohn i Cohen-Bandite będą pozywać kolejno wszystkie państwa, na terenie których ich przodkowie pozyskiwali niewolników, za uniemożliwienie im tej działalności z powodu przyjęcia nauki kłopotliwego skazańca, którego ciało w niewyjaśniony sposób ulotniło się w nocy z 8.04 na 9.04 33 r.n.e.

Czy już jesteśmy Palestyńczykami?

A propos mediów światowych i krajowych oto stary news z www.pch24pl (http://www.pch24.pl/nigeria--samochod-rozjechal-modlace-sie-dzieci,67784,i.html#ixzz5mJ9muBuz):
Dziesięć osób nie żyje, a trzydzieści zostało rannych po tym, jak mężczyzna z premedytacją wjechał w dziecięcą procesję wielkanocną w Gombe na terenie północno-wschodniej Nigerii. Wśród zabitych jest ośmioro dzieci oraz sprawca i jego kolega, których wstrząśnięty zbrodnią tłum zlinczował na miejscu. 
Świadkowie zdarzenia informują, że mężczyzna najpierw wdał się w kłótnię z uczestnikami katolickiej procesji, którzy blokowali ulicę, a następnie celowo wjechał w modlące się dzieci. Kierowca był policjantem, a wraz z nim w samochodzie znajdował się członek formacji paramilitarnej. Obaj byli nieumundurowani.
Ten news nie przebił się do mediów przesłonięty kukłą Judasza w Pruchniku.

Zełensky, powiązany z Kołomojskim został prezydentem Ukrainy. Izraelskie gazety entuzjastycznie się do niego przyznały. Ukraina znalazła się tym samym pod żydowskim zarządem, a Putin rozdaje rosyjskie paszporty mieszkańcom Nadniestrza. (Numer, który zastosowano w Gruzji).

Patrzymy na to nie do końca wierząc, że u nas podobny proces zaczął się w 1989, kiedy to Jaruzelski z Kiszczakiem przekazali władzę "triumwiratowi Geremek-Michnik-Kuroń" czyli Żydom, jak to ujął autor książki "Ministerstwo spraw obcych" K. Baliński. Wygląda na to, że niedługo zostanie to nam uświadomione ponad wszelką wątpliwość. Rozmowy trwają, o czym świadczy ujawniona przez red. Michalkiewicza notatka.

Ambasador Mosbacher złożyła nam życzenia z okazji święta Pesach, ignorując fakt, że jesteśmy w większości "czcicielami Wielkiej Nocy".

Czeka nas los Palestyńczyków? To jest plan, jaki USA ma dla nas i regionu?

czwartek, 25 kwietnia 2019

O kukle Judasza i episkopacie

Nie chcę mi się nawet komentować spalenia kukły Judasza w Pruchniku. Powiem tylko, że episkopat skompromitował się w moich oczach totalnie poświęcaniem uwagi czemuś takiemu w sytuacji zamachu na Chrześcijan (przepraszam, "czcicieli Wielkiej Nocy")  na Sri Lance  i okrutnej śmierci naszych ponad 300 braci w wierze. Uważam to za zdradę, tchórzostwo i głupotę w jednym.

Czy nasi duchowi przywódcy są zlewaczałymi homoseksualistami, których jedynym celem w życiu jest nie narażać się żydom, muzułmanom, aktywistom LGBTQ i globalistom?

Strasznie to smutne.

wtorek, 16 kwietnia 2019

O godności zawodu nauczyciela (przy okazji strajku)

Napisałam właśnie tekst i wysłałam do pewnej redakcji (żeby trafić do większej liczby odbiorców), ale nie bardzo wierzę, że się nim zainteresują więc publikuję TU.


O godności zawodu nauczyciela przy okazji strajku.

Bardzo źle się stało, że dzięki wygłupom strajkujących „gron pedagogicznych” zamieszczanym w Internecie, oczywistej agendzie ZNP i stosowaniu niedozwolonych środków - jak szantaż wobec podopiecznych - gotowość do rozsądnej rozmowy o prawdziwych problemach polskiego szkolnictwa jest w społeczeństwie nikła.

Jako osoba znająca problem z autopsji, równie zirytowana zachowaniem ex-kolegów, którzy dali się użyć w nie swojej wojnie (tracąc szansę na wygranie własnej sprawy), jak i wymądrzaniem  publicystów nie mających bladego pojęcia o realiach polskiej szkoły, pozwolę sobie zabrać głos.

Zacznijmy może od tej sławnej godności zawodu nauczyciela, o której tyle słyszymy. Co jej bardziej zagraża skromna, ale pewna pensja czy całkowita bezradność wobec patologicznych zachowań źle zsocjalizowanych produktów bezstresowego wychowania popieranych przez roszczeniowych rodziców, dyrektora - oportunistę i kuratorium? Czy podejście p.t. „klient nasz pan” jest właściwe w przypadku osób niedojrzałych, wymagających wychowania? Czy rodzice, stosują je wobec swoich dzieci? Czasem odnoszę wrażenie, że tak i nauczyciele wszystkich poziomów – oraz współuczniowie - są narażeni na konsekwencje ich niekompetencji.

W pewnej szkole podstawowej w mieście wojewódzkim uczeń zajmował się na lekcji filmowaniem rozłożystych bioder nauczycielki w średnim wieku piszącej na tablicy. Na przerwie przeniósł swoje filmowe zainteresowania na kolegę załatwiającego potrzebę fizjologiczną w męskiej toalecie. Tę twórczą aktywność zakończył opublikowaniem obu nagrań w Internecie. Zebrało się grono z dyrektorem, radziło, radziło i uradziło, że należy pogrozić mu palcem. Nikt z poszkodowanych nie zgłosił sprawy na policję. Ośmielona tym faktem, zbolała matka poleciała na skargę do kuratorium, że tak okrutnie tłumi się zdrową osobowość jej syneczka. Kuratorium opowiedziało się po jej stronie. Uczeń w końcu ma prawo do swobodnego filmowania czegokolwiek, czyż nie?

W pewnym technikum młodzieniec ścigany listem gończym za udział w kradzieży samochodów został karnie skreślony z listy uczniów. Kuratorium nakazało cofnięcie tej decyzji. Podobnie było w przypadku młodocianego dealera narkotyków złapanego w spektakularnej akcji policji z psami, która odbyła się na terenie owej placówki oświatowej ku uciesze młodzieży.

Każdy nauczyciel zna setkę takich przypadków z ostatniego roku szkolnego, ale trzyma buzię na kłódkę, bo usłyszy, że sobie nie radzi i nie ma podejścia do dzieci/młodzieży. W końcu uczeń ma zawsze rację, czyż nie? Klient nasz pan!

Od tego należałoby zacząć rozmowę o godności nauczyciela, poziomie nauczania i bezpieczeństwie uczniów. Bez możliwości dyscyplinowania patologicznych jednostek i usuwania niereformowalnych polska szkoła będzie chora, choćby nie wiem jak wspaniałe programy wdrożono, a od kadry wymagano tytułu profesora zwyczajnego jako warunku przyjęcia na staż.

W czasach tzw. „transformacji ustrojowej” zagubiono prostą prawdę, że ludzie mają zróżnicowane możliwości intelektualne i zainteresowania, a natura ludzka nie składa się wyłącznie z dobra, co jest szczególnie dobrze widoczne u jednostek niedojrzałych. 

Bezradny nauczyciel nie jest w interesie nikogo - ani uczniów, ani rodziców, ani społeczeństwa. Dzieci nie nauczą się niczego na lekcji zakłócanej przez agresywne głąby, choćby nie wiem jak dobrze była przygotowana. Nie będą czuły się bezpiecznie na korytarzach kontrolowanych przez młodocianych bandytów, których nikt z dorosłych nie może tknąć palcem, ani w toaletach, gdzie koledzy nagrywają ich czynności fizjologiczne i publikują w Internecie. Rodzice nie mogą być spokojni o swoje dzieci wiedząc, że jeśli kolega zaatakuje je fizycznie w obecności nauczyciela, to ten może najwyżej pogrozić palcem, bo inaczej straci prawo wykonywania zawodu.

Czy 18 godzin takiego sportu ekstremalnego jakim stało się nauczanie to dużo czy mało? Zważywszy, że przez resztę doby trzeba pisać ewaluacje, programy naprawcze, sprawozdania z ewaluacji i programów naprawczych oraz sprawozdania ze sprawozdań z ewaluacji i programów naprawczych to raczej wystarczy. Każdego, kto chce sobie wyrobić zdanie na ten temat zachęcam do spróbowania.

Dziwne wieści o zarabianiu 6 tys. w oświacie nie wiem skąd są wzięte. Może tyle zarabia minister edukacji albo p. Broniarz. Nauczyciel mianowany z 20-letnim stażem zatrudniony na cały etat, po tegorocznej podwyżce dostaje ok. 2500 na rękę. Jakby na to nie patrzeć pensja dużo poniżej średniej krajowej, ale pewna.

Nieporównywalnie gorsza jest sytuacja nauczycieli pracujących w szkołach prywatnych. Właściciel z reguły proponuje najniższe możliwe wynagrodzenie - we wrześniu 2018 roku było to 2100 brutto czyli 1500 netto za 22 godziny tygodniowo + wychowawstwo - dając przy tym do zrozumienia, że to wyjątkowo korzystne warunki. Do niedawna nauczyciel zatrudniany był w takich placówkach na umowę – zlecenie, więc nie płacono mu za ferie ani wakacje, oczekiwano natomiast udziału w zebraniach, wywiadówkach i obsługiwania dzieci na stołówce za darmo. Umowę –zlecenie można rozwiązać natychmiast, bez okresu wypowiedzenia np. w razie zachorowania nauczyciela. Dzieci natomiast to te przypadki, które nawet w szkole publicznej nie poradziły sobie, co daje pewne wrażenie o beznadziejności sytuacji. O godności nauczyciela w szkołach prywatnych nikt nigdy nie słyszał, to po prostu źle płatny najemny pracownik świadczący usługi edukacyjne, którego - wobec nasycenia rynku - można bez żalu oddalić w każdej chwili. Tak działa owa słynna „niewidzialna ręka rynku”, o której tyle słyszymy. Gdyby nie istniała najniższa płaca krajowa szkoły prywatne płaciłyby 800 PLN brutto za 40 godzin tygodniowo i oczekiwały „pełnego zaangażowania”.

Wielu nauczycieli, a nawet wicedyrektorów szkół publicznych, dorabia sobie w takich placówkach. Może się wydać zaskakujące, że nawet kiedy strajkują w swoim głównym miejscu pracy, posłusznie jeżdżą nabijać kabzę pracodawcom, którzy oferują im o wiele gorsze warunki, nie pamiętając o swojej uciemiężonej godności.

Dyrektorzy szkół tez nie zawsze o godności swoich podwładnych pamiętają i to bywa zdecydowanie bardziej uciążliwe na co dzień niż wszystkie głupie decyzje ministerstwa razem wzięte. Niejedna pani dyrektor wysoki dodatek motywacyjny, dobry plan, własny gabinet i coroczne nagrody przyznaje wyłącznie swoim psiapsiółkom, czasem tylko robiąc wyjątek dla jakiegoś młodego, przystojnego pana. Są przypadki wykorzystywania władzy dyrektora do mobbingu przeciw osobom, które nie chcą strajkować. W pewnej szkole podstawowej nakazano im siedzieć w pustej świetlicy 8 godzin dziennie, także przez ferie świąteczne.

W tej niewesołej sytuacji polskiego szkolnictwa antagonizowanie społeczeństwa poprzez utrudnienia w egzaminach nie wydaje mi się roztropne. Wszyscy roszczeniowi rodzice zyskają argument w sporze z nauczycielem próbującym dyscyplinować ich świadome swej bezkarności dzieci. Nawet jeśli rząd się ugnie i da podwyżki żądanej wielkości, to główny problem szkoły nie tylko nie zostanie rozwiązany, ale wręcz pogłębiony. Jeśli podwyżka zostanie uzyskana kosztem zwiększenia pensum i zniesienia karty nauczyciela, to będzie to raczej pyrrusowe zwycięstwo.

poniedziałek, 4 marca 2019

Nostalgicznie o robieniu rachunku sumienia

Z okazji zbliżającego się wielkiego postu zamieszczam kolejny rozdział z "Malwinki", książeczki dla dzieci uciemiężonych, traktujący m.in. o rachunku sumienia.


Stąd do wieczności

      Rodzice Malwinki chodzili do kościoła raczej rzadko i nieregularnie, ale oczywiście posyłali swoje dzieci na naukę religii. Dwa razy w tygodniu, po południa szła więc Malwinka z Anią Kluską przez park nad fosą i Plac Wolności do salki na plebanii  naprzeciwko Kościoła Świętej Doroty. Pobożna, prawie codziennie uczęszczająca na mszę, mama Ani bardzo tego pilnowała. Królewna Żaneta i Magda Szczypalska, których rodzice nie praktykowali, a nawet Asystentka Magdy, córka milicjanta, też tam chodziły. Brakowało jedynie Izki. Problem zbawienia jej duszy zaprzątał więc umysły Ani i Malwinki, a w okolicach Pierwszej Komunii stał się ulubionym tematem ich rozmów. Zasadniczo zgadzały się, że byłoby rażącą niesprawiedliwością, gdyby potępienie wieczne stało się jej udziałem, a ominęło taką Magdę Szczypalską na przykład, ale z drugiej strony Izka strasznie oszukiwała, kłamała, opowiadała świńskie kawały i mówiła brzydkie słowa. Dusza jej niewątpliwie była w niebezpieczeństwie. Ona sama zaś zupełnie tego nieświadoma biegała na przerwach po szkole, jak większość dzieci zaopatrzona w piekło-niebo, wrzeszcząc:
„Piekło, niebo, Abraham
twoja dusza pójdzie tam”
Tu rozwierała dramatycznym ruchem czerwoną czeluść. Musiała to przećwiczyć w domu, bo piekło otwierało się przed wszystkimi, którzy jej się czymś narazili, a niebo zarezerwowane było wyłącznie dla aktualnych przyjaciół.
     Piekło-niebo było niewielkim obiektem przestrzennym wykonanym z kartki papieru. Otwierało się ukazując na przemian raz niebieskie raz czerwone wnętrze. Przy pomocy tego prostego urządzenia można było przewidzieć pośmiertne losy swojej duszy. W pewnym okresie stało się istną manią. Nauczyciele rekwirowali setki piekło-nieb na lekcjach wyśmiewając przy okazji ciemnotę i zabobon swoich podopiecznych. Programowe wysiłki szkoły, aby uformować w nich zdrowy światopogląd naukowy spełzały na nic niczym. Dzieci pozostawały otwarte na tajemnicę.
     Przed pierwszą komunią Ania i Malwinka miały przystąpić do spowiedzi. Wcześniej należało zrobić rachunek sumienia, toteż siedziały teraz obie przy dużym stole w pokoju Malwinki i Marzenki nad pustymi kartkami papieru. Malwinka, ciężko wzdychając napisała drukowanymi literami RACHUNEK SUMIENIA, żeby jakoś zacząć.. Chciała się z przyzwyczajenia podpisać się imieniem, nazwiskiem i klasą, ale po namyśle zrezygnowała z tego pomysłu. Ania poszła za jej przykładem, po czym sięgnęła po kredki i zaczęła robić szlaczek. Malwinka zdecydowanym ruchem napisała jedynkę po lewej stronie, postawiła kropkę i spojrzała w sufit.
- Mówiłam brzydkie słowa – Zaczęła niepewnie.
Zaledwie dziewczynki skończyły pisać wyłonił się poważny dylemat moralny. Kiedy już wyzna się ten grzech i zrobi szczere postanowienie poprawy, co odpowiedzieć komuś, kto będzie chciał wygonić je z podwórka?
- To nie twoje tylko państwowe, nawet Murzyn z Afryki może tu przyjść i …
- Zrobić kupę – Podsunęła Ania z wahaniem
Malwinka skrzywiła się z niesmakiem.
- Narobić – Wtrąciła Marzenka znad książki. Na skutek rozległej lektury miała imponujący zasób słow.
„Niby lepiej, ale to nie to samo” pomyślała Malwinka zrezygnowana „brakuje siły przekonywania”. Napisała dwójkę i wzniosła wzrok ku górze.
- Bawiłam się w brzydkie zabawy! – Wykrzyknęła Ania tryumfalnie.
- Jakie? - Zainteresowała się Malwinka. Nawet Marzenka nadstawiła ucha znad książki. Ania speszona odmówiła wyjaśnień, wobec czego Malwinka niechętnie zaczęła badać własne sumienie pod kątem brzydkich zabaw. „Ach tak, oczywiście” przypomniała sobie mało elegancki epizod pod drzwiami Danusi, koleżanki Marzenki. Obie siostry w towarzystwie Marioli z ich bloku wybrały się do Danusi, której mama była nauczycielką (na szczęśnie nie uczyła żadnej z nich). Zadzwoniły i czekały. Nikt nie otwierał. Kto pierwszy pierdnął Malwinka nie mogła sobie przypomnieć. Im dłużej stały pod drzwiami tym swobodniej puszczały bąki wybuchając śmiechem, przy co głośniejszych. W końcu ulotniły się zostawiając za sobą stężony smród siarkowodoru. „Jeśli to nie brzydka zabawa to co nią jest? – Pytam” Malwinka z czystym sumieniem umieściła brzydkie zabawy pod numerem dwa.
- Obmawiałam koleżankę – Zaczęła z wahaniem – To znaczy Izkę - dodała tonem wyjaśnienia.
Ania skinęła milcząco i zapisała pod numerem trzy, po czym obie tknięte tą samą myślą spojrzały sobie w oczy. Jak będzie wyglądało ich życie, jeśli wyrzekną się obmawiania Izki? Powiało grozą. Po chwili milczenia Ania wyznała:
- Byłam niegrzeczna dla mamy.
Malwinka zapisała ten grzech pod numerem czwartym a następnie „dla taty”  pod piątym i „dla babci” pod szóstym. Tu dotknęła bolesnego miejsca. Dopadło ją uczucie wstydu i żalu. „Nawet bardzo niegrzeczna” pomyślała „nie kocham jej wcale i mała szansa, że kiedykolwiek to się zmieni. Żal mi jej czasami, a jednocześnie nie znoszę jej”. Malwinka zwiesiła głowę pod ciężarem nierozwiązywalnej sytuacji i własnego poczucia winy.
Po chwili otrząsnęła się nieco.
- Sześć grzechów to chyba za mało – zagadnęła – Trzeba by mieć z dziesięć.
- Co najmniej - zgodziła się Ania – Lepiej wymienić za dużo niż za mało.
Biedziły się więc czas jakiś, aż wreszcie dwa bardzo do siebie podobne, ozdobione szlaczkami rachunki sumienia były gotowe.
     W kolejce do konfesjonału Malwinkę ogarnął niepokój „Przecież ksiądz uzna, że odpisywałyśmy od siebie!” pomyślała w panice. Ania, stojąca tuż przed nią podchodziła właśnie do kratek. „Za późno ,żeby teraz odejść” stwierdziła Malwinka i nieco się uspokoiła. Udało jej się nie pomylić żadnej formułki i odczytać rachunek sumienia mimo kiepskiego oświetlenia. Przy brzydkich zabawach ksiądz zaskoczył ją.
-  Bawiłaś się w lekarza? – Zapytał.
Malwinka pomyślała w panice o puszczaniu wiatrów pod drzwiami Danusi. Nigdy, przenigdy nie opowiedziałaby mu o tym.
- Ttak – przytaknęła zgodnie.
Dalej wszystko poszło gładko. Postanowienie poprawy miało żywot raczej krótki, gdyż jak wcześniej podejrzewała życie bez obmawiania Izki po prostu nie było możliwe, a i argument z Murzynem znacznie zyskiwał na sile przekonywania doprawiony mocnym słowem.

niedziela, 3 marca 2019

Jeszcze o zboczeńcach w PRL-u

W charakterze post scriptum do poprzedniego wpisu załączam rozdział o zboczeńcu z mojej (nigdzie nie publikowanej) książeczki dla dzieci uciemiężonych p.t. Malwinka, opowiadającej o dzieciństwie w PRL-u

Zboczeniec 

Następnego dnia Malwinka nie widziała ani Rudej Kitki, ani brudnobiałego psa. Usiadła na tej samej ławce. „Może ktoś się jednak pojawi” westchnęła w duchu. Nagle jakiś szelest dobiegł jej uszu. Odwróciła się i zobaczyła stojącego za krzakiem mężczyznę. Coś było z nim nie tak, ale minęło trochę czasu zanim ustaliła co. Jego spodnie spuszczone były do kolan z powodów całkowicie niezrozumiałych, a w dłoniach miętosił coś, co wydawało się z niego wyrastać na wysokości bioder. Malwinka nie rozumiejąc zupełnie dlaczego, rzuciła się do ucieczki. Pewnie pobiła tego dnia rekord świata w biegach przełajowych z tornistrem na plecach. Wpadła do bramy, w pośpiechu zapominając sprawdzić czy żaden zboczeniec na nią nie czyha. Wbiegła na górę po dwa schodki. Serce waliło jej jak młotem. Kiedy udało jej się wreszcie uporać z kluczem i zamkiem, zziajana oparła się plecami o drzwi zastawiając je sobą od wewnątrz. Upewniwszy się, że nikt jej nie ściga, ani się nie dobija weszła do swojego pokoju, rzuciła na łóżko i przykryła kocem z głową. Najdziwniejsze było, że nie rozumiała zupełnie nic z tego, co jej się przytrafiło. Kim był ten człowiek?
Dlaczego obnażał te wstrętną narośl? Wszelka logika, a nawet zwykłe poczucie wstydu nakazywałoby raczej szczelnie ukryć coś tak paskudnego! Jakaś obrzydliwość biła od niego i Malwinka czuła się jakby wpadła w błoto, albo coś znacznie gorszego. Nawet gdyby teraz wyprała i wygotowała wszystkie rzeczy, które miała na sobie, to jeszcze wzrok i pamięć domagałyby się oczyszczenia. Chciałaby móc komuś powiedzieć – ale komu? Mama po powrocie z pracy wciąż jeszcze przeżywała wydarzenia dnia i opowiadała o nich tacie w sposób wykluczający włączenie się dzieci do rozmowy. Nieszczególnie była zainteresowana słuchaniem kogokolwiek. Zresztą Malwinka prawdopodobnie nie byłaby w stanie z nią o tym mówić „Izka” przyszło jej na myśl „Izka Wójcik z podwórka Ani Kluski. Ona mogłaby coś na ten temat wiedzieć”
     Bloki komunalne, do których należał blok Ani Kluski, Izki Wójcik i  co dziwniejsze Królewny Żanety oddzielała od bloków Spółdzielni Cichy Kącik ulica swego czasu przemianowana ze Słonecznej na Pawłowa. „Pewnie od dużej ilości Pawłów, którzy tu zamieszkali, aż dziw, że nie znam żadnego” myślała Malwinka. Mieszkania komunalne należały się uboższym obywatelom. „Czy te wszystkie samochody zaparkowane po drugiej stronie ulicy też są komunalne?” zastanawiała się. Pod blokiem spółdzielczym stał tylko jeden – wysłużona syrenka inżyniera Dudka. Na podwórku od frontu bawiły się w piaskownicy zupełnie małe dzieci pod mniej lub bardziej czujnym okiem mam plotkujących na ławkach. Za blokiem na górce zbierali się starsi chłopcy, których Malwinka zdecydowanie wolała omijać. Od śmietnika do śmietnika przeciągał osobnik zwany Wackiem Lewatywką, który jak wieść gminna niosła podczas wojny dostał odłamkiem w głowę i rozum mu się pomieszał. Pchał swój wózek  mamrocząc niezrozumiale, zapadnięty w siebie, ale na widok każdej młodej osoby ożywiał się nadzwyczajnie.
- Lewatywa! Dupa lewatywa! – Wołał radośnie, obnażając w obleśnym uśmiechu bezzębne dziąsła.
   Z tych wszystkich względów, Malwinka wolała pokonywać ulicę „Pawłową” w poszukiwaniu bardziej odpowiedniego towarzystwa. Ania Kluska i Malwinka chodziły do tej samej klasy, a nawet zostały posadzone razem w pierwszej ławce, jedna - ze względu na niski wzrost, druga - z powodu wady wzroku. Ania nie była zbyt pojętna, toteż Malwinka często pomagała jej w lekcjach. Mama nie była zachwycona ani tą znajomością Malwinki, ani jej częstym przebywaniem na sąsiednim podwórku, a już zupełnie nie tolerowała Izki. Dlaczego – Malwinka nie mogła zrozumieć. Izka wiedziała o tylu zdumiewających rzeczach, może dlatego, że jej mama miała więcej mężów (którzy nie do końca byli jej mężami) niż inne mamy. Opowiadała nie zupełnie jasne kawały, w których nieodmiennie ktoś na koniec wołał psa o wdzięcznym imieniu „mocniej” albo „jeszcze”, a kiedy Malwinka nie wiedziała z czego się śmiać dodawała równie mętne wyjaśnienia.
W sprawie mężczyzny o spuszczonych spodniach pogląd Izki był jasny.
- To zboczeniec. - Orzekła bez wahania.
Malwinkę zatkało. Przecież to właśnie przed zboczeńcami napadającymi małe dziewczynki w bramach kryła się w parku. Wiadomości mamy były najwyraźniej niesprawdzone, a w każdym razie nie wytrzymywały konfrontacji z rzeczywistością. Na pytanie o potworną narośl eksponowaną tak rozpaczliwie przez zboczeńca Izka uśmiała się serdecznie.
- Przecież to pisiorek, nie mów, że nigdy nie widziałaś.
Malwinka musiała przyznać, że owszem, na ciszy poobiedniej w przedszkolu. Wniosek, który się nasuwał był wstrząsający – a więc ten człowiek był w istocie kimś w rodzaju wyrośniętego Maćka Dzięcioła. Pokazywanie pisiorka  tak weszło mu w krew, że musiał to robić nawet, kiedy już dawno wyrósł z wieku przedszkolnego. Pozbawiony idealnej widowni - dzieci pozorujących sen w swoich łóżeczkach  - uciekał się do występów w parku przed przypadkowymi widzami.


     Dalsze roztrząsanie tematu przerwało pojawienie się w oddali Ani Kluski wymachującej tryumfalnie nad głową długim kablem. Izka ochoczo zeskoczyła z trzepaka, na którym siedziały. Wobec perspektywy gry w kręconego nawet rozmowa o zboczeńcach traciła urok. Kwestię kto kręci, a kto skacze nieodmienne rozstrzygała wyliczanka.
- „Nie ma masła, nie ma serka
    Wyrzucamy pana Gierka”
Ania i Malwinka z napięciem obserwowały palec Izki. Było powszechnie wiadome, że oszukuje absolutnie zawsze.
– „Raz, dwa, trzy
    sekretarzem bę – dziesz TY”                                             
Tu palec Izki wskazał na Malwinkę  – musiała pomylić się w oszukiwaniu. Tym razem zniosła to dobrze i razem z Anią zaczęły kręcić kablem skandując:
- „Opa, opa
    Ameryka, Europa
    Azja stój
    Malwinka wska – kuj !”
Na ten błogi dźwięk kto żyw nadbiegał, żeby przyłączyć się do zabawy. Przyzwoitość nakazywała zacząć od kręcenia – Ania i Izka skwapliwie wręczyły końce kabla nowo przybyłym. Póki zmiany między kręcącymi a skaczącymi następowały szybko po sobie wszyscy bawili się zgodnie, ale wystarczyło, aby Izka uznała, ęe kręci już zbyt długo konflikt był nieunikniony.
- Skułaś! – Zawołała podając koniec kabla Grażynie Podeszwie.
- Wcale, że nie! – Grażyna schowała ręce za siebie nie przyjmując go – Wcale, że nie skułam tylko ty poderwałaś oszustko jedna!
- Sama jesteś tą oszustką!
Przejście od słów do rękoczynów było płynne i naturalne.
- Ała, wariatko! Zobacz co zrobiłaś szczypawico jedna – Krzyczała Grażyna podtykając Izce pod nos lekkie zaczerwienie na skórze przedramienia. – Od tego można dostać raka i umrzeć!
- To sobie umieraj! – Izka była zniecierpliwiona.
Grażyna zamilkła z oburzenia na tak straszny cynizm i natarła z tym większą siła. Nie mogąc pokonać Izki w walce sięgnęła po ostateczny argument.
- Wynoś się stąd przybłędo jedna to nie twoje podwórko!
- Ani nie twoje tylko państwowe. Tu każdy może przyjść, nawet Murzyn z Afryki i nasrać!!! – Argumentacja Izki była bez zarzutu. Malwinka nie mogła jej nie podziwiać. Kiedy jednak strony konfliktu przeszły do obrzucania obelgami bliższych i dalszych krewnych do trzeciego pokolenia włącznie, Malwinka uznała, że ma dość wrażeń na dziś.
     W domu przy dużym stole w ich pokoju, obłożona podręcznikami i zeszytami, siedziała Marzenka, jej starsza siostra i pozorowała odrabianie lekcji. Rozkładała tą dekorację zaraz po obiedzie na wyraźną sugestię mamy. Nie dość uważny obserwator mógłby przeoczyć do połowy przykrytą piórnikiem książkę z biblioteki. Czytanie było właściwym zajęciem Marzenki.  Cokolwiek miała zrobić, nie robiła tego, bo zajmowała się lekturą gdzieś sprytnie ukrytej książki. Malwinka podziwiała jej mocne nerwy i spokój, z jakim znosiła ponaglenia rodziców, słowa pełne wyrzutów, zachęty lub niepokoju. Wytrzymywała to wszystko cały czas robiąc wrażenie bardzo grzecznej i uległej dziewczynki, nie mając najmniejszej intencji zastosowania się do ich poleceń. Książki były jej schronieniem, magicznym przejściem do innego świata, w którym czuła się bezpieczna, nic więc dziwnego, że nie chciała z niego wracać.

Rzeczywistość – musiała przyznać Malwinka – jest brutalna i w gruncie rzeczy mało pociągająca, pełna zboczeńców obnażających się po parkach i długich pustych godzin między końcem lekcji a powrotem domowników, kiedy nie ma nikogo na podwórku. 

sobota, 2 marca 2019

O "zboczeńcach" w PRLu i czasach obecnych

Biskup Zanchetta z Argentyny wsławił się nie tylko zdjęciami homo-porno na komórce -w tym własną nagą fotografią podczas masturbacji, którą rozsyłał po znajomych - lecz także dziwnymi praktykami w czasach swojej pracy w seminarium. Urządzał klerykom nocne wizytacje, siadał na łózkach, proponował zrobienie masażu, wyraźnie preferował "atrakcyjnych". Trzech z jego podopiecznych zgłosiło molestowanie,10 nieprawidłowości związane zarządzaniem finansami. Został wezwany do Watykanu bez podania powodu. Wytłumaczył się ze swoich sławnych zdjęć "zhakowaniem telefonu", nie wiadomo czy mu uwierzono, ale  w nagrodę dostał w Stolicy Apostolskiej stanowisko związane z zarządzaniem należącymi do niej nieruchomościami. Biskup Zanchetta jest osobistym przyjacielem papieża Franciszka, Ojciec Święty jest nawet jego spowiednikiem. Taki układ powoduje, że papież nie może robić użytku ze swojej wiedzy na temat jego grzechów usłyszanych na spowiedzi, nawet gdyby chciał. Jest to podobno myk szeroko i z powodzeniem stosowany przez homomafię.

Tych wszystkich rewelacji dowiedziałam się  od moich ulubionych amerykańskich komentatorów dr Taylora Marshalla i Tima Gordona, wcześniej miałam dość niejasne pojęcie o sprawie choć nazwisko często obijało mi się o uszy. Nie jest to pierwszy znany przyjaciel papieża o dziwnych upodobaniach, ani tym bardziej urzędnik watykański o określonych skłonnościach. Jeśli wierzyć Michaelowi Vorisowi nowi rekruci przyjmowani do gwardii szwajcarskiej przechodzą specjalne szkolenie jak radzić sobie z molestowaniem ze strony tych, których maja chronić.

Najdziwniejsze w tej historii wydało mi się owo selfie masturbującego się biskupa rozsyłane znajomym. Masturbacja wydaje mi się dość żałosną i wstydliwą formą aktywności seksualnej.  Publiczna kojarzy mi się wyłącznie ze złowrogą, a jednocześnie żałosną postacią "zboczeńca" z PRL-owskiego dzieciństwa. Zboczeniec obnażał się przed bardzo młodymi dziewczynkami z kluczem na szyi, wychodzącymi ze szkoły lub chodzącymi z psem po parku. Albo gmerał ręką w swoim otwartym rozporku, albo stojąc za krzakiem ze spodniami spuszczonymi do kolan męczył swoje paskudne przyrodzenie. Widok ten niewyobrażalnie ohydny i niezrozumiały zapewne miałby rujnujący wpływ na moją psychikę, gdyby nie możliwość obśmiewania go w gronie koleżanek z sąsiedniego podwórka, których wiedza o życiu i zboczeńcach była bez porównania bogatsza od mojej.

Myśl, że biskup Kościoła Katolickiego może zaliczać się to tej smutnej kategorii jeszcze niedawno nie pomieściła by mi się w głowie. Rozzuchwalone bezkarnością homolobby coraz dalej przesuwa granice tego, co niewyobrażalne, przy tym przepaść między ową grupą a wiernymi stale się pogłębia.

Wspomniani wyżej amerykańscy komentatorzy przyznali, że nigdy nie zetknęli się z praktyką wysyłania znajomym nagiego selfie podczas masturbacji, ani też nie słyszeli o takim procederze. 99,9 % katolików, w tym pisząca te słowa, może się pod takim stwierdzeniem podpisać. Po namyśle jednak muszę uwzględnić wypowiedź pewnej młodej uczestniczki obozu Euroschool, gorąco broniącej tej imprezy atakowanej przez "prawicowych oszołomów". Owa urocza dzieweczka, której makijaż, sposób mówienia i zachowania znacząco odbiegał od wyobrażeń na temat niewinnej młodości, opowiedziała o pewnym chorwackim wolontariuszu wysyłającym polskiej podopiecznej filmowe zapisy własnej masturbacji.

Moim skromnym zdaniem jest to rodzaj ekshibicjonizmu, który należy leczyć. Sądząc po moich doświadczeniach z dzieciństwa i młodości problem jest dość rozpowszechniony wśród męskiej populacji, szczególnie wśród jednostek nie umiejących wchodzić z normalne związki z płcią przeciwną, choć nie tylko, gdyż widziałam także obnażających przed młodymi dziewczętami ojców rodzin. Ostatni "prezentujacy się przede mną" egzemplarz obrzuciłam kamieniami. Z dużą satysfakcją obserwowałam jak rączo mknie po wydmie spiesznie podciągając gacie. Od tego momentu zasadniczo mam spokój. Zboczeńcy boją się dorosłych kobiet zdolnych do samoobrony, gustują w młodych nieśmiałych istotach zbyt przerażonych i zawstydzonych, żeby wyrazić słowami, co im się przytrafiło. Zboczeńcy powinni się leczyć albo być izolowani od społeczeństwa. Nie powinni być kapłanami, ani - tym bardziej - biskupami Kościoła Katolickiego.