sobota, 16 czerwca 2018

O podziale naszego społeczeństwa biegnącym w poprzek

Przedwczoraj obejrzałam na YouTube występ O.Jacka Norkowskiego u Roli wrealu24 (https://www.youtube.com/watch?v=teUv3g6eVOU). Przyznam, że sam fakt pojawienia się dominikanina w tak prawicowej "telewizji" dosyć mnie zaskoczył, zważywszy, co jego liczni współbracia (w tym prowincjał) wygłaszają publicznie i w jakim duchu prowadzona jest ich strona. Ojciec Jacek mówił głównie o kwestii pobierania narządów od żywych de facto ludzi, a przy okazji wygłosił kilka przytomnych uwag na temat kondycji Kościoła i społeczeństwa. W pewnym momencie powołał nawet na dr Stanisława Krajskiego.

Właściwie mogę się podpisać pod wszystkim, co powiedział. W kwestiach medycznych nie mam wiedzy, ale zawsze intuicyjnie czułam, że pobieranie organów (i handel nimi) jest samo w sobie bardzo podejrzane moralnie, a przy tym stwarza możliwość niewyobrażalnych wprost nadużyć. Śp prof. Wolniewicz nazywał to współczesnym kanibalizmem. Trudno się z nim nie zgodzić patrząc na przypadek zmarłego niedawno Davida (?) Rockefellera, który zużył coś około 6 serc, żeby dożyć powyżej setki. 6 młodych osób musiało zostać zabitych, żeby podtrzymać życie starego, nadzianego dziada. Wszystkie opowieści o wampirach i hrabinie Batory bledną przy tej prawdziwej historii, która rozgrywała się w naszych czasach i na naszych oczach.

Zdałam sobie sprawę, jak bardzo wszystkie środowiska w naszym kraju są podzielone w kwestii poglądów i to nie tylko politycznych. Byłam niedawno na spotkaniu mojego roku przy okazji 100 lecia KULu. Wszyscy (prawie) staraliśmy się unikać tematów stricte politycznych, żeby nie popsuć przyjemnej atmosfery. Niestety, zwolennicy totalnej opozycji wydają się mieć przymus manifestowania swoich przekonań przy okazji każdego najniewinniejszego tematu i to w sposób niezwykle agresywny i arogancki. Ich poczucie wyższości jest niewyobrażalne, a jakość argumentów wyjątkowo mizerna. Ograniczają się one do kilku frazesów - Polak-katolik to paskudna szuja, Kaczyński jest żądny władzy, a PiS to narodowcy (jeśli nie faszyści). Jak można wygłaszać coś takiego z powagą i poczuciem misji jest dla mnie tajemnicą. Wiele można zarzucić Polakom, katolikom, Kaczyńskiemu i PiSowi, ale akurat nie to.

Zawsze się zastanawiałam skąd pewni ludzie czerpią owo poczucie wyższości, zupełnie nieuzasadnione dla patrzących z zewnątrz. Zwykle okazuje się, że z "właściwych" znajomości i koneksji rodzinnych.  Z punktu widzenia kogoś takiego ludzie spoza kręgu "uprzywilejowanych" po prostu nie istnieją. Tego rodzaju podejście pewnej grupy osób położyło się cieniem na atmosferze na naszym roku na początku studiów. Na szczęście owa grupa rozproszyła się z czasem, rozjechała po świecie, żeby upajać się swoją wyższością gdzie indziej. Pozostała jej część z konieczności musiała zniżyć się do towarzystwa pogardzanych "gorszych". Z kilkoma osobami rozmawiałam po raz pierwszy 25 lub 29 po skończeniu studiów!!!

Tragikomiczną konsekwencja  naszego podziału politycznego jest zupełnie inny zestaw informacji o świecie, którym dysponują strony sporu. Spędziłam dłuższy czas zabawiając gospodarzy uwagami o niebezpieczeństwie amerykańskiej ustawy 447 i referendum w Irlandii (chcąc przenieść dyskusję na bezpieczniejszy teren polityki światowej), aby dowiedzieć się w końcu, że nie mają pojęcia o czym mówię. Z kolei ja sama, słysząc, że Biedroń sprawdził się w Słupsku i byłby odpowiednim kandydatem na prezydenta RP, dłuższą chwilę zastanawiałam się czy to dowcip czy wręcz przeciwnie.

Pewien kolega opowiedział wzruszającą historię uzdrowienia swojej córki za przyczyną św. Charbela. Część towarzystwa wyrażała zachwyt i wykazywała się znajomością życia i cudów owego maronickiego mnicha, cześć milczała zażenowana. Moja gospodyni była szczerze zdziwiona, że tak wielu dobrych znajomych jest zorientowanych w temacie, a ona słyszy o nim po raz pierwszy. "Skąd miałabym o tym wiedzieć!" zapytała z odcieniem irytacji w glosie. Odpowiedź "z prasy i stron katolickich" zamarła mi na wargach kiedy uświadomiłam sobie, że jedynym tytułem pretendującym do tej kategorii w jej domu jest (prenumerowany) Tygodnik Powszechny.




środa, 6 czerwca 2018

Na marginesie sprawy Tommy Robinsona

Obejrzałam na YouTube streaming Tommy Robinsona zakończony jego aresztowaniem. Oficjalny powód, który podali policjanci to "breach of peace" (zakłócanie spokoju) o ile dobrze pamiętam. Owo zakłócanie spokoju polegało na filmowanie budynku sądu w Leeds, w którym odbywał się proces członku tzw "grooming" gangu. Takie gangi działały i działają w małych miastach pn Anglii, gdzie pakistańscy mężczyźni eksploatują seksualnie białe dziewczęta w wieku szkolnym (10-16 lat) z rodzin robotniczych. Ich ofiary najczęściej pochodzą z dysfunkcyjnych rodzin nie zapewniających im należytej opieki. Najpierw pakistańscy młodzieńcy w zbliżonym wieku "zaprzyjaźniają" się z nimi. Dziewczęta żyją w przekonaniu, ze wchodzą w "relację", potem zostają przedstawione starszym mężczyznom, gwałcone (często grupowo), odurzane, uprowadzane, zmuszane do prostytucji czasem torturowane i zabijane.  Proceder trwa od lat 80-tych. Ilość ofiar jest niewiarygodna (400 000 jeśli czegoś nie pomyliłam). Wszystkie sygnały docierające do policji były ignorowane ze względu na polityczną poprawność. Sprawcy latami mogli całkowicie bezkarnie uprawiać swój proceder, a ofiary były uciszane i zastraszane. Tommy Robinson dla kontrastu został posadzony w 5 godz. na 13 miesięcy do więzienia (co może zakończyć się jego śmiercią zważywszy ilość muzułmańskich osadzonych zaludniających ten przybytek) za próbę poinformowania opinii publicznej o wyniku procesu.

Również na YouTube widziałam film zrobiony komórką, przez starszą panią, która zapytała policjanta dlaczego pozwala się muzułmanom na publiczne modły w Hyde Parku, skoro według regulaminu grupowa modlitwa jest tam zabroniona dla wyznawców wszystkich religii. Zirytowany policjant odszczekuje jej niezbyt grzecznie "because my boss said so". Gromada muzułmańskich mężczyzn zaczyna wrzeszczeć na nią na wyścigi. Nieustraszona niewiasta nie daje się sterroryzować i odwołuje się do zasad, które powinny obowiązywać wszystkich. Muzułmanie mają ubaw, a policja staje po ich stronie. Na drugi dzień kobieta zostaje aresztowana - funkcjonariusze przychodzą do jej domu i ewidentnie zakuwają "groźną przestępczynie" w kajdanki pokrzykując dziarsko.

Na kolejnym filmie młoda para z Austrii opowiada wspomnianemu Tommy Robinsonowi (przed uwięzieniem) o tym jak zostali zatrzymani na lotnisku i osadzeni w areszcie za chęć przeprowadzenia z nim wywiadu (dziewczyna) i planowany występ w "speaker's corner" w Hyde Parku na temat wolności słowa (chłopak).

Nie muszę dodawać, że muzułmańskich terrorystów wpuszcza się bez żadnej kontroli, nawet jeśli znani są służbom w całej Europie, żeby mogli spokojnie podrzynać gardła przechodniom i turystom na Tower Bridge.

Czym to wszystko wyjaśnić? Racjonalnie się nie da. Brak danych. Fantastycznie brzmiące hipotezy dr Stanisława Krajskiego przestają być intelektualną rozrywką, przynajmniej proponują jakieś wyjaśnienie - masoni rządzą światem (na którymś tam stopniu przerabiają islam). Masoni czy nie, ale narodami europejskimi rządzą ludzie jawnie im wrodzy, i to nie tylko naszym nieszczęsnym kondominium, lecz także państwami potężnymi jak Wielka Brytania czy Niemcy. Ze szczególnym okrucieństwem rzucają na pożarcie najsłabszych - kobiety i dzieci - wyhodowanemu przez siebie potworowi, który jak nie przymierzając Minotaur czy inny Smok Wawelski regularnie żąda młodej krwi. Ofiary z ludzi - miliony wyabortowanych płodów, dzieci zabierane rodzicom pod najbardziej idiotycznymi pretekstami i tysiące dziewcząt w wieku szkolnym gwałconych przez muzułmanów przy cichej aprobacie władz. To jest obłęd albo coś znacznie, znacznie gorszego!

poniedziałek, 4 czerwca 2018

O homoseksualizmie w Kościele

Wczoraj znalazłam na stronie Lifesite (https://www.lifesitenews.com/blogs/vatican-gay-sex-orgy-12-facts-you-need-to-know) wpis na blogu Pete'a Baklinskiego (ze zdjęciem poniżej) o zeszłorocznej (6.07.2017) homoseksualnej orgii w Watykanie,w budynku przylegającym do bazyliki Św Piotra. Gospodarzem był Monsignor Luigi Capozzi sekretarz kardynała Francesco Coccopalmerio, bliskiego współpracownika papieża Fanciszka.

Monsignor Capozzi był tak zaćpany kokainą, że odwieziono go do szpitala na detox. Długo udawało mu się uniknąć zatrzymania z ładunkiem narkotyku, którym "uatrakcyjniał" swoje homoseksualne orgie, gdyż jeździł luksusowym BMW z numerami stolicy apostolskiej, co czyniło go nietykalnym dla włoskiej policji. Jednakże częste skargi mieszkańców budynku na podejrzaną nocną aktywność skłoniły policję do wkroczenia na jedno z takich "przyjęć" i zatrzymania gospodarza.

Capozzi miał zostać biskupem za rekomendacją swojego szefa. Obecnie przebywa w klasztorze (otwartym) na rekolekcjach. Nie ma wzmianki o wyrzuceniu go ze stanu duchownego. Spekuluje się, że kardynał Coccopalmerio wiedział o "towarzyskiej aktywności" swojego sekretarza, ale nie reagował. Kardynał jest znany z podkreślania "pozytywnych aspektów" związków homoseksualnych i opublikowania książki broniącej wszystkich "kontrowersyjnych" wskazań Amoris Laetitia.

Od lewej:monsignor Capozzi, kardynał Coccopalmerio i papież Franciszek
Podejrzewam, że podobne przyjęcia odbywają się nie tylko w Watykanie. Sama kiedyś uciszałam nocną alkoholową imprezę  w pewnym domu rekolekcyjnym, na której ksiądz gościł ministrantów w wieku gimnazjalnym (przez kilka nocy z rzędu).

Zważywszy nadreprezentację homoseksualistów wśród duchowieństwa i całkowitą bezkarność dopuszczających się homoseksualnych praktyk łatwiej zrozumieć kilka zjawisk. Np mogę wyobrazić sobie frustrację księdza-homoseksualisty widzącego dzień w dzień na mszy ten sam zestaw starszych pań, kobiet w średnim wieku i kilku młodszych przytłoczonych nierozwiązywalnymi problemami. Nic dziwnego, że marzy na jawie o muzułmańskich "uchodźcach", smagłych, zdrowych i jurnych młodzieńcach modnie ubranych i ostrzyżonych, wyposażonych w gadżety najnowszej generacji, za cenę których można w Polsce przeżyć rok. Trudno oczekiwać od oszołomionego taką wizją zdrowego rozsądku. On rzeczywiście ma na myśli "miłość" fantazjując o nich. Uporczywie obecni w kościele - w większości kobiety - budzą w nim jedynie obrzydzenie i zniecierpliwienie. Być może stąd te kazania zniechęcające do praktyk religijnych czy oddawania czci Bogu.

Zważywszy myzoginizm homoseksualistów (kobiety są dla nich konkurencją) rozumiem często powtarzające się chamskie zachowania duchownych wobec samotnych kobiet, w tym mnie. Dawanie do zrozumienia, że wynika to z "bycia pokusą" jest mało przekonywujące w moim przypadku zważywszy, że mam lat 52 i zawsze byłam całkowicie pozbawiona kokieterii (uznawszy ją  za rodzaj manipulacji, którą się brzydzę). Poza tym z racji  stadnego charakteru natury ludzkiej mężczyzn pociągają przede wszystkim kobiety należące do innych mężczyzn - sprawdzony zmierzony wdzięk - czyli mężatki i narzeczone. 

Zarzuca się nam, nieatrakcyjnym stałym bywalcom, brak miłosierdzia  dla "innego" - grzesznika żyjącego w "nieregularnych związkach" czy muzułmańskiego "uchodźcy". Może jednak należałoby się zastanowić skąd wypływa tak nadzwyczajna i wybiórcza miłość niektórych duchownych do wyżej wspomnianych grup - z Ducha Św czy z podbrzusza (względnie odbytu). A może po z prostej kalkulacji, że w klimacie akceptacji dla wszelkiego seksualnego nieuporządkowania i perwersji homoseksualne orgie wysokich urzędników kurii rzymskiej nie będą nikogo dziwić ani gorszyć.




niedziela, 3 czerwca 2018

O kazaniu o. Kozackiego u dominikanów we Wrocławiu

Wrocławscy dominikanie wybrali nowego-starego przeora i o.Kozacki - prowincjał - przyjechał, żeby go zainstalować. Wygłosił przy okazji kazanie do ogółu wiernych, które wydało mi się dość niepokojące.

Przy okazji czytania o łuskaniu kłosów w szabat stwierdził, że Jezus dokonał "przewrotu kopernikańskiego" wyprowadzając człowieka z uschłą ręką na środek synagogi, że niejako "zastąpił nim" zwoje Tory (ergo Słowo Boże). Żeby przybliżyć nam rewolucyjność tego czynu stwierdził, że to tak jakby postawić publicznego grzesznika na miejsce tabernakulum. Bóg bowiem nie przyszedł na świat aby mu służono i czczono, ale aby nas "obsługiwać". Zamiast więc oddawania mu zbytecznej czci mamy wpatrywać się w owego nieszczęśnika i (jak mniemam) próbować mu pomóc.

Po pierwsze w rzeczonym fragmencie Ewangelii nie ma mowy o zastępowaniu Boga grzesznikiem. Człowiek z uschniętą ręką potrzebował pomocy i przyszedł do synagogi, modlić się do Boga, który jako jedyny mógł mu tej pomocy udzielić, podobnie tysiące wiernych pielgrzymują do wielu sanktuariów na świecie przemierzając niewiarygodne dystanse, narażając się na koszty, niewygody i niebezpieczeństwa. Człowiek z uschnięta ręką miał szczęście, że trafił na Boga wcielonego, współcześni wierni spotykają go w Eucharystii. Skutkiem są dwa rodzaje cudów - uzdrowienia i zaakceptowania swojego cierpienia (nie mniejszy).

Po drugie Jezus postawił człowieka z uschniętą ręką na środku synagogi, gdyż chciał skonfrontować się z czyhającymi na niego wrogami. Owa konfrontacyjna postawa jest bardzo dla niego typowa (low in agreeableness, jakby go określił Jordan Peterson). Prawda nie podlega negocjacjom ani kompromisom. Leży tam gdzie leży, a nie pośrodku, jak chcą ludzie zgodni. Jezus nie jest ani zgodny ani miły.

Po trzecie przeciwstawienie czci oddawanej Bogu i pomocy człowiekowi jest z gruntu fałszywe. Te aktywności NIGDY nie są dla siebie konkurencją.  Każdy kto kiedykolwiek opiekował się kimś starszym, śmiertelnie chorym lub niepełnosprawnym, a przy tym silnie toksycznym, wie, że bez modlitwy i sakramentów wyskoczyłby przez okno po kilku godzinach.  Podobnie rzecz się ma z ludźmi potrzebującymi pomocy. Marne byłyby ich szanse, gdyby musieli liczyć wyłącznie na bliźnich. Nawet ludzie pełni dobrej woli po prostu nie są w stanie pomóc w wielu rodzajach cierpienia, choćby wypruli z siebie  flaki. Może to zrobić wyłącznie Bóg szczególnie obecny w Eucharystii i działający w czasie.

Nie wydaje mi się możliwe, żeby o. Kozacki tego nie wiedział. Pozostaje więc dla mnie tajemnicą co inspiruje tego rodzaju kazania. Wątek spotkania Jezusa w człowieku cierpiącym, potrzebującym i pogardzanym - niskiego stanu, żebraku, chorym, głodnym, brudnym i mocno nieestetycznym jest często eksploatowany w żywotach świętych. Nie przypominam sobie jednak żadnej legendy, w której to Jezus byłby mordercą, oprychem, gwałcicielem, dziwkarzem, sutenerem, cudzołożnikiem, sodomitą, lichwiarzem, handlarzem niewolników, oportunistą czy cynikiem.

Zastanawiałam jakiego rodzaju grzesznikiem o. Kozacki zastąpi w swoim kazaniu tabernakulum. Wydawało mi się, że się obawia i waha. Poprzestał na rozwódce i złodzieju. Metafora pozostaje dla mnie niejasna.

Swoją drogą bardzo jest ciekawe, że samotne kobiety, nawet te żyjące w czystości i nie powodujące zgorszenia, są w Kościele ledwo tolerowane, a jednocześnie zachęca się wiernych do adorowania i przytulania do serca grzeszników publicznych. Jak wyjaśnić fakt, że kapłani, którzy nie są w stanie zdobyć się na standardowe kulturalne zachowanie wobec niezamężnej kobiety (o życzliwości nie wspominając), unoszą się nad niedolą muzułmańskich uchodźców, homoseksualistów czy rozwodników. Czemu ta płomienna miłość do ludzi jest tak wybiórcza? Przypomina zachowanie toksycznego rodzica, który ma zawsze tysiąc powodów, żeby nie kochać własnych dzieci, a zachwycać obcymi.

Może jestem złym człowiekiem, ale mam podejrzenie, że homoseksualizm jest kluczem do problemu. Homolobby jest rzeczywiście wpływowe i wśród miodopłynnej mowy o miłosierdziu forsuje swoją agendę.



niedziela, 20 maja 2018

O nieoczekiwanych skutkach nowenny do Ducha Świętego

Nowennę do Ducha Świętego odmawiałam w konkretnej intencji, a mianowicie o światło co mam robić w nieciekawej sytuacji życiowej (mówiąc najogólniej). Na brak odpowiedzi albo jej niejednoznaczność nie mogę narzekać. Duch Święty nakazał mi dwie rzeczy: posprzątać w domu (put your house into perfect order słowami Jordana Petersona) i wrócić do uprawiania malarstwa, które zarzuciłam zwątpiwszy w sens tej działalności.Wysprzątawszy więc pokój na glanc wyciągnęłam pozasychane sfatygowane i nieliczne tubki z resztkami farb olejnych, znalazłam niewielką buteleczkę terpentyny i dawno temu przygotowane podobrazie z płyty pilśniowej z zaczętym autoportretem. Wszystko to z epoki przed załamaniem się we mnie wiary w siebie i sensowność swoich wyborów.

Pierwszym skutkiem tego natchnienia jest konkretny malunek, wygląda tak:


Po drugie: moje pięćdziesiąte ósme zapalenie zatok w tym sezonie zniknęło bez śladu. Zastanawiałam się czy nie odstawić przepisanego antybiotyku (pięćdziesiątego ósmego w tym sezonie), który właśnie zaczęłam przyjmować.
Po trzecie: zaczęłam śmielej korzystać z przestrzeni wspólnej bloku, w którym mieszkam (suszarni) tym samym komunikując sąsiadom, że  nie będą jej zawłaszczać bez oporu.
Po czwarte: zaczęłam generalne porządki w kuchni - udało mi się ponaprawiać zdezelowane zawiasy drzwi szafek i prowadnice szuflad. Powywalałam nagromadzony przez wieki (za życia rodziców) osad dziejów i sensowniej zorganizowałam przestrzeń. Mam jeszcze w tej materii sporo pracy przed sobą, ale dobry początek został poczyniony.

Nie spałam po nocach podekscytowana planami ulepszeń, które wprowadzę i  pomysłami, co da się wykorzystać jako podobrazie. Moja siostra zauważyła przytomnie, że nawet jeśli jedynym skutkiem mojego malowania będzie koniec nieustających infekcji dróg oddechowych i wypędzenie moli z mieszkania (zapach terpentyny) to ekonomicznie jest to wystarczająco korzystne. Pieniądze zaoszczędzone na antybiotykach mogę przeznaczyć na farby i pędzle.

Patrząc z punktu widzenia wiary (której wciąż mi brak) ten czas niepewności jest być może darem od Boga kiedy mogę robić to, czego zawsze pragnęłam, do czego czułam się stworzona i powołana.
Moje powołanie nie zostało potwierdzone wprawdzie przez społeczne zapotrzebowanie, ale jego zaniechanie spowodowało nieustanne problemy ze zdrowiem i zablokowanie energii życiowej. Dla mnie to wystarczająco przekonujący argument.

Niedawno na stronie dominikańskiej przeczytałam zadziwiająco przytomny wywiad z O.Popławskim, w którym wypowiedział się na temat "potrzebności" jako kryterium oceny sensowności własnej drogi. Uznał, że "bycie nikomu niepotrzebnym" nie jest argumentem za jej kwestionowaniem albo porzuceniem. Couldn't agree more  z drobnym zastrzeżeniem, że w przypadku ludzi świeckich "niepotrzebność" powoduje bardzo konkretne skutki ekonomiczne, które łatwo uznać za głos Boga.

P.S.
Dziś u dominikanów przykładna uroczysta liturgia jak przystało na wielkie święto, zero herezji w homilii. Miałam przemożne wrażenie, ze ktoś przywołał ich do porządku. Duch Święty?


niedziela, 6 maja 2018

O zepsutej niedzieli, czyli dominikanie przechodzą na ciemną stronę mocy

Moja niedziela zaczęła się wyjątkowo wcześnie, gdyż zajęcia, które miałam prowadzić od 8.00 nie zostały odwołane, więc musiałam sprawdzić czy ktoś się nie pojawi. Idąc przed 8.00 pustymi ulicami Wrocławia  mijałam nielicznych podobnych do mnie nieszczęśników, którzy muszą w ten dzień pracować i zapóźnionych imprezowiczów z charakterystycznymi śladami po nocnej "zabawie" -awanturujących się lub apatycznych. Ktoś kiedyś trafnie zauważył, że nie ma nic bardziej przygnębiającego niż rozrywka. Trudno nie przyznać mu racji.

Szkoła była zamknięta, ani śladu p. dyr. o słuchaczach nie wspominając. Postałam 20 min, na zimnie, obserwowana przez meneli, po czym poszłam do pobliskich dominikanów na mszę. To doświadczenie było, niestety, jeszcze bardziej przygnębiające. Usłyszałam, że Kościół dodał przez te 2 tys. lat do Ewangelii całą masę zbytecznych przepisów, które zniechęcają ludzi żyjących w nieregularnych sytuacjach, a przecież najważniejsza jest "miłość".

Ojciec Marcin Mogielski dał nam do zrozumienia, że marnujemy czas, bo nasze uczestnictwo w jakichś zbytecznych obrzędach jest niczym wobec "miłości" ludzi żyjących w nieregularnych związkach. Jeszcze gorsi są ci, którzy uważają, że da się coś powiedzieć o Bogu (który jest tajemnicą). Dominikańskie hasło "veritas" i cel istnienia zakonu - zwalczanie herezji - jest więc kupą śmiechu. To znaczy nie, ojciec Marcin namierzył jednak heretyków - to my wszyscy katechizowani przed papieżem Franciszkiem. Jesteśmy neognostykami bo zdawaliśmy egzamin z religii przed bierzmowaniem i neopelagianami bo staramy się zachowywać 10 przykazań.

Niestety z tej katechezy pamiętamy jeszcze, że na temat nierozerwalności małżeństwa wypowiedział się sam Jezus w Ewangelii, a święty Jan wyjaśnił, że miłość (do Boga) polega na zachowywaniu jego przykazań. Obiło nam się też o uszy, że nie ma większej miłości niż oddanie życia za przyjaciół swoich.

To jednak już nieaktualne i miłość rozumiemy po nowoczesnemu. Każdy mąż zostawiający żonę z dziećmi dla innej kobiety albo swego boyfrienda robi to z "miłości". Toksyczna matka nie pozwala się usamodzielnić dorosłemu potomstwu  z  czystej "miłości".  Homoseksualiści w zakonach kopulują wyłącznie z "miłości" - przecież to jasne - stary pedryl niewolący ufającego mu chłopca to także kwintesencja "miłości". Spółkowanie po pijaku z kim bądź to nic tylko "miłość". Znaczy czyń co chcesz, jeśli  tylko nazwiesz to miłością, parafrazując św. Augustyna.

O. Mogielski wypowiedział się także na temat opieki nad niepełnosprawnymi, zapewne dlatego, że rząd ma problem z protestem ich opiekunów. (Czy analogiczna - bezskuteczna - akcja tego samego środowiska za poprzedniej władzy także skłoniła go do refleksji?). Otóż skontrastował dwie postawy uczestniczenie "w tych wszystkich" zbytecznych obrzędach i świadczenie "miłości" poprzez opiekę tzn przewijanie, podmywanie itp. Każdy, kto ma doświadczenie opieki nad poważnie chorym wie jednak, że bez "tych wszystkich zbytecznych obrzędów" nie dał by rady wytrzymać takiej sytuacji fizycznie i psychicznie, o odczuwaniu jakiejkolwiek "miłości" nie wspominając. Wiedzą o tym wszystkie siostry w zakonach poświęconych takiej służbie.

Z przykrością muszę stwierdzić, że piękne słowo "miłość" zostało całkowicie zawłaszczone przez wiadomą centralę. Oskarżenie o "brak miłości" jest taką samą palką do grzmocenia przeciwników, jak mityczny "antysemityzm", "faszyzm", "rasizm" czy "seksizm". Kiedy nie ma argumentów trzeba grzmocić i wjeżdżać na emocje naiwnym jeleniom. Nie mam cienia szacunku - o zaufaniu nie wspominając - do ludzi, którzy posługują się takimi metodami.



sobota, 5 maja 2018

O "nudzie" i niespelnionych marzeniach

Zostałam ostatnio posądzona o to, że nudzę się w życiu i dlatego przeszkadza mi wiertara po 22, majsterkowanie w nocy i rowery przypięte przy poręczy schodów. Nie zamierzam jednak pisać o produktach bezstresowego wychowania w funkcji sąsiadów. To temat na zupełnie inne piśmiennictwo jak zawiadomienia do administracji, na policję itp.

Skupię się na owej domniemanej nudzie. Otóż ludzie podobno dzielą się na dwie kategorie: tych którzy zawsze dostają wszystko zanim tego zapragną, i ich problemem jest nuda, oraz tych, którzy pomimo intensywnego pragnienia i równie intensywnych wysiłków, nie są w stanie osiągnąć tego, czego pragną i ich problemem jest frustracja. Wbrew temu, co zarzucił mi mój nie uznający żadnych reguł sąsiad należę z cała pewnością do tej drugiej grupy.

Naszła mnie dzisiaj nieoczekiwana refleksja, że ktoś kto dostał od życia wszystko co chciał ma szansę bardzo szybko uwolnić się od rzeczy tego świata, przekonawszy się na wczesnym etapie, że nie są tym o co NAPRAWDĘ chodzi. Człowiek, który nie dostał tego, o co mu chodziło nie ma takiej szansy. Oczywiście brak także kieruje ku życiu duchowemu, ale rozstanie z tym, czego nie mamy (a zawsze chcieliśmy) jest bez porównania trudniejsze.

Całe moje życie cierpiałam na brak własnego miejsca. Marzyłam o własnym pokoju, o własnym mieszkaniu, o własnej pracowni itp. Za młodu rozwiązywałam ten problem coś wynajmując, pokój, kawalerkę itp. Własny pokój pozyskałam dopiero w wieku lat 50 po śmierci mamy, kiedy to odziedziczyłam połowę 2-pokojowego mieszkania rodziców. Pamiętam swój smutek, że spełnienie mojego skromnego pragnienia musiało być okupione tak nieproporcjonalną stratą.

Dlaczego więc Pan Bóg nie spełnia naszych pragnień? Wszyscy zwrócilibyśmy się ku niemu we wczesnej młodości. Zostalibyśmy wędrownymi kaznodziejami lub mnichami (mniszkami), ludźmi pozbawionymi złudzeń co do wszelkich darów tego świata. Wiedzielibyśmy z osobistego doświadczenia, że nie dają szczęścia, którego od nich oczekujemy.

A jednak Pan Bóg dopuszcza, że zafiksowujemy się na czymś stosunkowo mało ważnym. Jesteśmy jak starsza pani, która w głębi duszy marzy o lalce, której nie dostała w dzieciństwie. A gdyby jej marzenie spełniło się w wieku lat 98, dopiero wtedy mogłaby się od niego uwolnić.