Ks. Isakowicz-Zalewski stwierdził onegdaj, że za komuny SB wręcz polowała na księży homoseksualistów ze względu na idealną wręcz możliwość szantażu, a zwerbowawszy na tajnych współpracowników ułatwiała szybką karierę. Sprzeciw wobec dezubekizacji był więc w dużej mierze dziełem homolobby - ujawnienie tajnych współpracowników byłoby zarazem ujawnieniem sodomitów i ich ciemnych sprawek. Za jednym zamachem można było oczyścić Kościół z obu tych toczących go śmiertelnych chorób. Ponieważ tak się nie stało postacie takie jak np arcybiskup Życiński (TW Filozof) mogły zażywać statusu celebryty, fetowanego przez GW, do końca swych dni.
Z dwóch niezależnych źródeł (od Michalkiewicza i Międlara) słyszałam o występach gościnnych arcybiskupa lubelskiego w klubie gejowskim w czeskiej Pradze. Podobno tak się rozochocił, że ów przybytek sodomii zdemolował, doznając przy tym pewnego uszczerbku na zdrowiu. Za zniszczenia oczywiście zapłacił. Nasuwa się uzasadnione pytanie czy z pieniędzy archidiecezji.
Grzegorz Braun podczas jednego ze swoich wykładów na KULu zapytany o arcybiskupa Życińskiego wypowiedział się jednoznacznie negatywnie nazywając go m.in. łajdakiem (o ile dobrze pamiętam). Bardzo to oburzyło środowisko GW, a o.Dostatni posunął się do protestowania przeciwko przyznaniu reżyserowi nagrody (na festiwalu w Niepokalanowie) za znakomity film Eugenika.
Tymczasem o ile mi wiadomo czasownik "łajdaczyć się" oznacza nieuporządkowaną aktywność seksualną. Czy nie w takim celu odwiedza się gej-kluby? Natomiast rzeczownik łajdak jest synonimem nikczemnika, człowieka dopuszczającego się czynów odrażających moralnie. Czy współpraca z SB w przypadku księdza nie należy do tej kategorii? Czy podwójna zdrada wobec Boga i ludzi (jako współpracownik SB i sodomita) nie jest wystarczającym powodem do użycia tak mocnego określenia?
A może tak znaczna persona jak arcybiskup i to jeszcze zaprzyjaźniony z GW nie powinna podlegać krytyce ze strony zwykłych śmiertelników (nawet jeśli są znakomitymi dokumentalistami, propagującymi w swoich filmach katolicki punkt widzenia)? Czy to nie jest ów słynny klerykalizm o którym wspominał papież Franciszek przy okazji kryzysu "pedofilskiego"?. O. Dostatni pouczył nas na stronie dominikańskiej, że polega on na wyłączeniu grupy osób z odpowiedzialności za swoje czyny, zagwarantowanie im bezkarności przez nie dopuszczanie krytyki ze względu na ich status świętych krów.
Wyglądało to tak jakby w oczach o. Dostatniego agenturalna przeszłość i wołająca o pomstę do nieba sodomia arcybiskupa była niczym w porównaniu z bluźnierczym atakiem profana na świętą krowę. Jak to tak cham na pana? Ciemnogrodzianin na światłą elitę (nawet wątpliwej reputacji)? I tu wracamy do mojej obsesji mianowicie hierarchii stadnej. Nie mam tu na myśli oficjalnego porządku podległości wprowadzonego w jakiejś instytucji w celach organizacyjnych, tylko hierarchię nieoficjalną opartą na przynależności do ekskluzywnego klubu i przyjmowaniu obowiązujących w nim poglądów, które stają się dla członków znacznie ważniejsze niż np dziesięć przykazań Bożych, o Ewangelii nie wspominając.
O. Dostatni oburzając się na gniewne wypowiedzi w Internecie na temat zaplanowanej debaty między biskupem a rabinem i nie dość gorliwą reakcję prokuratury, ujawnił swój własny (łatwy do przewidzenia) katalog grzechów głównych: "antysemityzm", "faszyzm" i "mowa nienawiści". Żadne z tych określeń nic nie znaczy (albo raczej można podłożyć pod nie cokolwiek, wedle zapotrzebowania), ale sygnalizuje przynależność do klubu ludzi światłych (virtue signalling).
Ludzie światli i kulturalni jak to wyraził Jacek Żakowski w rozmowie z Pawłem Lisickim przyjmują np panującą narrację o holokauście, która nie ma dokładnie nic wspólnego z historią i nie wychylają się ze swoim prowincjonalnym punktem widzenia nawet jeśli jest oparty na faktach. Mateusz Morawiecki mówiąc o "Jewish perpetrators" (na co istnieją setki dowodów w postaci ich pamiętników) zachował się jak ostatni cham pierdzący w towarzystwie królowej angielskiej. Przyznam, że na takie dictum szczęka klapnęła mi o bruk. Kategoria prawdy dla takich ludzi po prostu nie istnieje.
Niestety coś podobnego da się zaobserwować w Kościele. W zakonach i diecezjach istnieją nieoficjalne "katalogi grzechów śmiertelnych" które przyprawiłyby wiernych o zawał serca. Nikt ich expressis verbis nie artykułuje, ale można je stosunkowo łatwo zrekonstruować po objawach. Oto zakonnik urządzający alkoholowe libacje połączone z seksem oralnym i analnym między mężczyznami (w tym studentami z duszpasterstwa akademickiego) jest po prostu przeniesiony do stolicy, gdzie obejmuje urząd przeora, a inny - młodzieniec słabego zdrowia - nietaktownie zgłaszający przełożonym homoseksualne awanse ze strony współbraci - zawieszony (po uprzedniej próbie zamknięcia w szpitalu psychiatrycznym). Kardynał homoseksualista zaskoczony przez policję na zaprawionej kokainą homoseksualnej orgii, zorganizowanej przez swojego sekretarza, reprezentuje kościół na konferencji międzyreligijnej, a nuncjusz whistleblower ukrywa się w obawie o swoje życie po ujawnieniu kilku nieprzyjemnych faktów. Księdza, który spalił bluźnierczą tęczową flagę z krzyżem, zsyła się do psychuszki, a zakonnika jawnie propagującego grzech sodomski promuje jak primadonnę i obwozi po świecie jak - nie przymierzając - kobietę z brodą.
Lojalność obowiązuje wyłącznie wobec "swoich", więź - jak w mafii - scementowana jest umoczeniem w coś kompromitującego, W tym "kodeksie honorowym" nie istnieje Bóg, ani wierność wobec niego, ani - tym bardziej - świeccy wierni. Zestaw prawd wiary wyznawanych przez owe elitarne kręgi jest też zupełnie inny od wiary zwykłych ludzi. Ta jest wstydliwym sekretem - demony, anioły, zagrożenia duchowe, rozmnożenie chleba i ryb, piekło, świętych obcowanie (przecież dusza i ciało są nierozdzielne!), grzech pierwszych ludzi, dziewictwo Maryi, niepokalane poczęcie, zmartwychwstanie - tego się już nie nosi!
Teraz "miłość" jest en vogue. Jest tak nieskończenie plastycznym i pojemnym pojęciem, że dokładnie wszystko można pod nie podłożyć - zatroskanie rodziców o opóźnione w rozwoju dziecko i wizytę w dark roomie, opiekę nad starą matką i niezobowiązujący seks na imprezie - dla każdego coś miłego. Czyńcie co chcecie, jeśli tylko nazwiecie to miłością - parafrazując św. Augustyna albo otwartym tekstem: "grzeszcie śmiało" jak ujął to Luter, nowy święty Kościoła Katolickiego.
Równie spostponowane piękne słowo "miłosierdzie" oznacza po prostu akceptację dla grzechu, ze szczególnym uwzględnieniem sodomii wśród kleru.
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
niedziela, 14 października 2018
sobota, 13 października 2018
Jan Paweł II zostanie kozłem ofiarnym w aferze McCarricka!!!
Po bezceremonialnej odmowie wszczęcia dochodzenia w sprawie McCarricka udzielonej - po miesięcznym oczekiwaniu - delegacji amerykańskich biskupów przez papieża Franciszka, w zeszłą sobotę ogłoszono plan przeprowadzenia "śledztwa" na podstawie dokumentów watykańskich. "Dokumenty watykańskie" to sprowadzona z centralnego archiwum w Warszawie korespondencja Jana Pawła II z Anną Teresą Tymieniecką, (profesorem filozofii w USA), z którą łączyła go długoletnia przyjaźń.
McCarrick zorientowawszy się, że ma ona dostęp do ucha papieża starał się o zawarcie znajomości, zrobienie jak najlepszego wrażenia i skłonienie do polecenia swojej osoby jako dobrego kandydata na kardynała. Można więc przypisać wpływowi Tymienieckiej jego awans na arcybiskupa Waszyngtonu w 2000 i wyniesienie do godności kardynalskiej rok później.
W tej sprytnej narracji zastanie pominięte kilka drobnych faktów. Po pierwsze, że u Jana Pawła II w 1991 została zdiagnozowana choroba Parkinsona i wraz z pogarszającym się stanem zdrowia coraz bardziej polegał na swoim sekretarzu i doradcy Stanisławie Dziwiszu, który stał na straży wszystkich informacji docierających do papieża i kupczył dostępem do niego, preferując najhojniejszych. Każdy, kto chciał uzyskać prywatną audiencję musiał zapłacić 3000 $ (jako dar dla stolicy apostolskiej). Dziwisz przyjmował także - podobnie jak wielu innych urzędników kurii rzymskiej - liczne dary w gotówce od McCarricka, które miały iść na budowany w Polsce szpital.
To Dziwisz zadzwonił do amerykańskiej nuncjatury z informacją o przeniesieniu McCarricka do Waszyngtonu. Ówczesny nuncjusz Gabriel Montalvo byl ta informacją niepomiernie zdziwiony, natychmiast nakazał o. Boniface Ramsey'owi OP, profesorowi seminarium w Newark, gdzie McCarrick był poprzednio arcybiskupem, ujawnienie jego homoseksualnych zapędów wobec kleryków. Ówczesny sekretarz stanu Angelo Sodano nigdy nie poinformował amerykańskiej nuncjatury o jakichkolwiek efektach tego listu. Tenże Sodano i Dziwisz byli osobami kryjącymi osławionego pederastę Marciala Maciela założyciala Legionistów Chrystusa. Kiedy Dziwisz został biskupem w 1998, to właśnie Maciel wydał dla niego huczne przyjęcie.
Dziwisz zadzwonił także do watykańskiej kongregacji do spraw biskupów z informacją, że bardzo ucieszyłoby Ojca Świętego, gdyby McCarrick został arcybiskupem Waszyngtonu. Ówczesny prefekt kongregacji Giovanni Battista Re, początkowo przeciwny tej "sugestii", rok później dostał kardynalski kapelusz równocześnie z McCarrickiem.
Jan Paweł II był bardzo krytykowany za brak reakcji w sprawie Maciela, wygląda jednak na to, że osławiony pederasta wraz z McCarrickiem dzięki pieniądzom i wpływom znaleźli sobie sojuszników w osobach Sodano i Dziwisza, którzy bardzo pilnowali aby prawda o nich nigdy nie dotarła do uszu papieża. Wszystkie te informacje zawdzięczam church militant (Exclusive Special Report—Vatican Rigging the McCarrick Investigation). Michael Voris konkluduje, że nie wiadomo, czy Jan Paweł II kiedykolwiek dowiedział się prawdy o McCarricku, natomiast pewne jest, że Franciszek taką wiedzę posiadał i mimo to cofnął nałożone na niego sankcje.
Nie jestem w stanie zweryfikować tych informacji, ale brzmią bardzo prawdopodobnie. Wątek Tymienieckiej już raz próbowano wykorzystać do rzucenia cienia na reputację papieża Polaka. Łatwo więc będzie ten kotlet odgrzać przypisując jej nadmierny i niewłaściwy wpływ na jego decyzje personalne. Stare mizoginiczne cioty watykańskie już zacierają lepkie łapki na myśl o nadzwyczajnej obfitości i częstotliwości ich korespondencji.
McCarrick zorientowawszy się, że ma ona dostęp do ucha papieża starał się o zawarcie znajomości, zrobienie jak najlepszego wrażenia i skłonienie do polecenia swojej osoby jako dobrego kandydata na kardynała. Można więc przypisać wpływowi Tymienieckiej jego awans na arcybiskupa Waszyngtonu w 2000 i wyniesienie do godności kardynalskiej rok później.
W tej sprytnej narracji zastanie pominięte kilka drobnych faktów. Po pierwsze, że u Jana Pawła II w 1991 została zdiagnozowana choroba Parkinsona i wraz z pogarszającym się stanem zdrowia coraz bardziej polegał na swoim sekretarzu i doradcy Stanisławie Dziwiszu, który stał na straży wszystkich informacji docierających do papieża i kupczył dostępem do niego, preferując najhojniejszych. Każdy, kto chciał uzyskać prywatną audiencję musiał zapłacić 3000 $ (jako dar dla stolicy apostolskiej). Dziwisz przyjmował także - podobnie jak wielu innych urzędników kurii rzymskiej - liczne dary w gotówce od McCarricka, które miały iść na budowany w Polsce szpital.
To Dziwisz zadzwonił do amerykańskiej nuncjatury z informacją o przeniesieniu McCarricka do Waszyngtonu. Ówczesny nuncjusz Gabriel Montalvo byl ta informacją niepomiernie zdziwiony, natychmiast nakazał o. Boniface Ramsey'owi OP, profesorowi seminarium w Newark, gdzie McCarrick był poprzednio arcybiskupem, ujawnienie jego homoseksualnych zapędów wobec kleryków. Ówczesny sekretarz stanu Angelo Sodano nigdy nie poinformował amerykańskiej nuncjatury o jakichkolwiek efektach tego listu. Tenże Sodano i Dziwisz byli osobami kryjącymi osławionego pederastę Marciala Maciela założyciala Legionistów Chrystusa. Kiedy Dziwisz został biskupem w 1998, to właśnie Maciel wydał dla niego huczne przyjęcie.
Dziwisz zadzwonił także do watykańskiej kongregacji do spraw biskupów z informacją, że bardzo ucieszyłoby Ojca Świętego, gdyby McCarrick został arcybiskupem Waszyngtonu. Ówczesny prefekt kongregacji Giovanni Battista Re, początkowo przeciwny tej "sugestii", rok później dostał kardynalski kapelusz równocześnie z McCarrickiem.
Jan Paweł II był bardzo krytykowany za brak reakcji w sprawie Maciela, wygląda jednak na to, że osławiony pederasta wraz z McCarrickiem dzięki pieniądzom i wpływom znaleźli sobie sojuszników w osobach Sodano i Dziwisza, którzy bardzo pilnowali aby prawda o nich nigdy nie dotarła do uszu papieża. Wszystkie te informacje zawdzięczam church militant (Exclusive Special Report—Vatican Rigging the McCarrick Investigation). Michael Voris konkluduje, że nie wiadomo, czy Jan Paweł II kiedykolwiek dowiedział się prawdy o McCarricku, natomiast pewne jest, że Franciszek taką wiedzę posiadał i mimo to cofnął nałożone na niego sankcje.
Nie jestem w stanie zweryfikować tych informacji, ale brzmią bardzo prawdopodobnie. Wątek Tymienieckiej już raz próbowano wykorzystać do rzucenia cienia na reputację papieża Polaka. Łatwo więc będzie ten kotlet odgrzać przypisując jej nadmierny i niewłaściwy wpływ na jego decyzje personalne. Stare mizoginiczne cioty watykańskie już zacierają lepkie łapki na myśl o nadzwyczajnej obfitości i częstotliwości ich korespondencji.
Natomiast jeśli chodzi o kardynała Dziwisza, to ks. Isakowicz-Zalewski wspominał, że list w sprawie arcybiskupa Paetza Wanda Półtawska osobiście odczytała papieżowi, gdyż była pewna, że zostawiony na biurku nigdy nie dotrze do rąk adresata. Podobno Dziwisz jej bardzo nie cierpiał.
O kupczeniu dostępem do Jana Pawła II osób i informacji (albo ich zatajaniem) opowiadał na swoim vlogu Jacek Międlar. Wspominał także o krakowskiej działalności finansowej kardynała Dziwisza przy okazji sprawy dziwnej bezkarności ks. Sowy.
Planowane przypisanie winy w sprawie promocji McCarricka Janowi Pawłowi II rymuje się także z antypolską wypowiedzią papieża Franciszka w samolocie, w drodze powrotnej z krajów bałtyckich.Widać, że on sam i jego postępowe otoczenia podziela sentymenty swoich ideowych towarzyszy spod znaku sierpa i młota.
Planowane przypisanie winy w sprawie promocji McCarricka Janowi Pawłowi II rymuje się także z antypolską wypowiedzią papieża Franciszka w samolocie, w drodze powrotnej z krajów bałtyckich.Widać, że on sam i jego postępowe otoczenia podziela sentymenty swoich ideowych towarzyszy spod znaku sierpa i młota.
piątek, 12 października 2018
Synod młodych czy podstępna gra starych (ciot)
LifeSiteNews podało wczoraj, że kardynał Coccopalmerio był obecny na sławnym przyjęciu gejowsko - kokainowym, na które wkroczyła watykańska żandarmeria i dokonała aresztowań (https://www.lifesitenews.com/news/source-vatican-cardinal-was-at-drug-fueled-homosexual-party-and-pope-knows).
Impreza odbywała się w mieszkaniu monsignora Capozzi, (sekretarza kardynała) znajdującym się w budynku Kongregacji Nauki Wiary. O to mieszkanie bezskutecznie starał się kardynał Gerhard Mueller, ówczesny prefekt, dla jednego ze swoich podwładnych, ale na wyraźne życzenie papieża zostało przyznane Cappoziemu, aby miał gdzie urządzać swoje sławne przyjęcia. Policja interweniowała na skutek licznych skarg mieszkańców. Zastawszy kardynała "przewodniczącego zgromadzeniu" pouczyła go aby się zwinął zanim zaczną się aresztowania. Zaćpanego gospodarza - Capozziego - odwieziono do szpitala na detoks.
Kardynał Coccopalmerio, sam praktykujący homoseksualista, jest zapamiętałym wrogiem usuwania ze stanu kapłańskiego winnych przestępstw seksualnych, także na nieletnich. Wstawił się m.in. za Don Mauro Inzoli'm, który molestował licznych chłopców także podczas spowiedzi. Papież się zgodził przywrócić pederastę do stanu duchownego, ale na wieść o wyroku więzienia wydanego przez świecki sąd, zmienił zdanie.
Coccopalmerio i jemu podobni stoją za usunięciem kardynała Muellera ze stanowiska prefekta Kongregacji Nauki Wiary pod pretekstem nadmiernej surowości i braku miłosierdzia wobec winnych przestępstw seksualnych. Zarzut raczej zabawny zważywszy, ze tylko 20% z nich usunięto za stanu kapłańskiego.
Czy Coccopalmerio, który właśnie reprezentuje Watykan na Kongresie Religii Świata w Astanie jest postacią wyjątkową w swojej ohydzie czy to smutna norma? Obawiam się, ze ta druga opcja jest bliższa prawdy.
Kardynał Baldisseri zapytany o określenie LGBTQ youth w Instrumentum laboris na synod młodych, powiedział, ze sami młodzi umieścili takie sformułowanie w swoim dokumencie. Zespół LIfeSiteNews sprawdził to i zakomunikował kardynałowi, że nic takiego tam nie ma. Ten udał zdziwienie, po czym stwierdził, że tak czy siak LGBTQ youth zostaje w Instrumentum Laboris.
Wszystko wskazuje na to, że to nie świat prze do wprowadzenia zmian w odwiecznym nauczaniu Kościoła, tylko wewnętrzne homolobby - gromada dobrze ustawionych, cynicznych starych ciot, zainteresowanych jedynie własnymi d.pami, przez lata używanymi niezgodnie z przeznaczeniem. Ciągle jeszcze wahają się wystąpić pod własnym tęczowym sztandarem, więc knują pod szyldem synodu najpierw rodzin, a teraz "młodych". Młodzież katolicka jest zdecydowanie mniej zainteresowana tematem.
Prawo świeckie onegdaj karało takich ludzi śmiercią, najczęściej przez spalenie. Teraz są całkowicie bezkarni, co gorsza przejęli Kościół, aby go zniszczyć. Mam nadzieję, że jednak się przeliczą. Nikt nie potrzebuje Kościoła Starych Ciot. Dla ludzi o takich upodobaniach istnieją kluby gejowskie, portale randkowe (na których - jak twierdzi o. Wyszyński - ok. 20-30 polskich dominikanów ma swoje profile), itp. Do Kościoła przychodzi się po coś całkiem innego.
Piękne słowo miłosierdzie oznacza obecnie akceptację dla klerykalnej sodomii. Nic dziwnego, że jesteśmy nim stale bombardowani i szantażowani. Tzw. "brak miłosierdzia" jest jedynym grzechem, który się ostał w Kościele Starych Ciot. Tylko za to przestępstwo grożą w nim realne i błyskawiczne sankcje jak usunięcie ze stanu kapłańskiego (Międlar), zesłanie do psychuszki (ks.Kalchik) czy kampania zniesławiająca (abp Vigano), aby pederaści, heretycy i oszuści finansowi mogli spać spokojnie. Prezentowana jest w nim zupełnie nowa wiara z nowym katalogiem występków (antysemityzm, faszyzm, mowa nienawiści) i cnót (tolerancja, otwartość i pies wie co jeszcze).
Impreza odbywała się w mieszkaniu monsignora Capozzi, (sekretarza kardynała) znajdującym się w budynku Kongregacji Nauki Wiary. O to mieszkanie bezskutecznie starał się kardynał Gerhard Mueller, ówczesny prefekt, dla jednego ze swoich podwładnych, ale na wyraźne życzenie papieża zostało przyznane Cappoziemu, aby miał gdzie urządzać swoje sławne przyjęcia. Policja interweniowała na skutek licznych skarg mieszkańców. Zastawszy kardynała "przewodniczącego zgromadzeniu" pouczyła go aby się zwinął zanim zaczną się aresztowania. Zaćpanego gospodarza - Capozziego - odwieziono do szpitala na detoks.
Kardynał Coccopalmerio, sam praktykujący homoseksualista, jest zapamiętałym wrogiem usuwania ze stanu kapłańskiego winnych przestępstw seksualnych, także na nieletnich. Wstawił się m.in. za Don Mauro Inzoli'm, który molestował licznych chłopców także podczas spowiedzi. Papież się zgodził przywrócić pederastę do stanu duchownego, ale na wieść o wyroku więzienia wydanego przez świecki sąd, zmienił zdanie.
Coccopalmerio i jemu podobni stoją za usunięciem kardynała Muellera ze stanowiska prefekta Kongregacji Nauki Wiary pod pretekstem nadmiernej surowości i braku miłosierdzia wobec winnych przestępstw seksualnych. Zarzut raczej zabawny zważywszy, ze tylko 20% z nich usunięto za stanu kapłańskiego.
Czy Coccopalmerio, który właśnie reprezentuje Watykan na Kongresie Religii Świata w Astanie jest postacią wyjątkową w swojej ohydzie czy to smutna norma? Obawiam się, ze ta druga opcja jest bliższa prawdy.
Kardynał Baldisseri zapytany o określenie LGBTQ youth w Instrumentum laboris na synod młodych, powiedział, ze sami młodzi umieścili takie sformułowanie w swoim dokumencie. Zespół LIfeSiteNews sprawdził to i zakomunikował kardynałowi, że nic takiego tam nie ma. Ten udał zdziwienie, po czym stwierdził, że tak czy siak LGBTQ youth zostaje w Instrumentum Laboris.
Wszystko wskazuje na to, że to nie świat prze do wprowadzenia zmian w odwiecznym nauczaniu Kościoła, tylko wewnętrzne homolobby - gromada dobrze ustawionych, cynicznych starych ciot, zainteresowanych jedynie własnymi d.pami, przez lata używanymi niezgodnie z przeznaczeniem. Ciągle jeszcze wahają się wystąpić pod własnym tęczowym sztandarem, więc knują pod szyldem synodu najpierw rodzin, a teraz "młodych". Młodzież katolicka jest zdecydowanie mniej zainteresowana tematem.
Prawo świeckie onegdaj karało takich ludzi śmiercią, najczęściej przez spalenie. Teraz są całkowicie bezkarni, co gorsza przejęli Kościół, aby go zniszczyć. Mam nadzieję, że jednak się przeliczą. Nikt nie potrzebuje Kościoła Starych Ciot. Dla ludzi o takich upodobaniach istnieją kluby gejowskie, portale randkowe (na których - jak twierdzi o. Wyszyński - ok. 20-30 polskich dominikanów ma swoje profile), itp. Do Kościoła przychodzi się po coś całkiem innego.
Piękne słowo miłosierdzie oznacza obecnie akceptację dla klerykalnej sodomii. Nic dziwnego, że jesteśmy nim stale bombardowani i szantażowani. Tzw. "brak miłosierdzia" jest jedynym grzechem, który się ostał w Kościele Starych Ciot. Tylko za to przestępstwo grożą w nim realne i błyskawiczne sankcje jak usunięcie ze stanu kapłańskiego (Międlar), zesłanie do psychuszki (ks.Kalchik) czy kampania zniesławiająca (abp Vigano), aby pederaści, heretycy i oszuści finansowi mogli spać spokojnie. Prezentowana jest w nim zupełnie nowa wiara z nowym katalogiem występków (antysemityzm, faszyzm, mowa nienawiści) i cnót (tolerancja, otwartość i pies wie co jeszcze).
środa, 10 października 2018
O oburzeniu o. Dostatniego
O. Dostatni się oburzył i dał temu wyraz na stronie dominikańskiej. Na wieść o wydarzeniu pt Debata dwóch ambon w kościele dominikanów w Lublinie jacyś źli ludzie dali upust bezsilnej wściekłości na swojej stronie internetowej, a prokuratura nie uznała tego za wystarczający powód do ścigania ich z urzędu. Każdy ma prawo się oburzać, a nawet dawać temu wyraz, ale naprawdę przerażająca była dla mnie nowomowa lewicy, którą o. Dostatni się posługuję, z klasycznym arsenałem pałek do okładania przeciwników jak "faszyzm", "antysemityzm" i "mowa nienawiści".
Nie znam o. Dostatniego, zapewne nigdy nie uznałby mnie za godną rozmowy, ale z dobrego serduszka chciałabym wyjaśnić mu powód gniewu złych ludzi, bez grzmocenia ich wyżej wymienionymi pałami.
Dzieje ustawy o IPN uświadomiły nam wszystkim ile warty jest dialog z Żydami. Poziomu ich nienawiści i monstrualności rozpowszechnianych o nas kłamstw w Izraelu i na całym świecie,nie przeskoczymy nigdy. Pogróżki złych ludzi to zabawa przedszkolaków w porównaniu z cyniczną kampanią PR-ową przedziwnie zsynchronizowaną z polityka historyczną Niemiec, którą Żydzi prowadzą od lat celem ograbienia nas z majątku narodowego albo jeszcze gorzej. Każdy człowiek spoza salonu, do którego ojciec aspiruje, widzi to wyraźnie, a amerykańska ustawa 447 musiała otworzyć oczy wątpiącym. Jest to ewidentnie akt wrogi ze strony sojusznika, z którym wiążemy pewne nadzieje. Trudno mięć wątpliwości co do udziału potężnego żydowskiego lobby w tej sprawie.
Dziwne słowa biskupa Rysia, który zaliczył hitlerowców do chrześcijan, co pozostaje w jaskrawej sprzeczności z faktami, a także wypowiedzią papieża Benedykta XVI na ten sam temat, musiały rozdrażnić polską opinie publiczną, zwłaszcza w sytuacji prowadzonej przeciw nam wojny informacyjnej. Tak prowokacyjne virtue signalling skłoniło pewne środowiska do uznania go za pożytecznego idiotę albo wręcz zdrajcę, czemu trudno się dziwić.
Tzw. dialog z Judaizmem podjęty po Soborze Watykańskim II okazał się - oględnie mówiąc - jałowy. Jego jedynym skutkiem wydają się coraz dziksze oskarżenia Żydów pod adresem Chrześcijan. Ks. prof. Chrostowski, biblista i wieloletni uczestnik tego ryzykownego przedsięwzięcia, wielokrotnie wypowiadał się na ten temat w sposób bardzo wyważony, ale nie pozostawiający wątpliwości.
Jeżeli lubelscy dominikanie po tym wszystkim organizują debatę biskupa z rabinem, to musi to być odczytane jako rodzaj prowokacji. Prowokacja ma to do siebie, że może kogoś sprowokować np do nieszczególnie eleganckiej wypowiedzi w internecie ( nie każdy jest subtelnym salonowcem), organizatorzy powinni to wliczyć w koszta.
Groźby karalne nie były karalne, kiedy dotyczyły lidera opozycji za rządów PO-PSL. Pewien lubelski ex-polityk celebryta zapowiadał, że go odstrzeli wypatroszy, a skórę wystawi na sprzedaż czy coś równie dowcipnego. Czy sądzi ojciec, że akcja Piotra Cyby była zupełnie niezwiązana z tego rodzaju głosami? On też chciał odstrzelić Kaczyńskiego, z braku laku zamordował Marka Rosiaka. Oburzał się ojciec wtedy na "klasyczną mowę nienawiści" i "nawoływanie do przemocy"? Pytam, bo nie pamiętam, natomiast pamiętam, ojca próbę skłonienia jury festiwalu w Niepokalanowie do odebrania nagrody za znakomity film Eugenika przyznanej Grzegorzowi Braunowi, gdyż ten onegdaj wyraził swoją negatywną opinię o biskupie Życińskim podczas wykładu na KULu. Nie pamiętam czy użył słowa łotr, nikczemnik czy łajdak, żadne z nich nie jest uznane za wulgarne.
Obecną ekipę rządzącą można oskarżać o wiele, ale o antysemityzm akurat nie. Wyborcy zjednoczonej prawicy są zażenowani poziomem uniżoności i uległości władz RP wobec Żydów (zwłaszcza sekty Chabad Lubawicz) i ich roszczeń oraz pełni najgorszych przeczuć czym to się może skończyć.
Poza tym ani "antysemityzm" ani "faszyzm" ani "mowa nienawiści" nie zaliczają się - o ile wiem - do grzechów głównych, ani też grzechów wołających o pomstę do nieba. Natomiast zalicza się do nich homoseksualizm, zwłaszcza praktykowany przez duchownych i zakonników.
P.S.
Zajrzałam właśnie na stronę dominikańską - wszystkie komentarze pod tekstem o. Dostatniego są usunięte!!! Pierwszy rzeczywiście nie przebierał w słowach, ale pozostałe były cywilizowane w formie i treści (jeden nawet popierał punkt widzenia autora). Miałam nosa komentując go na swoim blogu!
Nie znam o. Dostatniego, zapewne nigdy nie uznałby mnie za godną rozmowy, ale z dobrego serduszka chciałabym wyjaśnić mu powód gniewu złych ludzi, bez grzmocenia ich wyżej wymienionymi pałami.
Dzieje ustawy o IPN uświadomiły nam wszystkim ile warty jest dialog z Żydami. Poziomu ich nienawiści i monstrualności rozpowszechnianych o nas kłamstw w Izraelu i na całym świecie,nie przeskoczymy nigdy. Pogróżki złych ludzi to zabawa przedszkolaków w porównaniu z cyniczną kampanią PR-ową przedziwnie zsynchronizowaną z polityka historyczną Niemiec, którą Żydzi prowadzą od lat celem ograbienia nas z majątku narodowego albo jeszcze gorzej. Każdy człowiek spoza salonu, do którego ojciec aspiruje, widzi to wyraźnie, a amerykańska ustawa 447 musiała otworzyć oczy wątpiącym. Jest to ewidentnie akt wrogi ze strony sojusznika, z którym wiążemy pewne nadzieje. Trudno mięć wątpliwości co do udziału potężnego żydowskiego lobby w tej sprawie.
Dziwne słowa biskupa Rysia, który zaliczył hitlerowców do chrześcijan, co pozostaje w jaskrawej sprzeczności z faktami, a także wypowiedzią papieża Benedykta XVI na ten sam temat, musiały rozdrażnić polską opinie publiczną, zwłaszcza w sytuacji prowadzonej przeciw nam wojny informacyjnej. Tak prowokacyjne virtue signalling skłoniło pewne środowiska do uznania go za pożytecznego idiotę albo wręcz zdrajcę, czemu trudno się dziwić.
Tzw. dialog z Judaizmem podjęty po Soborze Watykańskim II okazał się - oględnie mówiąc - jałowy. Jego jedynym skutkiem wydają się coraz dziksze oskarżenia Żydów pod adresem Chrześcijan. Ks. prof. Chrostowski, biblista i wieloletni uczestnik tego ryzykownego przedsięwzięcia, wielokrotnie wypowiadał się na ten temat w sposób bardzo wyważony, ale nie pozostawiający wątpliwości.
Jeżeli lubelscy dominikanie po tym wszystkim organizują debatę biskupa z rabinem, to musi to być odczytane jako rodzaj prowokacji. Prowokacja ma to do siebie, że może kogoś sprowokować np do nieszczególnie eleganckiej wypowiedzi w internecie ( nie każdy jest subtelnym salonowcem), organizatorzy powinni to wliczyć w koszta.
Groźby karalne nie były karalne, kiedy dotyczyły lidera opozycji za rządów PO-PSL. Pewien lubelski ex-polityk celebryta zapowiadał, że go odstrzeli wypatroszy, a skórę wystawi na sprzedaż czy coś równie dowcipnego. Czy sądzi ojciec, że akcja Piotra Cyby była zupełnie niezwiązana z tego rodzaju głosami? On też chciał odstrzelić Kaczyńskiego, z braku laku zamordował Marka Rosiaka. Oburzał się ojciec wtedy na "klasyczną mowę nienawiści" i "nawoływanie do przemocy"? Pytam, bo nie pamiętam, natomiast pamiętam, ojca próbę skłonienia jury festiwalu w Niepokalanowie do odebrania nagrody za znakomity film Eugenika przyznanej Grzegorzowi Braunowi, gdyż ten onegdaj wyraził swoją negatywną opinię o biskupie Życińskim podczas wykładu na KULu. Nie pamiętam czy użył słowa łotr, nikczemnik czy łajdak, żadne z nich nie jest uznane za wulgarne.
Obecną ekipę rządzącą można oskarżać o wiele, ale o antysemityzm akurat nie. Wyborcy zjednoczonej prawicy są zażenowani poziomem uniżoności i uległości władz RP wobec Żydów (zwłaszcza sekty Chabad Lubawicz) i ich roszczeń oraz pełni najgorszych przeczuć czym to się może skończyć.
Poza tym ani "antysemityzm" ani "faszyzm" ani "mowa nienawiści" nie zaliczają się - o ile wiem - do grzechów głównych, ani też grzechów wołających o pomstę do nieba. Natomiast zalicza się do nich homoseksualizm, zwłaszcza praktykowany przez duchownych i zakonników.
P.S.
Zajrzałam właśnie na stronę dominikańską - wszystkie komentarze pod tekstem o. Dostatniego są usunięte!!! Pierwszy rzeczywiście nie przebierał w słowach, ale pozostałe były cywilizowane w formie i treści (jeden nawet popierał punkt widzenia autora). Miałam nosa komentując go na swoim blogu!
niedziela, 7 października 2018
O grzechu pierworodnym, teorii ewolucji i inkwizycji
Według Michaela Rose, autora książki Goodbye good men, w seminariach duchownych USA wykładowcy nie wierzą w grzech pierworodny i tą niewiarą zarażają kleryków. Nie wiem czy autor tłumaczy w swoim dziele powód owej niewiary (nie czytałam) więc pokuszę się o własne wyjaśnienie.
Pierwszy powód to owa osławiona metoda historyczno-krytyczna, która odrzuca z Pisma św. wszystko co nie jest zgodne z codziennym doświadczeniem przeciętnego człowieka. stąd np dziewicze macierzyństwo, zmartwychwstanie, a nawet rozmnożenie chleba i ryb nie mogło odbyć się tak jak jest opisane w ewangeliach. Zabawne, że ci sami ludzie, uśmiechający się pobłażliwie czytając o cudach i interpretujący zmartwychwstanie jako przetrwanie nauki Jezusa w sercach uczniów po jego tragicznej śmierci, nie mają żadnych problemów z przełknięciem teorii ewolucji i innych równie "naukowych" wykwitów XIX- wiecznego scjentyzmu.
Wyznam szczerze, że nie mam najmniejszych trudności z wiarą w zmartwychwstanie i nie widzę żadnych powodów, żeby podważać relacje świadków, natomiast pomysł, że życie na ziemi powstało na skutek uderzenia pioruna w aminokwasy wydaje mi się poniżej trzeciorzędnej powieści Science Fiction (inspiracja Frankensteinem Mary Shelley i doświadczeniami Galvaniego na martwych żabach jest wyraźnie widoczna). Nawet gdyby coś tak kretyńskiego było możliwe, to należałoby się zastanowić skąd wzięły się owe aminokwasy (które są skomplikowanymi strukturami), ziemia i cały wszechświat. Oczywiste dowody kambryjskiej eksplozji życia, tkanka miękka w kościach dinozaurów, ich datowanie węglem C 14 na najwcześniej 40 tys. lat przed Chrystusem nie jest jednak w stanie zachwiać wiarą wyznawców ewolucji. Dalej wyobrażają sobie owe miliardy lat, w czasie których człowiek ewoluował od ślepej ameby do prymitywnych, a zróżnicowanych hominidów, by w końcu dojść do oświeconego lewicowo-liberalnego establishmentu zaszczycającego ciemny motłoch swoim przewodnictwem. Nawet najnowsze badania genetyczne - ustalające wiek Y-chromosomalnego Adama i mitochondrialnej Ewy na ok. 100 tyś. lat - nie podważają w ich oczach wiarygodności drogiej ich sercu teorii.
Przyjęcie owego ateistycznego mitu wyklucza prawdę o upadku pierwszych ludzi i jego skutkach dla nas. Kto według pomysłu Darwina i jego następców mógłby być tak określony? Która grupa małpoludów? Przecież ewoluowały niezależnie w odległych lokalizacjach jak nie przymierzając grzyby po deszczu? Do dziś pamiętam owe rzekome Sinantropy, Australopiteki, Neandertalczyki i inne Cromagnonczyki z biologii w PRL-owskiej szkole. Z tejże szkoły pamiętam też twierdzenie, że wszechświat jest wieczny i nie miał początku (chyba końca też nie będzie miał?). Pamiętam jak próbowałam objąć ową "prawdę" swoim nastoletnim intelektem, ze słabym skutkiem zresztą. A przecież już wtedy było wiadomo, że początek musiał mieć, gdyż inaczej byłby nieskończenie jasny i gorący. O ile dobrze pamiętam ktoś mądry uświadomił to ludzkości prostym pytaniem "dlaczego w nocy jest ciemno?" (w XIXw?) Wiek wszechświata obliczono w XX stuleciu i to pewnie w czasach, gdy uczniów PRL-owskich szkół karmiono nadal twierdzeniem o jego wiecznotrwałości.
Cokolwiek by wyznawcy teorii ewolucji nie twierdzili, każdy doświadcza w swoim życiu skutków upadku ludzkiej natury, czyli - innymi słowy - grzechu pierworodnego. Jest on wyraźnie widoczny zarówno w historii ludzkości (szczególnie XX wieku) jak i indywidualnych losach poszczególnych jednostek.
Odrzucenie tej oczywistej prawdy ma niewiarygodnie daleko posunięte skutki społeczne. Otrzymujemy człowieka z natury dobrego, "szlachetnego dzikusa" Jana Jakuba Rousseau, którego nie trzeba wychowywać, ani poddawać dyscyplinie. Wystarczy go zostawić w spokoju aby się fantastycznie rozwinął. Dalej idzie bezstresowe wychowanie, szkoła, gdzie uczeń ma tylko prawa i żadnych obowiązków, a zamiast przyswoić sobie kilka podstawowych informacji o świecie daje upust swojej nadzwyczajnej "kreatywności". Nauczyciel "uczy się" od swoich uczniów, a Kościół postanawia zrezygnować ze swej funkcji nauczycielskiej, "towarzyszyć" pogubionym wiernym oraz uczyć się od par homoseksualnych i żyjących w nieformalnych związkach miłości. Skutki są znane - świat postawiony na głowie. Morderca (zdaniem amerykańskich demokratów) nie powinien być skazany na więcej niż 7 lat więzienia, a niewinne dziecko może być wyskrobane po kawałku z łona matki na jej życzenie w majestacie prawa. Niewiarygodna infantylizacja wszystkich dziedzin życia.
Kardynał Gerhard Mueller powiedział ostatnio w wywiadzie z Raymondem Arroyo, że po soborze uważano, że "wystarczy miłość" i żadne procedury karne nie są w Kościele potrzebne. Skutki są znane i cały lewicowo- liberalny establishment może się nimi onanizować ad nauseam. Na tym samym soborze postanowiono, że Kościół nie ma odtąd wrogów, a nawet podjęto z nimi tzw "dialog". Skutki tego dialogu oglądamy na Bliskim Wschodzie, gdzie chrześcijan się morduje, w Unii Europejskiej , gdzie systematycznie wypycha się ich z przestrzeni publicznej do rezerwatu oraz w USA, gdzie pewna mniejszość etniczna opanowawszy szkolnictwo wyższe, zawody prawnicze, poradnictwo psychologiczne, finanse, politykę zagraniczną, show business i media, skutecznie niszczy chrześcijańskie podstawy kultury, ze szczególnym uwzględnieniem roli Kościoła Katolickiego.
To uświadamia konieczność wykorzeniania herezji na najwcześniejszym etapie. Inkwizycja jest nam dziś bardziej potrzebna niż kiedykolwiek przedtem. Pytanie tylko czy są jeszcze jacyś dorośli zdolni do podejmowania niepopularnych decyzji i wdrażania dyscypliny, czy też ostały się same zramolałe dzieci-kwiaty, wyznawcy "ducha soboru", homoseksualiści zainteresowani wyłącznie swoimi k...sami i dobrze urządzeni oportuniści. Może trzeba poszukać po ośrodkach psychiatrycznych dla kleru ?
Pierwszy powód to owa osławiona metoda historyczno-krytyczna, która odrzuca z Pisma św. wszystko co nie jest zgodne z codziennym doświadczeniem przeciętnego człowieka. stąd np dziewicze macierzyństwo, zmartwychwstanie, a nawet rozmnożenie chleba i ryb nie mogło odbyć się tak jak jest opisane w ewangeliach. Zabawne, że ci sami ludzie, uśmiechający się pobłażliwie czytając o cudach i interpretujący zmartwychwstanie jako przetrwanie nauki Jezusa w sercach uczniów po jego tragicznej śmierci, nie mają żadnych problemów z przełknięciem teorii ewolucji i innych równie "naukowych" wykwitów XIX- wiecznego scjentyzmu.
Wyznam szczerze, że nie mam najmniejszych trudności z wiarą w zmartwychwstanie i nie widzę żadnych powodów, żeby podważać relacje świadków, natomiast pomysł, że życie na ziemi powstało na skutek uderzenia pioruna w aminokwasy wydaje mi się poniżej trzeciorzędnej powieści Science Fiction (inspiracja Frankensteinem Mary Shelley i doświadczeniami Galvaniego na martwych żabach jest wyraźnie widoczna). Nawet gdyby coś tak kretyńskiego było możliwe, to należałoby się zastanowić skąd wzięły się owe aminokwasy (które są skomplikowanymi strukturami), ziemia i cały wszechświat. Oczywiste dowody kambryjskiej eksplozji życia, tkanka miękka w kościach dinozaurów, ich datowanie węglem C 14 na najwcześniej 40 tys. lat przed Chrystusem nie jest jednak w stanie zachwiać wiarą wyznawców ewolucji. Dalej wyobrażają sobie owe miliardy lat, w czasie których człowiek ewoluował od ślepej ameby do prymitywnych, a zróżnicowanych hominidów, by w końcu dojść do oświeconego lewicowo-liberalnego establishmentu zaszczycającego ciemny motłoch swoim przewodnictwem. Nawet najnowsze badania genetyczne - ustalające wiek Y-chromosomalnego Adama i mitochondrialnej Ewy na ok. 100 tyś. lat - nie podważają w ich oczach wiarygodności drogiej ich sercu teorii.
Przyjęcie owego ateistycznego mitu wyklucza prawdę o upadku pierwszych ludzi i jego skutkach dla nas. Kto według pomysłu Darwina i jego następców mógłby być tak określony? Która grupa małpoludów? Przecież ewoluowały niezależnie w odległych lokalizacjach jak nie przymierzając grzyby po deszczu? Do dziś pamiętam owe rzekome Sinantropy, Australopiteki, Neandertalczyki i inne Cromagnonczyki z biologii w PRL-owskiej szkole. Z tejże szkoły pamiętam też twierdzenie, że wszechświat jest wieczny i nie miał początku (chyba końca też nie będzie miał?). Pamiętam jak próbowałam objąć ową "prawdę" swoim nastoletnim intelektem, ze słabym skutkiem zresztą. A przecież już wtedy było wiadomo, że początek musiał mieć, gdyż inaczej byłby nieskończenie jasny i gorący. O ile dobrze pamiętam ktoś mądry uświadomił to ludzkości prostym pytaniem "dlaczego w nocy jest ciemno?" (w XIXw?) Wiek wszechświata obliczono w XX stuleciu i to pewnie w czasach, gdy uczniów PRL-owskich szkół karmiono nadal twierdzeniem o jego wiecznotrwałości.
Cokolwiek by wyznawcy teorii ewolucji nie twierdzili, każdy doświadcza w swoim życiu skutków upadku ludzkiej natury, czyli - innymi słowy - grzechu pierworodnego. Jest on wyraźnie widoczny zarówno w historii ludzkości (szczególnie XX wieku) jak i indywidualnych losach poszczególnych jednostek.
Odrzucenie tej oczywistej prawdy ma niewiarygodnie daleko posunięte skutki społeczne. Otrzymujemy człowieka z natury dobrego, "szlachetnego dzikusa" Jana Jakuba Rousseau, którego nie trzeba wychowywać, ani poddawać dyscyplinie. Wystarczy go zostawić w spokoju aby się fantastycznie rozwinął. Dalej idzie bezstresowe wychowanie, szkoła, gdzie uczeń ma tylko prawa i żadnych obowiązków, a zamiast przyswoić sobie kilka podstawowych informacji o świecie daje upust swojej nadzwyczajnej "kreatywności". Nauczyciel "uczy się" od swoich uczniów, a Kościół postanawia zrezygnować ze swej funkcji nauczycielskiej, "towarzyszyć" pogubionym wiernym oraz uczyć się od par homoseksualnych i żyjących w nieformalnych związkach miłości. Skutki są znane - świat postawiony na głowie. Morderca (zdaniem amerykańskich demokratów) nie powinien być skazany na więcej niż 7 lat więzienia, a niewinne dziecko może być wyskrobane po kawałku z łona matki na jej życzenie w majestacie prawa. Niewiarygodna infantylizacja wszystkich dziedzin życia.
Kardynał Gerhard Mueller powiedział ostatnio w wywiadzie z Raymondem Arroyo, że po soborze uważano, że "wystarczy miłość" i żadne procedury karne nie są w Kościele potrzebne. Skutki są znane i cały lewicowo- liberalny establishment może się nimi onanizować ad nauseam. Na tym samym soborze postanowiono, że Kościół nie ma odtąd wrogów, a nawet podjęto z nimi tzw "dialog". Skutki tego dialogu oglądamy na Bliskim Wschodzie, gdzie chrześcijan się morduje, w Unii Europejskiej , gdzie systematycznie wypycha się ich z przestrzeni publicznej do rezerwatu oraz w USA, gdzie pewna mniejszość etniczna opanowawszy szkolnictwo wyższe, zawody prawnicze, poradnictwo psychologiczne, finanse, politykę zagraniczną, show business i media, skutecznie niszczy chrześcijańskie podstawy kultury, ze szczególnym uwzględnieniem roli Kościoła Katolickiego.
To uświadamia konieczność wykorzeniania herezji na najwcześniejszym etapie. Inkwizycja jest nam dziś bardziej potrzebna niż kiedykolwiek przedtem. Pytanie tylko czy są jeszcze jacyś dorośli zdolni do podejmowania niepopularnych decyzji i wdrażania dyscypliny, czy też ostały się same zramolałe dzieci-kwiaty, wyznawcy "ducha soboru", homoseksualiści zainteresowani wyłącznie swoimi k...sami i dobrze urządzeni oportuniści. Może trzeba poszukać po ośrodkach psychiatrycznych dla kleru ?
sobota, 6 października 2018
O dziewictwie, czystości i wrogim przejęciu Kościoła
Michael Rose podczas prezentacji swojej książki Goodbye good men (dostępnej na YouTube) wymienia wiele prawd wiary, praktycznie odrzuconych w seminariach kształcących księży katolickich. Nie pamiętam wszystkich (a nie chce mi się sprawdzać), ale na pewno dziewicze macierzyństwo Maryi było na tej liście, podobnie jak grzech pierworodny.
Nie ma chyba nic bardziej obśmianego na świecie niż dziewictwo i czystość. Bycie dziewicą jest obecnie bardziej wstydliwe, niż puszczanie się w czasach wiktoriańskich. Gdyby się nad zagadnieniem zastanowić bez uprzedzeń, trudno znaleźć powód. Czy nie słyszymy wciąż o tolerancji? Dlaczego nie objąć nią pragnących żyć w czystości, nie zainteresowanych seksem dla sportu i rekreacji? To oczywiście śmieszne pytanie. Wiadomo, że nie chodzi o żadną tolerancję tylko zniszczenie Kościoła i jego nauki.
E.Michael Jones często wspomina o teorii iluś tam stopni dojrzałości głoszonej przez niejakiego Erica Ericsona (wł. Samuelsona), która - nauczana także w seminariach - w znacznym stopniu przyczyniła się do demoralizacji kleru po Soborze Watykańskim II. Stopień siódmy (o ile dobrze pamiętam) to rozpoczęcie "życia seksualnego". Bez tego - twierdzi twórca teorii - prawdziwej ludzkiej dojrzałości nie osiągniemy. Znaczy ani Maryja, która przeskoczyła od dziewictwa do macierzyństwa, ani Jezus, ani tabuny świętych nie osiągnęli pełni człowieczeństwa, zatrzymali się w swoim rozwoju na progu dorosłości. A jeśli się nie zatrzymali i istnieją dowody na ich ponadprzeciętną ludzka dojrzałość to znaczy, że ta czystość musiała być z odzysku.
Jeżeli w seminariach naucza się metody historyczno-krytycznej, która odrzuca z Pisma Św. wszystkie cuda, to trudno się dziwić, że dziewicze macierzyństwo Maryi nie mogło się ostać, tym bardziej, że zgodnie z wspomnianą wyżej teorią nie jest żadnym tytułem do chwały, tylko przeszkodą w osiągnięciu dojrzałości.
Trudno się dziwić, że pod wpływem tego rodzaju nauk mężczyźni o normalnych skłonnościach nie widzieli sensu w wyrzekaniu się miłości kobiety - woleli odejść i założyć rodzinę - natomiast homoseksualiści znaleźli w seminarium, parafii lub zakonie niewyczerpane źródło możliwości posunięcia swojej ludzkiej dojrzałości naprzód. Dla tych ludzi czystość nie jest cnotą, oni po prostu nie wierzą, że istnieje jakaś jakościowa różnicą między ssaniem własnego kciuka a seksem oralnym z innym mężczyzna (jak się wyraził pewien duchowny na portalu dla homoseksualnego kleru). Nie są w stanie ocenić powagi przemocy seksualnej gdyż zakładają, że wszyscy - tak jak oni sami - krążą w nieustannej pogoni za okazją.
Wstrząsające wrażenie zrobiła na mnie relacja ks. Kalchika z diecezji Chicago (to ksiądz, który spalił tęczową flagę z krzyżem). Został dwukrotnie zgwałcony - raz jako 11-latek (przez sąsiada) i raz jako 19-letni franciszkański nowicjusz (przez księdza). Po tym doświadczeniu chciał po prostu przestać istnieć, był człowiekiem złamanym. "I lost my virginity" powiedział w sposób zupełnie naturalny i nikt nie mógłby go wyśmiać jako nieatrakcyjnego nieudacznika, gdyż - nawet teraz w wieku 56 lat -jest ponadprzeciętnie przystojnym mężczyzną. Potrzebował długoletniej terapii, żeby wrócić do siebie, odszedł z zakonu, dopiero po latach (w wieku 35 lat) został księdzem, a straszne wspomnienia wciąż go nawiedzają.
McCarrick zapraszał do swego domku letniskowego w New Jersey 6 kleryków, a łóżek było tylko 5 więc jeden z nich musiał spać ze swoim arcybiskupem. Ten był chędożony w sposób fizyczny, pozostali wdrażani do przechodzenia nad tym do porządku dziennego. W ten sposób pokolenia kleryków zostały zdeprawowane i znieczulone na zło, którego byli świadkami.
Kiedy pomyślę, że coś tak ohydnego mogło przytrafić się ludziom, którzy swe dziewictwo pragnęli ofiarować Bogu, jest mi gorzej. O. Adam Wyszyński wspomina - w wywiadzie udzielonym Jackowi Międlarowi na jego stronie - o młodej zakonnicy, regularnie gwałconej przez proboszcza i wikarego na parafii, gdzie pracowała. Siostra przełożona miała powiedzieć jej, że musi to wytrzymać, gdyż inaczej zakon straci źródło utrzymania. Trudno w to uwierzyć, a jeśli to prawda, to słychać złowrogi rechot szatana... Kiedyś w prawie niemieckim za gwałt na dziewicy karano śmiercią przez ścięcie zaostrzoną deską. Myślę, że dla takich wypadków jak wyżej czas tę karę przywrócić.
Problem w tym kto ma wymierzać sprawiedliwość. Władze kościelne są niezwykle sprawne w dyscyplinowaniu ludzi prawomyślnych i odważnych jak np arcybiskup Karagandy Jan Paweł Lenga, który został przeniesiony na emeryturę w wieku lat 61. (Z Tadżykistanu wyrzuciło go KGB, z Kazachstanu Watykan jak sam się wyraził). Gerhard Mueller stracił swój urząd z dnia na dzień bez żadnych wyjaśnień, podobnie jak 3 jego podwładnych zajmujących się nadużyciami seksualnymi kleru. Ksiądz Kalchik za spalenie tęczowej flagi został zesłany do psychuszki w USA, a u nas o.Wyszyński (jeśli wierzyć jego słowom) za informowanie przełożonych o homoseksualnych awansach ze strony dominikańskich gwiazd i zły stan zdrowia (po zatorze płucnym).
Nikt natomiast nie słyszał, żeby jakiekolwiek konsekwencje groziły hierarchom jawnie promującym homoseksualizm i ich pupilkom typu o. James Martin SJ albo ks. Rosica. Popieranie aborcji przez katolickich duchownych też nikomu w Watykanie nie przeszkadza. Wygląda na to, że wrogie przejęcie Kościoła już w znacznym stopniu się dokonało. Obawiam się, że tzw Synod Młodych potwierdzi to podejrzenie.
Nie ma chyba nic bardziej obśmianego na świecie niż dziewictwo i czystość. Bycie dziewicą jest obecnie bardziej wstydliwe, niż puszczanie się w czasach wiktoriańskich. Gdyby się nad zagadnieniem zastanowić bez uprzedzeń, trudno znaleźć powód. Czy nie słyszymy wciąż o tolerancji? Dlaczego nie objąć nią pragnących żyć w czystości, nie zainteresowanych seksem dla sportu i rekreacji? To oczywiście śmieszne pytanie. Wiadomo, że nie chodzi o żadną tolerancję tylko zniszczenie Kościoła i jego nauki.
E.Michael Jones często wspomina o teorii iluś tam stopni dojrzałości głoszonej przez niejakiego Erica Ericsona (wł. Samuelsona), która - nauczana także w seminariach - w znacznym stopniu przyczyniła się do demoralizacji kleru po Soborze Watykańskim II. Stopień siódmy (o ile dobrze pamiętam) to rozpoczęcie "życia seksualnego". Bez tego - twierdzi twórca teorii - prawdziwej ludzkiej dojrzałości nie osiągniemy. Znaczy ani Maryja, która przeskoczyła od dziewictwa do macierzyństwa, ani Jezus, ani tabuny świętych nie osiągnęli pełni człowieczeństwa, zatrzymali się w swoim rozwoju na progu dorosłości. A jeśli się nie zatrzymali i istnieją dowody na ich ponadprzeciętną ludzka dojrzałość to znaczy, że ta czystość musiała być z odzysku.
Jeżeli w seminariach naucza się metody historyczno-krytycznej, która odrzuca z Pisma Św. wszystkie cuda, to trudno się dziwić, że dziewicze macierzyństwo Maryi nie mogło się ostać, tym bardziej, że zgodnie z wspomnianą wyżej teorią nie jest żadnym tytułem do chwały, tylko przeszkodą w osiągnięciu dojrzałości.
Trudno się dziwić, że pod wpływem tego rodzaju nauk mężczyźni o normalnych skłonnościach nie widzieli sensu w wyrzekaniu się miłości kobiety - woleli odejść i założyć rodzinę - natomiast homoseksualiści znaleźli w seminarium, parafii lub zakonie niewyczerpane źródło możliwości posunięcia swojej ludzkiej dojrzałości naprzód. Dla tych ludzi czystość nie jest cnotą, oni po prostu nie wierzą, że istnieje jakaś jakościowa różnicą między ssaniem własnego kciuka a seksem oralnym z innym mężczyzna (jak się wyraził pewien duchowny na portalu dla homoseksualnego kleru). Nie są w stanie ocenić powagi przemocy seksualnej gdyż zakładają, że wszyscy - tak jak oni sami - krążą w nieustannej pogoni za okazją.
Wstrząsające wrażenie zrobiła na mnie relacja ks. Kalchika z diecezji Chicago (to ksiądz, który spalił tęczową flagę z krzyżem). Został dwukrotnie zgwałcony - raz jako 11-latek (przez sąsiada) i raz jako 19-letni franciszkański nowicjusz (przez księdza). Po tym doświadczeniu chciał po prostu przestać istnieć, był człowiekiem złamanym. "I lost my virginity" powiedział w sposób zupełnie naturalny i nikt nie mógłby go wyśmiać jako nieatrakcyjnego nieudacznika, gdyż - nawet teraz w wieku 56 lat -jest ponadprzeciętnie przystojnym mężczyzną. Potrzebował długoletniej terapii, żeby wrócić do siebie, odszedł z zakonu, dopiero po latach (w wieku 35 lat) został księdzem, a straszne wspomnienia wciąż go nawiedzają.
McCarrick zapraszał do swego domku letniskowego w New Jersey 6 kleryków, a łóżek było tylko 5 więc jeden z nich musiał spać ze swoim arcybiskupem. Ten był chędożony w sposób fizyczny, pozostali wdrażani do przechodzenia nad tym do porządku dziennego. W ten sposób pokolenia kleryków zostały zdeprawowane i znieczulone na zło, którego byli świadkami.
Kiedy pomyślę, że coś tak ohydnego mogło przytrafić się ludziom, którzy swe dziewictwo pragnęli ofiarować Bogu, jest mi gorzej. O. Adam Wyszyński wspomina - w wywiadzie udzielonym Jackowi Międlarowi na jego stronie - o młodej zakonnicy, regularnie gwałconej przez proboszcza i wikarego na parafii, gdzie pracowała. Siostra przełożona miała powiedzieć jej, że musi to wytrzymać, gdyż inaczej zakon straci źródło utrzymania. Trudno w to uwierzyć, a jeśli to prawda, to słychać złowrogi rechot szatana... Kiedyś w prawie niemieckim za gwałt na dziewicy karano śmiercią przez ścięcie zaostrzoną deską. Myślę, że dla takich wypadków jak wyżej czas tę karę przywrócić.
Problem w tym kto ma wymierzać sprawiedliwość. Władze kościelne są niezwykle sprawne w dyscyplinowaniu ludzi prawomyślnych i odważnych jak np arcybiskup Karagandy Jan Paweł Lenga, który został przeniesiony na emeryturę w wieku lat 61. (Z Tadżykistanu wyrzuciło go KGB, z Kazachstanu Watykan jak sam się wyraził). Gerhard Mueller stracił swój urząd z dnia na dzień bez żadnych wyjaśnień, podobnie jak 3 jego podwładnych zajmujących się nadużyciami seksualnymi kleru. Ksiądz Kalchik za spalenie tęczowej flagi został zesłany do psychuszki w USA, a u nas o.Wyszyński (jeśli wierzyć jego słowom) za informowanie przełożonych o homoseksualnych awansach ze strony dominikańskich gwiazd i zły stan zdrowia (po zatorze płucnym).
Nikt natomiast nie słyszał, żeby jakiekolwiek konsekwencje groziły hierarchom jawnie promującym homoseksualizm i ich pupilkom typu o. James Martin SJ albo ks. Rosica. Popieranie aborcji przez katolickich duchownych też nikomu w Watykanie nie przeszkadza. Wygląda na to, że wrogie przejęcie Kościoła już w znacznym stopniu się dokonało. Obawiam się, że tzw Synod Młodych potwierdzi to podejrzenie.
czwartek, 4 października 2018
O recenzjach "Kleru" i co z nich wynika
Nie sposób opędzić się od recenzji filmu "Kler", którym nie jestem w najmniejszym stopniu zainteresowana. Znacznie ciekawszy wydaje mi się jego odbiór przez różne środowiska.
Niezależna podała link do vloga "Ponarzekajmy o filmach", którego autor przedstawiający się jako ateista uznał najnowszą produkcję Smarzowskiego za "ch...jowy film". Tę radykalną opinię uzasadnił beznadziejnym scenariuszem, brakiem realizmu, który utrudnia branie bohaterów i ich postaw na poważnie, niedociągnięciami warsztatu (zdjęcia), słabymi dialogami (naładowanymi nieuzasadnioną wulgarnością), a nade wszystko nudą. Wyśmiał deklarowany cel powstania filmu (rozpoczęcie dyskusji o Kościele) i przypisał reżyserowi niskie pobudki (kasiora). Za jedyny atut uznał aktorstwo. Jego ocena wynosiła 3/10. Wspomniał też o niezwykle wulgarnej i hałaśliwej publiczności wypełniającej pustawe zazwyczaj kino i zachowującej się jak na wiecu.
Łysięjący katolik (Tomasz Samołyk) ocenił film na 5 lub 6/10. Miał zdecydowanie lepsze zdanie o walorach warsztatowych czy też artystycznych samego dzieła jak i dorobku Smarzowskiego w ogóle. Jego głównym zarzutem była nieznajomość tematu, zrozumiała u wojującego ateisty, który robi film nie o Kościele, tylko o swoich o nim wyobrażeniach. Do recenzji dodał liczne zapewnienia o sympatii do reżysera. Odciął się pogardliwie od środowisk katolickich wzywających do bojkotu filmu.
Ks. Longchamps du Berrier (o ile dobrze pamiętam) stwierdził, że apele o bojkot filmu staną się dla niego dobrą reklamą. Mimo wysiłków p. Ziemca nie dał się skłonić do żadnych emocjonalnych ani potępiających wypowiedzi. Głownie zauważył brak znajomości realiów życia Kościoła (brak konsultanta) i nie krył pewnego rozczarowania, gdyż miał nadzieję, że będzie to dobry film z gatunku tych, które można pokazywać księżom na rekolekcjach dla kapłanów. Podobną nadzieję żywił ksiądz Isakowicz-Zalewski, ale gotowy produkt nazwał straconą okazją.
Ks Zieliński zauważył niezwykłą zbieżność scenariusza z SB-cką propagandą antykościelną - pedofil jest kapelanem Solidarności, a inny zwyrodnialec powtarza hasło ks. Jerzego Popiełuszki "zło dobrem zwyciężaj". Nic dziwnego, ze Urban był zachwycony na premierze, a Hartman wystąpił w jakiejś scenie.
Józef Orzeł i Gabriel Maciejewski nie byli na filmie, ale słyszeli zapowiedź reżysera, że następny zamierza nakręcić o "wielkiej Lechii", czyli jak to określili "tworze Duginowskiej propagandy" (Michalkiewicz nazwał tę ideę dosadniej - "ubeckie rzygowiny"), co układa się w pewną spójną całość. Ciekawe czy dostanie dotację z PISFu?
Krzysztof Karoń uznał dzieło Smarzowskiego za szalenie niebezpieczny atak na naszą cywilizację i zaapelował, żeby w ramach kontrofensywy kolportować wyniki badań Eurostatu na temat przemocy wobec kobiet w różnych krajach UE (tam, gdzie wpływ katolicyzmu był najdłuższy wskaźniki są najniższe).
Rafał Ziemkiewicz umieścił na twiterze plakat międzywojennego, niemieckiego filmu Jude Suss (czy jakoś tak) wskazując, że był to ważny głos w dyskusji o problemach Judaizmu i patologiach występujących w społeczności żydowskiej (lichwa)
Zupełnie w innym tonie wypowiedzieli się dominikanie. O. Golonka na oficjalnej stronie zakonu umieścił recenzję pisaną z powagą należną wybitnemu i ważnemu dziełu. Według niego to ofiary klerykalnej pedofilii mówią do nas z ekranu i powinniśmy ten głos w końcu usłyszeć. W przeciwieństwie do Stanów i Irlandii nie znamy skali zjawiska. Zróbmy badania to będziemy ją mieli. A czy chcemy? (w domyśle- nie).
Największym entuzjastą filmu okazał się o. Adam Szustak, który wybrał się do kina w habicie. Publiczność była zachwycona, niektórzy podchodzili, witali się, rozmawiali. Film - zdaniem kaznodziei - jest świetny, jak cała twórczość Smarzowskiego, a ponadto jego - o. Szustaka - wzywa do nawrócenia. Ze szczególnym wstrętem odciął się od wszystkich środowisk katolickich, które film krytykują albo namawiają do bojkotu. Prychnął coś z pogardą o mentalności oblężonej twierdzy.
A co ojcze Adamie Szustaku jeśli twierdza rzeczywiście jest oblężona? Co więcej, wróg wdarł się do wewnątrz i założył ojca współbraciom profile na gejowskich portalach randkowych (jeśli wierzyć o. Wyszyńskiemu). A może sami sobie założyli? No jasne, że sami, przecież żadnego wroga nie ma! Po co wróg, jeśli sama załoga zachowuje się w ten sposób?!!
Wstrząsające hasło "pedofilia" skutecznie odwraca uwagę od istoty problemu, czyli wrogiego przejmowania KK przez homolobby. Zupełny brak tego wątku w filmie Smarzowskiego (zdradzający zasadniczą nieznajomość patologii Kościoła) zauważył ks. Isakowicz-Zalewski. Pomocniczy biskup płocki Milewski w rozmowie z redaktorem Mazurkiem wspomniał ostatnie przypadki "pedofilii" kleru w diecezji. Na siedem ofiar sześć było"dziećmi" w wieku 16-18 lat, płci męskiej. McCarrick i Paetz specjalizowali się w jeszcze starszych "dzieciach" - klerykach i młodych księżach.
Ach, ta przedziwna wybiórczość miłosierdzia! Jak trendy w modzie. W tym sezonie nie współczujemy setkom młodych mężczyzn, którym złamano kręgosłup i życie w seminarium (czy innym studentacie). W sumie sami sobie winni. Po co się pchali do męskiego klubu. Służyć Bogu?!!!
Jakiemu Bogu?!!! Wygląda na to, że dla niektórych Bóg to wyłącznie pretekst by dawać upust swoim homoseksualnym apetytom, przy zapewnionych dostawach świeżego mięsa. Zachwycająca ewolucja idei celibatu!
Niezależna podała link do vloga "Ponarzekajmy o filmach", którego autor przedstawiający się jako ateista uznał najnowszą produkcję Smarzowskiego za "ch...jowy film". Tę radykalną opinię uzasadnił beznadziejnym scenariuszem, brakiem realizmu, który utrudnia branie bohaterów i ich postaw na poważnie, niedociągnięciami warsztatu (zdjęcia), słabymi dialogami (naładowanymi nieuzasadnioną wulgarnością), a nade wszystko nudą. Wyśmiał deklarowany cel powstania filmu (rozpoczęcie dyskusji o Kościele) i przypisał reżyserowi niskie pobudki (kasiora). Za jedyny atut uznał aktorstwo. Jego ocena wynosiła 3/10. Wspomniał też o niezwykle wulgarnej i hałaśliwej publiczności wypełniającej pustawe zazwyczaj kino i zachowującej się jak na wiecu.
Łysięjący katolik (Tomasz Samołyk) ocenił film na 5 lub 6/10. Miał zdecydowanie lepsze zdanie o walorach warsztatowych czy też artystycznych samego dzieła jak i dorobku Smarzowskiego w ogóle. Jego głównym zarzutem była nieznajomość tematu, zrozumiała u wojującego ateisty, który robi film nie o Kościele, tylko o swoich o nim wyobrażeniach. Do recenzji dodał liczne zapewnienia o sympatii do reżysera. Odciął się pogardliwie od środowisk katolickich wzywających do bojkotu filmu.
Ks. Longchamps du Berrier (o ile dobrze pamiętam) stwierdził, że apele o bojkot filmu staną się dla niego dobrą reklamą. Mimo wysiłków p. Ziemca nie dał się skłonić do żadnych emocjonalnych ani potępiających wypowiedzi. Głownie zauważył brak znajomości realiów życia Kościoła (brak konsultanta) i nie krył pewnego rozczarowania, gdyż miał nadzieję, że będzie to dobry film z gatunku tych, które można pokazywać księżom na rekolekcjach dla kapłanów. Podobną nadzieję żywił ksiądz Isakowicz-Zalewski, ale gotowy produkt nazwał straconą okazją.
Ks Zieliński zauważył niezwykłą zbieżność scenariusza z SB-cką propagandą antykościelną - pedofil jest kapelanem Solidarności, a inny zwyrodnialec powtarza hasło ks. Jerzego Popiełuszki "zło dobrem zwyciężaj". Nic dziwnego, ze Urban był zachwycony na premierze, a Hartman wystąpił w jakiejś scenie.
Józef Orzeł i Gabriel Maciejewski nie byli na filmie, ale słyszeli zapowiedź reżysera, że następny zamierza nakręcić o "wielkiej Lechii", czyli jak to określili "tworze Duginowskiej propagandy" (Michalkiewicz nazwał tę ideę dosadniej - "ubeckie rzygowiny"), co układa się w pewną spójną całość. Ciekawe czy dostanie dotację z PISFu?
Krzysztof Karoń uznał dzieło Smarzowskiego za szalenie niebezpieczny atak na naszą cywilizację i zaapelował, żeby w ramach kontrofensywy kolportować wyniki badań Eurostatu na temat przemocy wobec kobiet w różnych krajach UE (tam, gdzie wpływ katolicyzmu był najdłuższy wskaźniki są najniższe).
Rafał Ziemkiewicz umieścił na twiterze plakat międzywojennego, niemieckiego filmu Jude Suss (czy jakoś tak) wskazując, że był to ważny głos w dyskusji o problemach Judaizmu i patologiach występujących w społeczności żydowskiej (lichwa)
Zupełnie w innym tonie wypowiedzieli się dominikanie. O. Golonka na oficjalnej stronie zakonu umieścił recenzję pisaną z powagą należną wybitnemu i ważnemu dziełu. Według niego to ofiary klerykalnej pedofilii mówią do nas z ekranu i powinniśmy ten głos w końcu usłyszeć. W przeciwieństwie do Stanów i Irlandii nie znamy skali zjawiska. Zróbmy badania to będziemy ją mieli. A czy chcemy? (w domyśle- nie).
Największym entuzjastą filmu okazał się o. Adam Szustak, który wybrał się do kina w habicie. Publiczność była zachwycona, niektórzy podchodzili, witali się, rozmawiali. Film - zdaniem kaznodziei - jest świetny, jak cała twórczość Smarzowskiego, a ponadto jego - o. Szustaka - wzywa do nawrócenia. Ze szczególnym wstrętem odciął się od wszystkich środowisk katolickich, które film krytykują albo namawiają do bojkotu. Prychnął coś z pogardą o mentalności oblężonej twierdzy.
A co ojcze Adamie Szustaku jeśli twierdza rzeczywiście jest oblężona? Co więcej, wróg wdarł się do wewnątrz i założył ojca współbraciom profile na gejowskich portalach randkowych (jeśli wierzyć o. Wyszyńskiemu). A może sami sobie założyli? No jasne, że sami, przecież żadnego wroga nie ma! Po co wróg, jeśli sama załoga zachowuje się w ten sposób?!!
Wstrząsające hasło "pedofilia" skutecznie odwraca uwagę od istoty problemu, czyli wrogiego przejmowania KK przez homolobby. Zupełny brak tego wątku w filmie Smarzowskiego (zdradzający zasadniczą nieznajomość patologii Kościoła) zauważył ks. Isakowicz-Zalewski. Pomocniczy biskup płocki Milewski w rozmowie z redaktorem Mazurkiem wspomniał ostatnie przypadki "pedofilii" kleru w diecezji. Na siedem ofiar sześć było"dziećmi" w wieku 16-18 lat, płci męskiej. McCarrick i Paetz specjalizowali się w jeszcze starszych "dzieciach" - klerykach i młodych księżach.
Ach, ta przedziwna wybiórczość miłosierdzia! Jak trendy w modzie. W tym sezonie nie współczujemy setkom młodych mężczyzn, którym złamano kręgosłup i życie w seminarium (czy innym studentacie). W sumie sami sobie winni. Po co się pchali do męskiego klubu. Służyć Bogu?!!!
Jakiemu Bogu?!!! Wygląda na to, że dla niektórych Bóg to wyłącznie pretekst by dawać upust swoim homoseksualnym apetytom, przy zapewnionych dostawach świeżego mięsa. Zachwycająca ewolucja idei celibatu!
Etykiety:
homolobby,
Karoń,
Kler,
ks. Isakowicz-Zalewski,
ks. Longchamps du Berrier,
ks. Zieliński,
Maciejewski,
MCCarrick,
o.Szustak,
Orzeł,
Paetz,
pedofilia,
ponarzekajmy o filmach,
Samołyk,
Smarzowski,
Ziemkiewicz
Subskrybuj:
Posty (Atom)