poniedziałek, 15 lutego 2021

Nastoletni chłopiec jako ideał urody kobiecej

Poświęciłam temu tematowi już wiele miejsca na tym blogu, a artykuł "Śmierć i dziewczyna" (opublikowany gdzieś na początku, chyba w 2010r.) jest najczęściej wybieranym wpisem. Dotyczy wylansowanego przez homoseksualnych projektantów "ideału urody kobiecej" jako narzędzia opresji kobiet. Przy innej okazji opublikowałam ten rysunek przedstawiający 1)prawdziwy przedmiot ich pożądania - nastoletniego chłopca 2) chłopca zastępczego, czyli zagłodzoną modelkę o nietypowej budowie


Łączy ich wysoki wzrost, chudość i długość kończyn. Dla chłopca to faza przejściowa, za kilka lat stanie się mężczyzną, nabierze masy, wyrośnie mu broda (jeśli nie będzie się golić), jego atrakcyjność dla homoseksualistów mocno się zmniejszy, natomiast dla kobiet znacząco wzrośnie, jeśli oczywiście rozwojowi fizycznemu będzie towarzyszyć osiągnięcie dojrzałości psychicznej. Natomiast chuda modelka zwiędnie przedwcześnie. W  tak wynędzniałym stanie będzie jej bardzo trudno zajść w ciążę. Jednak dalej będzie obnosić po mediach swoją chudość jako jedyny tytuł do chwały, jak to czyni pewna rodzima celebrytka, i kompromitować się wypowiedziami na tematy, o których nie ma pojęcia.


Dla porównania Adam i Ewa Tycjana. Bardzo dobrze pokazana różnica stosunku masy mięśniowej do tkanki tłuszczowej w ciele dorosłego mężczyzny i dorosłej kobiety. U Adama mięsnie i ścięgna widoczne tuż po skórą, można je nazwać i policzyć. U Ewy - niewiasty mocnej budowy - mięśnie szczelnie opakowane tkanką tłuszczową, nieco wyraźniej widać je dopiero w ruchu jak np. biceps na wyciągniętym ramieniu. 

Odmienność budowy ciała mężczyzny i kobiety jest nie tylko powodem wzajemnej atrakcyjności, ale też niewyczerpanym  źródłem natchnienia artystów przez wieki sztuki europejskiej. Ciało kobiety jest przedstawiane takie jakie jest, idealizacji może ewentualnie podlegać twarz i kolor skóry (im bielszy tym lepszy). 

Porwanie córek Leukippa Rubensa

Danae Rembrandta

Wenus Anadyomene Tycjana

Wenus i organista Tycjana

Sąd Parysa Rubensa

Batszeba Rembrandta

Wenus z Urbino Tycjana

Wenus z lustrem Velasqueza

Portret Heleny Fourment w futrze Rubensa

Akt siedzący Modiglianiego

Lady Godiva Wojciecha Kossaka

Olimpia Maneta

Narodziny Wenus Cabanela

Trzy gracje Rubensa

Kapiące się Cezanne'a

Kąpiąca się Renoira

Wenus knidyjska Praksytelesa

Co łączy te wszystkie kobiety z różnych epok? Żadna z nich nie jest chuda, choć krytycy zarzucali to modelce Eduarda Maneta !!! Jeżeli jeszcze uświadomimy sobie, że obiektyw aparatu fotograficznego dodaje ok. 10-20 kg, to te panie na zdjęciu byłyby o wiele pulchniejsze. Ktoś może mi zarzucić stronniczość w doborze materiału i nadreprezentację niewiast o pełnych kształtach. Fakt, że zbytnio się nie przyłożyłam wybierając przykłady z wikipedii (z ostrożności procesowej) i to takie, co do których mam pewność, że pozowały konkretne osoby.

Do Wenus knidyjskiej pozowała Praksytelesowi, jego kochanka, słynna z urody hetera Fryne. Ideałem urody w tym społeczeństwie  - najbardziej homoseksualnym w dziejach - i najczęstszym tematem rzeźby był atletyczny młodzieniec. Jednak ciało Fryne jako Wenus zachowało w wersji Praksytelesa całą swoją kobiecą specyfikę - wystarczy rzut oka na jej nogi z charakterystycznymi kolanami. Podobnie w pozostałych przypadkach do każdej kolejnej Wenus, Danae czy Betszeby pozowała ulubiona modelka, żona lub kochanka, której ciało artysta przedstawia z upodobaniem, nie szczędząc charakterystycznych szczegółów (czasem nawet rozmnaża to ciało na dwie lub trzy postacie jeśli tego wymaga temat).

Co z tego wynika? Nic szczególnie odkrywczego:

  • Po pierwsze ciało kobiety jest/powinno być atrakcyjne dla normalnego mężczyzny takie jakie jest (bez operacji  plastycznych, głodzenia się i wielogodzinnych treningów na siłowni)
  • Po drugie kobiety mają różną budowę i różne uwarunkowania genetyczne i żadne głodzenie się ani wielogodzinne treningi tego nie zmienią
  • Po trzecie wszystkie kobiety mają piersi, talię i biodra, choć ich rozmiar może się znacząco różnić, Włosy na głowie zachowują do śmierci, rysy twarzy mają subtelniejsze niż mężczyźni i cieńszą delikatniejszą skórę. Proporcja tkanki tłuszczowej do masy mięśniowej u kobiety jest inna niż u mężczyzny czy się komuś to podoba czy nie.
  • Po czwarte i najważniejsze ŻADNA, podkreślam ŻADNA kobieta nie wygląda, ani tym bardziej nie powinna wyglądać jak nastoletni młodzieniec!!! Jej ciało jest zaprojektowane do innych celów!!!
Moda damska powinna więc ową specyfikę kobiecej sylwetki uwzględniać, a nawet podkreślać, co bardzo dobrze ukazują stroje ludowe lub historyczne: 

Courbet, Śpiąca prządka

Auguste Renoir, Parasolki

Fragonard, Czytająca dziewczyna

Elisabeth Vigee Lebrun, Autoportret

Tycjan, Portret Lawinii

Tycjan, La Schiavona

Vermeer, Mleczarka

Ingres, Księżna d'Haussonville

Goya, Mleczarka

Orazio Gentileschi, Grająca na lutni

Auguste Ingres, Panna Riviere

David, Portret Madame de Verminac

Nie powiem chyba nic szczególnie kontrowersyjnego twierdząc, że kobiety w tych strojach z różnych epok niezależnie od wieku i stanu wyglądają znacznie korzystniej niż współczesne w obcisłych jak rajtuzy spodniach i krótkiej górze. Tego rodzaju strój nosili mężczyźni i młodzieńcy w średniowieczu. 

Współczesna popkultura usilnie obrzydza nam nie tylko nasze ciała, ale i twarze, które jak się dowiadujemy z mediów nie są wystarczająco dobre takie, jakie są. Nawet piękne i młode dziewczyny powlekają się grubą warstwą kosmetyków pod którą ginie cała ich świeżość, urok młodości indywidualny charakter i koloryt. Zamiast tego noszą maskę popkulturowej karykatury piękna, tak chętnie imitowanej przez transwestytów, twarz kokoty w poszukiwaniu klientów.

Jakkolwiek nie jestem wrogiem dyskretnego makijażu, mój gwałtowny sprzeciw budzi obowiązek codziennego tapetowania się pod groźbą uznania za "zaniedbaną" lub wręcz "brzydką". Osoby o jasnej pigmentacji nie mają czarnych rzęs ani brwi, ich usta też na ogół raczej są różowe niż czerwone. Takie twarze potraktowane czarnym tuszem, kolorowymi cieniami i czerwoną szminką, o grubej warstwie podkładu nie wspominając, wyglądają po prostu groteskowo

Makijaż, moim zdaniem, powinien wydobywać umiejętnie walory wrodzonego kolorytu, pozostając niewidoczny dla oka:

Oblubienica Dante Gabriela Rossetti'ego

Portret kobiety Roberta Campin

Portret młodej dziewczyny Petrusa Christusa

Portret Giovanny degli Albizzi Tornabuoni, Domenico Ghirlandaio

Dziewczyna z kolczykiem Rembrandta

Tycjan. Izabela d'Este

Guido Reni, Portret matki artysty

Madonna z dzieciątkiem i Janem Chrzcicielem Rafaela

Subtelna twarz kobiety bez makijażu jest nie do podrobienia przez pogubionych mężczyzn.  Młoda i świeża, kojarzy się z czystością, a poza tym bez unifikującej warstwy pudru, tuszu i szminki jej indywidualne cechy są lepiej widoczne. Nic na to nie poradzę, ale wypacykowanych kobiet z kreskami na powiekach i sztucznymi rzęsami drapiącymi przeciwległą ścianę nie jestem w stanie traktować poważnie, no może z wyjątkiem sytuacji kiedy takiego makijażu wymaga ich praca np. w teatrze, operze lub operetce. Wymalowana nastolatka albo dziecko kojarzy mi się jednoznacznie koszmarnie. Pomijając aspekt estetyczny zagadnienia, jest to wysyłanie sygnału wabiącego i tak też jest odbierane przez adresatów. 

Dlaczego twarz mężczyzny jest wystarczająco dobra taka jaka jest (nawet  niezbyt przystojna), a kobieta ma wręcz obowiązek się pacykować? Dlaczego musi maskować swoją indywidualną urodę poddając się narzuconemu ideałowi "piękna". Dlaczego swoją świeżość i czystość ma zasłaniać maską wulgarnej kokoty?

Na koniec najwspanialsza ozdoba kobiety - włosy. Jednym z najbardziej traumatycznych doświadczeń mojego dzieciństwa było obcięcie włosów. Mój ojciec doszedł do wniosku, że to moje niesforne loki wchodząc do oczu powodują zeza. W tajemnicy przed mamą i nie pytając mnie o zgodę zaprowadził  do fryzjera i kazał krótko ostrzyc. Mama nie odzywała się do niego przez tydzień, a ja nie będąc w stanie znieść swojego odbicia w lustrze cały czas chodziłam po domu w welonie zrobionym z ręcznika lub halki.

Pod wpływem tego doświadczenia ukształtował się mój indywidualny ideał kobiecej urody. Kryterium piękna było zasadniczo jedno - długość włosów. Szpetna niewiasta z długimi włosami była milsza mojemu oku niż piękna, ale krótko ostrzyżona.

Gdybym znała w dzieciństwie ten obraz mój ideał w wymarzonej stylizacji wyglądałby tak:

Lady Godiva Edmunda Blair Leightona


No ewentualnie tak:
Blair Leighton, Akolada 

Jakby na to nie patrzeć długie włosy dają nieskończenie więcej możliwości ciekawych fryzur niż krótkie, co zresztą widać na wszystkich poprzednich reprodukcjach. Naturalny ich kolor jest najlepiej dopasowany do odcienia cery i oczu, co zapewnia wygląd optymalny dla konkretnej osoby. Może być nie rzucający się w oczy, ale jest oryginalny i nie do podrobienia. Farbowanie włosów, trwała i inne barbarzyństwa niszczą je w sposób nieodwracalny, stąd spora ilość łysych lub prawie łysych starszych pań w dzisiejszych czasach.

Po co właściwie piszę po raz kolejny o tym wszystkim? Dlatego, że nie mogę patrzeć jak niszczy się poczucie własnej wartości kobiet w imię ich "wyzwalania", jak nieskończenie bardziej opresyjne są wymagania wobec współczesnej kobiety, niż były kiedykolwiek w przeszłości, jak bardzo znienawidzona jest kobiecość i jak rośnie z dnia na dzień liczba jej wrogów...

Na szczęście mamy jeszcze sztukę, która zachwyca się kobietą, nie jakąś idealną i specjalnie spreparowaną, tylko normalną osobą ludzka, która zgodziła się pozować konkretnemu artyście. Jakkolwiek różne były upodobania indywidualne artystów i mody w określonych epokach, myślę że każda z nas ma sporą szansę się odnaleźć się w jakiejś Wenus, Danae, Betszebie, Florze czy innej Lady Godivie. Mam na myśli oczywiście typ fizyczny. 

Mi samej najbliżej jest do modelek Tycjana - mocna budowa ciała, jasna pigmentacja i włosy rudo-blond.

Tycjan,  Dama przy toalecie

Mam prawie identyczne silne ramiona ("toczone" jak się niegdyś mówiło) i mocne nadgarstki. Nawet moje włosy już przy długości do połowy pleców maja podobnie niechlujne końcówki.

Proponuje więc wszystkim paniom, które chcą się bronić przed przedziwnymi modami, skazującymi większość kobiet na ciągłą udrękę i  nieuzasadnione kompleksy, terapeutyczną zabawę polegająca na znalezieniu w zasobach sztuki europejskiej wizerunku osoby w podobnym typie fizycznym, najlepiej upozowanego na jakąś mityczną lub legendarną piękność. Przy okazji odkryjecie, że chudy, nastoletni,  chłopiec nie był nigdy ideałem urody KOBIECEJ. Był obiektem pożądania greckich pederastów w średnim wieku, ale od kobiet NIGDY nie oczekiwano, że się do niego upodobnią. Tak wiele się możemy nauczyć od przeszłych pokoleń!

sobota, 13 lutego 2021

O stosunku "gejów" i "transów" do kobiet

 Dziś na koncie twitterowym Rafała Ziemkiewicza znalazłam coś takiego:



Pan Śmiszek znany głównie z tego, że jest "gejem" (i partnerem p. Biedronia, też głownie znanego z tego, że jest "gejem") uznał ten piękny plakat z dzieckiem w łonie matki za "paskudny". Bardzo ciekawy dobór przymiotnika. Rozumiem, że dla kogoś billboard może być irytujący lub przygnębiający, bo przypomina o decyzji, o której wolałoby się zapomnieć. Może być bolesny dla rodziców nie mogących doczekać potomstwa, albo takich, którzy stracili dziecko przez poronienie. Może być trudny do zniesienia dla kobiet samotnych, które marzą o macierzyństwie, a nie mogą znaleźć odpowiedniego mężczyzny na ojca dla swoich dzieci. Mogę wyobrazić sobie ileś nacechowanych emocjami określeń, ale "paskudny"? 

Patrząc na plakat bez uprzedzeń można stwierdzić, że autorka znalazła bardzo odpowiednią formą do treści, którą chciała przekazać, że musi  być bardzo utalentowaną graficzką dysponującą świetnym warsztatem. Nawet jeśli komuś słowo "piękny" nie przejdzie przez gardło, to uczciwość nakazuje przyznać, że jest estetyczny, a jego przekaz nikogo nie obraża, ani nie wzywa do przemocy.

Dla pana Śmiszka jest "paskudny" bo mówi o owocu miłości mężczyzny i kobiety. Miłości, która jest płodna i służy właśnie temu - poczęciu  niewinnej ludzkiej istotki, bezpiecznej w łonie swej matki pod jej kochającym sercem. Tutaj sama macica ma kształt serca.

Z najwyższą niechęcią próbuję sobie wyobrazić co p. Śmiszek i jemu podobni mają w głowach, że rzeczy piękne postrzegają jako paskudne. Przede wszystkim muszą nienawidzić kobiet i wszystkiego, co ma z nimi związek jak np. macierzyństwo. Dla homoseksualnych mężczyzn kobieta, którą gardzą i się nią brzydzą ma zastosowanie wyłącznie jako tzw. "surogatka" nosząca w wynajętym brzuchu dziecko kogoś, kto jej płaci. Zaraz po zabiciu na narządy, trudno wyobrazić bardziej drastyczne uprzedmiotowienie człowieka.

Ks. Oko opowiadając o homomafii w Kościele zauważył, że homoseksualni duchowni bardzo nieprzyjemnie odnoszą się do sióstr zakonnych. Ponieważ nie są one potencjalnymi obiektami  zainteresowania natury seksualnej, nie istnieją w ogóle (albo są zredukowane wyłącznie do roli anonimowej i pogardzanej służącej).

Moje własne doświadczenie pracy w seminarium duchownym potwierdza to spostrzeżenie w całej rozciągłości. Długo nie mogłam zrozumieć chamstwa wielu księży, którzy w sposób ostentacyjny mnie ignorowali np. nigdy nie odpowiadali na pozdrowienie, a kiedy już musieli się do mnie odezwać robili to przez osobę trzecią nie patrząc w moim kierunku. Jednocześnie knuli za moimi plecami, nastawiając kleryków przeciwko mnie. Była to nie tylko pogarda dla kobiety, ale zarazem zwalczanie "konkurencji" na homoseksualnych łowiskach. Z wielu źródeł słyszałam, że taki właśnie charakter miało wrocławskie seminarium pod rządami kardynała Gulbinowicza i jego następców.

P. Śmiszkowi coś się jednak w tym konkretnym bilbordzie podoba, a mianowicie przypisana ludzkiemu płodowi przez wandala  "orientacja seksualna". Jest dla mnie tajemnicą jak można postrzegać dziecko w  łonie matki jako obiekt seksualny. Przecież według terminologii lewicy to "zlepek komórek"! Rozumiem, że o ile będzie przydatny w takim charakterze, może się ewentualnie urodzić. Nie mam złudzeń co do homoseksualnych mężczyzn i ich stosunku do ludzi, którymi nie są zainteresowani seksualnie, ale przyznam, że po tym wpisie zatkało mnie z obrzydzenia.

Podobnie rzecz się ma z inną "uciskaną mniejszością seksualną" tzw. "transami". Chętnie się podczepiają pod różne "feministyczne" organizacje i ich aktywności, podobnie jak z zapałem biorą udział w zawodach sportowych przeznaczonych dla kobiet. W klimacie szaleństwa politycznej poprawności trudno się dziwić, że wykorzystują okazję i swój status świętych krów. Mam jednak nadzieję, że żadna kobieta, nawet feministka, nie ma złudzeń jak będzie wyglądała konfrontacja z kimś takim, kogo żaden szacunek do płci pięknej nie powstrzyma przed użyciem pięści i buciorów.

Pisałam już na tym blogu, jak w środku miasta, w samo południe zostałam postraszona przez młodego transwestytę idącego w towarzystwie dwóch kolegów, tylko dlatego, że mój błądzący wzrok przez moment zatrzymał się na jego osobie zrobionej na "laskę" (z ciężkim makijażem i pomarańczową peruką włącznie). Ów rozkoszny młodzieniec rzucił się ku mnie wydając odgłos rozzłoszczonego zwierzątka. Dużo agresji, ale i zazdrości było w tym zachowaniu, bo ja nie muszę nosić tony makijażu ani peruki, żeby wzięto mnie za kobietę, ani też stroju "pracownicy seksualnej".  Mogę poprzestać na skromnej, ale gustownej kiecce albo nawet spodniach i sportowej kurtce.

Żaden normalny mężczyzna nie czułby się urażony dyskretnym zainteresowaniem kobiety (prawdziwym lub domniemanym), raczej by mu to pochlebiało albo było obojętne. Poza tym natura wmontowała pewien mechanizm zabezpieczający kobietę przed agresją dużo silniejszego mężczyzny - instynkt zachowania gatunku. Agresora może ująć powab niedoszłej ofiary, jeśli jest młoda, albo skojarzenie z matką lub babcią, jeśli jest odpowiednio starsza. Oczywiście istnieją chamy naruszające tabu agresji fizycznej wobec kobiet, ale wiąże się to z powszechnym potępieniem. W przypadku tzw. "gejów" i "transów" taki mechanizm nie działa, pogarda i zazdrość raczej wzmagają agresję, a status świętej krowy chroni przed poniesieniem konsekwencji.

Zaślepienie feministek popierających tzw. LGBT doprowadziło do przechwycenia ich ruchu dokładnie przez tych mężczyzn, którzy najbardziej nienawidzą kobiet i obrócenia go przeciw nim. Zdobyczą jest np. uraz czaszki zawodniczki walczącej z mężczyzną udającym kobietę  albo bezkarne  buszowanie seryjnego mordercy i gwałciciela po damskim więzieniu, gdyż podczas procesu poczuł się kobietą. W wersji light to sytuacja nastolatki zmuszonej dzielić toaletę z mężczyzną. Przy czym prawo chroni delikatne uczucia silniejszego kosztem oczywistego zagrożenia fizycznego słabszej, o jej uczuciach i dyskomforcie nie wspominając.

"Baba diabła wyonacyła" w jakiejś ludowej bajce, ale w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie - diabeł wyonacył feministki, a skutki tego będziemy ponosić wszystkie. 



piątek, 12 lutego 2021

O aborcji

Niedawno śniło mi się, że mam podjąć pracę w jakiejś placówce oświatowej w niedużej miejscowości. Przeglądam plan i kręcę nosem, że w jakiś dzień mam za dużo godzin. Nie ma tam żadnych uczniów, po budynku tej instytucji kręcą się dorośli ludzie w sile wieku. Wśród nich jakiś mężczyzna w wieku ok. 35  lat, którego niby znam. Nie jest szczególnie wysoki, ani barczysty, ale ma ładną sportową sylwetkę i gęste, nieco odrośnięte, ciemne włosy ze złotawym połyskiem. Mówię do niego: "Ależ ty się zrobiłeś przystojny ostatnio". Powtarzając to uświadamiam sobie, że to przecież mój brat.

Mój brat (jeśli to rzeczywiście był chłopak) miałby teraz ok 54 lata, mama zaszła w ciążę bardzo szybko po moim urodzeniu. Swoją drogą starsza siostra urodziła się dopiero po 2 latach od ślubu, a już rodzice byli zaniepokojeni, że coś jest nie halo...  Najpierw długo nic, a potem jedno po drugim w zbyt krótkim odstępie.... Nie dano mu więc szansy. Ktoś zadecydował, ktoś inny uznał, że ciało kobiety daje jej prawo do takiego wyboru i nie przeciwstawił się skutecznie....

Dowiedziałam się o tym w czasie stanu wojennego, nie wiem dlaczego mamie zebrało się na zwierzenia. Prawdopodobnie podczas delegacji do Częstochowy poszła w końcu z tym do spowiedzi (po 15 czy 16 latach). Nie wiem jak wyglądałoby życie mojej rodziny gdyby nie ta nieszczęsna aborcja, ale podejrzewam, że różnica na wielu poziomach byłaby znacząca. Zawsze myślałam, że smutek i gniew mamy mają związek z wojennym dzieciństwem i wykorzenieniem, a wycofanie ojca z traumatycznymi doświadczeniami w Sowietach, wcieleniem do LWP, służbą wojskową i rozdzieleniem z częścią rodziny (matką, siostrą i młodszym bratem, którzy zostali w stronach rodzinnych)...  Teraz myślę, że pierwsza przyczyna owego nienazwanego smutku, obustronnych pretensji i ciągłej irytacji mogła być całkiem inna... Zaprzestanie przystępowania do sakramentów też zapewne nie pomogło...

Po spowiedzi i powrocie do praktykowania mamie przyśnił się młody, krótko ostrzyżony chłopak czekający pod jakąś bramą. Skądś wiedziała, że to jej syn.

Moja bliska przyjaciółka z czasów studenckich cierpiała na jakieś zaburzenia hormonalne w wyniku których nie dostawała od lat okresu, a na jej twarzy - mimo codziennej depilacji widać było wyraźny cień. Natomiast włosy na głowie znacznie się przerzedziły, z pokaźnego ciemnego warkocza został mysi ogonek, który bez żalu ścięła. Odkąd ją pamiętam planowała jakąś kurację u naprawdę dobrego specjalisty, najchętniej za granicą. Po studiach wyjechała kolejno do Anglii, Szwajcarii i Stanów. Była tam leczona przez odpowiednich specjalistów, którzy jednak jej szansę na pełne wyzdrowienie (czy raczej rozwój) oceniali nisko.

W  Stanach wyszła za mąż za dużo starszego rozwodnika i zupełnie nieoczekiwanie zaszła w ciążę, co z punktu widzenia medycyny graniczyło z cudem, po czym... dokonała aborcji. Miała lat 37, a jej mąż pewnie gdzieś około 50, ale właśnie się przeprowadzali, więc perspektywa potomka wydała się kłopotliwa... Zważywszy okoliczności i wiek musiała wiedzieć, że cud się nie powtórzy... Zawsze lubiła dzieci i miała z nimi świetny kontakt..

Pamiętam jak stoję ze słuchawką przy uchu i szczęką na bruku po wysłuchaniu tych rewelacji. "Jesteś tam jeszcze" - słyszę po dłuższej chwili. Jestem zdruzgotana przede wszystkim niepojętym zaślepieniem i zatwardziałością prowadzącą  do odrzucenia TAKIEGO daru, TAKIEGO znaku, TAKIEGO cudu, a także świadomością, że nie napisałam listu, w którym tknięta jakimś przeczuciem chciałam opowiedzieć historię aborcji w mojej rodzinie...

Spotkałyśmy się kilka lat później, po czym nasza piękna przyjaźń skończyła się. Być może nasze drogi się już dawno się rozeszły, tylko nie chciałyśmy tego uznać, a być może uświadomiłyśmy sobie wreszcie (nawzajem) kim naprawdę była ta osoba, którą uważałyśmy za przyjaciółkę.

Ta historia ma też aspekt duchowy, a jakże. Wyobraź sobie, czytelniku, młodą studentkę KULu zaangażowaną kolejno w Oazę potem udzielającą się przy parafii jezuickiej, żeby pod koniec studiów trafić do Neokatechumenatu, która po wyjeździe na zachód zrzuca z siebie wiarę jak niemodne okrycie, żeby pogrążyć się wszystkich odmianach New Age z "szamanem Majów" włącznie..., gdyż to się nosi w środowisku do którego aspiruje...

Aborcja zabija, i to nie tylko niewinną ludzka istotę w łonie matki, lecz także relacje w rodzinie i poza nią. Jak dalekosiężne są skutki duchowe, także dla urodzonych już dzieci, trudno ocenić...


środa, 10 lutego 2021

O "piekle kobiet"

W Wielkiej Brytanii złapany przez policję gwałciciel i morderca, może oświadczyć, że jest kobietą, trafić do więzienia dla kobiet (i bez przeszkód kontynuować swój proceder), a jego zbrodnie zaliczone zostaną do przestępstw popełnianych przez kobiety.

Joe Biden jedną ze swoich pierwszych decyzji umożliwił sportowcom "trans", tzn. mężczyznom podającym się za kobiety, nawet bez żadnej kuracji hormonalnej czy operacji, startować z kobietami w zawodach. To w praktyce oznacza nie tylko pozbawienie sensu całego sportu kobiecego (a młode sportsmenki wsparcia finansowego w postaci nagród i stypendiów), lecz także realne niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia w przypadku sportów walki.

"Kobiety trans" mają także większe szanse w show biznesie - na pewno bliżej im do "ideału urody kobiecej", czyli nastoletniego chłopca,  niż normalnym dziewczynom.

Kobiety natomiast mogą realizować się w armii, marynarce wojennej i policji. W wielu popularnych kryminałach widzimy funkcjonariuszki w wysokiej ciąży biegające z pistoletem za przestępcami. Jak wiadomo tego rodzaju praca fantastycznie wpływa na zdrowy rozwój dziecka i samopoczucie matki. Codzienna walka z oprychami też cudownie redukuje bóle menstruacyjne, a krwawienie, nawet obfite, nie rzuca się w oczy na powalanym mundurze. 

Za to w kwestiach obyczajowych mają prawo - a nawet obowiązek gzić się bez opamiętania, po czym "usunąć" skutek takiej działalności, czyli zabić niewinnego człowieka.

Kiedy wreszcie wyjdą za mąż i urodzą dziecko, na skutek przymusu finansowego, muszą porzucać je na cały dzień wykonując pracę najemną dla kogoś innego. Co gorsza, dziecko może zostać im odebrane przez pracownika socjalnego pod najbardziej idiotycznym pretekstem bez możliwości odwołania.

W wielu zawodach muszą obsesyjnie zajmować się swoją wagą czy też grubością tkanki tłuszczowej, farbować włosięta, malować długie pazury, tapetować facjatę, przyklejać sztuczne rzęsy i chodzić w projektowanych na chłopców ubraniach i na wysokich obcasach, cały czas z poczuciem, że coś jest z nimi nie tak (najczęściej, że są za grube). 

Więc w trosce o swój wygląd muszą się głodzić i biegać w miejscu wiele godzin na specjalnie zaprojektowanych do tego celu kosztownych urządzeniach. Wynik nigdy nie jest zadawalający i każdy ma prawo im to oznajmić w sposób nie koniecznie subtelny.

W niektórych krajach nawet w kiblu lub szatni, po zajęciach sportowych, mogą zastać mężczyznę i biada im, jeśli zwrócą mu  uwagę. 

Co gorsza potencjalnego sprzymierzeńca i obrońcę kobiety - odpowiedzialnego, dojrzałego mężczyznę przedstawia się jej jako najgorszego oprawcę i ciemiężyciela. Natomiast konkurujący z nią, więc w sposób oczywisty wrogi, homoseksualista czy innej maści "trans" kreowany jest na jej sprzymierzeńca.

Doprawdy szatańskim majstersztykiem jest uciemiężyć kobiety tak dotkliwie w imię ich wyzwolenia i to przy udziale co bardziej pogubionych. Tak misterne, wielopiętrowe i zabójcze - zarówno dla szczęścia jednostki jak i przyszłości rodzaju ludzkiego - kłamstwo zdradza udział wyższej i złowrogiej inteligencji. W takim kontekście określenie "piekło kobiet" ma głęboki sens. 

poniedziałek, 8 lutego 2021

Nie wierzę w "miłość lesbijską", czyli przypadek królowej Krystyny Szwedzkiej

Obejrzałam jakąś prezentację o królowej Krystynie Szwedzkiej na YouTube i mimo nachalnej sugestii, że jest to wypisz wymaluj wczesna feministka i lesbijka zarazem, zainteresowałam się tematem. Zwłaszcza zaciekawił mnie fakt odnalezienia przez młodą dziewczynę w protestanckim kraju w XVII w. drogi do katolicyzmu. Trudno sobie wyobrażać, że ktoś ją do tego zachęcał. Sama musiała znaleźć jakieś pisma i wciągnęły ją do tego stopnia, że przemyciła do kraju dwóch jezuitów, z którymi debatowała i od których uczyła się, aby w końcu się nawrócić.

Szukałam więc jakichś szczegółów na temat tej zadziwiającej drogi duchowej, ale każdy kolejny materiał przypisywał jej związki "seksualne" z kobietami i inne podobne brednie. Na podstawie czego? Ano Krystyna miała podobno widoczne owłosienia na twarzy, często ubierała się jak mężczyzna, jeździła po męsku na koniu i jej sposób wyrażania był uznawany za odpowiedni raczej dla mężczyzn (a konkretnie żołnierzy) niż dam. Co więcej miała przyjaciółkę Ebbę Sparre zwaną "la belle comtesse", z którą dzieliła łoże!!! Nie omieszkała poinformować o tym angielskiego ambasadora, jak to XVII- wieczne szwedzkie lesbijki miały w zwyczaju!! Nie paliła się do małżeństwa ze swoim kuzynem, choć to obiecała. W końcu ustanowiła go swoim następcą, a sama abdykowała, wyjechała do Rzymu i przeszła na katolicyzm, czym zamknęła sobie drogę powrotu do ojczyzny. Co gorsza, pisała do końca życia listy do Ebby, przyjaciółki swej młodości, zapewniając ją o dozgonnej miłości.

Co robi z takimi wiadomościami feministka pisząca "herstory"? Nie mając żadnej wiedzy (podkreślam ŻADNEJ, nie tylko fachowej) o epoce, projektuje na nieszczęsną kobietę, która się nie może bronić. swoje miazmaty rodem z gender studies. Ponieważ jej odbiorcy też nie mają ŻADNEJ wiedzy, gotowi są te bzdury łyknąć, zwłaszcza, że taki "trynd". Skoro homoseksualizm jest zjawiskiem naturalnym i rozpowszechnionym (jak głosi ich dogmat), więc w każdej epoce musi być mnóstwo przypadków - trzeba je tylko odnaleźć (to znaczy przypisać jakiejś nietuzinkowej postaci).

Ludzie z mojego pokolenia w większości znają Pana Wołodyjowskiego Sienkiewicza, jeśli nie z lektury to z filmu kinowego lub telewizyjnego serialu "Przygody Pana Michała". Jest tam scena, gdzie Basia i Krzysia przed pójściem spać omawiają wydarzenia dnia. Rozbawiona Baśka udając Ketlinga rzuca się się przed towarzyszką na kolana i wygłasza owo sławne "tak waćpannę miłuje, że dychać nie mogę, pieszo, konno i po szkocku" itd. Krzysia najpierw się śmieje, potem płacze, a potem przytula i całuje Basię. Jak zinterpretowałaby to feministka-"herstoryczka"? Nietrudno sobie wyobrazić - Krzysia płacze na wspomnienie awansów mężczyzny, gdyż serce jej pragnie tylko Baśki, która - UWAGA! - zaineresowana jest głównie szermierką, jazdą konną i własnoręcznie ubiła Tatara! Śmieszne? Owszem,  ale zarazem straszne!

A Krystyna córka Lavransa Sigrid Undset dzieląca łoże z Ingebjorgą przez cały czas pobytu w klasztorze? Dziewczyny mają wprawdzie nakazane noszenie koszul dla skromności ale jednak!!! Ta sama Krystyna odwiedzając rodzinę narzeczonego - Szymona Darre - sypia z jego siostrą. Co gorsza cała rodzina śpi w jednym pomieszczeniu i jej niedoszła teściowa obserwuje jak syn podchodzi do Krystyny i niezgrabnie próbuję dotknąć jej piersi pod przykryciem. Jest niezadowolona z oziębłości z jaką zostaje przyjęty!!! Skąd ta oziębłość? Nie trudno odgadnąć! Wiadomo - lesbijka!!! A sam Szymon? Czyż gdzieś pod koniec ksiązki nie dzieli łoża z Erlendem?  Wiadomo, Erlend uwiódł mu wprawdzie  narzeczoną, ale tak naprawdę chodziło o Szymona, to przecież jasne!

A ty czytelniczko! Czyż nocując u koleżanki/kuzynki nie spałaś z nią w jednym łóżku? Czyż nie zapewniałaś osoby, którą uważałaś za przyjaciółkę o DOZGONNEJ przyjaźni? Może nawet posunęłaś się do wpisu w jej pamiętniku w tonie: "Na górze róże, na dole fiołki, my się kochamy jak dwa aniołki" zilustrowanego dwoma czerwonymi, połączonymi sercami?!! A widzisz, ty także zaliczasz się do społeczności LGBTQ.......XYZ czy chcesz tego, czy nie!!!

A ty czytelniku, czy nigdy nie wziąłeś do łóżka swojego psa, kiedy był szczeniakiem i piszczał z tęsknoty za matką i rodzeństwem? Jak więc cię nazwać? Pedofilo-zoofilem czy pedo-zoo-filem? Nie martw się jednak i posłuchaj mojego wyznania. Otóż bardzo przywiązana byłam do RÓŻOWEGO kubka, który dostałam od siostry. Piłam z niego herbatę i inne płyny dotykając krawędzi USTAMI. Niestety upadł i rozbił się. Skleiłam więc go i postawiłam na szafie. Kim mnie to czyni? Fetyszystko-nekrofilką?

A ewangeliczna przypowieść o natrętnym przyjacielu, który dobija się w środku nocy z niedorzecznym żądaniem chlebów dla swojego gościa. Jaką słyszy odpowiedź? "Nie naprzykrzaj mi się, bo drzwi są zamknięte i MOJE DZIECI SA ZE MNĄ W ŁOŻU"!!! No to już naprawdę! 

Można się tak bawić się ad nauseam, ale nie zmienia to faktu, że projektowanie na ludzi żyjących w odległych czasach, w rzeczywistej rzeczywistości wykwitów chorych umysłów indywiduów typu Wilhelm Reich  jest po prostu niedorzeczne. Także w dzisiejszych czasach bardzo niewielu ludzi jest seksualnymi maniakami. Bardzo niewielu ludzi po dniu pracy zarobkowej ma nadmiar energii, którą pragnie spożytkować na całkowicie jałową, nieestetyczną i niebezpieczną aktywność homoseksualną. Normalny człowiek kocha wielu ludzi różnej płci(rodzice, dzieci, rodzeństwo, dziadkowie, przyjaciele, mentorzy itp.), stosunki natury romantyczno-seksualnej łączą go tylko z jedną osobą płci przeciwnej (żona lub mąż). Dotyk, przytulanie, obejmowanie i pocałunki w WIĘKSZOŚCI przypadków nie mają charakteru seksualnego. Wyrażają bliskość i czułość, albo są wyłącznie towarzyskim rytuałem. Kwieciste zwroty o dozgonnej przyjaźni lub miłości w listach były standardem m.in w czasach królowej Krystyny i występują również w jej korespondencji z osobami, których nawet nie miała okazji poznać osobiście. Także wśród mężczyzn zwroty typu 'mój piękny kuzynie" były na porządku dziennym (np. w średniowiecznej Francji) i nie znaczyły dokładnie nic.

Owo projektowanie na wszystkich i wszystko dewiacji pewnych niszowych, ale wpływowych środowisk przyprawia mnie o mdłości. Nachalna seksualizacja wszystkiego co się rusza i to koniecznie już od niemowlęctwa, przy czym ma być to seksualność możliwie jak najbardziej pokręcona. Na YouTube mnóstwo filmików nastolatków pot tytułem "My transition" albo "I am detransitioning". To jest szaleństwo albo raczej szataństwo. Nikt mi nie wmówi, że co drugi nastolatek nie wie jakiej jest płci, albo do jakiej płci ma pociąg. Dziewczyno, chłopaku, może po prostu jesteście za młodzi? Czy nie ma ciekawszych rzeczy na świecie dla osób w waszym wieku? Bliskie intensywne przyjaźnie z osobami tej samej płci w młodości nie wskazują na homoseksualizm, tylko są uczeniem się bliskiej relacji, której nie zaburza seks. Czasem trwają całe życie niezależnie od posiadania męża/żony i dzieci.

Im bardziej skomplikowany człowiek, tym dłużej się rozwija i tym później czuje tzw. Wolę Bożą. Dla kobiet często oznacza to nie wejście w związki małżeńskie. W przypadku królowej Krystyny była to najprawdopodobniej kwestia braku odpowiedniego mężczyzny. Kto ma ochotę poślubiać swojego kuzyna?  Z drugiej strony jaki mężczyzna ma ochotę poślubić kobietę, która góruje nad nim dokładnie pod każdym względem?

Czytałam niedawno na Frondzie kąśliwy tekścik o Marcie Lempart, o której nie mam dobrego zdania. Był nawiązaniem do jakiegoś jej "szczerego wywiadu" w prasie zaprzyjaźnionej, w którym wyznaje, że (w szkole średniej chyba) nie miała chłopaka, a wszystkie koleżanki miały, co stało się źródłem jej kompleksów. Wspomina też o jakichś podchodach zakończonych porażką. To wszystko, jak rozumiem, pomogło jej uświadomić sobie odmienną "orientację seksualną". Dopiero na studiach poznała swoją "pierwszą dziewczynę". No cóż, nie kupuję tego. Taka z niej lesbijka jak z koziej d... trąba.

Rafał Ziemkiewicz w swoim ostatnim nagraniu stwierdził, że w dzisiejszych czasach dziewczyna jeszcze nie zainteresowana nachalnie wciskanym jej seksem oświadcza "jestem niebinarna"., co się tłumaczy "jestem dziewicą i póki co, nie mam ochoty tego zmieniać". Przez analogię twierdzenie "jestem lesbijką" w większości (jeśli nie wszystkich) przypadków oznacza po prostu "jestem kobietą samotną, ale nie zniosę, żeby nazywano mnie starą panną". Owe związki lesbijskie są najczęściej jak taniec dwóch kobiet w parze z braku facetów na balu.

Kobiety są warunkowane od dzieciństwa, żeby na dźwięk słów "stara panna" reagować paniką i podejmować najgłupsze z możliwych decyzji, nawet jeśli brak mężczyzny w życiu jakoś specjalnie im nie ciąży. Tymczasem mimo (podobno) mniej więcej równej ilości mężczyzn i kobiet w populacji, nie wszyscy mężczyźni a)nadają się do małżeństwa b)mają odwagę podejść do dziewczyny, która im się podoba. Co z tego wynika? Ano część kobiet pozostanie bez pary! Najczęściej te późno dojrzewające, zbyt wykształcone, za wysokie, mające jakieś wymagania lub "zawyżone" standardy moralne, introwertyczki, nie rozpoznane powołania do życia konsekrowanego itp. Żadna z tych przypadłości nie hańbi człowieka, niektóre wręcz przynoszą zaszczyt.

Powiem wprost: ja po prostu nie wierzę, że istnieje coś takiego jak "związek lesbijski". Jak ów rzekomy pociąg seksualny miałby się wyrażać wobec braku odpowiedniego organu u każdej ze stron? Owszem, dwie kobiety mogą być sobie bliskie, mogą ze sobą mieszkać (także ze względów ekonomicznych), wspierać się i opiekować w chorobie (mnóstwo takich sytuacji opisuje Lucy Maud Montgomery w Ani z Zielonego Wzgórza i Emilce ze Srebrnego Nowiu), ale nie jest to związek natury romantyczno-seksualnej. 

Swoją drogą różnicę w dojrzewaniu do prawdziwych tego rodzaju związków ilustrują losy dwóch przyjaciółek Ani i Diany z Ani z Zielonego Wzgórza. Ania jako dziewczynka marzy przede wszystkim o przyjaciółce. Diana wydaje się jej bratnią duszą, równie górnolotną jak ona sama. Intensywność przeżywania też przyjaźni uszczęśliwiłaby każdą feministkę, zwłaszcza w zestawieniu z uporem z jakim odrzuca Gilberta. Jakie jest zaskoczenie i rozczarowanie Ani, kiedy Diana w wieku lat ok. 16, a może 17 obwieszcza, że wychodzi za mąż za grubawego, poczciwego i mało wzniosłego Alfreda. Trudno nie podejrzewać, że Ania w końcu zdaje sobie sprawę, że przypisywała przyjaciółce swoje własne cechy, a realna Diana jest dobrą i lojalną dziewczyną, ale znacznie prostszą niż ona sama. Ania wyjeżdża na studia, pozyskuje nowe przyjaciółki, które darzy wielkim uczuciem, a także otrzymuje ileś tam propozycji małżeńskich. Po pierwszej gorzko płacze. Nie może się pogodzić z brutalnością pewnych mechanizmów społecznych i ich brakiem związku z romantyczną miłością, jak ją sobie wyobraziła. Pod koniec studiów dopiero, czyli w wieku ok. lat 22 lub 23 Ania pod wpływem dramatycznych okoliczności uświadamia sobie, że kocha Gilberta. Wychodzi za niego dopiero w wieku lat 25. Marta Lempart nie miała do siebie tyle cierpliwości i już na studiach poszukała sobie "pierwszej dziewczyny". Sama Lucy Maud Montgomery wyszła za mąż mając lat 38. W którymś tomie cyklu, prawdopodobnie w Ani z Avonlea, bohaterka dzieli się z czytelnikiem zabawnymi wypowiedziami swoich uczniów. Jedna dziewczynka na pytanie kim chciałaby być w przyszłości odpowiada: "wdową". Poproszona o wyjaśnienie tłumaczy cierpliwie: "Jak jesteś starą panną ludzie się z ciebie śmieją, a jak masz męża to cię tłucze". Wdowa ma spokój od obu tych przykrych okoliczności, może cieszyć się swoją niezależnością i zarazem szacunkiem należnym zamężnej kobiecie. Wydaje mi się, że tak zwanym lesbijkom w rodzaju Marty Lempart chodzi dokładnie o to samo!!! 

niedziela, 7 lutego 2021

Zastanawiająca cisza w eterze po filmie Patryka Vegi "Oczy diabła"

Czekam na wzmożenie moralne naszych "elit" i "opinii publicznej" od wtorku, czyli opublikowania wyżej wymienionego filmu w internecie i NIC..... Cisza w eterze. Gdzie sławna posłanka Szajbus-Wielgi ze swoimi dziecięcymi bucikami. Tu chyba lepiej by pasowały niż w przypadku biskupa wykorzystującego kleryków czy księdza macającego nieletnich młodzieńców (o rozmiarze buta 42 i więcej)... Nic nie słyszę o jej wyjeździe do Trójmiasta celem namierzenia takiego ośrodka pedofilsko- transplantologicznego i zrobienia sobie zdjęcia na jego tle. A gdzie wdowa Diduszko o serduszku wrażliwym na krzywdę dziateczek. Czyżby nie wydała żadnego odgłosu paszczą? A TVN - liderzy moralności na rynku medialnym? Także milczą? Gdzie jesteście wy wszystkie posłanki lewicy? Gdzie współczująca eurodeputowana Spurek? Czy wyciągnęłyście logiczny wniosek ze swojego postulatu aborcji na życzenie, że dziecko niechciane nie jest człowiekiem? Można dokonać późnej aborcji po urodzeniu? A że ktoś przy okazji zaspokoi swoje niestandardowe potrzeby seksualne i zyska młode narządy, a matka się zaktywizuje na rynku pracy, to przecież fajnie, nie?

Gdyby ci lewicowi gęgącze mieli w głowach jakieś mózgi, nawet szczątkowe, to powinni się teraz zagęgać na śmierć tylko po to, żeby pokazać, że filmy Siekielskich nie były narzędziem propagandowym w stylu Goebbelsa wiecznie żywego (na lewicy) tylko naprawdę los dzieci ich coś obchodzi! Ale przecież to niepotrzebne dzieci jak to ujęła posłanka Nowacka. Dzieci niepotrzebne nie są ludźmi i wypada się tylko cieszyć, że ktoś znalazł dla tych zbytecznych istot jakieś zastosowanie...

Gdzie władze Trójmiasta zapewniające, że zbadają sprawę? Gdzie policja i służby? Gdzie prokurator i minister sprawiedliwości w jednym? Też ich nie słyszę. Co robi parlamentarna komisja do spraw pedofilii? Film Vegi, to nie pierwszy sygnał w tej sprawie. Fundacja Dobrego Pasterza mówi o tym od lat... Jej założyciel twierdzi także, że policja jest zblatowana z handlarzami i pośrednikami... Jakoś nie wydaje mi się to nieprawdopodobne....

środa, 3 lutego 2021

Człowiek jako źródło części zamiennych, czyli burdelo-transplantologia

Obejrzałam sobie wczoraj na YouTube film dokumentalny Patryka Vegi pt. Oczy diabła. Generalnie opowiada o handlu dziećmi do burdeli i na narządy (względnie i do burdeli i na narządy w jednym). Poziom moralnej ohydy tego procederu sytuuje go całkowicie poza zasięgiem moich emocji. Po prostu brakuje mi skali. Nie jestem też w stanie zweryfikować prawdziwości wypowiedzi pośredniczki i handlarza. Dowiadujemy z nich m.in. że:

  • Istnieją w Europie burdele, gdzie gościom serwuje się dzieci od niemowlęcia wzwyż.
  • Handlarz wie o czterech m.in. w Belgi, W Niemczech i w Polsce, a konkretnie w Trójmieście
  • Zwykle właścicielami są muzułmanie, Arabowie. bo w ich religii jest to proceder dopuszczalny, nie budzący moralnego sprzeciwu.
  • Jeżeli gość dobrze płaci może dostać  niemowlę/dziecko do użytku jednorazowego tzn. wykończyć je podczas takiego seansu i wtedy w sąsiednim pomieszczeniu tzn.  sali operacyjnej fachowy team pobiera potrzebne narządy(w tym wypadku serce musi jeszcze bić). Potrzeba seksualna VIPa i zapotrzebowanie na narząd innego VIPa  są idealnie zsynchronizowane.
  • Dzieci wielokrotnego użytku dopiero po kilkuletnim pobycie w burdelu są zużyte na narządy (jeśli jest taka potrzeba) lub trafiają do "dorosłego burdelu" w wieku 12 lat. Nie znają innego życia i są już dawno uzależnione od narkotyków.
  • Bardzo wiele dzieci nie dożywa tak podeszłego wieku, bo jak twierdzi handlarz na skutek aktywności VIPów mają "powyrywane ręce, nogi wyrwane z bioder, porozrywane narządy i pupy".
  • Dzieci pozyskiwane są najczęściej od matek w drodze sprzedaży, lub oszustwa (matka, która jedzie za granice godząc się oddać dziecko do adopcji, trafia do burdelu, a jej dziecko do burdelu dziecięcego) w razie nagłej potrzeby dziecko zostaje porwane (zwykle chodzi o narządy).
  • Dzieci, których prezencja jest nie dość atrakcyjna dla konsumenta od razu przeznaczane są na narządy,  największe zapotrzebowanie jest na serce, wątrobę i siatkówki.
Człowiek traktowany jest jako źródło części zamiennych także w szpitalach publicznych działających w majestacie prawa, jak pokazał to przypadek Alfie Evansa i naszego rodaka zagłodzonego w szpitalu w Plymouth (o ile dobrze pamiętam). W jego przypadku nie było nawet orzeczenia stanu wegetatywnego - człowiek słyszał wyrok na siebie i płakał.

Ja nie wiem jakich jeszcze trzeba dowodów na szatańskość pomysłu używania organów jednego człowieka dla chwilowego podtrzymywania życia innego, który dobrze płaci. O. Jacek Norkowski OP zwraca uwagę na oszustwo kryjące się w terminie śmierć mózgowa, wymyślonego, żeby żyjącego człowieka zabić wyrywając mu np. serce lub wątrobę. Lekarzom brak odwagi, żeby o tym mówić lub powstrzymuje ich własny interes. Dlatego bardzo mnie dziwi decyzja zakonu kaznodziejskiego dlaczego trzyma "taki zasób" jak zakonnik - doktor nauk medycznych i specjalista od bioetyki na najbardziej zabitym deskami zadupiu, a promuje medialnych hochsztaplerów jako swoje twarze.

Sporo już pisałam na tym blogu o arbitralnych decyzjach tajemniczych sanhedrynów w dziedzinie sztuki, a tutaj mamy o wiele bardziej przerażający przykład stosowania ich w sprawach życia i śmierci.
Głęboko zdemoralizowany człowiek wchodzi w kompetencje Boga decydując:
  • na jakim etapie rozwoju człowiek jest lub nie jest człowiekiem
  • co będzie dla niego lepsze śmierć czy "niska jakość życia"
  • czyje życie jest ważniejsze (tego. kto lepiej płaci oczywiście)
  • w jakim wieku "dość się już nażył" (propozycja holenderskich zielonych 75 lat)
Może moja wiedza w zakresie historii jest zbyt mała, ale nie znam kultury pogańskiej, w której funkcjonowałby burdel połączony z kliniką transplantologiczną (lub kanibalizmem). Handlarz dziećmi z filmu Patryka Vegi twierdzi, że ludzie zaangażowani w ten proceder zamiast normalnego pozdrowienia używają satanistycznego, którego nie chciał zacytować na wizji. Profesor Wolniewicz, choć ateista, bardzo trafnie rozpoznał "pobieranie narządów" jako współczesny kanibalizm. To dowód na istnienie prawa naturalnego, które jest dostępne każdemu człowiekowi dobrej woli. Prawda istnieje i jest możliwa do poznania, to samo odnosi się do Dobra i Piękna.