Dziś przy okazji święta Matki Boskiej Częstochowskiej przeor dominikanów we Wrocławiu uraczył nas kazaniem o tzw kryzysie pedofilskim Kościoła w Pensylwanii, liście interwencyjnym papieża Franciszka do wiernych i klerykalizmie, a zakończył zapewnieniem, że w Polsce jest gorzej pod tym względem niż gdziekolwiek na świecie.
Nie zamierzam umniejszać winy pedofilów, ani cierpienia ich ofiar, ale wydaje mi się że należało jednak uszanować dzisiejszą uroczystość i powstrzymać się od komentowania nie potwierdzonych doniesień medialnych.
Tak się składa, że tuż przed mszą oglądałam na youtube program Petera Hellanda z udziałem E.Michaela Jonesa pt The Pennsylvania Priest Scandal and Iran? (https://youtu.be/8XZ_SQMLjTU), w którym dokładnie ten temat był omawiany. Dowiedziałam się, że z 300 oskarżonych o pedofilię księży tylko przeciwko dwóm zebrano dowody umożliwiające wszczęcie postępowania sądowego, na razie nikomu niczego nie udowodniono. W naszym systemie prawnym człowiek jest niewinny, dopóki nie dowiedzie się jego winy, czyż nie?
Podobne polowanie na czarownice miało miejsce w Filadelfii i wtedy nie zdołano postawić ani jednego księdza przed sądem z braku dowodów. Po zmianie prokuratora pewien więzień narkoman nagle przypomniał sobie , ze jest ofiarą księdza pedofila i tylko na podstawie jego zeznań wsadzono do więzienia 60-letniego salezjanina. Na skutek braku dostępu do leków człowiek zmarł. Potem wyszło na jaw, że zeznania więźnia narkomana były wyssane z palca, a nowy prokurator okazał się człowiekiem głęboko skorumpowanym i sam skończył w pierdlu.
E.Michael Jones - podobnie jak nasz ks Oko - stawia tezę, że problemem Kościoła nie jest pedofilia tylko homoseksualizm. Dobrze widoczne jest to na przykładzie kardynała McCarricka, który -podobnie jak nasz arcybiskup Paetz - sypiał z klerykami. Wszyscy o tym wiedzieli od lat i nikt nie reagował, konserwatyści nie chcieli niszczyć dobrego imienia Kościoła, liberałowie nie byli zainteresowani przypadkiem nie pasującym do stworzonego przez siebie stereotypu księdza-pedofila. Poza tym homoseksualistów - świętych krów naszych czasów - nie wolno krytykować, czyż nie? Skandal wybuchł, kiedy ktoś nagle przypomniał sobie, że i on był molestowany przez kardynała jako 15-latek. Jest nieletni, sprawę można sprzedać jako pedofilię, która w świetle prawa jest przestępstwem, a za tym idą roszczenia finansowe itp.
Każdy, kto interesował się kiedykolwiek kulturą antyczną, ma pewne pojęcie jak wyglądały typowe związki homoseksualne w starożytnej Grecji. Były to relacje dojrzałych mężczyzn z młodymi chłopcami - efebami. Pierwsi pełnili rolę czynną (miłośnicy), drudzy bierną (oblubieńcy). (Dorosły mężczyzna za bierne oddawanie w akcie homoseksualnym tracił szlachectwo). Oprócz różnicy wieku i pozycji społecznej, miłośnik i oblubieniec pozostawali często w relacji zależności uczeń - mistrz, ewentualnie przełożony - podwładny. Starszy mężczyzna był zainteresowany pięknem młodego ciała, młodszy wyższością intelektualną, sławą, pozycją społeczną lub bogactwem swego kochanka (lub znosił jego umizgi dla kariery).
Analogia z nadużyciami seksualnymi w Kościele jest rzucająca się w oczy. Ofiarami tzw pedofilii są prawie zawsze chłopcy lub młodzi mężczyźni, ministranci, klerycy, nowicjusze w zakonach lub młodzi księża. Są molestowani lub uwodzeni przez starszych od siebie mężczyzn, którym w jakimś stopniu ufają jak uczeń mistrzowi, Zgadzają się się na ich umizgi z zaskoczenia lub dla kariery (ewentualnie biorą je za miłość, której desperacko pragną).
Dla innych homoseksualizm jest erzatzem niedostępnego związku z kobietą (jak nie przymierzając w Legionie Tebańskim), pozbawionym ryzyka powołania do życia nowej, kłopotliwej istoty ludzkiej. Także mizoginię typową dla homoseksualnych mężczyzn, dla których kobiety są konkurencją, można często spotkać wśród ludzi Kościoła. Homoseksualni guru zniechęcają swoich młodych adeptów do kobiet jako istot niższych, godnych pogardy. Zbyt często stykałam się z takim stosunkiem pracując w seminarium, by uznać go za wyniesiony ze specyficznych środowisk rodzinnych. Wydawał się raczej produktem tzw formacji kleryków.
Podtrzymywanie histerii pt pedofilia w Kościele jest na rękę dwóm środowiskom - zewnętrznym odwiecznym wrogom, którzy widzą w niej narzędzie do zniszczenia jego wpływu i wykończenia finansowo- oraz wewnętrznego homolobby, które pragnie odwrócenia uwagi od swojej aktywności i coraz większych wpływów.
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
niedziela, 26 sierpnia 2018
środa, 18 lipca 2018
Jeszcze o dominikanach przy okazji wymuszonej bezsenności
Godzina 3.40 w nocy. Nie śpię, bo wzywałam policję do imprezy w "mieszkaniu studenckim". Zanim przyjechali impreza się uspokoiła - typowe. Druga noc do tyłu, bo poprzedniej nie spałam z nerwów przed "rozmową rekrutacyjną" (biorę udział w konkursie na stanowisko w pewnej instytucji kultury). Nie wypadłam dzisiaj zbyt dobrze, a kandydatów jak psów.
Międzyczasie tzn w ostatnią niedzielę nowa porcja herezji u dominikanów by o. Kuśmierski, który odprawiał mszę o 12. Ten człowiek nie może się powstrzymać od manifestowania swoich sympatii politycznych w czasie eucharystii. 3 maja nawoływał wiernych do przestrzegania konstytucji, która jest "aktem założycielskim" naszego narodu, o ile dobrze pamiętam użyte sformułowanie. Trudno powiedzieć co przez to rozumiał - czy to, że przed konstytucją Kwaśniewskiego nasz naród nie istniał? A może - podobnie jak Petru (kto go jeszcze pamięta!) - myślał, że konstytucja 3 maja ciągle obowiązuje? Pominę ten wątek miłosiernym milczeniem. Zakonnikowi (nawet dominikańskiemu) można wybaczyć nieznajomość historii, ale on sam nie powinien się popisywać podczas eucharystii brakami w wykształceniu ogólnym.
Ostatnio - komentując ewangelię o posłaniu uczniów dwójkami i ich zadziwieniu cudami, które Bóg przez nich zdziałał - pozwolił sobie na śmiałą interpretację "egzorcyzmów" opisanych na kartach Pisma Świętego . Otóż dowiadujemy się, że Jezus i jego uczniowie nie koniecznie wypędzali "tego z rogami" ( tzn inteligentne byty duchowe wrogie człowiekowi), lecz zatwardziałość serca, która nie pozwala nam przyjąć uchodźców. Owa niechęć - jak rozumiem - czasem była tak potężna, że wcielała się w stado świń i rzucała do morza.
Zawsze czuję się dziwnie słysząc duchownego, który wstydzi się nauki, którą powinien głosić, więc zamiast tego mizdrzy się do swego targetu dając do zrozumienia, że mimo habitu jest cool guy. Nie wiem jaką grupę docelową o.Kuśmierski ma przed oczami duszy wypowiadając podobne kawałki, ale raczej słabo obecną w Kościele. Rozumiem, że teraz taki "trynd" - ignorować obecnych, ewentualnie ich strofować, a kokietować tych, których nie ma. Ta strategia nie wydaje mi prowadzić do skutecznej ewangelizacji, raczej do zniechęcenia wiernych i utraty autorytetu duchownych, którzy w swej gorliwości w schlebianiu wszelkim nieuporządkowanym postawom wyglądają śmiesznie i żałośnie.
Przeciętny wierny nie musiał osobiście zetknąć się z opętaniem, ale zwykle ma doświadczenie destruktywnych myśli, które bierze za swoje własne. Świadomość, że mogą być suflowane przez "tego z rogami" z czystej nienawiści, bardzo pomogłaby niejednemu pogrążonemu w depresji i myślach samobójczych. Wyzwoliłaby zdrowy odruch oporu przeciw oczywistemu wrogowi i nie pozwoliłaby na uwewnętrznianie sugestii i oskarżeń agresora. Duchowni protekcjonalnie wyrażający się o wierze w "tego z rogami" wyświadczają takim wiernym niedźwiedzią przysługę. Świadomość realności walki duchowej bardzo by nam wszystkim pomogła. Umielibyśmy rozpoznać atak wiadomej centrali i ćwiczylibyśmy się w obronie. Każdy przeżyty dzień uszczęśliwiałby nas - wszak na wojnie to nie jest rzecz oczywista. Nie przywiązywalibyśmy wagi do upokorzeń, sińców i zadrapań jakie serwuje nam życie - napełniałaby nas wdzięczność, że uszliśmy z życiem z kolejnej zasadzki.
A propos "uchodźców" Jezus bardzo brutalnie wypowiedział się w kwestii ordo caritatis - "niedobrze jest zabrać chleb dzieciom i dać go psom". Mówił to do kobiety obcego plemienia, która prosiła o uwolnienie córki od złego ducha. Nie wybierała się do Izraela po socjal, nie zamierzała nikogo zgwałcić, ani wysadzić w powietrze.
Międzyczasie tzn w ostatnią niedzielę nowa porcja herezji u dominikanów by o. Kuśmierski, który odprawiał mszę o 12. Ten człowiek nie może się powstrzymać od manifestowania swoich sympatii politycznych w czasie eucharystii. 3 maja nawoływał wiernych do przestrzegania konstytucji, która jest "aktem założycielskim" naszego narodu, o ile dobrze pamiętam użyte sformułowanie. Trudno powiedzieć co przez to rozumiał - czy to, że przed konstytucją Kwaśniewskiego nasz naród nie istniał? A może - podobnie jak Petru (kto go jeszcze pamięta!) - myślał, że konstytucja 3 maja ciągle obowiązuje? Pominę ten wątek miłosiernym milczeniem. Zakonnikowi (nawet dominikańskiemu) można wybaczyć nieznajomość historii, ale on sam nie powinien się popisywać podczas eucharystii brakami w wykształceniu ogólnym.
Ostatnio - komentując ewangelię o posłaniu uczniów dwójkami i ich zadziwieniu cudami, które Bóg przez nich zdziałał - pozwolił sobie na śmiałą interpretację "egzorcyzmów" opisanych na kartach Pisma Świętego . Otóż dowiadujemy się, że Jezus i jego uczniowie nie koniecznie wypędzali "tego z rogami" ( tzn inteligentne byty duchowe wrogie człowiekowi), lecz zatwardziałość serca, która nie pozwala nam przyjąć uchodźców. Owa niechęć - jak rozumiem - czasem była tak potężna, że wcielała się w stado świń i rzucała do morza.
Zawsze czuję się dziwnie słysząc duchownego, który wstydzi się nauki, którą powinien głosić, więc zamiast tego mizdrzy się do swego targetu dając do zrozumienia, że mimo habitu jest cool guy. Nie wiem jaką grupę docelową o.Kuśmierski ma przed oczami duszy wypowiadając podobne kawałki, ale raczej słabo obecną w Kościele. Rozumiem, że teraz taki "trynd" - ignorować obecnych, ewentualnie ich strofować, a kokietować tych, których nie ma. Ta strategia nie wydaje mi prowadzić do skutecznej ewangelizacji, raczej do zniechęcenia wiernych i utraty autorytetu duchownych, którzy w swej gorliwości w schlebianiu wszelkim nieuporządkowanym postawom wyglądają śmiesznie i żałośnie.
Przeciętny wierny nie musiał osobiście zetknąć się z opętaniem, ale zwykle ma doświadczenie destruktywnych myśli, które bierze za swoje własne. Świadomość, że mogą być suflowane przez "tego z rogami" z czystej nienawiści, bardzo pomogłaby niejednemu pogrążonemu w depresji i myślach samobójczych. Wyzwoliłaby zdrowy odruch oporu przeciw oczywistemu wrogowi i nie pozwoliłaby na uwewnętrznianie sugestii i oskarżeń agresora. Duchowni protekcjonalnie wyrażający się o wierze w "tego z rogami" wyświadczają takim wiernym niedźwiedzią przysługę. Świadomość realności walki duchowej bardzo by nam wszystkim pomogła. Umielibyśmy rozpoznać atak wiadomej centrali i ćwiczylibyśmy się w obronie. Każdy przeżyty dzień uszczęśliwiałby nas - wszak na wojnie to nie jest rzecz oczywista. Nie przywiązywalibyśmy wagi do upokorzeń, sińców i zadrapań jakie serwuje nam życie - napełniałaby nas wdzięczność, że uszliśmy z życiem z kolejnej zasadzki.
A propos "uchodźców" Jezus bardzo brutalnie wypowiedział się w kwestii ordo caritatis - "niedobrze jest zabrać chleb dzieciom i dać go psom". Mówił to do kobiety obcego plemienia, która prosiła o uwolnienie córki od złego ducha. Nie wybierała się do Izraela po socjal, nie zamierzała nikogo zgwałcić, ani wysadzić w powietrze.
sobota, 16 czerwca 2018
O podziale naszego społeczeństwa biegnącym w poprzek
Przedwczoraj obejrzałam na YouTube występ O.Jacka Norkowskiego u Roli wrealu24 (https://www.youtube.com/watch?v=teUv3g6eVOU). Przyznam, że sam fakt pojawienia się dominikanina w tak prawicowej "telewizji" dosyć mnie zaskoczył, zważywszy, co jego liczni współbracia (w tym prowincjał) wygłaszają publicznie i w jakim duchu prowadzona jest ich strona. Ojciec Jacek mówił głównie o kwestii pobierania narządów od żywych de facto ludzi, a przy okazji wygłosił kilka przytomnych uwag na temat kondycji Kościoła i społeczeństwa. W pewnym momencie powołał nawet na dr Stanisława Krajskiego.
Właściwie mogę się podpisać pod wszystkim, co powiedział. W kwestiach medycznych nie mam wiedzy, ale zawsze intuicyjnie czułam, że pobieranie organów (i handel nimi) jest samo w sobie bardzo podejrzane moralnie, a przy tym stwarza możliwość niewyobrażalnych wprost nadużyć. Śp prof. Wolniewicz nazywał to współczesnym kanibalizmem. Trudno się z nim nie zgodzić patrząc na przypadek zmarłego niedawno Davida (?) Rockefellera, który zużył coś około 6 serc, żeby dożyć powyżej setki. 6 młodych osób musiało zostać zabitych, żeby podtrzymać życie starego, nadzianego dziada. Wszystkie opowieści o wampirach i hrabinie Batory bledną przy tej prawdziwej historii, która rozgrywała się w naszych czasach i na naszych oczach.
Zdałam sobie sprawę, jak bardzo wszystkie środowiska w naszym kraju są podzielone w kwestii poglądów i to nie tylko politycznych. Byłam niedawno na spotkaniu mojego roku przy okazji 100 lecia KULu. Wszyscy (prawie) staraliśmy się unikać tematów stricte politycznych, żeby nie popsuć przyjemnej atmosfery. Niestety, zwolennicy totalnej opozycji wydają się mieć przymus manifestowania swoich przekonań przy okazji każdego najniewinniejszego tematu i to w sposób niezwykle agresywny i arogancki. Ich poczucie wyższości jest niewyobrażalne, a jakość argumentów wyjątkowo mizerna. Ograniczają się one do kilku frazesów - Polak-katolik to paskudna szuja, Kaczyński jest żądny władzy, a PiS to narodowcy (jeśli nie faszyści). Jak można wygłaszać coś takiego z powagą i poczuciem misji jest dla mnie tajemnicą. Wiele można zarzucić Polakom, katolikom, Kaczyńskiemu i PiSowi, ale akurat nie to.
Zawsze się zastanawiałam skąd pewni ludzie czerpią owo poczucie wyższości, zupełnie nieuzasadnione dla patrzących z zewnątrz. Zwykle okazuje się, że z "właściwych" znajomości i koneksji rodzinnych. Z punktu widzenia kogoś takiego ludzie spoza kręgu "uprzywilejowanych" po prostu nie istnieją. Tego rodzaju podejście pewnej grupy osób położyło się cieniem na atmosferze na naszym roku na początku studiów. Na szczęście owa grupa rozproszyła się z czasem, rozjechała po świecie, żeby upajać się swoją wyższością gdzie indziej. Pozostała jej część z konieczności musiała zniżyć się do towarzystwa pogardzanych "gorszych". Z kilkoma osobami rozmawiałam po raz pierwszy 25 lub 29 po skończeniu studiów!!!
Tragikomiczną konsekwencja naszego podziału politycznego jest zupełnie inny zestaw informacji o świecie, którym dysponują strony sporu. Spędziłam dłuższy czas zabawiając gospodarzy uwagami o niebezpieczeństwie amerykańskiej ustawy 447 i referendum w Irlandii (chcąc przenieść dyskusję na bezpieczniejszy teren polityki światowej), aby dowiedzieć się w końcu, że nie mają pojęcia o czym mówię. Z kolei ja sama, słysząc, że Biedroń sprawdził się w Słupsku i byłby odpowiednim kandydatem na prezydenta RP, dłuższą chwilę zastanawiałam się czy to dowcip czy wręcz przeciwnie.
Pewien kolega opowiedział wzruszającą historię uzdrowienia swojej córki za przyczyną św. Charbela. Część towarzystwa wyrażała zachwyt i wykazywała się znajomością życia i cudów owego maronickiego mnicha, cześć milczała zażenowana. Moja gospodyni była szczerze zdziwiona, że tak wielu dobrych znajomych jest zorientowanych w temacie, a ona słyszy o nim po raz pierwszy. "Skąd miałabym o tym wiedzieć!" zapytała z odcieniem irytacji w glosie. Odpowiedź "z prasy i stron katolickich" zamarła mi na wargach kiedy uświadomiłam sobie, że jedynym tytułem pretendującym do tej kategorii w jej domu jest (prenumerowany) Tygodnik Powszechny.
Właściwie mogę się podpisać pod wszystkim, co powiedział. W kwestiach medycznych nie mam wiedzy, ale zawsze intuicyjnie czułam, że pobieranie organów (i handel nimi) jest samo w sobie bardzo podejrzane moralnie, a przy tym stwarza możliwość niewyobrażalnych wprost nadużyć. Śp prof. Wolniewicz nazywał to współczesnym kanibalizmem. Trudno się z nim nie zgodzić patrząc na przypadek zmarłego niedawno Davida (?) Rockefellera, który zużył coś około 6 serc, żeby dożyć powyżej setki. 6 młodych osób musiało zostać zabitych, żeby podtrzymać życie starego, nadzianego dziada. Wszystkie opowieści o wampirach i hrabinie Batory bledną przy tej prawdziwej historii, która rozgrywała się w naszych czasach i na naszych oczach.
Zdałam sobie sprawę, jak bardzo wszystkie środowiska w naszym kraju są podzielone w kwestii poglądów i to nie tylko politycznych. Byłam niedawno na spotkaniu mojego roku przy okazji 100 lecia KULu. Wszyscy (prawie) staraliśmy się unikać tematów stricte politycznych, żeby nie popsuć przyjemnej atmosfery. Niestety, zwolennicy totalnej opozycji wydają się mieć przymus manifestowania swoich przekonań przy okazji każdego najniewinniejszego tematu i to w sposób niezwykle agresywny i arogancki. Ich poczucie wyższości jest niewyobrażalne, a jakość argumentów wyjątkowo mizerna. Ograniczają się one do kilku frazesów - Polak-katolik to paskudna szuja, Kaczyński jest żądny władzy, a PiS to narodowcy (jeśli nie faszyści). Jak można wygłaszać coś takiego z powagą i poczuciem misji jest dla mnie tajemnicą. Wiele można zarzucić Polakom, katolikom, Kaczyńskiemu i PiSowi, ale akurat nie to.
Zawsze się zastanawiałam skąd pewni ludzie czerpią owo poczucie wyższości, zupełnie nieuzasadnione dla patrzących z zewnątrz. Zwykle okazuje się, że z "właściwych" znajomości i koneksji rodzinnych. Z punktu widzenia kogoś takiego ludzie spoza kręgu "uprzywilejowanych" po prostu nie istnieją. Tego rodzaju podejście pewnej grupy osób położyło się cieniem na atmosferze na naszym roku na początku studiów. Na szczęście owa grupa rozproszyła się z czasem, rozjechała po świecie, żeby upajać się swoją wyższością gdzie indziej. Pozostała jej część z konieczności musiała zniżyć się do towarzystwa pogardzanych "gorszych". Z kilkoma osobami rozmawiałam po raz pierwszy 25 lub 29 po skończeniu studiów!!!
Tragikomiczną konsekwencja naszego podziału politycznego jest zupełnie inny zestaw informacji o świecie, którym dysponują strony sporu. Spędziłam dłuższy czas zabawiając gospodarzy uwagami o niebezpieczeństwie amerykańskiej ustawy 447 i referendum w Irlandii (chcąc przenieść dyskusję na bezpieczniejszy teren polityki światowej), aby dowiedzieć się w końcu, że nie mają pojęcia o czym mówię. Z kolei ja sama, słysząc, że Biedroń sprawdził się w Słupsku i byłby odpowiednim kandydatem na prezydenta RP, dłuższą chwilę zastanawiałam się czy to dowcip czy wręcz przeciwnie.
Pewien kolega opowiedział wzruszającą historię uzdrowienia swojej córki za przyczyną św. Charbela. Część towarzystwa wyrażała zachwyt i wykazywała się znajomością życia i cudów owego maronickiego mnicha, cześć milczała zażenowana. Moja gospodyni była szczerze zdziwiona, że tak wielu dobrych znajomych jest zorientowanych w temacie, a ona słyszy o nim po raz pierwszy. "Skąd miałabym o tym wiedzieć!" zapytała z odcieniem irytacji w glosie. Odpowiedź "z prasy i stron katolickich" zamarła mi na wargach kiedy uświadomiłam sobie, że jedynym tytułem pretendującym do tej kategorii w jej domu jest (prenumerowany) Tygodnik Powszechny.
środa, 6 czerwca 2018
Na marginesie sprawy Tommy Robinsona
Obejrzałam na YouTube streaming Tommy Robinsona zakończony jego aresztowaniem. Oficjalny powód, który podali policjanci to "breach of peace" (zakłócanie spokoju) o ile dobrze pamiętam. Owo zakłócanie spokoju polegało na filmowanie budynku sądu w Leeds, w którym odbywał się proces członku tzw "grooming" gangu. Takie gangi działały i działają w małych miastach pn Anglii, gdzie pakistańscy mężczyźni eksploatują seksualnie białe dziewczęta w wieku szkolnym (10-16 lat) z rodzin robotniczych. Ich ofiary najczęściej pochodzą z dysfunkcyjnych rodzin nie zapewniających im należytej opieki. Najpierw pakistańscy młodzieńcy w zbliżonym wieku "zaprzyjaźniają" się z nimi. Dziewczęta żyją w przekonaniu, ze wchodzą w "relację", potem zostają przedstawione starszym mężczyznom, gwałcone (często grupowo), odurzane, uprowadzane, zmuszane do prostytucji czasem torturowane i zabijane. Proceder trwa od lat 80-tych. Ilość ofiar jest niewiarygodna (400 000 jeśli czegoś nie pomyliłam). Wszystkie sygnały docierające do policji były ignorowane ze względu na polityczną poprawność. Sprawcy latami mogli całkowicie bezkarnie uprawiać swój proceder, a ofiary były uciszane i zastraszane. Tommy Robinson dla kontrastu został posadzony w 5 godz. na 13 miesięcy do więzienia (co może zakończyć się jego śmiercią zważywszy ilość muzułmańskich osadzonych zaludniających ten przybytek) za próbę poinformowania opinii publicznej o wyniku procesu.
Również na YouTube widziałam film zrobiony komórką, przez starszą panią, która zapytała policjanta dlaczego pozwala się muzułmanom na publiczne modły w Hyde Parku, skoro według regulaminu grupowa modlitwa jest tam zabroniona dla wyznawców wszystkich religii. Zirytowany policjant odszczekuje jej niezbyt grzecznie "because my boss said so". Gromada muzułmańskich mężczyzn zaczyna wrzeszczeć na nią na wyścigi. Nieustraszona niewiasta nie daje się sterroryzować i odwołuje się do zasad, które powinny obowiązywać wszystkich. Muzułmanie mają ubaw, a policja staje po ich stronie. Na drugi dzień kobieta zostaje aresztowana - funkcjonariusze przychodzą do jej domu i ewidentnie zakuwają "groźną przestępczynie" w kajdanki pokrzykując dziarsko.
Na kolejnym filmie młoda para z Austrii opowiada wspomnianemu Tommy Robinsonowi (przed uwięzieniem) o tym jak zostali zatrzymani na lotnisku i osadzeni w areszcie za chęć przeprowadzenia z nim wywiadu (dziewczyna) i planowany występ w "speaker's corner" w Hyde Parku na temat wolności słowa (chłopak).
Nie muszę dodawać, że muzułmańskich terrorystów wpuszcza się bez żadnej kontroli, nawet jeśli znani są służbom w całej Europie, żeby mogli spokojnie podrzynać gardła przechodniom i turystom na Tower Bridge.
Czym to wszystko wyjaśnić? Racjonalnie się nie da. Brak danych. Fantastycznie brzmiące hipotezy dr Stanisława Krajskiego przestają być intelektualną rozrywką, przynajmniej proponują jakieś wyjaśnienie - masoni rządzą światem (na którymś tam stopniu przerabiają islam). Masoni czy nie, ale narodami europejskimi rządzą ludzie jawnie im wrodzy, i to nie tylko naszym nieszczęsnym kondominium, lecz także państwami potężnymi jak Wielka Brytania czy Niemcy. Ze szczególnym okrucieństwem rzucają na pożarcie najsłabszych - kobiety i dzieci - wyhodowanemu przez siebie potworowi, który jak nie przymierzając Minotaur czy inny Smok Wawelski regularnie żąda młodej krwi. Ofiary z ludzi - miliony wyabortowanych płodów, dzieci zabierane rodzicom pod najbardziej idiotycznymi pretekstami i tysiące dziewcząt w wieku szkolnym gwałconych przez muzułmanów przy cichej aprobacie władz. To jest obłęd albo coś znacznie, znacznie gorszego!
Również na YouTube widziałam film zrobiony komórką, przez starszą panią, która zapytała policjanta dlaczego pozwala się muzułmanom na publiczne modły w Hyde Parku, skoro według regulaminu grupowa modlitwa jest tam zabroniona dla wyznawców wszystkich religii. Zirytowany policjant odszczekuje jej niezbyt grzecznie "because my boss said so". Gromada muzułmańskich mężczyzn zaczyna wrzeszczeć na nią na wyścigi. Nieustraszona niewiasta nie daje się sterroryzować i odwołuje się do zasad, które powinny obowiązywać wszystkich. Muzułmanie mają ubaw, a policja staje po ich stronie. Na drugi dzień kobieta zostaje aresztowana - funkcjonariusze przychodzą do jej domu i ewidentnie zakuwają "groźną przestępczynie" w kajdanki pokrzykując dziarsko.
Na kolejnym filmie młoda para z Austrii opowiada wspomnianemu Tommy Robinsonowi (przed uwięzieniem) o tym jak zostali zatrzymani na lotnisku i osadzeni w areszcie za chęć przeprowadzenia z nim wywiadu (dziewczyna) i planowany występ w "speaker's corner" w Hyde Parku na temat wolności słowa (chłopak).
Nie muszę dodawać, że muzułmańskich terrorystów wpuszcza się bez żadnej kontroli, nawet jeśli znani są służbom w całej Europie, żeby mogli spokojnie podrzynać gardła przechodniom i turystom na Tower Bridge.
Czym to wszystko wyjaśnić? Racjonalnie się nie da. Brak danych. Fantastycznie brzmiące hipotezy dr Stanisława Krajskiego przestają być intelektualną rozrywką, przynajmniej proponują jakieś wyjaśnienie - masoni rządzą światem (na którymś tam stopniu przerabiają islam). Masoni czy nie, ale narodami europejskimi rządzą ludzie jawnie im wrodzy, i to nie tylko naszym nieszczęsnym kondominium, lecz także państwami potężnymi jak Wielka Brytania czy Niemcy. Ze szczególnym okrucieństwem rzucają na pożarcie najsłabszych - kobiety i dzieci - wyhodowanemu przez siebie potworowi, który jak nie przymierzając Minotaur czy inny Smok Wawelski regularnie żąda młodej krwi. Ofiary z ludzi - miliony wyabortowanych płodów, dzieci zabierane rodzicom pod najbardziej idiotycznymi pretekstami i tysiące dziewcząt w wieku szkolnym gwałconych przez muzułmanów przy cichej aprobacie władz. To jest obłęd albo coś znacznie, znacznie gorszego!
poniedziałek, 4 czerwca 2018
O homoseksualizmie w Kościele
Wczoraj znalazłam na stronie Lifesite (https://www.lifesitenews.com/blogs/vatican-gay-sex-orgy-12-facts-you-need-to-know) wpis na blogu Pete'a Baklinskiego (ze zdjęciem poniżej) o zeszłorocznej (6.07.2017) homoseksualnej orgii w Watykanie,w budynku przylegającym do bazyliki Św Piotra. Gospodarzem był Monsignor Luigi Capozzi sekretarz kardynała Francesco Coccopalmerio, bliskiego współpracownika papieża Fanciszka.
Monsignor Capozzi był tak zaćpany kokainą, że odwieziono go do szpitala na detox. Długo udawało mu się uniknąć zatrzymania z ładunkiem narkotyku, którym "uatrakcyjniał" swoje homoseksualne orgie, gdyż jeździł luksusowym BMW z numerami stolicy apostolskiej, co czyniło go nietykalnym dla włoskiej policji. Jednakże częste skargi mieszkańców budynku na podejrzaną nocną aktywność skłoniły policję do wkroczenia na jedno z takich "przyjęć" i zatrzymania gospodarza.
Capozzi miał zostać biskupem za rekomendacją swojego szefa. Obecnie przebywa w klasztorze (otwartym) na rekolekcjach. Nie ma wzmianki o wyrzuceniu go ze stanu duchownego. Spekuluje się, że kardynał Coccopalmerio wiedział o "towarzyskiej aktywności" swojego sekretarza, ale nie reagował. Kardynał jest znany z podkreślania "pozytywnych aspektów" związków homoseksualnych i opublikowania książki broniącej wszystkich "kontrowersyjnych" wskazań Amoris Laetitia.
Podejrzewam, że podobne przyjęcia odbywają się nie tylko w Watykanie. Sama kiedyś uciszałam nocną alkoholową imprezę w pewnym domu rekolekcyjnym, na której ksiądz gościł ministrantów w wieku gimnazjalnym (przez kilka nocy z rzędu).
Monsignor Capozzi był tak zaćpany kokainą, że odwieziono go do szpitala na detox. Długo udawało mu się uniknąć zatrzymania z ładunkiem narkotyku, którym "uatrakcyjniał" swoje homoseksualne orgie, gdyż jeździł luksusowym BMW z numerami stolicy apostolskiej, co czyniło go nietykalnym dla włoskiej policji. Jednakże częste skargi mieszkańców budynku na podejrzaną nocną aktywność skłoniły policję do wkroczenia na jedno z takich "przyjęć" i zatrzymania gospodarza.
Capozzi miał zostać biskupem za rekomendacją swojego szefa. Obecnie przebywa w klasztorze (otwartym) na rekolekcjach. Nie ma wzmianki o wyrzuceniu go ze stanu duchownego. Spekuluje się, że kardynał Coccopalmerio wiedział o "towarzyskiej aktywności" swojego sekretarza, ale nie reagował. Kardynał jest znany z podkreślania "pozytywnych aspektów" związków homoseksualnych i opublikowania książki broniącej wszystkich "kontrowersyjnych" wskazań Amoris Laetitia.
![]() |
| Od lewej:monsignor Capozzi, kardynał Coccopalmerio i papież Franciszek |
Zważywszy nadreprezentację homoseksualistów wśród duchowieństwa i całkowitą bezkarność dopuszczających się homoseksualnych praktyk łatwiej zrozumieć kilka zjawisk. Np mogę wyobrazić sobie frustrację księdza-homoseksualisty widzącego dzień w dzień na mszy ten sam zestaw starszych pań, kobiet w średnim wieku i kilku młodszych przytłoczonych nierozwiązywalnymi problemami. Nic dziwnego, że marzy na jawie o muzułmańskich "uchodźcach", smagłych, zdrowych i jurnych młodzieńcach modnie ubranych i ostrzyżonych, wyposażonych w gadżety najnowszej generacji, za cenę których można w Polsce przeżyć rok. Trudno oczekiwać od oszołomionego taką wizją zdrowego rozsądku. On rzeczywiście ma na myśli "miłość" fantazjując o nich. Uporczywie obecni w kościele - w większości kobiety - budzą w nim jedynie obrzydzenie i zniecierpliwienie. Być może stąd te kazania zniechęcające do praktyk religijnych czy oddawania czci Bogu.
Zważywszy myzoginizm homoseksualistów (kobiety są dla nich konkurencją) rozumiem często powtarzające się chamskie zachowania duchownych wobec samotnych kobiet, w tym mnie. Dawanie do zrozumienia, że wynika to z "bycia pokusą" jest mało przekonywujące w moim przypadku zważywszy, że mam lat 52 i zawsze byłam całkowicie pozbawiona kokieterii (uznawszy ją za rodzaj manipulacji, którą się brzydzę). Poza tym z racji stadnego charakteru natury ludzkiej mężczyzn pociągają przede wszystkim kobiety należące do innych mężczyzn - sprawdzony zmierzony wdzięk - czyli mężatki i narzeczone.
Zarzuca się nam, nieatrakcyjnym stałym bywalcom, brak miłosierdzia dla "innego" - grzesznika żyjącego w "nieregularnych związkach" czy muzułmańskiego "uchodźcy". Może jednak należałoby się zastanowić skąd wypływa tak nadzwyczajna i wybiórcza miłość niektórych duchownych do wyżej wspomnianych grup - z Ducha Św czy z podbrzusza (względnie odbytu). A może po z prostej kalkulacji, że w klimacie akceptacji dla wszelkiego seksualnego nieuporządkowania i perwersji homoseksualne orgie wysokich urzędników kurii rzymskiej nie będą nikogo dziwić ani gorszyć.
niedziela, 3 czerwca 2018
O kazaniu o. Kozackiego u dominikanów we Wrocławiu
Wrocławscy dominikanie wybrali nowego-starego przeora i o.Kozacki - prowincjał - przyjechał, żeby go zainstalować. Wygłosił przy okazji kazanie do ogółu wiernych, które wydało mi się dość niepokojące.
Przy okazji czytania o łuskaniu kłosów w szabat stwierdził, że Jezus dokonał "przewrotu kopernikańskiego" wyprowadzając człowieka z uschłą ręką na środek synagogi, że niejako "zastąpił nim" zwoje Tory (ergo Słowo Boże). Żeby przybliżyć nam rewolucyjność tego czynu stwierdził, że to tak jakby postawić publicznego grzesznika na miejsce tabernakulum. Bóg bowiem nie przyszedł na świat aby mu służono i czczono, ale aby nas "obsługiwać". Zamiast więc oddawania mu zbytecznej czci mamy wpatrywać się w owego nieszczęśnika i (jak mniemam) próbować mu pomóc.
Po pierwsze w rzeczonym fragmencie Ewangelii nie ma mowy o zastępowaniu Boga grzesznikiem. Człowiek z uschniętą ręką potrzebował pomocy i przyszedł do synagogi, modlić się do Boga, który jako jedyny mógł mu tej pomocy udzielić, podobnie tysiące wiernych pielgrzymują do wielu sanktuariów na świecie przemierzając niewiarygodne dystanse, narażając się na koszty, niewygody i niebezpieczeństwa. Człowiek z uschnięta ręką miał szczęście, że trafił na Boga wcielonego, współcześni wierni spotykają go w Eucharystii. Skutkiem są dwa rodzaje cudów - uzdrowienia i zaakceptowania swojego cierpienia (nie mniejszy).
Po drugie Jezus postawił człowieka z uschniętą ręką na środku synagogi, gdyż chciał skonfrontować się z czyhającymi na niego wrogami. Owa konfrontacyjna postawa jest bardzo dla niego typowa (low in agreeableness, jakby go określił Jordan Peterson). Prawda nie podlega negocjacjom ani kompromisom. Leży tam gdzie leży, a nie pośrodku, jak chcą ludzie zgodni. Jezus nie jest ani zgodny ani miły.
Po trzecie przeciwstawienie czci oddawanej Bogu i pomocy człowiekowi jest z gruntu fałszywe. Te aktywności NIGDY nie są dla siebie konkurencją. Każdy kto kiedykolwiek opiekował się kimś starszym, śmiertelnie chorym lub niepełnosprawnym, a przy tym silnie toksycznym, wie, że bez modlitwy i sakramentów wyskoczyłby przez okno po kilku godzinach. Podobnie rzecz się ma z ludźmi potrzebującymi pomocy. Marne byłyby ich szanse, gdyby musieli liczyć wyłącznie na bliźnich. Nawet ludzie pełni dobrej woli po prostu nie są w stanie pomóc w wielu rodzajach cierpienia, choćby wypruli z siebie flaki. Może to zrobić wyłącznie Bóg szczególnie obecny w Eucharystii i działający w czasie.
Nie wydaje mi się możliwe, żeby o. Kozacki tego nie wiedział. Pozostaje więc dla mnie tajemnicą co inspiruje tego rodzaju kazania. Wątek spotkania Jezusa w człowieku cierpiącym, potrzebującym i pogardzanym - niskiego stanu, żebraku, chorym, głodnym, brudnym i mocno nieestetycznym jest często eksploatowany w żywotach świętych. Nie przypominam sobie jednak żadnej legendy, w której to Jezus byłby mordercą, oprychem, gwałcicielem, dziwkarzem, sutenerem, cudzołożnikiem, sodomitą, lichwiarzem, handlarzem niewolników, oportunistą czy cynikiem.
Zastanawiałam jakiego rodzaju grzesznikiem o. Kozacki zastąpi w swoim kazaniu tabernakulum. Wydawało mi się, że się obawia i waha. Poprzestał na rozwódce i złodzieju. Metafora pozostaje dla mnie niejasna.
Swoją drogą bardzo jest ciekawe, że samotne kobiety, nawet te żyjące w czystości i nie powodujące zgorszenia, są w Kościele ledwo tolerowane, a jednocześnie zachęca się wiernych do adorowania i przytulania do serca grzeszników publicznych. Jak wyjaśnić fakt, że kapłani, którzy nie są w stanie zdobyć się na standardowe kulturalne zachowanie wobec niezamężnej kobiety (o życzliwości nie wspominając), unoszą się nad niedolą muzułmańskich uchodźców, homoseksualistów czy rozwodników. Czemu ta płomienna miłość do ludzi jest tak wybiórcza? Przypomina zachowanie toksycznego rodzica, który ma zawsze tysiąc powodów, żeby nie kochać własnych dzieci, a zachwycać obcymi.
Może jestem złym człowiekiem, ale mam podejrzenie, że homoseksualizm jest kluczem do problemu. Homolobby jest rzeczywiście wpływowe i wśród miodopłynnej mowy o miłosierdziu forsuje swoją agendę.
Przy okazji czytania o łuskaniu kłosów w szabat stwierdził, że Jezus dokonał "przewrotu kopernikańskiego" wyprowadzając człowieka z uschłą ręką na środek synagogi, że niejako "zastąpił nim" zwoje Tory (ergo Słowo Boże). Żeby przybliżyć nam rewolucyjność tego czynu stwierdził, że to tak jakby postawić publicznego grzesznika na miejsce tabernakulum. Bóg bowiem nie przyszedł na świat aby mu służono i czczono, ale aby nas "obsługiwać". Zamiast więc oddawania mu zbytecznej czci mamy wpatrywać się w owego nieszczęśnika i (jak mniemam) próbować mu pomóc.
Po pierwsze w rzeczonym fragmencie Ewangelii nie ma mowy o zastępowaniu Boga grzesznikiem. Człowiek z uschniętą ręką potrzebował pomocy i przyszedł do synagogi, modlić się do Boga, który jako jedyny mógł mu tej pomocy udzielić, podobnie tysiące wiernych pielgrzymują do wielu sanktuariów na świecie przemierzając niewiarygodne dystanse, narażając się na koszty, niewygody i niebezpieczeństwa. Człowiek z uschnięta ręką miał szczęście, że trafił na Boga wcielonego, współcześni wierni spotykają go w Eucharystii. Skutkiem są dwa rodzaje cudów - uzdrowienia i zaakceptowania swojego cierpienia (nie mniejszy).
Po drugie Jezus postawił człowieka z uschniętą ręką na środku synagogi, gdyż chciał skonfrontować się z czyhającymi na niego wrogami. Owa konfrontacyjna postawa jest bardzo dla niego typowa (low in agreeableness, jakby go określił Jordan Peterson). Prawda nie podlega negocjacjom ani kompromisom. Leży tam gdzie leży, a nie pośrodku, jak chcą ludzie zgodni. Jezus nie jest ani zgodny ani miły.
Po trzecie przeciwstawienie czci oddawanej Bogu i pomocy człowiekowi jest z gruntu fałszywe. Te aktywności NIGDY nie są dla siebie konkurencją. Każdy kto kiedykolwiek opiekował się kimś starszym, śmiertelnie chorym lub niepełnosprawnym, a przy tym silnie toksycznym, wie, że bez modlitwy i sakramentów wyskoczyłby przez okno po kilku godzinach. Podobnie rzecz się ma z ludźmi potrzebującymi pomocy. Marne byłyby ich szanse, gdyby musieli liczyć wyłącznie na bliźnich. Nawet ludzie pełni dobrej woli po prostu nie są w stanie pomóc w wielu rodzajach cierpienia, choćby wypruli z siebie flaki. Może to zrobić wyłącznie Bóg szczególnie obecny w Eucharystii i działający w czasie.
Nie wydaje mi się możliwe, żeby o. Kozacki tego nie wiedział. Pozostaje więc dla mnie tajemnicą co inspiruje tego rodzaju kazania. Wątek spotkania Jezusa w człowieku cierpiącym, potrzebującym i pogardzanym - niskiego stanu, żebraku, chorym, głodnym, brudnym i mocno nieestetycznym jest często eksploatowany w żywotach świętych. Nie przypominam sobie jednak żadnej legendy, w której to Jezus byłby mordercą, oprychem, gwałcicielem, dziwkarzem, sutenerem, cudzołożnikiem, sodomitą, lichwiarzem, handlarzem niewolników, oportunistą czy cynikiem.
Zastanawiałam jakiego rodzaju grzesznikiem o. Kozacki zastąpi w swoim kazaniu tabernakulum. Wydawało mi się, że się obawia i waha. Poprzestał na rozwódce i złodzieju. Metafora pozostaje dla mnie niejasna.
Swoją drogą bardzo jest ciekawe, że samotne kobiety, nawet te żyjące w czystości i nie powodujące zgorszenia, są w Kościele ledwo tolerowane, a jednocześnie zachęca się wiernych do adorowania i przytulania do serca grzeszników publicznych. Jak wyjaśnić fakt, że kapłani, którzy nie są w stanie zdobyć się na standardowe kulturalne zachowanie wobec niezamężnej kobiety (o życzliwości nie wspominając), unoszą się nad niedolą muzułmańskich uchodźców, homoseksualistów czy rozwodników. Czemu ta płomienna miłość do ludzi jest tak wybiórcza? Przypomina zachowanie toksycznego rodzica, który ma zawsze tysiąc powodów, żeby nie kochać własnych dzieci, a zachwycać obcymi.
Może jestem złym człowiekiem, ale mam podejrzenie, że homoseksualizm jest kluczem do problemu. Homolobby jest rzeczywiście wpływowe i wśród miodopłynnej mowy o miłosierdziu forsuje swoją agendę.
Etykiety:
człowiek z uschłą ręką,
dominikanie,
Ewangelia,
homolobby,
Jezus,
łuskanie kłosów w szabat,
miłosierdzie,
o. Kozacki,
uzdrowienie,
Wrocław
niedziela, 20 maja 2018
O nieoczekiwanych skutkach nowenny do Ducha Świętego
Nowennę do Ducha Świętego odmawiałam w konkretnej intencji, a mianowicie o światło co mam robić w nieciekawej sytuacji życiowej (mówiąc najogólniej). Na brak odpowiedzi albo jej niejednoznaczność nie mogę narzekać. Duch Święty nakazał mi dwie rzeczy: posprzątać w domu (put your house into perfect order słowami Jordana Petersona) i wrócić do uprawiania malarstwa, które zarzuciłam zwątpiwszy w sens tej działalności.Wysprzątawszy więc pokój na glanc wyciągnęłam pozasychane sfatygowane i nieliczne tubki z resztkami farb olejnych, znalazłam niewielką buteleczkę terpentyny i dawno temu przygotowane podobrazie z płyty pilśniowej z zaczętym autoportretem. Wszystko to z epoki przed załamaniem się we mnie wiary w siebie i sensowność swoich wyborów.
Pierwszym skutkiem tego natchnienia jest konkretny malunek, wygląda tak:
Pierwszym skutkiem tego natchnienia jest konkretny malunek, wygląda tak:
Po drugie: moje pięćdziesiąte ósme zapalenie zatok w tym sezonie zniknęło bez śladu. Zastanawiałam się czy nie odstawić przepisanego antybiotyku (pięćdziesiątego ósmego w tym sezonie), który właśnie zaczęłam przyjmować.
Po trzecie: zaczęłam śmielej korzystać z przestrzeni wspólnej bloku, w którym mieszkam (suszarni) tym samym komunikując sąsiadom, że nie będą jej zawłaszczać bez oporu.
Po czwarte: zaczęłam generalne porządki w kuchni - udało mi się ponaprawiać zdezelowane zawiasy drzwi szafek i prowadnice szuflad. Powywalałam nagromadzony przez wieki (za życia rodziców) osad dziejów i sensowniej zorganizowałam przestrzeń. Mam jeszcze w tej materii sporo pracy przed sobą, ale dobry początek został poczyniony.
Nie spałam po nocach podekscytowana planami ulepszeń, które wprowadzę i pomysłami, co da się wykorzystać jako podobrazie. Moja siostra zauważyła przytomnie, że nawet jeśli jedynym skutkiem mojego malowania będzie koniec nieustających infekcji dróg oddechowych i wypędzenie moli z mieszkania (zapach terpentyny) to ekonomicznie jest to wystarczająco korzystne. Pieniądze zaoszczędzone na antybiotykach mogę przeznaczyć na farby i pędzle.
Patrząc z punktu widzenia wiary (której wciąż mi brak) ten czas niepewności jest być może darem od Boga kiedy mogę robić to, czego zawsze pragnęłam, do czego czułam się stworzona i powołana.
Moje powołanie nie zostało potwierdzone wprawdzie przez społeczne zapotrzebowanie, ale jego zaniechanie spowodowało nieustanne problemy ze zdrowiem i zablokowanie energii życiowej. Dla mnie to wystarczająco przekonujący argument.
Niedawno na stronie dominikańskiej przeczytałam zadziwiająco przytomny wywiad z O.Popławskim, w którym wypowiedział się na temat "potrzebności" jako kryterium oceny sensowności własnej drogi. Uznał, że "bycie nikomu niepotrzebnym" nie jest argumentem za jej kwestionowaniem albo porzuceniem. Couldn't agree more z drobnym zastrzeżeniem, że w przypadku ludzi świeckich "niepotrzebność" powoduje bardzo konkretne skutki ekonomiczne, które łatwo uznać za głos Boga.
P.S.
Dziś u dominikanów przykładna uroczysta liturgia jak przystało na wielkie święto, zero herezji w homilii. Miałam przemożne wrażenie, ze ktoś przywołał ich do porządku. Duch Święty?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
