czwartek, 18 stycznia 2018

O wadach wzroku i pomaganiu

Wady wzroku - jak wiadomo - są bardzo różne.
Ja sama cierpię na wrodzoną nadwzroczność (dalekowzroczność) na poziomie mniej więcej +5 dioptrii, której towarzyszy silny astygmatyzm (ok.2), a szkła do okularów do czytania muszę specjalnie zamawiać za ciężkie pieniądze, bo tak mocne nie są normalnie dostępne w handlu (w przeciwieństwie do krótkowidzów, dalekowidzom wada się mocno pogłębia z wiekiem). W wieku ok. 5 lat miałam operację na prawym oku, która nie do końca się udała, i w dalszym ciągu widzę nim znacznie gorzej niż lewym. Okulary nosiłam całe dzieciństwo. Przez pewien czas zaklejano mi moje dobre "lewe oczko", żeby gorsze, prawe, zmusić do wysiłku. Musiałam także ćwiczyć na tzw. "krzyżaku" ich koordynację. Okularów nienawidziłam namiętnie, porzuciłam je w liceum - młode mięśnie potrafią niejedno przezwyciężyć dodatkowym wysiłkiem - a wróciłam (do nich) dopiero pod czterdziestkę zmuszona regularnie nawracającymi potężnymi migrenami.



Mimo tych ograniczeń od dziecka z upodobaniem malowałam rysowałam, czytałam, robiłam na drutach i szyłam. Robię to wszystko nadal choć od czasu upowszechnienia się komputerów w mniejszym stopniu.

Najzabawniejsze jednak jest to, że przy wszystkich tych wadach widzę rzeczy, których inni zdają się nie dostrzegać. Oko do kolorów i form, czy zdolność rozróżniania większej ilości odcieni każdej barwy, jest zapewne przekazywane genetycznie w pakiecie pt zdolności plastyczne, którymi Pan Bóg hojnie obdarzył rodzinę mojej matki. Ja jednak mam na myśli coś zupełnie innego, co zilustruje kilkoma przykładami.

Jest rok 1990 mam lat 24, pracuje w zbiorach graficznych pewnej dużej biblioteki naukowej. Siedzę z kolegą w pizzerii na ul. Szewskiej (o ile dobrze pamiętam). Nie było wolnych stolików więc dosiedliśmy się do samotnego chłopca lat ok. 10-12 bezskutecznie usiłującego zwrócić uwagę kelnerki, żeby coś zamówić. Chłopiec jest bliski łez - zupełnie bezradny wobec uparcie ignorującej go kobiety. Kiedy ta do nas podchodzi gotowa przyjąć zamówienie zwracam jej uwagę, że chłopiec był tu przed nami i sugeruję, żeby go obsłużyła w pierwszej kolejności. Baba robi przedstawienie pt" ojej jak mogłam nie zauważyć, przepraszam cię, kochanie" Mając w nas publiczność przynosi mu pizzę podlaną wylewnym słowotokiem, a mój kolega - nieproszony - dodaje od siebie coca-colę. Chłopiec płacze już całkiem jawnie, z trudem przełyka kawałki pizzy, za którą musiał zapłacić takim upokorzeniem (nie wiadomo co było gorsze ignorowanie go czy nieszczera serdeczność), mam ochotę wyjść. Na drugi dzień kolega opowiada w pracy wszystkim, którzy chcą i nie chcą słuchać, o nieszczęsnym zajściu zaczynając od słów "zabrałem Wilhelminę do pizzerii"... Nie wiem co mnie bardziej wkurza owo "zabranie mnie" czy przedstawianie dość smutnego incydentu jako ekscytującego wydarzenia, w którym on sam odegrał rolę bohatera.

Trudno uwierzyć,  że kelnerka i mój kolega nie widzieli wysiłków chłopca, zanim zwróciłam im na nie uwagę. Czekali na sygnał? A może ja mogłam je zauważyć tylko dzięki intuicji, empatii i doświadczeniu bycia dzieckiem z kluczem na szyi zmuszonym do konkurowania z dorosłymi o pozyskanie trudno dostępnych towarów i usług w PRL-u późnych lat 70-tych i  wczesnych 80-tych. Czyli nie patrzymy wzrokiem tylko intuicją i doświadczeniem?

25 lat później wybieram się na działkę, na trawniku po drugiej stronie Korony siedzi starsza pani obstawiona torbami z zakupami i wygląda dziwnie. Liczni na tej trasie rowerzyści i nieliczni przechodnie mijają ją niezaburzeni. Podchodzę i pytam, czy nie potrzebuje pomocy. Nie może mówić, ale podaje mi komórkę. Po wielu trudach - nie umiem obsługiwać fancy komórek, ani temu podobnych zbytecznych gadżetów - dodzwaniam się do jej syna i opisuję sytuację. Przyjeżdża z bratem i przenoszą bezwładną matkę do samochodu celem przewiezienia jej do szpitala (prawdopodobnie wylew). Dziękują mi zdawkowo, ale patrzą bardzo podejrzliwie. Kilkadziesiąt metrów dalej zatrzymuje ich policja za jazdę po chodniku.

Znowu, dlaczego tylko ja wzięłam pod uwagę możliwość, że z kobietą jest coś nie tak? Dlatego,że sama mam chorą matkę? Dlatego, że mój ojciec umarł stosunkowo niedawno po ciężkiej chorobie? Dlatego, że jestem tą, która "dotknęła" choroby, starości i śmierci? Jestem przez to "rytualnie nieczysta" unfit for society? Dlatego obaj synowie z trudem przezwyciężają obrzydzenie, żeby wydusić z siebie zdawkowe podziękowanie?  Czyli - znowu - patrzymy doświadczeniem, a nie wzrokiem? Każdy, kto widzi cierpienie zdradza się, że sam go doświadczył  (i może innych zarazić). Cierpienie nie jest atrakcyjne wizualnie, rodzi podejrzenie nieudacznictwa, bycia "loserem" Pomaganie jest cool wyłącznie wtedy, jeśli polega to na wrzucaniu pieniążków do puszek, chodzenie na koncerty i przyklejaniu na ubranie kretyńskich czerwonych serduszek, jeżeli motywowane jest i uzasadnione instynktem stadnym (wszyscy to robią).

Mniej więcej w tym samym okresie (mam ok 49 lat) wychodzę z adoracji, na światłach stoję za młodą siostrą zakonną, którą przed chwilą widziałam w kaplicy. Jakiś kretyn prowadzi dużego zdezorientowanego psa na długiej smyczy. Towarzysząca mu, zażenowana dziewczyna trzyma się od niego jak najdalej. Niezaburzony bałwan usiłuje pokierować tak nieszczęsnym zwierzakiem, żeby skierować go na przechodzące "laski" (przestraszyć je? dotknąć za pośrednictwem psa? obwąchać?). Na widok siostry zakonnej wpada na super pomysł  -  napuścić go na "pingwina".
"Moja dłoń zaciska się w pięść" podchodzę do bęcwała i staję tak blisko, że prawie dotykam go ramieniem. Jestem wyższa od niego i nie boję się psów, ani - tym bardziej - żałosnych kretynów. Tenże patrzy na mnie zaskoczony - nie jestem targetem. Jego otwór gębowy zaczyna wyrzucać dźwięki  - coś jakby "o co chodzi?" "Proszę nie zaczepiać tej siostry" - mówię głośno i wyraźnie. Ludzie na światłach obracają się w moim kierunku, patrzą  jakbym pierdnęła w teatrze. Zawstydzona zakonnica zapewnia mnie, że naprawdę nie trzeba... Światło w końcu zmienia się na zielone, siostra szybkim krokiem oddala się, tuż za nią towarzyszka kretyna z psem. Ten (znaczy kretyn, a nie pies) woła za nią "zaczekaj no" i usiłuje dogonić, dzięki czemu nikogo już nie zaczepia. Skręcam do parku nad fosą, jest mi niedobrze.

Przypominam sobie później sytuację, kiedy to mnie molestowano za pomocą psa. Rzecz działa się na ulicy Krupniczej (w owym czasie Nowotki) Miałam może jakieś 12-13 lat. Pies był duży, silny i spuszczony ze smyczy. zaczął mnie dość namolnie obwąchiwać w miejscu intymnym. Odwracam się mówię do właścicieli, żeby wzięli psa. Mężczyzna dobrze się bawi i nie zamierza nic zrobić. Towarzysząca mu dziewczyna patrzy na mnie wrogo - widzi we mnie konkurencję. Wobec braku reakcji biorę psa za pysk (w sensie jak najbardziej dosłownym) i zdecydowanym ruchem odpycham od siebie. Facet zaczyna się drzeć, jak śmiem psuć mu zabawę. Dziewucha mu wtóruje. Nikt z przechodzących ludzi nie reaguje. To, przyznam, jedno z moich najohydniejszych wspomnień z dzieciństwa.

Stając w obronie młodej zakonnicy (która sobie tego nie życzyła) znowu zdradziłam się jako osoba, która czegoś podobnego doświadczyła. Znowu jestem naznaczona, nieczysta. zachowuję się inaczej niż wszyscy. Moja interwencja budzi podobne zażenowanie wśród świadków zajścia, jak wygłupy debila u jego towarzyszki. Nie jestem cool. Ani starsza pani, ani zakonnica nie są cool.  Zachowania wbrew instynktowi stadnemu nie są cool. To nie Orkiestra Świątecznej Pomocy celebrowana gromadnie przy wsparciu mediów, to zgrzytliwe akty codziennej pomocy, nie zawsze trafione, wykonywane przez jednostki zhańbione stycznością z cierpieniem, chorobą i śmiercią - żadna z tych rzeczy nie jest cool. Jeszcze jeśli chodziło o dziecko, na mój sygnał znaleźli się chętni to partycypowania w "pomocy", (zapewne dlatego Owsiak wziął na sztandary chore dzieci) zapewnili sobie udział w przedstawieniu, które mogło się podobać (jakiemuś debilowi). Pomagać, pomagać jest bosko!










niedziela, 14 stycznia 2018

Samuelu, Samuelu!

Szczęśliwa, że nie mam dzisiaj żadnych zajęć (pracuję co drugi weekend) wybrałam się jak zwykle do dominikanów na 12.00.  Byłam wprawdzie uprzedzona, że będzie odprawiał ojciec przeor i będzie mówił o uchodźcach, ale mimo to zdecydowałam się nie zmieniać mojej niedzielnej rutyny, gdyż zaburzyłoby to moje wątle poczucie bezpieczeństwa.

Postanowiłam nabrać odwagi i być mężna w obliczu nieuniknionego. Było moje ulubione pierwsze czytanie o tym jak Pan budzi Samuela w środku nocy w sposób tak nie pozostawiający wątpliwości, że chłopiec za każdym razem biegnie do Helego przekonany, że to ten go wzywał. Dopiero pouczony przez starca za czwartym razem odpowiada Bogu "mów Panie, bo sługa twój słucha". Pozazdrościć!

Nie wiem czy dzisiaj istnieją tacy mędrcy zdolni wytłumaczyć innym ludziom, co się z nimi dzieje, trafnie zinterpretować ich własne doświadczenia i pouczyć co dalej z nimi robić. Przez całe życie tęskniłam za kimś takim i szukałam z łatwym do przewidzenia skutkiem. Wniosek jest oczywisty - albo takich ludzi nie ma, albo, jako dobro rzadkie, zastrzeżeni są do wyłącznego użytku przyszłych proroków i królów.

I tu wracam do wątku wspomnianego w poprzednim wpisie - całkowitej nieadekwatności nauk innych ludzi, których przecież sam Bóg powołał do wprowadzania nas w życie (rodziców, nauczycieli, księży). Czy jest to po części kwestia niekompatybilności doświadczeń, niewłaściwego języka, czy też wyłącznie świadome kłamstwo mające na celu urobienie materiału ludzkiego. aby był podatny na manipulację?

Człowiek, który zaczyna uczyć się jeździć konno bardzo szybko orientuje się, że każdy koń, którego dosiada, czyści, kiełzna i siodła jest indywidualnym przypadkiem, bardzo rożnym od pozostałych. Płochliwy wymaga uspokajania, uparty wzmocnionych bodźców itp. Środki niewłaściwie zaaplikowane mogą mieć poważne konsekwencje. Podobnie rzecz się ma z początkującym nauczycielem, który co 45 minut ma przed sobą inną grupę ludzi i musi błyskawicznie rozpracować jej wewnętrzną hierarchię i zorientować się w specyfice poszczególnych jednostek. Błędny osąd sytuacji i niewłaściwe środki to trudna do odwrócenia katastrofa. Doświadczywszy tego wszystkiego naprawdę trudno uwierzyć mi w rodzica albo księdza (zwłaszcza w konfesjonale), który nie rozumie do kogo mówi.

Słuchając dzisiejszego kazania o uchodźcach miałam chwilami wrażenie, że ojciec przeor, którego tak często widuję w Kościele św. Wojciecha we Wrocławiu, dopiero co przyjechał z antypodów i nie zauważył jeszcze, zmęczony podróżą, że w naszym mieście (podobnie jak w całej zachodniej Polsce) równie często słychać ukraiński i rosyjski jak polski. W szkole policealnej, w której uczę mam grupę złożoną wyłącznie z Ukraińców. Fachowiec wezwany do wymiany podgrzewacza wody na przykład też na ogół jest zza Buga. Migrantów już tu mamy i to całkiem sporo. Są nam bliscy kulturowo, ale także przypominają niewyobrażalną traumę Rzezi Wołyńskiej. Traktujemy ich dobrze, ale cały czas mamy z tyłu głowy, że historia może się powtórzyć. Ojciec przeor nie odniósł się ani słowem do naszej rzeczywistości, a opowiadał o rzeczach odległych albo czysto teoretycznych. Chciałoby się powiedzieć - typowe.

Cóż ma więc zrobić człowiek od niemowlęctwa zdany wyłącznie na nauki przeznaczone dla kogoś innego? Chciałby jak Samuel powiedzieć do Boga "Mów Panie wreszcie do mnie, a sługa twój będzie Cię słuchał! Obudź mnie w nocy 4 razy z rzędu wypowiadając moje imię, żebym miała pewność, że to do mnie się zwracasz!"

Zdarzyło mi się kilka razy w życiu mieć całkowitą jasność, co mam robić, Były to zwykle sytuacje kryzysowe, w których - jak większość neurotyków - na ogół nie tracę głowy. Mimo całej powagi, a nawet grozy sytuacji doświadczałam psychicznego luksusu.  To rzeczywiście było tak jakby ktoś postawił mnie w jakimś miejscu do wykonania jakiegoś zadania, do którego się dobrze nadawałam. Rzeczywistość sama przemówiła do mnie bez pośrednictwa połajanek i wjeżdżania na poczucie winy, bez "bezinteresownego daru z siebie", wypominania "egoizmu" i święcenia jajek w  Wielką Sobotę.


sobota, 13 stycznia 2018

O dobrych uczynkach

Właściwie o jednym, który miał miejsce przed ponad 30-laty, a niesmak pozostał do dziś dnia.

Wybierałam się ostatnio do Poznania na rozmowę kwalifikacyjną, z której zresztą najprawdopodobniej nic nie wyniknie.  Oglądając plan miasta i szukając połączeń kolejowych zupełnie niechcący uruchomiłam ciąg wspomnień z połowy lat 80-tych.

Byłam wtedy studentką  drugiego roku historii sztuki na KULu. Jak co roku wybraliśmy się (specjalnie w tym celu wynajętym autobusem) na objazd naukowy, tym razem po Wielkopolsce. Objazdy uwielbiałam z powodów merytorycznych i towarzyskich. Niestety w Gostyniu (mieliśmy tam nocleg) pewna niunia zaczęła wykazywać wzmożone objawy jakiej przykrej infekcji i ktoś wymyślił, że to odra. Jak się okazało nikt tej choroby wieku dziecięcego nie przechodził z wyjątkiem mnie, Wilhelminy-Naiwnej-i-Prostodusznej. Nic strasznego nie podejrzewając, wyznałam to bez obaw, w ten prosty sposób narażając się na oczekiwanie, że to właśnie ja mam zostać w gościnnym klasztorze z chorą koleżanką, niezdolną do dalszej podróży. Gdybym zdecydowanie odmówiła nikt, prawdopodobnie, by mnie nie zmuszał. Ja jednak zgodziłam się w przekonaniu, że tak trzeba, że robię coś dobrego, może nawet wyobrażałam sobie, że to Pan Bóg tego ode mnie oczekuje albo, że to rodzaj próby, jak w bajce, kiedy to bohater/ka zostaje wielokrotnie wynagrodzona za dobro okazane jakiemuś nieszczęsnemu stworzeniu.

Rzeczona niunia nie była moją "psiapsiółką", po prostu osobą z roku, bliżej znałam jej współlokatorkę, która nie miała o niej dobrego zdania. Uważała ją za hipochondryczkę, mitomankę i histeryczkę, prawdopodobnie słusznie. Ja jednak porażona taką nieczułością, tym nieostrożniej dałam się wrobić w rolę opiekunki chorej. Nie muszę nikomu tłumaczyć, że nie była to żadna odra, ani nawet grypa moja "opieka" była całkowicie zbyteczna, podopieczna nie wykazywała śladu wdzięczności, a los - w bajkach tak hojny dla obdarzonych dobrym serduszkiem - w żaden sposób nie zrekompensował mi rezygnacji z objazdu. Pozostał mi ino niesmak, że nadużyto haniebnie mojej naiwności, dobrej woli i nadmiaru empatii. Jeszcze po 30-tu latach miałam ochotę krzyczeć do przewrotnego losu "Oddawaj mi mój objazd po Wielkopolsce, podstawiaj mi tu autobus z ludźmi z roku o 30 lat młodszymi albo przenoś mnie w czasie, żebym mogła wybrać inaczej!" Niestety, "głuchy jest los, nadaremnie wzywasz go" jak mówi poeta.

Dla kontrastu moje najpiękniejsze wspomnienie z dzieciństwa dotyczy nakopania w chudą doopę pewnej toksycznej niuni, która prześladowała mnie i moją "psiapsiółkę" od przedszkola. Był to ten rodzaj kreatury, która najlepiej się bawi dręcząc słabszych i bezbronnych. Moja "bezbronność" była wyłącznym dziełem rodziców warunkujących mnie od niemowlęctwa, że nie wolno okazywać gniewu, ani nawet go odczuwać, a co dopiero bronić się przed fizyczną agresją. Jak wielu dorosłych wyparli prawdziwy obraz dzieciństwa i nie przyjmowali do wiadomości istnienia zła w czystej postaci (lub mechanizmu stadnego w ujęciu socjo-biologicznym) manifestującego się w każdej grupie ludzi niezależnie od wieku. Owo tabu mogłam przełamać jedynie dlatego, że chuda doopa zaatakowała moją koleżankę - niedużą, okrągłą dziewczynkę, która rzeczywiście obiektywnie była słabsza i nie byłaby się w stanie obronić sama przed kimś tak bezwzględnym i przekonanym o swej bezkarności.


O drogi czytelniku! To cudowne uczucie ciepła rozchodzącego się z brzucha po całym ciele wraz z krwią naładowana adrenaliną! To poczucie wolności i siły! Radość walki i radość zwycięstwa! Czułam się jak nie przymierzając Eomer podrzucajacy radośnie miecz w górę pośród beznadziejnej (jak się wówczas wydawało) bitwy na polach Pelenoru. Chuda doopa była szybsza ode mnie, ale ja znacznie silniejsza. Mój gniew dodał mi skrzydeł i udało mi się ją pochwycić i skopać z całych sił. Najbardziej satysfakcjonujący był wyraz jej twarzy - ten szok, że to ona teraz dostaje w doopę od kogoś "nieszkodliwego" a nie odwrotnie, że "przyrodzone" role mogą się odwrócić i że nie jest bezkarna i to boli, boli w każdym sensie tego słowa!

Przez tydzień nie mogła siedzieć na zadzie, zaczęła się mnie bać, próbowała się mścić przez chłopaków z klasy (konkretnie jednego, który nie bardzo miał ochotę poczuć mój gniew na własnej skórze), potem nabrała pewnego respektu, a co najzabawniejsze w liceum dosyć się zaprzyjaźniłyśmy.

Co z tego wynika? Pewnie to, że kiedy ktoś inny opowiada nam świat - zwłaszcza kiedy raczej daje wyraz swoim pobożnym życzeniom, niż opisuje rzeczywistość, której doświadczył na własnej skórze - wprowadza nas w błąd. Po części świadomie - idealizując go - po części nie całkiem - aplikując niewłaściwe treści niewłaściwym osobom.

Ciekawa jestem, co może kierować dorosłym pouczającym dziecko "bądź dobry dla innych, a inni będą dobrzy dla ciebie". Idąc tym tokiem rozumowania Jezus był kimś wyjątkowo złym, skoro spotkał go koniec tak tragiczny. To samo można powiedzieć o dzieciach wyskrobanych z łon własnych matek zanim jeszcze przyszły na ten padół łez. Nie wyobrażam sobie człowieka, który nie doświadczyłby, że sposób odnoszenia się innych do niego zależy wyłącznie od jego miejsca w stadzie, a dobro ani zło nie ma tu nic do rzeczy. Nawet w debacie publicznej chętniej używa się argumentów estetyczno-lifestylowych niż ocen moralnych dla ostatecznego pogłębienia przeciwnika, dokładnie tak samo jak w przedszkolu ("gruby", "rudy", "zyzol", "siwy", "śmierdzi", "kurdupel", "wieśniak" itp). Dlaczego dorosły człowiek świadomie kłamie swojemu dziecku, dlaczego na drogę do Mordoru daje mu mapę ogrodu Eden? Jedyna odpowiedź, jaka mi się nasuwa nie jest optymistyczna - chce mieć w domu naiwnego jelenia, którym łatwo manipulować.  Jeśli nawet rodzice mają takie podejście, to trudno się dziwić, że obcy ludzie nie będą szczególnie energicznie opierać się pokusie wykorzystania tej naiwności.

Na dokładkę ludzie wrażliwi i empatyczni częściej ciągną do Chrześcijaństwa (animae naturaliter christianae) niż bezwzględni egoiści i co słyszą - prawie wyłącznie nauki skierowane do tej drugiej grupy, nieobecnej w Kościele. To oczywiście sprawia, że empatia i wrażliwość tych pierwszych rozrasta się do rozmiarów karykaturalnych i na każdym kroku jest wykorzystywana, bez żadnych oporów, przez tych drugich. Między innymi dlatego teksty o "oddawaniu siebie innym za darmo" wyprowadzają mnie w równowagi, czemu już dałam wyraz na tym blogu.


sobota, 6 stycznia 2018

O rytualnych połajankach u wrocławskich dominikanów

Dziś w Święto Objawienia Pańskiego potocznie zwane Trzech Króli zostałam znowu uraczona u dominikanów porcją zwykłych połajanek w wykonaniu ojca przeora, które muszę odreagować, żeby bezsilna złość nie gromadziła się w mojej skłonnej do gniewu duszy.

Zacznę od końca tzn uwagi końcowej ojca przeora, który przez całą mszę powstrzymywał się od dawania do zrozumienia wiernym, jak bardzo są gorsi od niego. Na koniec jednak pofolgował swojej upierdliwości i przestrzegł nas, żebyśmy się dobrze zastanowili, zanim oznaczymy kredą drzwi naszych domów, bo to będzie znak objawiający światu obecność chrześcijan i gotowość niesienia pomocy ("uchodźcom" zapewne).

Jest więcej takich zobowiązujących znaków proszę ojca przeora - krzyż na wieży kościoła, biały dominikański habit i hasło veritas, o przekazywaniu owoców kontemplacji nie wspominając. Jak one się komponują z ojcem G. gotowym na każde wezwanie TV WSI, zawsze głoszącym poglądy miłe wrogom Kościoła (a bezsilny prowincjał jakoś nie może zamknąć mu dzioba). Ciekawe kawałki opowiadał o nim o. Wyszyński (były?) na YouTube, nie tylko zresztą o nim. Nie jestem oczywiście w stanie zweryfikować ich prawdziwości, ale podobne treści przebijały  także z innych źródeł. Ojciec G. himself wyznał, że kilku braci wyraziło chęć, aby go "przelecieć", cokolwiek by to miało znaczyć. Wyszyński wspomina o imprezach połączonych z homoseksualną rozpustą, mistrzach nowicjatu (o ile dobrze pamiętam) podglądających swoich podopiecznych podczas kąpieli, propozycjach zrobienia mu tzw "laski" wygłoszonych przez starszego brata itp. Nie bardzo widzę, jak komuś reprezentującemu takie środowisko wypada uderzać w tony moralnej wyższości wobec wiernych. My ciemny lud, który święci nasze abominacyjne jajka w Wielką Sobotę, równie efektownych grzechów nie popełniamy, ale też nie aspirujemy do takiego stopnia postępu gejowsko-otwartego-na-uchodźców.

Ktoś mi może zarzucić, że opieram moje uwagi na nie sprawdzonych informacjach, ale tak się składa, że jestem jedną z niewielu osób świeckich, która miała sporo do czynienia z duchowieństwem i osobami konsekrowanymi z racji swojej pracy. Opisałam te doświadczenia na tym blogu  (O kobiecie w seminarium). Nie zetknęłam się wprawdzie z hardcorem jak z relacji o.Wyszyńskiego, ale za to z niebotyczną arogancją, poczuciem bycia poza dobrem i złem, lekceważeniem świeckich współpracowników, o specyficznym stosunku do kobiet nie wspominając. Także w szkole prowadzonej przez siostry zakonne typowe babskie przywary, jak zazdrość czy plotkarstwo, nie wydawały się szczególnie energicznie zwalczane. Mam wrażenie, że przeciętna świecka chrześcijanka (a nawet poganka) zadaje sobie więcej trudu, aby się ponad nie wznieść.  Pamiętam swój szok, że ci wszyscy ludzie, których my świeccy uważamy za lepszych od siebie, nie tylko tacy nie są, ale też nie robią żadnego wysiłku, żeby być i patrzą na nas jak na naiwnych jeleni.

Ojciec przeor nie pominął też okazji, żeby wytknąć nam nasz czarnosecinny, wyssany z mlekiem matki antysemityzm. Oświadczył, że to my zostaliśmy wszczepieni w Izrael, zapomniał przy tym dodać, że "lud pierwszego wybrania" w większości Chrystusa odrzucił i wydał na śmierć. Tym samym pozostawił nas z przekonaniem, że jako Chrześcijanie jesteśmy prawie równie dobrzy jak prawdziwi Żydzi, choć nie do końca (tylko młodszymi braćmi w wierze będąc). Idąc dalej tym tokiem rozumowania Chrześcijaństwo jest wobec Judaizmu podrzędne i to my musimy martwić się o nasze zbawienie, a nie Żydzi.

No cóż, zawsze mnie uczono na religii, że chrzest jest do zbawienia koniecznie potrzebny i że Kościół jest Nowym Izraelem i nie ma już w nim Żyda ani Greka, niewolnika ani wolnego itd. Widocznie była to jakaś inna religia, zarzucona w ostatnich czasach, zapomniana jak wielce użyteczny, oparty na rzetelnym rozeznaniu (a nie myśleniu życzeniowym) dokument "Sicut Judaeis non" określający jak  powinny wyglądać stosunki Chrześcijan i Żydów dla dobra obydwu stron.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

O nieeleganckich atakach ad personam

Bardzo nie lubię, kiedy nasze życie publiczne poziomem argumentów zaczyna przypominać przedszkole, o czym już pisałam na tym blogu. Typowo przedszkolne zarzuty "a ty głupia jesteś", "ale masz wiejską koszulkę/kurtkę/spódnicę",  "śmierdzi, spierdział się" albo nawet "zesrał się w gacie", klasyfikowanie oponentów do kategorii typu "gruby", "rudy", "siwy"(jasny blondyn), "sekularnik" "zyzol" jako ostateczne potępienie dla całokształtu jego działań, niewybredne przezwiska utworzone z nazwisk i argument ostateczny - "ciebie nikt nie lubi" są bez cienia zahamowań używane wobec przeciwników przez prominentnych polityków, posłów na sejm i tzw opiniotwórcze gremia.

Mam nadzieję, że każdy rozumie, że równie eleganckiej frazy można użyć wobec niego. Trudno mi wyobrazić sobie taki niedorozwój intelektualny(emocjonalny?),  który nie rozróżnia między czynami moralnie nagannymi jak kradzież mienia publicznego, zdrada, pozbawianie tysięcy ludzi dachu nad głową itp, a nie dość "trendy" outfitem, nadwagą/niedowagą, niskim wzrostem, złym stanem uzębienia, nieodpowiednim kolorem włosów czy słabą atrakcyjnością dla płci przeciwnej. 

Użycie argumentu "estetycznego" jako ostatecznego uzasadnienia dla uznania kogoś za gorszego także w sensie prawnym istniało i istnieje w wielu kulturach pogańskich, o czym także pisałam na tym blogu. W Eddzie Poetyckiej 3 podstawowe warstwy społeczeństwa wczesnośredniowiecznej Skandynawii rozróżnić można na podstawie wyglądu. Najniższa z nich niewolni (thrael) charakteryzują się ciemną pigmentacją, długimi piętami, chorobami skóry i zwyrodniałymi kostkami, wolni kmiecie (karl) są rudzi i rumiani, estetycznie ubrani, wykwalifikowani i pracujący na swoim,. Najwyższa zaś warstwa - jarlowie - mają jasną skórę, włosy płowe, spojrzenie o przenikliwości węża, ćwiczą się w rzemiośle wojennym, a ich  kobiety o cienkich paluszkach  ubrane w jedwabie pławią się w luksusie all day long. 

Podobne estetyczno-lifestylowe uzasadnienie ma podział na kasty w Indiach. Im wyższa kasta, tym jaśniejsza skóra, bardziej prestiżowy zawód i "lepsze nazwisko" (Hindusi są w stanie ustalić na podstawie brzmienia nazwiska, kto z jakiej kasty się wywodzi).

My jednak po 2 tys. lat Chrześcijaństwa w Europie i tys. lat w Polsce powinniśmy ten sposób dzielenia ludzi dawno porzucić. Wszelka hierarchia w społeczeństwie powinna być kompetencyjna, wszak jesteśmy równi wobec prawa, czyż nie? W oczywisty sposób nie jesteśmy, mimo wielu pięknych zapisów w konstytucji i kodeksach praw. Nadal też używamy argumentu estetyczno -lifestylowego, aby ostatecznie pognębić przeciwnika, gdyż pamiętamy z przedszkola, że tym można zranić najgłębiej, a poza tym w ten sposób opuszczamy dziedzinę Logosu, gdzie w drodze uczciwych sporów i wymiany poglądów można zbliżać się do prawdy i dochodzić do konsensusu w trosce o dobro wspólne. 

Technikę możliwie najobrzydliwszego ataku ad personam stosują z upodobaniem "stare kiejkuty" (copyright by S. Michalkiewicz) co widać po wpisach ich trolli internetowych (i transparentach widocznych w manifestacjach "prodemokratycznych"). Nawet jeśli atakowana osoba jest przystojna, prosperująca i szczęśliwa w związku, zawsze można jej przypisać nieświeży oddech i nieumyte genitalia.

Jaka powinna być odpowiedź na taki atak?  Najlepszej jaką znam dostarcza anegdota o sporze dominikanina z jezuitą. Dominikanin wyraźnie był w nim górą, więc jezuita, wystrzelawszy się ze wszystkich argumentów merytorycznych, zarzucił mu, że jest rudy jak Judasz. Dominikanin na to, że nie wiadomo czy Judasz był rudy, ale ponad wszelką wątpliwość należał do towarzystwa jezusowego.

Bardzo częstym obiektem niskich ataków ad personam jest posłanka Krystyna Pawłowicz, Zarzuca się jej, że jest "starą panną", ma krzywe nogi, nikt jej nie kocha i nigdy już nie pokocha (to się nazywa siła argumentu!). Podczas rozrób "starych kiejkutów" pod sejmem była wręcz fizycznie atakowana, a posłowie opozycji publicznie wyrazili aprobatę dla tych działań. 

Dla porównania jej dawna przyjaciółka Hanna Gronkiewicz-Walc, która ma na sumieniu aferę reprywatyzacyjną i tysiące ludzi wyrzuconych na bruk, nigdy w ten sposób atakowana nie była. Nie wypomniano jej chytrych małych oczek, wąskich warg i twarzy przebiegłej przekupy mocno nadszarpniętej zębem czasu pod ciężką tapetą. W zestawieniu z tą fizjonomią twarz p. Pawłowicz wydaje się pełna szlachetnego piękna i pogody ducha. Upływ czasu był dla niej bez porównania łaskawszy, jak to się zwykle dzieje w przypadku pulchnych kobiet. Poza tym powyżej 45 roku życia każdy ma taką twarz, na jaką zasłużył.

Posłanka Pawłowicz natomiast, która robi na mnie wrażenie dobrodusznej weredyczki, zapędzającej  się czasem o jeden most za daleko, zarzuciła p. Misiło nadmierną dbałość o fryzurę. Zasugerowała wręcz że jest ona dziełem fryzjera damskiego. Tego oczywiście nie wiem, ale podejrzewam, że sadząc po brzmieniu nazwiska rodzina p. Misiło może pochodzić  z  pn terenów dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Nazwiska zakończone na -o są tam dość rozpowszechnione (Szylko, Szarko, Szyndziałło, Domeyko itp) podobnie jak pewien typ fizyczny charakteryzujący się m.in. gęstymi włosami aż do śmierci (vide kudłaty Żmudzin z Potopu). Jeżeli p. Misiło ma dobre włosy to nic dziwnego, że stara się je wyeksponować. Pani Pawłowicz też ma dobre włosy, które związuje w skromny ogonek i - jak wiele kobiet - nie uświadamia sobie tzw syndromu pawia, czyli rozmiarów próżności męskiej, przy której koncentracja na sobie najbardziej obsesyjnej kokietki to kupa śmiechu.

"Prawicowi publicyści" zarzucają feministkom, że są brzydkie i zaniedbane. Może niektóre i są, ale jeśli weźmiemy kilka sztandarowych, to np p. Środa wydaje mi się przeciętną kobietą w średnim wieku o standardowym stopniu zadbania, p. Szczuka wykazuje ślady dużej urody, a p. Gretkowską można było uznać za super laskę za młodu, a i teraz trzyma się dobrze.

Obśmiany kawaler z kotem "kurdupel" Kaczyński nigdy, o ile mi wiadomo, nie aspirował do tytułu mister universum, ani arbiter elegantiae, a i on widziany życzliwym okiem może wydawać się "ładniutki", jak to ujęła pewna pani stojąca obok mnie na wiecu wyborczym. W polskiej klasie politycznej jest zapewne wielu przystojniejszych od niego mężczyzn, ale jeśli chodzi o intelekt czy talent strategiczny sprawa wygląda inaczej. Jego oponenci nie są oczywiście w stanie tego ocenić, bo po prostu porównywalnym narzędziem nie dysponują. Stąd np cytat z Asnyka (o którym zapewne nie słyszeli) "inni tu byli czynni szatani" obśmiali jako przejaw katolickiego zabobonu. Nic zatem dziwnego, że pozostaje im niski wzrost, kot, kawalerski stan i nazwisko

Ciekawe, że dość egzotycznie brzmiące imię Donald i nazwisko Tusk nigdy nie było obiektem podobnych żartów. Częściej kolor włosów rudo-blond, czyli z rosyjska ryży znaczy wredny. O ile z drugą częścią oceny p. Tuska się zgadzam, to z tak ujętym związkiem przyczynowo-skutkowym nie. Niewątpliwie ciążą na "królu Europy" bardzo poważne zarzuty jak np rezygnacja z interesu narodowego Polski w zamian za europejską synekurę, ale nie mają one żadnego związku z jego kolorytem, który -inaczej niż w kraju - na zachodzie kojarzy się jednoznacznie dobrze.

Pan Brudziński zasugerował opozycji totalnej, żeby na czas obchodów kolejnej miesięcznicy smoleńskiej wzięła p. Kasprzaka, lidera tzw obywateli RP, do dentysty. Wyznaję, ze skruchą, że sama się uśmiechnęłam.  Pan Marszałek zrobił by jednak lepiej ustalając, kto tego pana wynajął i przedsięwziął odpowiednie kroki prawne.

Argument estetyczno-lifestylowy bywa stosowany szczególnie często wobec elektoratu PIS. Za koalicji PO-PSL określano wyborców Prawa i Sprawiedliwości jako starszych, gorzej wykształconych z mniejszych miejscowości względnie mohery (zabierz babci paszport), obecnie zaś jako chamów na salonach. To bardzo ciekawy wątek. Dowiadujemy się oto z licznych wypowiedzi przedstawicieli samozwańczej elity, że spora część społeczeństwa nie powinna mieć praw wyborczych, bo została uznana przez panów Cimoszewicza, Chełstowskiego czy Łozińskiego (obecnego lidera KODu) za gorszych, za chamów ergo - jak w I RP - nie powinna mieć głosu. Prawa wyborcze w owym czasie przysługiwały wyłącznie szlachcie. Znaczy mamy jakąś nową szlachtę? Kto jej nadał szlachectwo? "Ona jest z domu von und zu, co znowu strasznie imponuje mu" jak to ujął Witkacy - von sowiecki czołg zu firma założona przez WSI, von Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy zu Agora, von UB zu WSI, von KPP zu SB,  von Solidarność zu zniknięte pieniądze Solidarności, von Stare Kiejkuty zu KOD itd. 
 Boże, miej nas w swojej opiece!

niedziela, 31 grudnia 2017

O Ziemkiewiczu i feministkach kilka refleksji (luźno związanych z tematem)

Niedawno obejrzałam na YouTube wywiad Marcina Roli z Rafałem Ziemkiewiczem na kanale wRealu24 czy jakoś tak. Punktem wyjścia było oddalenie pozwu niejakiej p. Dryjańskiej przeciw Ziemkiewiczowi, który miał określić ją jako zdeformowaną, co z kolei było nawiązaniem do haseł głoszonych przez tę panią na demonstracji o dopuszczalności abortowania "zdeformowanych płodów".

Odpowiedź znanego publicysty z pewnością nie była elegancka, ale treść haseł demonstrujących feministek (a też ich język) urągała wszystkiemu czemu tylko mogła urągać ujmując rzecz najdelikatniej.

W dalszej części wywiadu Ziemkiewicz wygłasza swoją teorię skąd się biorą feministki (syndrom Piotrusi Pańci), która w wielu punktach wydaje się trafna, a także dość wnikliwie analizuje stan współczesnych mężczyzn i jakość ich relacji z kobietami. Twierdzi np, że żadna kobieta, która jest należycie kochana (przez mężczyznę, jak mniemam) feministką nie zostanie.

Wszystko to bardzo pięknie, ale cała ta rozmowa zostawia mnie z niejasnym poczuciem, że obie strony konfilktu are beating around the bush, innymi słowy przekaz werbalny rozjeżdża się z wizualnym, a wszystkie użyte słowa niezależnie od tego czy są głupie czy mądre, chamskie czy kulturalne mają luźny związek z istotą sprawy.

Feministki zrobiły z Ziemkiewicza uosobienie zła i chamstwa, męską szowinistyczną świnię i Bóg wie kogo jeszcze. Ten image jest oczywiście czystą kreacją tego środowiska (całkowicie autonomiczną wobec realnego człowieka) odpowiadającą na jego zapotrzebowanie na agresywną "patriarchalną" męskość z którą oficjalnie się walczy, a w skrytości duszyczki za nią tęskni albo przynajmniej pragnie się wejść w kontakt, choćby przez konflikt.

Każdy, kto widział dowolne nagranie z akcji aktywistek Femenu, pacyfikowanej przez policję, wie o czym mówię. Obrazy półnagich młodych kobiet wynoszonych przez uzbrojonych silnych mężczyzn nieodparcie kojarzą się z rozlicznymi przedstawieniami porwania Sabinek czy innych Lapitek, które także są zawsze nagie na tę okoliczność. Ewidentnie zestawienie kobiecej nagości i bezbronności z męską agresją i siłą jest odbierane jako wizualnie atrakcyjne i pobudzające. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że to pewna konwencja. Mężczyźni "gwałcą tylko troszeczkę" jak onegdaj wyraził się Korwin-Mikke, a omdlewająca słabość kobiet jest po części grą. Dopóki konwencja jest przestrzegana wszyscy się dobrze bawią - aktorzy i widzowie. Co innego prawdziwa przemoc ta zawsze jest ohydna, niewymawialna i natychmiast usuwana z pamięci (o ile to możliwe). Żadna kobieta fantazjująca o słodkim brutalu nie chciałaby w tzw realu zostać napadnięta przez niedorozwinięte emocjonalnie lub zaburzone indywiduum traktujące ją jak człowiek przyciśnięty nagłą potrzebą fizjologiczną wychodek. Żaden normalny człowiek nie chciałby być świadkiem takiej sceny, ani nie oglądałby jej zapisu, a gdyby się tak  przypadkiem zdarzyło nadaremnie starałby się to od-zobaczyć do końca swych dni.

Pewna młoda włoska feministka - ładna i zgrabna dziewczyna - rozebrała się do naga, rozpuściła długie do pasa włosy, a zrobiwszy sobie na twarzy niezbędny makijaż (nigdy nie wiadomo kiedy spotkasz swego królewicza) wyszła na ulice Turynu czy innego Mediolanu w obuwiu sportowym na nogach, z płócienną torbą przewieszoną przez ramię. Na co liczyła? Na jakieś białe patriarchalne, opresyjne, katolickie, łapska, które pochwycą jej wąską talię (a równie opresyjny, niski, męski głos zażąda "bądż mi powolną")? Na spojrzenia w których przez fałszywe oburzenie przebija chuć ledwo maskowana patriarchalnym nakazem cywilizowanego zachowania?  Na zdjęcia zakłopotanych policjantów niosących jej nagie ciało w mediach? Trudno powiedzieć. Na cokolwiek liczyła, spotkała imigrantów z Afryki, którzy obstąpili ją śmiejąc się, pokazując sobie palcami co bardziej interesujące fragmenty jej  anatomii i filmując komórkami. Serdecznie żal było mi nieszczęsnej, która miała zdrowy odruch, żeby zasłonić się torbą i włosami, ale jako dobra feministka starała się nad nim panować. Z mało przekonującym uśmiechem przyklejonym do twarzy coraz szybszym krokiem pomykała ulicami starając się zgubić ogon czarnych mężczyzn, którzy słusznie uznali, że lepszej atrakcji w mieście nie znajdą. Wyobrażam sobie jak pocieszała się świadomością, że cokolwiek powiedzieć o jej opresji, nie była ona biała, patriarchalna, ani katolicka.
(Film dostępny na You Tube "Crazy Italian feminist...")

Żadna ofiara napaści seksualnej nie rozebrałaby się publicznie do naga, ani nawet półnaga, jak to czynią uczestniczki tzw "marszów szmat", wyżej wspomniana niunia czy aktywistki Femenu. Obnażać się publicznie mogą jedynie osoby czujące się naprawdę bezpiecznie.  Tak się składa, że owo poczucie bezpieczeństwa zapewnia jedynie patriarchalna, opresyjna, chrześcijańska cywilizacja łacińska i tylko na jej kurczącym się obszarze oglądamy takie sceny.

Niektórzy tzw "prawicowi publicyści" twierdzą, że feministki to stare, brzydkie, nie kochane, zaniedbane, sfrustrowane baby, co wydaję się raczej próbą zawstydzenia tych kobiet niż uczciwym opisem rzeczywistości. Można się o tym łatwo przekonać oglądając którąś "Feministyczną pytę", gdzie młodzi reporterzy wyszukują w grupie demonstrantek co atrakcyjniejsze uczestniczki i prowokacyjnymi, często wulgarnymi pytaniami starają się skłonić je do powiedzenia czegoś głupiego, co im się na ogół udaje. Seksualny podtekst tej zabawy jest oczywisty. Równie dobrze można by  pod ten obraz podłożyć dialog typu "A panienka to ma czym oddychać" "Hi, hi, hi, a kawaler to nazbyt śmiały"  czy coś podobnego.

Czy ktoś pamięta jeszcze aktywistkę, która weszła do kościoła św Anny w Warszawie, żeby demonstracyjnie z niego wyjść podczas czytania listu biskupów, co uwieczniła kamera telewizyjna "przypadkowo" tam się znajdująca? Ta pani kompromitowała się w mediach czas pewien po tym zdarzeniu, dzięki czemu mogłam się jej przyjrzeć. Okazała się przeciętną osobą we wczesnym wieku średnim, która poświęciła sporą ilość czasu, ambarasu i pieniędzy swojej fryzurze. Włosy rosnące jej grzebieniem na środku czaszki bokami wygolone były prawie do skóry, na czym jeszcze głębiej widniało duże serduszko pofarbowane na czerwono. Przy czymś takim Magda Ogórek z przyklejonymi rzęsami i tlenionymi włosami ułożonymi w nieruchome pasma wydaje się osobą nie przywiązująca nadmiernej wagi do swego wyglądu.

Patrząc na wymyślne makijaże i fryzury niektórych aktywistek czy uczestniczek demonstracji nie sposób nie widzieć oczywistej kokieterii stojącej w jaskrawej sprzeczności z głoszonymi hasłami. Jaki interes może mieć osoba deklarująca wrogość do męskiej dominacji czy męskości w ogóle wysyłając sygnał "zainteresuj się mną, jestem chętna" za pomocą kilograma tuszu wokół oczu, warg ociekających szminką i farbowanych włosiąt wygolonych w fantazyjne wzory? Intensywność tego sygnału może konkurować z wizerunkiem scenicznym Dolly Parton. Problem w tym, że "niekonwencjonalność" użytych środków nie znajduje uznania w oczach potencjalnego targetu. Widziałam profilowe zdjęcie p. Dryjańskiej, na którym widoczne są głównie oczy i duża ilość tuszu. Rozumiem dlaczego uwaga Ziemkiewicz tak ją zabolała.

Jestem absolutnie pewna, że osoba autentycznie obojętna lub wroga wobec mężczyzn odpuściłaby sobie całe to "niekonwencjonalne" wdzięczenie w stylu "mam cipkę" i nie szukała desperacko słodkiego  tzn chciałam powiedzieć patriarchalnego brutala, jak owa włoska feministka nago krążąca po ulicach Turynu.

Drogie feministki p. Ziemkiewicz ma zdecydowanie bardziej "konwencjonalne" gusta, czemu dał wyraz w swoich licznych tekstach. Nie wydaje mi się też idealnym kandydatem na wymarzonego brutala, nawet jeśli miał w życiu tzw ciemny okres. Na mnie zawsze robił wrażenie człowieka dobrodusznego, nie przerywającego swoim gościom w studio i traktującego kobiety z należytym szacunkiem. Pamiętam program w którym występował z byłą posłanką Senyszyn, która pod wpływem takiego traktowania zbliżyła się najbardziej - jak to w jej przypadku możliwe - do ideału damy (określenie nieco na wyrost, ale lepsze nie przychodzi mi do głowy), nawet skrzekliwość jej głosu wydała jakby mniej irytująca.

Nie chcę przez to wszystko powiedzieć, że kobiety nie mają problemów, ani tym bardziej że nie istnieje pewien typ  męskiej mentalności, który im znacząco utrudnia życie. Cały ten feminizm jednak stawia rażąco błędną diagnozę przyczyn cierpienia kobiet, podobnie jak czynił to marksizm w stosunku do klasy robotniczej, mniejszości rasowych, etnicznych i seksualnych. Zainteresowanych głębszym wglądem w temat cierpienia i tzw opresji odsyłam do dostępnych na YouTube wykładów Jordana Petersena, psychologa klinicznego z uniwersytetu w Toronto, liberała i agnostyka zresztą. Stawia on tezę, że samo istnienie jest źródłem cierpienia. To cena którą płacimy za samoświadomość. Co ciekawe dla zilustrowania swojej tezy używa tekstu o upadku człowieka i wygnaniu z raju z Księgi Rodzaju, który interpretuje w duchu filozofii głębi Junga.

Osobiście nie wierzę, że agresywne grupy typu Femen mają cokolwiek wspólnego z ruchem kobiecym. Ktoś używa tych kobiet do swoich celów, a ściślej mówiąc używa obrazków z ich udziałem. Ciekawa jestem czy przeprowadzany jest casting na aktywistki, podczas którego kandydatki muszą zaprezentować swój biust i figurę przed komisją. Nie zdziwiłabym się gdyby tak było. Co łączy radykalny feminizm z wojującym islamem i komunizmem? Nienawiść do Chrześcijaństwa. Można więc bez ryzyka błędu założyć, że są to po prostu ruchy antychrześcijańskie czynne na terenie cywilizacji zachodniej, których działanie jest zsynchronizowane z bezprecedensowym prześladowaniem chrześcijan poza nią. Ekscesy z udziałem półnagich panienek przykrywają medialnie mordy na chrześcijanach, w sprawie których jakże wrażliwa opinia publiczna zachodu jest dziwnie obojętna, podobnie jak w kwestii przymusowej aborcji przeprowadzanej w Chinach siłą do końca ciąży, zabijaniu dziewczynek (w łonach matek i po urodzeniu) w Indiach, przymusowych małżeństw 8-latek w niektórych krajach muzułmańskich itp. Nie ma chyba bardziej oczywistego dowodu, że nie o kobiety tu chodzi.

Co do polskich feministek ich publiczna ekspresja - poziom agresji, wulgarność języka, przekraczanie granic - wykazuje bliźniacze podobieństwo do wystąpień Urbana, ekscesów palikociarni po krzyżem pod wodzą niejakiego Dominika Tarasa (czy ktoś go jeszcze pamięta?), niektórych akcji KODu i UBywateli RP.  Widać rękę tego samego mistrza marionetek.






wtorek, 12 grudnia 2017

O "bezinteresownym darze z siebie", czyli rekolekcje adwentowe u wrocławskich dominikanów

Znowu to zrobiłam  (choć doświadczenia ponad pół wieku życia powinno mnie czegoś nauczyć)! Znowu poszłam na drugi dzień rekolekcji po niedzielnej "zajawce". Nie byłam nadmiernie rozentuzjazmowana, ale stwierdziłam że dam szansę (rekolekcjoniście?sobie? Bogu?)

Nie poddaję w wątpliwość dobrych intencji rekolekcjonisty, jestem mu skłonna nawet przypisać pewien wgląd w problem samotności na przykład, tylko ten język!!! Rozumiem, że sam Ojciec nie wymyślił "bezinteresownego daru z siebie" tylko go zacytował, ale nawet jeśli cytat pochodzi z pism św. Jana Pawła II, to i tak jest skrajnie koszmarny, budzący najgorsze skojarzenia, a co gorsza, całkowicie nieadekwatny.

O "oddaniu się" ukochanemu może marzyć zakochana kobieta (mężczyzna, podejrzewam, widzi to nieco inaczej), oddać się można w ręce Opatrzności w świadomym akcie zaufania ("kto się w opiekę odda Panu swemu, a szczerym sercem szczerze ufa jemu...") i to właściwie tyle w temacie "daru z siebie".

Darami obdarzali swoich ludzi jarlowie,wodzowie i wszelkie jednostki aspirujące do przywództwa w społeczności, aby zapewnić sobie lojalność towarzyszy i ich udział w następnej wyprawie. Ich dary miały  wartość nie tylko z powodu np drogocennego kruszcu z którego zostały wykonane, lecz także ze względu na wysoki status osoby dawcy. Niewiele się zmieniło od owych zamierzchłych czasów - cenimy dary od ważnych dla nas osób. Dary od osób nic nie znaczących są nic nieznaczące, a nawet irytujące lub budzące zażenowanie i zniecierpliwienie. Każdy z nas to widział. Metafory "daru z siebie" w przypadku małżonków można jeszcze bronić - w końcu są (lub powinni być) dla siebie najważniejszymi osobami na świecie. W sytuacji osoby samotnej, zwłaszcza o niskim statusie, wciskanie siebie niezainteresowanym w formie daru musi skończyć się tragicznie. Szczególnie niesmaczna jest jest metafora "oddawania się za darmo" w przypadku kobiet. Nie muszę tłumaczyć dlaczego.

Gdyby Ojciec swą myśl ubrał w słowa bardziej inspirujące jak np szukanie Prawdy, Piękna i Dobra, opowiadanie się po ich stronie czy coś w tym stylu, niejeden uczestnik rekolekcji wyszedłby z nich podniesiony na duchu.

W kwestii osób jak to Ojciec ujął "zaniedbanych, nie znających języka miłości, które ani same nie dają ani od nikogo nic nie chcą" mam poważne wątpliwości czy w ich przypadku uczenie się tego języka jest dobrym pomysłem. Języków obcych uczymy się, kiedy ich potrzebujemy np wybieramy się za granicę, wymaga tego pracodawca albo uczelnia itp. Nie widzę sensu uczenia się języka, którym nie będziemy mieli szansy się posłużyć. Osoby "zaniedbane" są takie, bo tak ukształtowało je życie, które przecież od początku było w rękach Boga Wszechmogącego. Być może owa emocjonalna samowystarczalność będzie im do czegoś potrzebna w życiu?

Zilustruję swą myśl przypadkiem prof. Zybertowicza. Wyznał on niegdyś, że według pewnego badania psychologicznego jego socjalizacja jest tuż przy dolnej granicy normy. W praktyce oznacza to, że jest niepodatny na sygnały niewerbalne ze strony grupy. Dzięki temu zdecydowanie łatwiej mu być nonkonformistą. Każdy, kto widział profesora Zybertowicza biorącego udział w jakiejś medialnej nawalance przyzna, że rozbuchane emocje uczestników nie udzielają mu się, a w rzadkich chwilach, kiedy jest przy głosie podnosi poziom debaty na wyżyny niedostępne pozostałym rozmówcom.

Nie wybieraliśmy naszych wczesnych doświadczeń, zostały nam zadane. Staram się ten fakt interpretować w duchu ufności. Owe doświadczenia i ich konsekwencje możemy potraktować jak kota w butach lub innego konika garbuska. Jesteśmy nimi rozczarowani, a nawet zdruzgotani, bo nie tak wyobrażaliśmy sobie nasze życie, ale kto wie czy na drodze, która nas czeka nie będą tym czymś, bez czego nie wykonalibyśmy naszego zadania (jak oślizgły Gollum w przypadku Frodo Bagginsa).