piątek, 26 stycznia 2018

O Kościele z mojej perspektywy (na marginesie odwołania redaktora naczelnego Gościa Niedzielnego)

Pisać  o Kościele to tak jak pisać o własnej matce, każdy żal blednie wobec podstawowego faktu, że jej zawdzięczamy dar życia, dzięki któremu możemy odczuwać cokolwiek i cokolwiek poddawać  krytycznej refleksji. Nie tylko nas nie wyskrobała, lecz także zapewniła - w ramach swoich możliwości -  warunki przeżycia i rozwoju  (co nie zmienia faktu, że silna więź kobiety ze swoim potomstwem składa się z wielu komponentów, a nie wyłącznie z miłości).

Podobnie Kościołowi Katolickiemu wszyscy zawdzięczamy cywilizację (zachodnią/łacińską/europejską/chrześcijańską) charakteryzującą się wolnością słowa, dzięki której możemy go krytykować. Tylko kompletny ignorant może negować wkład Chrześcijaństwa  w rozwój szkolnictwa, nauki, kultury, sztuki, opieki społecznej, prawa (w tym międzynarodowego) i kształtowanie naszej mentalności. Najbardziej zaciekły lewak usiłuje uzasadnić swoje racje posługując się etyką chrześcijańską (albo jej karykaturą). Każdy sprzedajny "ekolog" - świadomie lub nie - parodiuje św. Franciszka. Pomysł, że ludzie są równi wobec Boga i mają wrodzoną godność, która domaga się uszanowania  jest unikalny w dziejach świata.

Wierzący zawdzięczają Kościołowi opiekę duszpasterską i sakramenty, z których pierwszy - chrzest - jest do zbawienia koniecznie potrzebny, jak mnie uczono na religii. Ostatnio, co prawda, słyszy się głosy pewnych duszpasterzy - a nawet najwyższych hierarchów - podważających tę prawdę (Żydzi mają być zwolnieni z takiego wymagania) podobnie jak  nierozerwalność małżeństwa i wysoce nieuporządkowaną naturę aktów homoseksualnych. Nawet jeśli tak się dzieję, mamy do dyspozycji skarbiec 2000 lat niezmiennego nauczania w tych kwestiach, z którego możemy czerpać.



Uświadamiam sobie to bogactwo słuchając historii nawróceń protestantów (i Żydów) wychowanych w przekonaniu, że Kościół jest "nierządnicą babilońską", w krajach gdzie możliwość zapoznania z prawdziwą historią jest utrudniona gdyż, w powszechnej świadomości panuje jej wersja wymyślona na użytek antykatolickiej propagandy. Imponująca jest determinacja i odwaga tych ludzi, którzy poprzez studiowanie historii, teologii i filozofii, wbrew swoim intencjom odkrywają "fullness of faith" w Kościele Katolickim i mimo uprzedzeń "wyssanych z mlekiem matki" nawracają się. Cena jest niewyobrażalnie wysoka, bo często tracą wszystko - mieszkanie, pracę, przyjaciół, a czasem nawet rodzinę. Większość tych historii ma jednak jakiś rodzaj happy endu, bo w owych krajach, gdzie katolik jest dobrem rzadkim, Kościół znajduje dla nich zastosowanie.

Nam urodzonym i wychowanym w wierze katolickiej pewne aspekty związane z czynnikiem ludzkim w Kościele przesłaniają nasze szczęście. Nie mam tu na myśli problemu pedofilii wśród duchowieństwa, bo znam go wyłącznie z mediów lewicowo - liberalnych, choć chodziłam jako dziecko i nastolatka na religię, studiowałam na katolickim uniwersytecie, pracowałam w seminarium duchownym i liceum prowadzonym przez zakonnice - stykałam się wiec z klerem znacznie częściej niż przeciętny katolik.



Jako biegające samopas dziecko (z kluczem na szyi) o zwracającym uwagę wyglądzie zawsze byłam zaczepiana przez zboczeńców. Nie podejmę się nawet przybliżonego oszacowania liczby ekshibicjonistów, którzy się przede mną obnażyli w czasie od początku podstawówki do końca liceum. Jednak nigdy nie byłam obiektem niestosownych awansów ze strony księży, nie znam też nikogo, komu się coś takiego przydarzyło w dzieciństwie. Przypadek zakonnika, który poklepywał licealistki po pupie - o którym jedynie słyszałam ze średnio wiarygodnego źródła  - trudno zaliczyć do pedofilii. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że problem dotyczy raczej skłonności homoseksualnych, nie przypadkiem dawniej zwanych pederastią. Ich powszechność też wydaje mi się przesadzona (choć problem jest niewątpliwie poważny). Pamiętam jak pewna niunia z roku przekonywała księdza chodzącego z nami na wykłady, jak strasznie molestowani są klerycy w seminarium, licząc na jakieś pikantne historie. Ten podrapawszy się po łysiejącej głowie stwierdził z pewną przykrością, że musi ją rozczarować, gdyż jego nikt nie molestował i tonem usprawiedliwienia dodał, że widocznie nie jest atrakcyjny.

Istotnym problemem, z którym się zetknęłam w Kościele jest brak transparentności w katolickich instytucjach i sposób traktowania świeckich współpracowników. Pamiętam swój szok, kiedy na miesięczny objazd naukowy do Włoch, na który wytypowano wyróżniających się studentów pojechały zupełnie inne osoby  i to w tajemnicy przed tymi pierwszymi. Ja także byłam na pierwotnej liście ze względu na zasługi translatorskie dla katedry historii sztuki starożytnej i wczesnochrześcijańskiej. (Jako jedyna na roku interesowałam się starożytnością i znałam niemiecki w stopniu umożliwiającym tłumaczenie tekstów naukowych). Wymaganiem niezbędnym była znajomość języka zachodniego zweryfikowana przez któregoś z pracowników. Spełniwszy ten warunek czekałam na dalszy ciąg - termin wyjazdu koszt itp., lecz zapadła głucha cisza w eterze - słuch po objeździe zaginął. Dopiero po wakacjach dowiedziałam się, że się owszem się odbył, ale pojechali zupełnie inni ludzie wybrani według niejasnych kryteriów. To musiało otworzyć oczy nawet mi, Wilhelminie Naiwnej-i-Prostodusznej, gotowej brać wszystko za dobrą monetę, zwłaszcza w latach 80-tych, kiedy KUL wydawał się wyspą wolności na morzu PRL-owskiego zamordyzmu i dziadostwa. Kolesiostwo katolickie okazało jednak łudząco podobne do komunistycznego.




Wiele lat później przeżyłam kolejny szok, kiedy podczas przyjmowania do pracy w seminarium nie tylko nie podpisano ze mną żadnej umowy, ale nawet nie uznano za godną przedstawienia innym pracownikom. W konsekwencji za każdym razem musiałam tłumaczyć bratu zakonnemu na furcie kim jestem i po co przychodzę. Nie wyglądał na przekonanego i traktował jak mocno podejrzaną postać. Żaden z księży profesorów mijanych na korytarzu nie odpowiadał na pozdrowienie, siostra w kasie odnosiła się jak do uciążliwej żebraczki. Co gorsza w sytuacji kiedy klerycy - wykorzystując moją nieznajomość realiów ich życia - wymyślali coraz nowe powody odwołania zajęć nie miałam do kogo się zwrócić, żeby to sprawdzić. W przypadku choroby zawiadamiałam dziekanat, i informacja o mojej przewidywanej nieobecności tam grzęzła. To wszystko sprawiło, że przyprawiono mi gębę mętnej, niesolidnej postaci migającej się od pracy, za którą biorę pieniądze. Ilekroć usiłowałam wyjaśnić sprawę rektorowi,  nie zastawałam go w godzinach przyjęć. Pani w rektoracie udzielała mętnych wyjaśnień i otwarcie zarzucała mi kłamstwo (że jestem pracownikiem), a ja, będąc zatrudniona na gębę, nie mogłam udowodnić prawdziwości swych słów.

Nie będę się tu rozpisywać o mentalności kleryków, ich "byciu poza dobrem i złem" i stosunku do kobiet naznaczonym widocznym poczuciem wyższości, gdyż wyczerpałam temat w tekście "Człowiek drogą Kościoła, czyli o kobiecie w seminarium" opublikowanym na tym blogu.  Wspomnę jednak o zupełnym braku zrozumienia ze strony osób duchownych i konsekrowanych dla realiów życia świeckich. Odnosiłam wrażenie, że po prostu zakładają, że tak jak oni, mamy mieszkanie i wyżywienie za darmo, a pieniądze bierzemy wyłącznie na drobne wydatki, motywowani chciwością. Siostry zakonne, mimo wielu pięknych deklaracji, robiły wrażenie zupełnie pozbawionych empatii w stosunku do współpracowników. Kiedy zaczęłam mieć kłopoty ze zdrowiem potraktowały to jako akt złej woli i nie przedłużyły umowy na następny rok (przez 6 lat pracowałam na czas określony, co roku podpisując nową umowę).

Wiele lat powierzałam Bogu te doświadczenia, w nadziei uwolnienia się od goryczy, co jednak nie do końca się udało. Wspomnienia wróciły kiedy usłyszałam o zwolnieniu redaktora naczelnego "Gościa Niedzielnego" bez podania powodów. Nie jestem stałą czytelniczką tego pisma, ale wiem, że pozycję lidera tygodników opinii zawdzięcza właśnie owemu zdolnemu księdzu (nie pamiętam nazwiska). Semka i Terlikowski napomknęli na tłiterze, że biskup Skworc odwołał go pod naciskiem nuncjusza, pod zarzutem braku należytego entuzjazmu dla obecnej linii Watykanu (wywiad z o. Kowalczykiem SJ w ostatnim numerze był chyba ową kroplą przelewającą kielich goryczy). Zachodzi obawa powtórki z uwalenia  Uważam,rze. Popularność tygodnika wynikała przecież z trzymania się katolickiej ortodoksji i ostrożności wobec nadmiernie "postępowych" pomysłów. Przypadek Uważam,rze był ewidentnie wrogim przejęciem, nasuwa się pytanie czy  tak będzie z Gościem Niedzielnym. Jeśli pójdzie drogą Tygodnika Powszechnego ciemno widzę jego poczytność.

Piszę te uwagi całkowicie wolna od jakiejkolwiek osobistej sympatii wobec redakcji Gościa Niedzielnego, wręcz przeciwnie - wznoszę się ponad swoją niechęć. Miałam z nimi do czynienia co najmniej dwukrotnie - raz wysłałam tam tekst o samotności, a drugi CV i list motywacyjny w odpowiedzi na ogłoszenie. Za pierwszym razem zignorowali mój artykuł, który opublikowany w innym piśmie stał się hitem, z rekordową liczbą listów czytelników i  równie żywą reakcją na przedruk w internecie. Pomyślałam wtedy raczej niekorzystnie o rozeznaniu redaktorów, co jest ważnym i "biorącym" tematem, a nawet przypisałam im niskie intencje (zazdrość). Za drugim razem zaszczycili mnie odmową w formie elektronicznej, okraszoną życzeniami znalezienia innej posady. Podobnie pożegnała mnie onegdaj siostra dyrektor zwalniając z pracy w liceum. Nie wiem kim trzeba być, żeby nie widzieć okrutnej ironii tych słów zważywszy okoliczności.

Pamiętam czas, kiedy roiłam o nawiązaniu stałej współpracy z jakimś pismem katolickim. Sukces wspomnianego wyżej tekstu ożywił te przyjemne fantazje. Zorganizowano nawet spotkanie zatytułowane "wierność powołaniu", który to tytuł miał się nijak do mojego artykułu, ale pozwalał pomieścić drugiego, zdecydowanie faworyzowanego gościa, autorkę tekstu o małżeństwie. Temat i treść bardzo podobał się redakcji i zapewne przyczynił się do zapoczątkowania współpracy owej Pani ze środowiskiem. Moje marzenie spełniło się w życiu innej osoby, jak to czasem bywa..
Jak na ironię pewien znajomy zakonnik przysłał mi link do nagrania z jej wykładu o.......samotności. Tak gruby nietakt przypisałam niedostatkom wyobraźni owego znajomego. Braku inteligencji nie można zarzucić autorce. Sprytnie "przejęła mój temat" nie zaznaczając w tytule, że mówi wyłącznie o samotności w małżeństwie. O najbardziej bolesnym, społecznym jej aspekcie - zmarginalizowaniu lub wykluczeniu, także z życia Kościoła - oczywiście nie miała pojęcia. Fakt, że o samotności może w Kościele, wypowiadać się żona i matka trojga, raczej niż osoba znająca temat z autopsji jest dobrą ilustracją problemu.

Promotor mojej pracy doktorskiej zarzuca mi stale publicystyczny styl krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. Ostatnio posunął się nawet do stwierdzenia, że byłabym świetną dziennikarką. Tak, Panie Profesorze, ja również podzielam to przekonanie. Niestety wszystkie media do których zwróciłam się w tej sprawie były odmiennego zdania. Jak poucza nas Kościół powołanie to wypadkowa między zdolnościami człowieka a potrzebami społeczeństwa. Można mieć nie wiem jak rzadkie talenty i  świetne wykształcenie, ale jeśli nie ma społecznego zapotrzebowania trzeba się przestawić. Obecnie na rynku pracy nie ma praktycznie ofert dla ludzi wykształconych (pomijam lekarzy, informatyków i managerów), te które się czasem pojawiają są fikcyjne, bo miejsce zawsze przeznaczone jest dla swoich niuniów. "Konkurs na stanowisko" jest farsą, podczas której komisja i z góry upatrzony kandydat nieźle się bawią kosztem naiwnych jeleni przygotowujących się przez tydzień, żeby odegrać rolę zasłony dymnej dla oczywistej korupcji.

Dojrzewam do zmiany podejścia. Wypatrzyłam dwie interesujące oferty - rekwizytor w operze i dojarz oborowy na Uniwersytecie Przyrodniczym,  W obu przypadkach wymagane jest wykształcenie zasadnicze zawodowe. W kwestii kwalifikacji mogę to i owo ukryć w CV, ale co ze stażem pracy? W państwowych instytucjach wymagają jego udokumentowania. Wyszłoby wtedy na to, że bez matury pracowałam w szkolnictwie jako nauczyciel. Pocieszam się, że jeśli mój nowy zamysł jest zgodny z wolą Bożą, na pewno się powiedzie.

Jestem świadoma goryczy przebijającej z tego tekstu, a także zazdrości wobec nawróconych anglikanów, baptystów i innych metodystów, dla których miejsce w życiu Kościoła w końcu się znajduje. Nie zamierzam jednak nic zmieniać, ani wygładzać. Pozwolę sobie na luksus nie udawania kogoś lepszego niż jestem.


















poniedziałek, 22 stycznia 2018

Casus Syrofenicjanki, a kwestia "uchodźców"

Rzygam tematem "uchodźców", ale ponieważ biskupi i sam papież opowiedzieli się w tej kwestii po stronie oligarchów, przeciw wiernym powierzonym swojej duszpasterskiej pieczy, czuję potrzebę zwrócenia się bezpośrednio do nich.



Zakładam, że księża biskupi znają historię Syrofenicjanki. Ta kobieta według żydowskich standardów należała do Goyim - bydląt o ludzkich twarzach (jak my wszyscy zresztą). Prosiła o pomoc dla córki dręczonej przez złego ducha. Trudno sobie wyobrazić kogoś bardziej zasługującego na współczucie - istota słabsza, nie prosząca dla siebie, motywowana  miłością. Nie wybierała się do Izraela po socjal. Nie istniało niebezpieczeństwo, że zgwałci kogokolwiek, ani, że podłoży ładunek wybuchowy z intencją zabicia tak wielu Żydów jak się tylko da. A jednak Jezus pierwotnie zdecydował, ze "niedobrze jest zabrać pokarm dzieciom i dać go psom" i zakomunikował jej to dokładnie takimi słowami, nie łagodząc przekazu, aby nie ranić jej uczuć (bardzo szlachetnych zresztą by any standarts). Zmienił zdanie tylko dlatego, że kobieta - ze względu na córkę - zniosła mężnie tego kopniaka wymierzonego w jej ludzką godność i umiała inteligentnie ripostować.



Jaka nauka płynie dla nas wszystkich z tego kanonicznego tekstu? Jeśli Pan Nasz uznał, że pomoc nieszkodliwej kobiecie obcego plemienia jest marnotrawieniem środków przeznaczonych dla swoich, to czym byłoby sprowadzenie (wbrew woli) gromady mężczyzn w wieku poborowym deklarujących wrogie intencje, chęć życia z socjalu i domagających się zaspokojenia swoich niekontrolowanych potrzeb seksualnych? Jeśli Syrofenicjanka zasługiwała na porównanie do psa,to jak nazwać tych ludzi? Nie ma chyba w języku polskim (ani żadnym innym) bluzgów dość wulgarnych.



Nie rozumiem co dzieje się z hierarchami, że nagle postanowili być cool i fit in pod dyktando lewicowo-liberalnych mediów przemawiających w interesie oligarchów dążących do zniewolenia zwykłych ludzi. Czy to jest ten "nowy paradygmat" o którym słyszymy od rzecznika Watykanu?

niedziela, 21 stycznia 2018

Jeszcze o pomaganiu, rytualnej nieczystości i instynkcie stadnym

W przypowieści o miłosiernym Samarytaninie trzy osoby widzą pobitego człowieka kapłan, lewita i Samarytanin. Dwie pierwsze należą do najwyższych i najbardziej uprzywilejowanych warstw społeczeństwa, trzeci to mieszaniec i heretyk, za nim już tylko Goyim - bydlęta o ludzkich twarzach stworzone przez demony ("niedobrze odebrać pokarm dzieciom i dać go psom" - mówi Jezus do Syrofenicjanki). Człowiek może być martwy więc dwaj pierwsi nie chcą go dotknąć by nie zaciągnąć rytualnej nieczystości, co uniemożliwiłoby im służbę w świątyni. Nie ma też mowy o tym, żeby zawiadomili kogoś czy sprowadzili pomoc. Tylko ten najniżej w hierarchii może udzielić pomocy bez obawy o utratę swojego statusu - po prostu nie ma nic do stracenia.

Myślę, że to bardzo adekwatny opis funkcjonowania hierarchii społecznej we wszystkich kulturach. Słyszałam kiedyś opinię (nie pamiętam czyją), że matka Teresa z Kalkuty dokonała cudu, sprawiając, że  młode siostry Hinduski pochodzące z najwyższej kasty dotykały chorych i umierających biedaków.

Można więc przyjąć, że naturalną koleją rzeczy osoby aspirujące do wysokiej, a nawet średniej pozycji w społeczeństwie nie powinny wchodzi w kontakt z cierpieniem i śmiercią, to domena niedotykalnych pariasów - im już nic nie może zaszkodzić. Idąc tym tokiem rozumowania, jeśli jakiś człowiek pomaga cierpiącemu, ujawnia się jako parias nawet jeśli tego po nim nie widać.
W kulturze chrześcijańskiej na ten naturalny sposób rozumowania nakłada się nadprzyrodzony -według którego w tym najmniejszym i cierpiącym można spotkać Jezusa - i oba funkcjonują obok siebie, z wyraźną przewagą pierwszego.

Ilekroć zdarzyło mi się udzielić pomocy obcemu człowiekowi zawsze spotykałam się z tą samą charakterystyczną reakcją - zdawkowe podziękowanie i szczere obrzydzenie (nikt nie chce zawdzięczać czegokolwiek pariasowi). Jeżeli był to mężczyzna dodatkowo widział we mnie  "łatwą kobietę", bo przecież żadna porządna nie zainteresowałaby się takim dziadem.

Kiedy odwiedzałam mojego własnego ojca w szpitalu w ostatniej chorobie panowie leżący na sali postrzegali mnie nie jako córkę, która towarzyszy w umieraniu staremu rodzicowi i stara się zapewnić mu dobrą opiekę, tylko laskę szukającą okazji, tak zdesperowaną, że nie cofa się przed przed przyjściem w miejsce, gdzie żadna porządna kobieta by się nie pokazała.(Co ciekawe moja własna matka dobrze to rozumiała i unikała odwiedzania kogokolwiek w szpitalu jak ognia). Nawet pewien franciszkanin  poproszony, aby przyszedł z Najświętszym Sakramentem do mojego ojca zachował się jakbym złożyła mu propozycję natury seksualnej. Zignorował mnie wyniośle, a wracając wpatrzył się w mój biust całkowicie niewidoczny pod ciężkim zimowym płaszczem założonym na kilka warstw odzieży.

Ciekawa rzecz, że Maria Magdalena tylko w tradycji zachodniej zostaje utożsamiona z kobietą cudzołożną. Zapewne dlatego, że przyszła namaścić ciało zabitego Jezusa. Żadna szanująca się niewiasta nie ganiałaby po nocy, żeby zajmować się trupem obcego mężczyzny.



Problem - jak się wydaje - polega na tym, że mowa nasza nie jest tak-tak i nie-nie jak sugeruje ewangelia tylko tak-nie i nie-tak. Piękne i wzniosłe słowa całkowicie rozjeżdżają się z przekazem niewerbalnym. Być może większość ludzi rozumie, że w takim wypadku słowa nie mają żadnego znaczenia, ale co z tymi naiwnymi i prostolinijnymi, którzy jednak biorą je do serca?

W czasach mojej młodości dziewczętom dużo mówiono o czystości oraz skromności w ubiorze i sposobie bycia. Widocznie milcząco zakładano, że wszystkie są napalonymi kokietkami biegłymi w sztuce uwodzenia. Tak się składa, że nie wszystkie i te skromne stały się jeszcze skromniejsze, grzebiąc tym samym swoje szanse na małżeństwo, a zdesperowane flirciary, które miały tego rodzaju nauki w dużym poważaniu, przeskakując z łóżka do łóżka w końcu znalazły męża i stały się przykładnymi żonami i matkami. Te pierwsze traktowane są w Kościele z obrzydzeniem, drugie z nadskakującą atencją. Znaczy cnotą jest słyszane nauki ignorować, albo wręcz stosować dokładnie odwrotnie?

Podobnie rzecz ma się z pomaganiem. Apeluje się do nas o otwartość serca, o dostrzeganie Chrystusa w potrzebującym człowieku itp. Wszyscy, których Pan Bóg pokarał nadmiarem empatii wiedzą czym to grozi, mieli wiele okazji przekonać się na własnej skórze. Ostatnie apele dotyczą przyjmowania tzw. uchodźców i to koniecznie muzułmańskich, Ukraińcy z jakichś tajemniczych powodów się nie liczą. Kościół mówi jednym głosem z mediami lewicowo-liberalnymi, które manipulują społeczeństwem starając się wykreować modę uruchamiająca instynkt stadny. Chcesz być cool musisz nosić ciuchy określonych marek,  używać jakichś kretyńskich, całkowicie zbytecznych gadżetów, popierać związki partnerskie, dawać Owsiakowi i przyjmować "uchodźców" i to dokładnie takich jakich Frau Merkel ci każe.

Na ogół przejmowałam się tym, co słyszałam w Kościele. Wyszłam na tym tak średnio, ale był to mój wybór. Jednak wobec tak bezwstydnej manipulacji, próby wjeżdżania na emocje i uruchamiania instynktu stadnego odpowiadam NIE, stanowcze NIE!!!








piątek, 19 stycznia 2018

O dziurawych butach i ludziach ze wschodu

Nie zamierzałam w tym sezonie kupować nowych butów jesienno-zimowych. Mam 2 pary starych - zgrabnych, wiązanych trzewików za kostkę, na dobrej, grubej podeszwie z traktorem (uwielbiam ten fason). Niestety w obu parach na skutek wieloletniego intensywnego użytkowania zrobiła się niewielka dziura w prawym bucie. Zasadniczo mi nie przeszkadza, ale jestem świadoma, że dla wielu moich bliźnich  będzie to pierwsza i najistotniejsza informacja o mnie. Większość ludzi, która nie dostrzega starszej kobiety z wylewem siedzącej na trawniku, bez najmniejszego trudu zauważy niewielką dziurkę w moim bucie, zanim jeszcze otworzę usta. Co więcej, nawet jeśli słowa moje będą jak miód, ów kompromitujący szczegół je całkowicie unieważni. Ma to znaczenie w sytuacji, kiedy szukam pracy. Wybrałam się więc do CCC i kupiłam z moich topniejących zasobów dobre buty na wyprzedaży. Cena rewelacyjna, gumowa podeszwa, ładny fason, przyjemny nubuk, tylko jakby ciasnawe, choć mój rozmiar.

Idę więc na drugi dzień zmierzyć o numer większe i ewentualnie wymienić. Jestem tak zaaferowana, że siadając nie trafiam zadkiem na krzesło. Jako pani w średnim wieku, w eleganckim, choć starożytnym  płaszczu i takimże kapeluszu, fikająca krzepkimi odnóżami w powietrzu daję światu ucieszny prospekt. Na szczęście w sklepie jest prawie pusto. Prawie, bo jakaś przyjemna młoda twarz pochyla się nade mną. "Wsio dobre?" - pyta życzliwie. "Dobre, dobre" - zapewniam ją pośpiesznie gramoląc się na krzesło. Dziewczyna ulatnia się taktownie, żeby nie być świadkiem mojego zakłopotania. Mierząc buty śmieję się pod nosem ze swojej "przygody".

Uśmiecham się także dlatego, że lubię ludzi ze wschodu. Jakoś blisko mi do nich mentalnie. Moja rodzina pochodzi wprawdzie z kresów pn-wschodnich II RP (teraz Białoruś przy granicy z Litwą), ale Ukraińców - zwłaszcza o polskich korzeniach - nie uważam za obcych. Powiem więcej, w szkole językowej w Londynie najlepiej dogadywałam się z Chinką z Tajwanu, mimo, że grupa składała się w większości z Europejczyków Włochów, Francuzów, Szwajcarów itp.  W drodze na konferencję do Berlina poznałam w Polskim Busie dziewczynę z Kazachstanu, która zaimponowała mi znajomością języków, w tym polskiego, i rozmachem życiowym. Ona, potomkini nomadów z kazachskich stepów czuła się swobodniej i pewniej w Europie niż ja, która się tu urodziłam. Tutaj znaczy we Wrocławiu, z wykorzenionych rodziców, którzy zostawili groby swych przodków w postawskim powiecie dawnego województwa wileńskiego. Nie zapuścili korzeni. Jestem wykorzeniona w drugim pokoleniu .

Studiując na KULu poznałam wielu ludzi ze wschodniej Polski, wszyscy moi najbliżsi przyjaciele pochodzili spod wschodnich rubieży.  Zaciąganie posła Andruszkiewicza z Podlasia przyjemnie brzmi dla mojego ucha, podobnie jak język białoruski. "Po prostemu", czyli po białorusku mówiło się podobno w domu księdza Popiełuszki. Niezależnie jednak od używanego języka, każdy katolik na wschodzie zawsze uważał się i był uważany za Polaka.

 "Tuż za orłem znak pogoni, poszli nasi w bój bez broni..." Uświadamiam sobie, że dla mnie nasi są spod znaku Pogoni, dobrze sportretowani w postaci Longina Podbipięty z Ogniem i mieczem - wysoki wzrost, grube kości, krzepa, jasna pigmentacja, dobry charakter, prostoduszność i naiwność (wypisz wymaluj mój ojciec). Idą w bój, nawet jeśli nie mają broni, ich gościnność posunięta jest do granic absurdu, podobnie jak gotowość niesienia pomocy i uczynność wobec obcych...

"Białoruś to jednak północny kraj, jak Litwa i Łotwa. Ma w sobie pewną ponurość..." - takie zdanie usłyszałam na jakimś spotkaniu Klubu Ronina lub Jagiellońskiego (albo Wtorkowego) obejrzanym na YouTube. Ucieszyła mnie ta północna ponurość jak mało co, pewnie dlatego, że odnajduje ją także w sobie. Jest we mnie tęsknota za krajem przodków, za ludźmi z mojego plemienia. Umiem go sobie tak pięknie wyobrazić, że nie zniosłabym konfrontacji z postsowiecką Białorusią Łukaszenki ani z Litwą zacierającą ślady wspólnej historii.



czwartek, 18 stycznia 2018

O wadach wzroku i pomaganiu

Wady wzroku - jak wiadomo - są bardzo różne.
Ja sama cierpię na wrodzoną nadwzroczność (dalekowzroczność) na poziomie mniej więcej +5 dioptrii, której towarzyszy silny astygmatyzm (ok.2), a szkła do okularów do czytania muszę specjalnie zamawiać za ciężkie pieniądze, bo tak mocne nie są normalnie dostępne w handlu (w przeciwieństwie do krótkowidzów, dalekowidzom wada się mocno pogłębia z wiekiem). W wieku ok. 5 lat miałam operację na prawym oku, która nie do końca się udała, i w dalszym ciągu widzę nim znacznie gorzej niż lewym. Okulary nosiłam całe dzieciństwo. Przez pewien czas zaklejano mi moje dobre "lewe oczko", żeby gorsze, prawe, zmusić do wysiłku. Musiałam także ćwiczyć na tzw. "krzyżaku" ich koordynację. Okularów nienawidziłam namiętnie, porzuciłam je w liceum - młode mięśnie potrafią niejedno przezwyciężyć dodatkowym wysiłkiem - a wróciłam (do nich) dopiero pod czterdziestkę zmuszona regularnie nawracającymi potężnymi migrenami.



Mimo tych ograniczeń od dziecka z upodobaniem malowałam rysowałam, czytałam, robiłam na drutach i szyłam. Robię to wszystko nadal choć od czasu upowszechnienia się komputerów w mniejszym stopniu.

Najzabawniejsze jednak jest to, że przy wszystkich tych wadach widzę rzeczy, których inni zdają się nie dostrzegać. Oko do kolorów i form, czy zdolność rozróżniania większej ilości odcieni każdej barwy, jest zapewne przekazywane genetycznie w pakiecie pt zdolności plastyczne, którymi Pan Bóg hojnie obdarzył rodzinę mojej matki. Ja jednak mam na myśli coś zupełnie innego, co zilustruje kilkoma przykładami.

Jest rok 1990 mam lat 24, pracuje w zbiorach graficznych pewnej dużej biblioteki naukowej. Siedzę z kolegą w pizzerii na ul. Szewskiej (o ile dobrze pamiętam). Nie było wolnych stolików więc dosiedliśmy się do samotnego chłopca lat ok. 10-12 bezskutecznie usiłującego zwrócić uwagę kelnerki, żeby coś zamówić. Chłopiec jest bliski łez - zupełnie bezradny wobec uparcie ignorującej go kobiety. Kiedy ta do nas podchodzi gotowa przyjąć zamówienie zwracam jej uwagę, że chłopiec był tu przed nami i sugeruję, żeby go obsłużyła w pierwszej kolejności. Baba robi przedstawienie pt" ojej jak mogłam nie zauważyć, przepraszam cię, kochanie" Mając w nas publiczność przynosi mu pizzę podlaną wylewnym słowotokiem, a mój kolega - nieproszony - dodaje od siebie coca-colę. Chłopiec płacze już całkiem jawnie, z trudem przełyka kawałki pizzy, za którą musiał zapłacić takim upokorzeniem (nie wiadomo co było gorsze ignorowanie go czy nieszczera serdeczność), mam ochotę wyjść. Na drugi dzień kolega opowiada w pracy wszystkim, którzy chcą i nie chcą słuchać, o nieszczęsnym zajściu zaczynając od słów "zabrałem Wilhelminę do pizzerii"... Nie wiem co mnie bardziej wkurza owo "zabranie mnie" czy przedstawianie dość smutnego incydentu jako ekscytującego wydarzenia, w którym on sam odegrał rolę bohatera.

Trudno uwierzyć,  że kelnerka i mój kolega nie widzieli wysiłków chłopca, zanim zwróciłam im na nie uwagę. Czekali na sygnał? A może ja mogłam je zauważyć tylko dzięki intuicji, empatii i doświadczeniu bycia dzieckiem z kluczem na szyi zmuszonym do konkurowania z dorosłymi o pozyskanie trudno dostępnych towarów i usług w PRL-u późnych lat 70-tych i  wczesnych 80-tych. Czyli nie patrzymy wzrokiem tylko intuicją i doświadczeniem?

25 lat później wybieram się na działkę, na trawniku po drugiej stronie Korony siedzi starsza pani obstawiona torbami z zakupami i wygląda dziwnie. Liczni na tej trasie rowerzyści i nieliczni przechodnie mijają ją niezaburzeni. Podchodzę i pytam, czy nie potrzebuje pomocy. Nie może mówić, ale podaje mi komórkę. Po wielu trudach - nie umiem obsługiwać fancy komórek, ani temu podobnych zbytecznych gadżetów - dodzwaniam się do jej syna i opisuję sytuację. Przyjeżdża z bratem i przenoszą bezwładną matkę do samochodu celem przewiezienia jej do szpitala (prawdopodobnie wylew). Dziękują mi zdawkowo, ale patrzą bardzo podejrzliwie. Kilkadziesiąt metrów dalej zatrzymuje ich policja za jazdę po chodniku.

Znowu, dlaczego tylko ja wzięłam pod uwagę możliwość, że z kobietą jest coś nie tak? Dlatego,że sama mam chorą matkę? Dlatego, że mój ojciec umarł stosunkowo niedawno po ciężkiej chorobie? Dlatego, że jestem tą, która "dotknęła" choroby, starości i śmierci? Jestem przez to "rytualnie nieczysta" unfit for society? Dlatego obaj synowie z trudem przezwyciężają obrzydzenie, żeby wydusić z siebie zdawkowe podziękowanie?  Czyli - znowu - patrzymy doświadczeniem, a nie wzrokiem? Każdy, kto widzi cierpienie zdradza się, że sam go doświadczył  (i może innych zarazić). Cierpienie nie jest atrakcyjne wizualnie, rodzi podejrzenie nieudacznictwa, bycia "loserem" Pomaganie jest cool wyłącznie wtedy, jeśli polega to na wrzucaniu pieniążków do puszek, chodzenie na koncerty i przyklejaniu na ubranie kretyńskich czerwonych serduszek, jeżeli motywowane jest i uzasadnione instynktem stadnym (wszyscy to robią).

Mniej więcej w tym samym okresie (mam ok 49 lat) wychodzę z adoracji, na światłach stoję za młodą siostrą zakonną, którą przed chwilą widziałam w kaplicy. Jakiś kretyn prowadzi dużego zdezorientowanego psa na długiej smyczy. Towarzysząca mu, zażenowana dziewczyna trzyma się od niego jak najdalej. Niezaburzony bałwan usiłuje pokierować tak nieszczęsnym zwierzakiem, żeby skierować go na przechodzące "laski" (przestraszyć je? dotknąć za pośrednictwem psa? obwąchać?). Na widok siostry zakonnej wpada na super pomysł  -  napuścić go na "pingwina".
"Moja dłoń zaciska się w pięść" podchodzę do bęcwała i staję tak blisko, że prawie dotykam go ramieniem. Jestem wyższa od niego i nie boję się psów, ani - tym bardziej - żałosnych kretynów. Tenże patrzy na mnie zaskoczony - nie jestem targetem. Jego otwór gębowy zaczyna wyrzucać dźwięki  - coś jakby "o co chodzi?" "Proszę nie zaczepiać tej siostry" - mówię głośno i wyraźnie. Ludzie na światłach obracają się w moim kierunku, patrzą  jakbym pierdnęła w teatrze. Zawstydzona zakonnica zapewnia mnie, że naprawdę nie trzeba... Światło w końcu zmienia się na zielone, siostra szybkim krokiem oddala się, tuż za nią towarzyszka kretyna z psem. Ten (znaczy kretyn, a nie pies) woła za nią "zaczekaj no" i usiłuje dogonić, dzięki czemu nikogo już nie zaczepia. Skręcam do parku nad fosą, jest mi niedobrze.

Przypominam sobie później sytuację, kiedy to mnie molestowano za pomocą psa. Rzecz działa się na ulicy Krupniczej (w owym czasie Nowotki) Miałam może jakieś 12-13 lat. Pies był duży, silny i spuszczony ze smyczy. zaczął mnie dość namolnie obwąchiwać w miejscu intymnym. Odwracam się mówię do właścicieli, żeby wzięli psa. Mężczyzna dobrze się bawi i nie zamierza nic zrobić. Towarzysząca mu dziewczyna patrzy na mnie wrogo - widzi we mnie konkurencję. Wobec braku reakcji biorę psa za pysk (w sensie jak najbardziej dosłownym) i zdecydowanym ruchem odpycham od siebie. Facet zaczyna się drzeć, jak śmiem psuć mu zabawę. Dziewucha mu wtóruje. Nikt z przechodzących ludzi nie reaguje. To, przyznam, jedno z moich najohydniejszych wspomnień z dzieciństwa.

Stając w obronie młodej zakonnicy (która sobie tego nie życzyła) znowu zdradziłam się jako osoba, która czegoś podobnego doświadczyła. Znowu jestem naznaczona, nieczysta. zachowuję się inaczej niż wszyscy. Moja interwencja budzi podobne zażenowanie wśród świadków zajścia, jak wygłupy debila u jego towarzyszki. Nie jestem cool. Ani starsza pani, ani zakonnica nie są cool.  Zachowania wbrew instynktowi stadnemu nie są cool. To nie Orkiestra Świątecznej Pomocy celebrowana gromadnie przy wsparciu mediów, to zgrzytliwe akty codziennej pomocy, nie zawsze trafione, wykonywane przez jednostki zhańbione stycznością z cierpieniem, chorobą i śmiercią - żadna z tych rzeczy nie jest cool. Jeszcze jeśli chodziło o dziecko, na mój sygnał znaleźli się chętni to partycypowania w "pomocy", (zapewne dlatego Owsiak wziął na sztandary chore dzieci) zapewnili sobie udział w przedstawieniu, które mogło się podobać (jakiemuś debilowi). Pomagać, pomagać jest bosko!










niedziela, 14 stycznia 2018

Samuelu, Samuelu!

Szczęśliwa, że nie mam dzisiaj żadnych zajęć (pracuję co drugi weekend) wybrałam się jak zwykle do dominikanów na 12.00.  Byłam wprawdzie uprzedzona, że będzie odprawiał ojciec przeor i będzie mówił o uchodźcach, ale mimo to zdecydowałam się nie zmieniać mojej niedzielnej rutyny, gdyż zaburzyłoby to moje wątle poczucie bezpieczeństwa.

Postanowiłam nabrać odwagi i być mężna w obliczu nieuniknionego. Było moje ulubione pierwsze czytanie o tym jak Pan budzi Samuela w środku nocy w sposób tak nie pozostawiający wątpliwości, że chłopiec za każdym razem biegnie do Helego przekonany, że to ten go wzywał. Dopiero pouczony przez starca za czwartym razem odpowiada Bogu "mów Panie, bo sługa twój słucha". Pozazdrościć!

Nie wiem czy dzisiaj istnieją tacy mędrcy zdolni wytłumaczyć innym ludziom, co się z nimi dzieje, trafnie zinterpretować ich własne doświadczenia i pouczyć co dalej z nimi robić. Przez całe życie tęskniłam za kimś takim i szukałam z łatwym do przewidzenia skutkiem. Wniosek jest oczywisty - albo takich ludzi nie ma, albo, jako dobro rzadkie, zastrzeżeni są do wyłącznego użytku przyszłych proroków i królów.

I tu wracam do wątku wspomnianego w poprzednim wpisie - całkowitej nieadekwatności nauk innych ludzi, których przecież sam Bóg powołał do wprowadzania nas w życie (rodziców, nauczycieli, księży). Czy jest to po części kwestia niekompatybilności doświadczeń, niewłaściwego języka, czy też wyłącznie świadome kłamstwo mające na celu urobienie materiału ludzkiego. aby był podatny na manipulację?

Człowiek, który zaczyna uczyć się jeździć konno bardzo szybko orientuje się, że każdy koń, którego dosiada, czyści, kiełzna i siodła jest indywidualnym przypadkiem, bardzo rożnym od pozostałych. Płochliwy wymaga uspokajania, uparty wzmocnionych bodźców itp. Środki niewłaściwie zaaplikowane mogą mieć poważne konsekwencje. Podobnie rzecz się ma z początkującym nauczycielem, który co 45 minut ma przed sobą inną grupę ludzi i musi błyskawicznie rozpracować jej wewnętrzną hierarchię i zorientować się w specyfice poszczególnych jednostek. Błędny osąd sytuacji i niewłaściwe środki to trudna do odwrócenia katastrofa. Doświadczywszy tego wszystkiego naprawdę trudno uwierzyć mi w rodzica albo księdza (zwłaszcza w konfesjonale), który nie rozumie do kogo mówi.

Słuchając dzisiejszego kazania o uchodźcach miałam chwilami wrażenie, że ojciec przeor, którego tak często widuję w Kościele św. Wojciecha we Wrocławiu, dopiero co przyjechał z antypodów i nie zauważył jeszcze, zmęczony podróżą, że w naszym mieście (podobnie jak w całej zachodniej Polsce) równie często słychać ukraiński i rosyjski jak polski. W szkole policealnej, w której uczę mam grupę złożoną wyłącznie z Ukraińców. Fachowiec wezwany do wymiany podgrzewacza wody na przykład też na ogół jest zza Buga. Migrantów już tu mamy i to całkiem sporo. Są nam bliscy kulturowo, ale także przypominają niewyobrażalną traumę Rzezi Wołyńskiej. Traktujemy ich dobrze, ale cały czas mamy z tyłu głowy, że historia może się powtórzyć. Ojciec przeor nie odniósł się ani słowem do naszej rzeczywistości, a opowiadał o rzeczach odległych albo czysto teoretycznych. Chciałoby się powiedzieć - typowe.

Cóż ma więc zrobić człowiek od niemowlęctwa zdany wyłącznie na nauki przeznaczone dla kogoś innego? Chciałby jak Samuel powiedzieć do Boga "Mów Panie wreszcie do mnie, a sługa twój będzie Cię słuchał! Obudź mnie w nocy 4 razy z rzędu wypowiadając moje imię, żebym miała pewność, że to do mnie się zwracasz!"

Zdarzyło mi się kilka razy w życiu mieć całkowitą jasność, co mam robić, Były to zwykle sytuacje kryzysowe, w których - jak większość neurotyków - na ogół nie tracę głowy. Mimo całej powagi, a nawet grozy sytuacji doświadczałam psychicznego luksusu.  To rzeczywiście było tak jakby ktoś postawił mnie w jakimś miejscu do wykonania jakiegoś zadania, do którego się dobrze nadawałam. Rzeczywistość sama przemówiła do mnie bez pośrednictwa połajanek i wjeżdżania na poczucie winy, bez "bezinteresownego daru z siebie", wypominania "egoizmu" i święcenia jajek w  Wielką Sobotę.


sobota, 13 stycznia 2018

O dobrych uczynkach

Właściwie o jednym, który miał miejsce przed ponad 30-laty, a niesmak pozostał do dziś dnia.

Wybierałam się ostatnio do Poznania na rozmowę kwalifikacyjną, z której zresztą najprawdopodobniej nic nie wyniknie.  Oglądając plan miasta i szukając połączeń kolejowych zupełnie niechcący uruchomiłam ciąg wspomnień z połowy lat 80-tych.

Byłam wtedy studentką  drugiego roku historii sztuki na KULu. Jak co roku wybraliśmy się (specjalnie w tym celu wynajętym autobusem) na objazd naukowy, tym razem po Wielkopolsce. Objazdy uwielbiałam z powodów merytorycznych i towarzyskich. Niestety w Gostyniu (mieliśmy tam nocleg) pewna niunia zaczęła wykazywać wzmożone objawy jakiej przykrej infekcji i ktoś wymyślił, że to odra. Jak się okazało nikt tej choroby wieku dziecięcego nie przechodził z wyjątkiem mnie, Wilhelminy-Naiwnej-i-Prostodusznej. Nic strasznego nie podejrzewając, wyznałam to bez obaw, w ten prosty sposób narażając się na oczekiwanie, że to właśnie ja mam zostać w gościnnym klasztorze z chorą koleżanką, niezdolną do dalszej podróży. Gdybym zdecydowanie odmówiła nikt, prawdopodobnie, by mnie nie zmuszał. Ja jednak zgodziłam się w przekonaniu, że tak trzeba, że robię coś dobrego, może nawet wyobrażałam sobie, że to Pan Bóg tego ode mnie oczekuje albo, że to rodzaj próby, jak w bajce, kiedy to bohater/ka zostaje wielokrotnie wynagrodzona za dobro okazane jakiemuś nieszczęsnemu stworzeniu.

Rzeczona niunia nie była moją "psiapsiółką", po prostu osobą z roku, bliżej znałam jej współlokatorkę, która nie miała o niej dobrego zdania. Uważała ją za hipochondryczkę, mitomankę i histeryczkę, prawdopodobnie słusznie. Ja jednak porażona taką nieczułością, tym nieostrożniej dałam się wrobić w rolę opiekunki chorej. Nie muszę nikomu tłumaczyć, że nie była to żadna odra, ani nawet grypa moja "opieka" była całkowicie zbyteczna, podopieczna nie wykazywała śladu wdzięczności, a los - w bajkach tak hojny dla obdarzonych dobrym serduszkiem - w żaden sposób nie zrekompensował mi rezygnacji z objazdu. Pozostał mi ino niesmak, że nadużyto haniebnie mojej naiwności, dobrej woli i nadmiaru empatii. Jeszcze po 30-tu latach miałam ochotę krzyczeć do przewrotnego losu "Oddawaj mi mój objazd po Wielkopolsce, podstawiaj mi tu autobus z ludźmi z roku o 30 lat młodszymi albo przenoś mnie w czasie, żebym mogła wybrać inaczej!" Niestety, "głuchy jest los, nadaremnie wzywasz go" jak mówi poeta.

Dla kontrastu moje najpiękniejsze wspomnienie z dzieciństwa dotyczy nakopania w chudą doopę pewnej toksycznej niuni, która prześladowała mnie i moją "psiapsiółkę" od przedszkola. Był to ten rodzaj kreatury, która najlepiej się bawi dręcząc słabszych i bezbronnych. Moja "bezbronność" była wyłącznym dziełem rodziców warunkujących mnie od niemowlęctwa, że nie wolno okazywać gniewu, ani nawet go odczuwać, a co dopiero bronić się przed fizyczną agresją. Jak wielu dorosłych wyparli prawdziwy obraz dzieciństwa i nie przyjmowali do wiadomości istnienia zła w czystej postaci (lub mechanizmu stadnego w ujęciu socjo-biologicznym) manifestującego się w każdej grupie ludzi niezależnie od wieku. Owo tabu mogłam przełamać jedynie dlatego, że chuda doopa zaatakowała moją koleżankę - niedużą, okrągłą dziewczynkę, która rzeczywiście obiektywnie była słabsza i nie byłaby się w stanie obronić sama przed kimś tak bezwzględnym i przekonanym o swej bezkarności.


O drogi czytelniku! To cudowne uczucie ciepła rozchodzącego się z brzucha po całym ciele wraz z krwią naładowana adrenaliną! To poczucie wolności i siły! Radość walki i radość zwycięstwa! Czułam się jak nie przymierzając Eomer podrzucajacy radośnie miecz w górę pośród beznadziejnej (jak się wówczas wydawało) bitwy na polach Pelenoru. Chuda doopa była szybsza ode mnie, ale ja znacznie silniejsza. Mój gniew dodał mi skrzydeł i udało mi się ją pochwycić i skopać z całych sił. Najbardziej satysfakcjonujący był wyraz jej twarzy - ten szok, że to ona teraz dostaje w doopę od kogoś "nieszkodliwego" a nie odwrotnie, że "przyrodzone" role mogą się odwrócić i że nie jest bezkarna i to boli, boli w każdym sensie tego słowa!

Przez tydzień nie mogła siedzieć na zadzie, zaczęła się mnie bać, próbowała się mścić przez chłopaków z klasy (konkretnie jednego, który nie bardzo miał ochotę poczuć mój gniew na własnej skórze), potem nabrała pewnego respektu, a co najzabawniejsze w liceum dosyć się zaprzyjaźniłyśmy.

Co z tego wynika? Pewnie to, że kiedy ktoś inny opowiada nam świat - zwłaszcza kiedy raczej daje wyraz swoim pobożnym życzeniom, niż opisuje rzeczywistość, której doświadczył na własnej skórze - wprowadza nas w błąd. Po części świadomie - idealizując go - po części nie całkiem - aplikując niewłaściwe treści niewłaściwym osobom.

Ciekawa jestem, co może kierować dorosłym pouczającym dziecko "bądź dobry dla innych, a inni będą dobrzy dla ciebie". Idąc tym tokiem rozumowania Jezus był kimś wyjątkowo złym, skoro spotkał go koniec tak tragiczny. To samo można powiedzieć o dzieciach wyskrobanych z łon własnych matek zanim jeszcze przyszły na ten padół łez. Nie wyobrażam sobie człowieka, który nie doświadczyłby, że sposób odnoszenia się innych do niego zależy wyłącznie od jego miejsca w stadzie, a dobro ani zło nie ma tu nic do rzeczy. Nawet w debacie publicznej chętniej używa się argumentów estetyczno-lifestylowych niż ocen moralnych dla ostatecznego pogłębienia przeciwnika, dokładnie tak samo jak w przedszkolu ("gruby", "rudy", "zyzol", "siwy", "śmierdzi", "kurdupel", "wieśniak" itp). Dlaczego dorosły człowiek świadomie kłamie swojemu dziecku, dlaczego na drogę do Mordoru daje mu mapę ogrodu Eden? Jedyna odpowiedź, jaka mi się nasuwa nie jest optymistyczna - chce mieć w domu naiwnego jelenia, którym łatwo manipulować.  Jeśli nawet rodzice mają takie podejście, to trudno się dziwić, że obcy ludzie nie będą szczególnie energicznie opierać się pokusie wykorzystania tej naiwności.

Na dokładkę ludzie wrażliwi i empatyczni częściej ciągną do Chrześcijaństwa (animae naturaliter christianae) niż bezwzględni egoiści i co słyszą - prawie wyłącznie nauki skierowane do tej drugiej grupy, nieobecnej w Kościele. To oczywiście sprawia, że empatia i wrażliwość tych pierwszych rozrasta się do rozmiarów karykaturalnych i na każdym kroku jest wykorzystywana, bez żadnych oporów, przez tych drugich. Między innymi dlatego teksty o "oddawaniu siebie innym za darmo" wyprowadzają mnie w równowagi, czemu już dałam wyraz na tym blogu.