środa, 7 października 2026

O odebraniu dzieci rodzicom na skutek interwencji RPD

Naprawdę nie chciałam nic wiedzieć o tej sprawie. Omijałam wzrokiem wszystkie nagłówki artykułów i ikony filmów o tym zdarzeniu. Dopiero kiedy doszły mnie słuchy, że dzieci są już w domu sprawdziłam o co chodziło.

Zdenerwowana matka podobno szarpnęła dziecko, które wybiegło, czy też chciało wybiec, na ulicę i dała wyraz swemu zdenerwowaniu w wypowiedzi przetykanej wyrazami na "k" w charakterze przecinka. Pani rzecznik, która była świadkiem zdarzenia interweniowała i usłyszała sławne hasło Marty Lempart ("wy....dalaj") skierowane do niej osobiście. Tak się poczuła dotknięta cytatem ze słynnej feministki, że użyła przemocy instytucjonalnej - znaczy policji i prokuratury - aby dwoje kilkuletnich dzieci odebrać rodzicom i umieścić w "pieczy zastępczej".

Sąd uznał podjęte środki za całkowicie nieproporcjonalne do zdarzenia, a panią rzecznik za nieodpowiednią osobę do piastowania urzędu, który ma służyć dobru dziecka i jego rodziny.

Moja ulga i satysfakcja po tym finale jest ograniczona, bo zdałam sobie sprawę, że owa pani Horna-Cieślak to nie jednostkowy przypadek niekompetentnej wariatki, tylko produkt pewnego sposobu myślenia, który po cichu stał się obowiązujący.

Uświadomiłam to sobie pod wpływem lektury książki Joanny Flis pt "Co jest ze mną nie tak?", która miała dotyczyć dorosłych dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Tymczasem dowiedziałam się z niej, że cała nasza kultura i tradycja (przede wszystkim religijna) są dysfunkcyjne i właściwie wszystkie powojenne pokolenia do lat 90-włącznie kwalifikują się na kozetkę.

Nie myśl czytelniku, że z powodu patologii PRLu, jego wrogiego stosunku do rodziny i próby rozbijania jej. Nie, to wina tradycji wcześniejszej wynikającej po części z korzeni chrześcijańskich, a po części z warunków życia większości społeczeństwa.

Tak więc patologią jest pomoc rodzicom w domu/gospodarstwie. Wszyscy nasi chłopscy przodkowie w dzieciństwie pasali co najmniej gęsi, a nie rzadko i bydło ("pasała wołki na bukowinie, wzięła ze sobą skrzypki jedynie"), a PRL- owskie dzieci odbierały młodsze rodzeństwo z przedszkola/szkoły, robiły zakupy, sprzątały, a co najmniej obierały ziemniaki i wynosiły śmiecie. A to, panie, patologia jest, przemoc domowa! Podobnie jak nakłanianie dzieci do jedzenia, czy mleko z kożuchem organizowane w szkole.

Równie szkodliwe miało być trzymanie rączek na kołderce i zniechęcanie do masturbacji. A wszystko to w jednym worku z alkoholizmem, biedą w stopniu uniemożliwiającym zaspokojenie podstawowych potrzeb, głodem i znęcaniem się nad dziećmi przez rodzica/rodziców pod wpływem alkoholu, wykorzystywaniem seksualnym czy też porzuceniem stałym lub czasowym.

Pomyślałam sobie po kilku rozdziałach, że baba jest równo pierdzielnięta i szurnęłam książkę w kąt. Nie chce mi się do niej wracać, nawet żeby dokładnie sprawdzić dalsze rewelacje objawione pani autorce.

Pamiętam jeszcze niewyobrażalną krzywdę, którą nam zrobiono ucząc panowania na potrzebami fizjologicznymi i ignorowania - w pewnych okolicznościach - dyskomfortu.

Słowem pani autorka jest źródłem autorytetu wyższym niż święte księgi ludzkości i cała jej tradycja. Takie pańcie naprawdę myślą, że to one są mądrzejsze niż wszystko, co było przed nimi i dopiero dzięki nim świat zostanie zbawiony, znaczy naprawiony.

Dzieci zabrane matce, bo ta rzuca "ku.wami" jak się zdenerwuje, w domu dziecka rozkwitną jak róże o poranku. Personel bowiem w skutek tajemniczych procesów został oczyszczony ze złych skłonności, podobnie jak inni pensjonariusze takich placówek. 

Pójdźcie tam wszyscy, którym brakuje miłości i akceptacji, a zostaniecie nasyceni! Przecież wszystkie badania pokazują, że dzieci z domu dziecka mają najlepszy start w życiu i naprawdę się dziwię dlaczego rodzice nie oddają tam swoich pociech dobrowolnie, najlepiej zaraz po urodzeniu! Na pewno z egoizmu, no bo jak inaczej?

P.S.

Dowiedziałam się właśnie, że na skutek  interwencji RPD, która wymogła na policji rewizję z psem tropiącym w domu tej rodziny (znaleziono 2 butelki piwa), wymówiono ludziom mieszkanie i matka z dziećmi mieszka obecnie w przytułku, a ojciec dochodzi od czas do czas...

wtorek, 6 października 2026

Sierioża na drzewo, czyli smakowita historia z sąsiedztwa

Ewidentnie Sierioża wywinął jakiś numer właścicielce sąsiedniego mieszkania, ale jaki jeszcze dokładnie nie wiadomo. Nie wiadomo nawet czy Sierioża to Sierioża, a może jednak Dania znaczy Daniło i który Sierioża to Dania!

Pierwszy Sierioża wprowadził się do mieszkania po panu J. gdzieś pod koniec maja zeszłego roku. Był to niewysoki, ciemnowłosy grzeczny młody człowiek lat dwudziestu paru, podobno informatyk pracujący z domu, o czym świadczył ogromny komputer zajmujący pół pokoju. Przemieszkiwał z nim blondynek w podobnym wieku, który zarabiał jako kurier rowerowy.

Obaj młodzieńcy lubili ukraińską muzykę i życie towarzyskie świetnie słyszalne przez ścianę. Blondynek w którymś momencie zniknął - podobno pojechał do Norwegii - aby pojawić mogła się Julia. Nie taka jak myślicie! Julia bowiem podawała się za matkę (a może babcię) pierwszego Sierioży czy też Dani.

Opowiedziała zawiłą historię o polskich korzeniach i nadmieniła, że Danio już tu nie pomieszka za długo, bo sobie kupuje mieszkanie (stać go, jak każdego dwudziestolatka, to przecież jasne). W sąsiednim lokalu odbyła się uczciwa awantura z trzaskaniem drzwiami, ewidentnie Danio dowiedział się, że ma się zmywać i zareagował wybuchem emocji negatywnych.

Julia zachowywała się dość dziwacznie, ale trzeba przyznać, że ukraińskiego rapu nie słuchała. Życie towarzyskie też lubiła i zdaje się za kołnierz nie wylewała...

Pewnego dnia na klatce schodowej zobaczyłam grupę specyficznych nastolatków - wysokiego młodzieńca i trzy drapieżne dziewoje. Wyznali, że siedzą tu bo mama kolegi sprząta mieszkanie. Oczywiście było to mieszkanie wynajmowane przez tzw. Julię. Tak rozpoczął się okres drugiego Sierioży, który twierdził, że jest Danią, choć gołym okiem widać było, że to zupełnie inny chłopak.

Przede wszystkim był młodszy o jakieś 7 lat, trądzik dopiero mu się pokazał na obliczu, aby pięknie rozkwitnąć w kolejnych miesiącach. Był też znacznie wyższy i bardziej wystrojony, a zestaw pazurzastych krasawic, które mu stale towarzyszyły wskazywał jasno na szkołę średnią. Gdyby tego było mało, w dzień zakończenia roku szkolnego całe towarzystwo pojawiło się ze świadectwami w garści, choć ich obecność na lekcjach musiała być raczej sporadyczna. Poranny kurier z pizzą pojawiał się ok. 11, co nie wyglądało na czas po skończonych zajęciach...

Upodobanie drugiego Sierioży do życia towarzyskiego i ukraińskiego rapu przekraczało wszystkich poprzednich najemców. Pewnego dnia podczas imprezy trwającej od rana jeden z gości wychylił się z balkonu i chwycił mnie za rękę. Uznałam to za naruszenie nietykalności osobistej i zadzwoniłam na policję informując dyżurnego, że nieletnia młodzież mieszka i bawi się sama.

Nie wiem co funkcjonariusze im powiedzieli, ale nastąpiło delikatne uspokojenie obyczajów. Serioża   wzięty na spytki wyznał, że jest pierwszym Danią, nie umiał określić swojego pokrewieństwa z tzw. Julią i nie znał jej pod tym imieniem. Zapytany o wiek policzył na palcach, że ma 22 lata.

Następnie on sam i krasawice byli słyszalni aż do końca września. W nocy z 30.09 na 1.10 tupot licznych nóg wielokrotnie dał się słyszeć na klatce schodowej. Do dziś dnia nie wiem czy była to nocna ewakuacja Sierioży czy też impreza powitalna w mieszkaniu studenckim.

Najbardziej ucieszył mnie w tym wszystkim widok właścicielki, a właściwie jej matki, która musiała zmieniać zamki, gdyż Serioża ewidentnie nie oddał jej klucza! No cóż kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada! 

Jestem pewna na 100%, że towarzystwo wynajmujące lokal na górze to też jakiś potężny szwindel. Ostatnio podejrzewam, że na stałe siedzi tam jeden i robi coś nielegalnego, a cała reszta pojawia się raz w miesiącu, żeby wyłudzać nienależne zasiłki od państwa polskiego. Być może właśnie po to robią tyle hałasu, aby utwierdzić sąsiadów w przekonaniu, że cała rodzina tu ciągle przebywa.

P.S.

O nowych właścicielach mieszkania obok wspominałam już na tym blogu https://singletonreview.blogspot.com/2025/01/ubeckie-zygowiny-przejely-mieszkanie-po.html

poniedziałek, 5 października 2026

Jeszcze o twórczości kolegi-który-odniósł-sukces


Pozostając w klimacie obrazów kolegi-który-odniósł-sukces prezentuję jego wiekopomne dzieło pt Kobieta winna, które ośmieliłam się skrytykować na grupie, co nie spotkało się ze zrozumieniem wielu koleżanek i kolegów, w tym samego autora. 

Moje uwagi dotyczyły sposobu kadrowania postaci ludzkiej i umieszczenia trójkątnego kieliszka z winem na wysokości jej przyrodzenia, co jest oczywistą aluzją do trójkąta włosów łonowych.

Ku mojemu szczeremu zdziwieniu niektóre koleżanki - co najmniej trzy- uznały obraz za pełen subtelności, czy też subtelnych podtekstów. Ja ich nie widzę, ale zastanawia mnie jak inteligentne absolwentki historii sztuki, a więc osoby ponadprzeciętnie dobrze przygotowane do odbioru malarstwa, mogły się czegoś w tym dopatrzeć. 

Ja widzę postać bez głowy o zadziwiających proporcjach, których nie może mieć żadna żywa kobieta, wykadrowaną tak, że punkt ciężkości kompozycji przypada na krocze. Ten przykry efekt wzmacnia umieszczenie tam kieliszka, którego kształt nawiązuje do trójkąta włosów łonowych.

Ktoś mi powie, że to przecież stylizacja. Zgadza się, ale jednak przedziwna, wygląda jak złożona z części należących do kilku osób. Długie cienkie ręce z kościstymi ramionami nie przypominają kończyn człowieka tylko lekko wygięte nogi od stołu lub krzesła z obowiązkowym połyskiem. Wydłużony tułów nie mógłby należeć do osoby o takich rękach, a szerokie, asymetryczne biodra do osoby o takim tułowiu. Pomijam fakt, że kobieta z rękami cieńszymi od kości nie mogłaby mieć biustu ani bioder.

Znacznie więcej uwagi autor poświęcił asymetrycznej sukni we wzory, które odmalował bardzo rzetelnie i z upodobaniem. Postać ludzka rzuca cień - zupełnie nie odpowiadający jej kształtem - na ścianę w kolorze czerwonego brązu, który kontrastuje z jasną suknią. Kolor skóry rąk i dekoltu jest rozbieloną wersją tła i nie kojarzy się z kolorytem żywego człowieka.

Najdziwniejszy wydaje mi się zupełny brak zainteresowania ciałem kobiety w obrazie z ewidentnie erotycznym podtekstem. Zwłaszcza w kontekście sytuacji osobistej autora, którego rodzina składa się wyłącznie z kobiet - żony i córek (z których jedna zmarła młodo). 

Kobieta winna nie ma więc nie tylko twarzy, ale i ciała kobiety. Kieliszek sugeruje, że przyrodzenie niewieście powinna jednak posiadać, ale i tego nie byłabym pewna. Cały koncept to gra słów oparta na dwóch znaczenia przymiotnika winna - ta, która zawiniła lub mająca smak(i inne właściwości) wina.

Czy to jest malarstwo czy raczej coś w rodzaju rebusa, albo satyrycznej ilustracji oceńcie sami.

niedziela, 4 października 2026

O obrazach kolegi-który-odniósł-sukces

 Poszłam wczoraj na wernisaż wystawy kolegi- artysty-który-odniósł-sukces. Sami zobaczcie:







Wernisaż był o 15 w sobotę, więc ludzi raczej niewielu. Pan kurator - lub pełniący obowiązki - niespecjalnie przygotowany, a przemowa autora nieco pretensjonalna. Dobra, ktoś powie, że się czepiam. Nie, nie czepiam się tylko odnotowuje z kronikarskiego obowiązku.

Prace są efektowne, a nawet efekciarskie, zwracają uwagę, bo przedstawiają coś dającego się zidentyfikować zestawionego z czymś nieoczekiwanym. Ludziom się to podoba, doszukują się ukrytych znaczeń i super.

Ja natomiast się nimi nie zachwycam z prostego powodu - sposobu malowania. Duże przestrzenie kompozycji są po prostu zamalowane - tak jak maluje się ścianę - jednym, całkowicie nie zróżnicowanym kolorem np. czernią, a odcienie jednej barwy, np. czerwieni, uzyskiwane głównie (albo jedynie) przez rozbielanie. Tak malowany obraz trudno uznać za malarstwo, niestety.

Uczono mnie onegdaj, że każdy fragment kompozycji jest równie ważny i ma się na nim coś interesującego dziać, w sensie malarskim oczywiście. Plama ma być uzyskiwana z wielu kolorów. Najłatwiej uzyskać taki efekt malując z natury, po prostu obserwując. Niektórzy potrafią robić to z wyobraźni.

Największym zaskoczeniem była dla mnie rodzina kolegi, a zwłaszcza jego żona - ładna pulchna kobieta o zielonych oczach. Nie pamiętam ani jednego jej portretu w twórczości męża, którą z takim zapałem prezentuje na grupie. Wszelkie postacie kobiece pojawiające się na jego płótnach przypominają patyczaki i są tak wykadrowane, że w centrum kompozycji znajduje się krocze...

Wszyscy znani mi artyści ścigają ludzi w najbliższym otoczeniu, aby ich skłonić do pozowania. Dopiero, kiedy się to nie udaje wynajmują modelki płatne... 

Natomiast postacie malowane z wyobraźni zazwyczaj noszą ślad podobieństwa do autora/autorki. Wynika to z faktu ćwiczenia przez malowanie autoportretów. Proporcje własnej twarzy i sylwetki, jako najbardziej znane, nakładane są - najczęściej nieświadomie - na osoby wymyślone... 

Podobieństwo można "zapożyczać" także od najczęściej malowanej osoby np. żony lub męża i obdzielać nim wyobrażonych przedstawicieli płci przeciwnej.

Kolega-artysta jest odporny na takie procesy, gdyż - jak mi się wydaje - nie natura jest źródłem jego inspiracji tylko fotografia. Charakterystyczne dla jego twórczości surrealistyczne zestawienia kojarzą mi się przede wszystkim z fotomontażem popularnym w reklamie.

Na grupie krytykować jego prace niedobra jest, więc niniejszym wypowiedziałam się swobodnie na blogu!



sobota, 26 września 2026

Na marginesie obchodów jubileuszu 70-lecia XII LO

Byłam dziś na jubileuszu 70-lecia XII LO, czyli szkoły, do której trafiłam po podstawówce i z której przeniosłam się po 5 semestrach. Miałam jakieś niejasne nadzieje związane z tą imprezą, ale wszystkie poszły się czochrać.

Gala polegała na bardzo hałaśliwych występach obecnych uczniów, które miały rzekomo przedstawiać historię szkoły, a w rzeczywistości były autopromocją "młodych talentów". 

Całkowicie ogłuszona i lekko zniesmaczona udałam się do sali, gdzie miał się znaleźć (między innymi) mój rocznik. Ani jednego znanego mi człowieka! Poszłam więc szukać dawnej wychowawczyni, w stosunku do której mam lekkie wyrzuty sumienia. Dowiedziałam się, że była zaproszona, ale się tu nigdy nie pojawia. Wcale się nie dziwię! 

Cała ta impreza upewniła mnie, że nigdy nie miałam "powołania" do bycia nauczycielką w szkole średniej (i najprawdopodobniej nikt nie ma) oraz, że mogę sobie odpuścić wszelkie myśli pod tytułem "co by było gdybym się nie przeniosła".

Ukraińcy z góry bardzo się wzmożyli, jak zwykle pod koniec miesiąca. Baba w sile wieku, w obuwiu sportowym, idąc po schodach brzmi jak oddział wojska. Potrafi tak tupać po mieszkaniu całą dobę. Przyszło mi właśnie do głowy, że być może do faceta, który tu stale przebywa, przyjeżdża rodzina lub znajomi wyłudzać nienależnie świadczenia od państwa polskiego. Muszę zbadać ten wątek. 

Na mediach społecznościowych rozpętałam burzę komentując w tonie nieprzychylnym dzieło kolegi artysty-który-odniósł-sukces. Pewnie jestem złym człowiekiem i kieruję się niskimi pobudkami, ale ile razy można oglądać damskie przyrodzenie, na tle którego umieszczony jest kieliszek wina, kwiatek albo kotek o wyszczerzonych zębach?!!! It would embarass a cat!

Co najdziwniejsze, niektóre koleżanki z roku uznają to za niezwykle subtelne. Zadałam proste pytanie czy ktoś miałby ochotę patrzeć na tak wykadrowanego faceta z jajami kurzymi  albo kiełbasą na wysokości bioder. Oburzenie było duże, a teraz zapadła cisza. Znowu przekroczyłam niepisaną zasadę i nie uszanowałam "porządku dziobania".

Co najlepsze kolega-artysta ma wkrótce wystawę we Wrocławiu i jestem zapewne jedyną z roku, która może pojawić się na wernisażu. Teraz nie wiem czy zostanę wpuszczona!

Wszystko na to wskazuje, że moja wrześniowa sielanka dobiegła końca!


środa, 9 września 2026

O mizoginii i skrzywionej percepcji rzeczywistości

Swoim zwyczajem udałam się wczoraj na "miejsce zbrodni" tzn. popłynęłam Odrą do ujścia Bystrzycy, do punktu, gdzie obszczekał mnie (i prawie pogryzł) straszny dziadulo-wędkarz. Nie jestem pewna czy nabrałam tego nawyku ucząc się jeździć konno (po upadku z konia należy natychmiast na niego znowu wsiąść) czy też jest to kwestia mojej wrodzonej zawziętości.

Tak czy siak dziadula nie było, a ja popłynęłam w górę Bystrzycy z czystej ciekawości, z nadzieją, że uda mi się wylądować w pobliżu jakiegoś przystanku autobusowego. Tak się nie stało, więc zawróciłam i zeszłam na ląd dokładnie w tym samym miejscu, co w zeszły czwartek. Wiosłowałam 5 godzin i czuję to do dziś.

Bystrzyca niedaleko od swojego ujścia do Odry

Dopłynęłam do mostu kolejowego nad Bystrzycą i kiedy się zastanawiałam co dalej, usłyszałam dźwięk przypominający szczekanie. Rozejrzałam się więc dookoła i zobaczyłam stojący na wysokim brzegu piękny okaz kozła (sarny). Przyglądał mi się przez chwilę, po czym oddalił pełen godności osobistej.

No cóż, wszyscy ostatnio na mnie szczekają, że baba w łódce, więc spróbuję wyjaśnić mizoginom jak skrajnie skrzywiona jest ich percepcja rzeczywistości. 

Swego czasu prof. Wielomski opublikował na twitterze zdjęcie kobiety, która niesie jakiś pakunek o dużych gabarytach, raczej ciężki z wyglądu i wyciągnął wniosek, że to feministka. Musiałam przeczytać jego komentarz kilkakrotnie, bo nie wierzyłam własnym oczom.

Dla każdego nieuprzedzonego człowieka była to sytuacja braku kogoś  do pomocy (faceta, najlepiej z samochodem) lub kasy, żeby zapłacić za transport. Normalną reakcją byłoby współczucie dla tej kobiety, że musi to sama taszczyć, ewentualnie chęć pomocy (gdyby był w pobliżu)!

Starożytni Grecy tymczasem mieli problem ze zrozumieniem zjawiska uzbrojonych kobiet na stepach czarnomorskich. Uznali, że to Amazonki, które nie lubią mężczyzn. Tymczasem były to niewiasty z plemion koczowniczych, które umiały posługiwać się bronią (głównie łukiem), aby w sytuacji nieobecności mężczyzn w obozie móc obronić siebie i swoje dzieci. Była to smutna konieczność, a nie jakieś "babskie widzimisię". W głowie mi się nie mieści, że można tego nie rozumieć! 

To samo dotyczy skandynawskich kobiet-wojowniczek z epoki wikingów. Sięgały po broń, jeśli w rodzie nie było już mężczyzny, który mógłby dopełnić obowiązku zemsty (jak Vigdis z debiutanckiej powieści Sigrid Undset czy Lagherta).

Kiedy jadę do OBI np. po wiertło do betonu, to nie jestem zazwyczaj uskrzydlona z radości. Mam ten problem z wiertarką, co większość ludzi w Polsce z pływaniem, umiem ją niby obsługiwać, ale z trudem przezwyciężam lęk, kiedy muszę jej użyć. Czy wolałabym, żeby jakiś kompetentny facet to zrobił? Oczywiście, że tak, ale nie mam nikogo takiego w swoim otoczeniu. Mogę kogoś wynająć tylko wtedy, kiedy pozwalają mi na to moje zasoby finansowe. 

Co do łódki sytuacja jest nieco bardziej złożona. Zilustruje to przykładem. Kiedyś płynęłam kajakiem po Odrze ze znajomą. Pogoda była taka sobie tzn. bardzo wiało, a ciemne chmury zwiastowały deszcz. Bawiłyśmy się znakomicie czując jak na morzu. Wkrótce wszystkie inne kajaki przezornie poznikały, zostałyśmy tylko my. 

Patrol policji przyglądał nam się bardzo uważnie czy aby wszystko w porządku. Uznał, że tak i zostawił w spokoju. Potem minęła nas motorówka z dwoma facetami bardzo dumnymi z siebie, że tak bohatersko płyną przy kiepskiej pogodzie. Na pokładzie mieli dwie laski utlenione na blond. One również były dumne z siebie, że oto mają facetów, którzy wożą je motorówką i nie muszą jak te dwie frajerki w kajaku (znaczy my) zapierdzielać na wiosłach.

Wtedy zadałam sobie w swoim czarnym serduszku pytanie kto ma większą frajdę i zasadniczo nie miałam wątpliwości, że my. Lubimy pływać, a spore fale dodają adrenaliny do czynności już ekscytującej, natomiast blond niunie są po prostu dodatkiem do facetów i spędzają czas według ich gustów. Pocieszają się zapewne, że są sexy albo trendy albo że wrzucą zdjęcia na media społecznościowe, ale same z siebie tak by nie wybrały. Może poszłyby na zakupy albo zostały w domu...,

Czasem, kiedy mięśnie bolą mnie od wiosłowania, zwłaszcza pod wiatr, myślę sobie, że coś większego, z silnikiem nie byłoby tak całkiem od rzeczy, ale jeśli woziłby mnie tym facet i mną komenderował, to chyba jednak wolę mój packraft i poczucie wolności, który mi daje.

Natomiast jeśli chodzi o zazdrość mężczyzn wobec kobiet umiejących pływać, rozwiązanie jest proste - osobne kąpieliska dla każdej z płci. Widziałam to w Londynie w Hampstead Heath tzn. korzystałam tam z kąpieliska dla kobiet. Był to średniej wielkości staw głęboki na jakieś 2m. Na wodzie umieszczono kilka opon na wypadek, gdyby ktoś potrzebował odpocząć. Napis głosił, że wstęp dla kobiet i dziewcząt od lat 8, tylko doświadczonych pływaczek (experienced swimmers only), a dwie ratowniczki czuwały nad wszystkim z wieży nad samą wodą.

Czułam się tam naprawdę bezpiecznie bez popisujących się młodzieńców (głównie niecenzuralnym słownictwem) oraz facetów płynących stylem chlapanym z głową pod wodą (przez co chwile na kogoś wpadają) i robiących fale jak motorówka...

Swoją drogą zawsze tak było - kobiety i mężczyźni kąpali się osobno. Tak wiem, miało to związek z nagością, gdyż kostiumy kąpielowe nie były znane. Wydaje mi się jednak, że ta tradycja warta jest kontynuowania...

Tak więc drodzy panowie tropiący toksyczny feminizm tam, gdzie go nie ma, użyjcie raczej inteligencji niż uprzedzeń w ocenie konkretnych sytuacji. Podział na role męskie i kobiece ma głęboki sens w sytuacji pary, ale do osób samotnych najczęściej nie da się zastosować. Czy ktoś ma za złe samotnemu facetowi, że sam sobie gotuje jedzenie albo pierze gacie? Bardzo dziwne byłoby, gdyby tego nie robił!


niedziela, 6 września 2026

Jeszcze o piekle kobiet

Niedawno przy jakiejś okazji trafiłam na filmik mojej amerykańskiej rówieśniczki, zamieszczony na YouTube, w którym opowiada o swojej decyzji, aby zaprzestać farbowania włosów. Z ciekawości zajrzałam, a tam bardzo ładna, miła i sympatyczna kobieta o najpiękniejszych włosach, jakie można sobie wyobrazić. Choć w połowie już posiwiałe, są długie co najmniej do pasa, faliste i pięknie się układają. Muszą też być wyjątkowo gęste, bo nie zaszkodziło im tzw. cieniowanie tzn. cięcie warstwami.

Kobieta pokazuje zdjęcia z młodości. W dzieciństwie ktoś określił jej naturalny kolor jako "mousy brown", z czego wyciągnęła wniosek, że powinna go zmienić. Zaczęła już w podstawówce, o ile dobrze pamiętam. Na zdjęciu dziewczynka z blond grzywką i znacznie ciemniejszymi kucykami. Abstrahując od faktu, że widok dzieci z makijażem lub farbowanymi włosami zawsze mnie boli, w tym przypadku to po prostu świętokradztwo. Jak można mając włosy, jakie zdarzają się raz na milion, sprofanować je czymś tak ordynarnym i wulgarnym jak tani rozjaśniacz?! "Blondes have more fun" - uzasadniła swoją decyzję.

Dalej kolejne wersje znęcania się na swoją najpiękniejsza ozdobą, z krótką przerwą na urodzenie dzieci ok. 30-tki. Wtedy można podziwiać ciemne, długie i niesamowicie gęste loki. Potem zaczęła siwieć, więc powróciła do grzechów młodości. Decyzja, aby owe siwienie pokazać światu była bardzo trudna i bolesna.

Z boku wyświetlają mi się miniaturki filmów innych kobiet na ten sam temat oraz o zaprzestaniu malowania się czy ubierania w niewygodne ciuchy z przyczyn estetycznych. Nawet mi się nie chce tego oglądać. Nigdy nie farbowałam włosów i dalej nie muszę, gdyż moja siwizna jest jeszcze mało widoczna. Malowałam się bardzo rzadko, nigdy tego nie polubiłam, a częste reakcje alergiczne były dobrym pretekstem aby zarzucić rzecz całkowicie. Ciuchy umiem uszyć sobie wygodne i estetyczne zarazem, jeśli oczywiście mi się chce, co ostatnio coraz rzadziej się zdarza.

Uświadamiam sobie, że nigdy nie żyłam w świecie, z którego moje rówieśniczki z takim trudem wychodzą. Zostało mi to oszczędzone wraz z małżeństwem, rodziną i karierą zawodową. 

Przypominam sobie moją mamę śpiącą na walkach, a potem co rano tapirującą włosy spryskując je obficie lakierem. Cienkie nylonowe pończochy noszone nawet w mrozy i plastikowy pas do nich oraz równie plastikowy biustonosz z fiszbinami. Buty zawsze za małe i zawsze na obcasach. Patrzyłam na to wszystko ze zgrozą i niezrozumieniem. Byłam pewna, że istnieje alternatywa, że można mieć piękną fryzurę bez katowania swoich włosów, że ciuchy, bielizna i obuwie nie muszą być torturą, aby wyglądać super...

Oczywiście, taka alternatywa istnieje, ale być może nie wysyła odpowiednio wyraźnych sygnałów w stronę płci przeciwnej? Być może jest odczytywana jako nonkonformizm, a przez to dyskwalifikuje na rynku pracy i matrymonialnym jednocześnie? Być może jest jedną z przyczyn odrzucenia, a zarazem zazdrości? Być może moja mama usiłowała mi to wszystko powiedzieć, a ja nie rozumiałam i nie chciałam słuchać?

Nie wspomniałam jeszcze o filmach opowiadających jak ich autorki stały się niewidzialne (prawdopodobnie dla mężczyzn). Też nie mój problem. Po pierwsze zbyt duża "widzialność" doświadczana w dzieciństwie i młodości (z racji ekstrawaganckiego koloru włosów) bardzo źle mi się kojarzy. Po drugie dalej jestem widzialna dla:

  • kobiet w każdym wieku z powodu stylu ubierania
  • zniewieściałych mężczyzn z tego samego powodu
  • niektórych moich rówieśników, którzy wciąż na mnie reagują jak na kobietę
  • mężczyzn, którzy mi zazdroszczą i mnie nienawidzą, bo robię coś, czego oni się boją (np. pływam wpław, lub łódką)
  • kobiet, które mi zazdroszczą i mnie nienawidzą z różnych powodów
Nie wymieniłam wszystkich kategorii "osób wciąż mnie widzących", ale zasadniczo widzialność częściej naraża na doświadczenia przykre (w tym bardzo przykre) niż przyjemne. Takie jest moje doświadczenie. Fakt, że z racji mocnej budowy ciała i skłonności do tycia nigdy robiłam za "piękność właściwą", więc coś mogło mnie ominąć... 


piątek, 4 września 2026

Od zazdrości do nienawiści, czyli cała prawda o strasznych dziadulach tego świata.

Wracając jeszcze do poprzedniego wpisu, uświadomiłam sobie właśnie, że straszny dziadulo obszczekujący mnie wczoraj przy ujściu Bystrzycy do Odry zupełnie nie jęczał, że rybek nie nałowi, a zadał sobie tyle trudu, żeby przytaszczyć krzesełko oraz wędki. (Nie wspomniał też o zakłóceniu spokoju, którego usilnie poszukiwał nad wodą). Na początku jęknął, że mu one wędki podepczę, ale potem - kiedy je ominęłam - temat zdechł i piszczał głównie o mojej rzekomej nieznajomości przepisów, a mimo to pływaniu łódką. 

Tu go bolało! Czysta zazdrość! Nie o "wtargnięcie na jego teren" mu chodziło, co jeszcze bym zrozumiała, gdyby był przestraszoną kobietą, a ja groźnym facetem, ale o mój zachwycający packraft i radość pływania nim. Tego mi żałował i z tego powodu mnie znienawidził widząc pierwszy raz w życiu na oczy.

Cóż, nieszczęsny dziadygo, nawet gdybym podarowała ci ten packraft ze szczodrości serduszka prawdopodobnie byś go nigdy nie użył ze strachu. Facet atakujący kobietę na 100% jest tchórzem, a gadka o przepisach miała owo tchórzostwo uzasadnić. Być może jeszcze bardziej zazdrościł mi "odwagi", tzn., że jest ona umieszczona w kobiecie, a nie w nim! Znaczy Pan Bóg się pomylił i świat jest niesprawiedliwy!

Pan Bóg tymczasem - w przeciwieństwie do ludzi - się najprawdopodobniej nie myli. Duch jego wieje tam, gdzie chce, a myśli jego nie są naszymi myślami. To samo dotyczy jego dróg.

O tych właśnie tajemniczych drogach chciałam dziś napisać, ale wczorajszy incydent nie dawał mi spokoju.

czwartek, 3 września 2026

O piekle kobiet i miejscowej kanalii

Płynę sobie dzisiaj moją łódeczką w dół rzeki Odry z zamiarem dotarcia do ujścia Widawy. Okazało się bowiem, że to, do czego dotarłam tydzień temu to kanał spływający z pól irygacyjnych. Dlatego taki zarośnięty i brudny!

To nie jest ujście Widawy tylko kanału irygacyjnego! (W głębi Odra)

Od niego jeszcze ponad pół godziny wiosłowania w stronę Brzegu Dolnego. Dopłynęłam, ale zdjęć nie zrobiłam. Moja komóra całkowicie nieprzydatna w słońcu - nic nie widzę. 

To też nie, a małe żabki skaczą po liściach (nie widać)

Co gorsza czuję ciśnienie na pęcherz, więc przepływam na druga stronę Odry i szukam miejsca, gdzie dałoby się wylądować. Są dwa - na jednym rozbite namioty, wędka, 3 osoby (Ukraińcy?) i pies, na drugim starszy facet łowi ryby. Grupa z namiotami dobrze nie rokuje, gdyż cieszy się, że ich pies mnie obszczekuje z brzegu.

Ten słup w głębi na lewym (od strony Wrocławia) brzegu Odry oznacza ujście Bystrzycy, które znajduje się prawie na przeciwko ujścia Widawy na prawym. (Nie widać na zdjęciu)

Zaczepiam więc wędkarza i pytam uprzejmie czy mogłabym koło niego wylądować. Odpowiada bardzo opryskliwie i odmownie wskazując kamienie i chaszcze jako alternatywę. Bez przekonania mówię, że tam się nie da i wpływam do ujścia Bystrzycy w nadziei znalezienia czegoś lepszego.  Nie znajduję, więc wracam i informując faceta, że po prosu muszę wyjść z łódki. Sądząc po objawach mogę się spodziewać ataku fizycznego, zagrodzenia drogi, popchnięcia lub nawet uderzenia. Nie zrażam się, więc facet poprzestaje na agresji słownej. 

Oto co usłyszałam:

  • nie znam przepisów prawnych, a według nich wolno mi pływać tylko 50 m od brzegu. (Nie wiem czy Odra ma tyle szerokości w tym miejscu, inne rzeki na pewno nie mają) Znaczy mam  startować z powietrza i wzlecieć na środku rzeki, aby dostać się na ląd.
  • zaraz wezwie na mnie policję, bo nie zachowuje odpowiedniej odległości od brzegu lądując
  • gówno go to obchodzi, że nie mogę wylądować gdzie indziej, mam wracać skąd wystartowałam (znaczy płynąć 3 godziny pod prąd)
  • zaraz mi - k....a - przypierdoli czy jakoś tam
  • nie ruszy dupy, żebym mogła przejść i opuścić to miejsce, mam łazić po chaszczach
  • baba (znaczy ja) powinna  wziąć szmatę, a nie pływać pontonem
Uważam za osobisty sukces, że w takich warunkach udało mi się sprawnie wylądować i to jeszcze suchą nogą. Prawdopodobnie, kiedy wyprostowałam się oparta o wiosło dziad uświadomił sobie, że jestem większa i dużo młodsza, więc ewentualna potyczka raczej nie będzie zwycięska. Powtarzałam spokojnie, że muszę wyjść z łódki, zachęcałam do uspokojenia się, ewentualnie pytałam czemu zachowuje się tak irracjonalnie zamiast mnie po prostu przepuścić, po czym zająć się swoim wędkowaniem.

Zważywszy, że ani razu nie dotknęłam nawet wędek, ani żyłek nadpobudliwego osobnika, jego reakcja była skrajnie nieproporcjonalna. Fakt, że jestem kobietą, w potrzebie i odzywam się uprzejmie w najmniejszym stopniu nie łagodził jego wściekłości. Incydent przepuszczenia łódki trwałby przypuszczalnie 2-3 minuty i nie miałby żadnego wpływu na obfitość połowu, a tak wydłużył się niepotrzebnie o wybuch emocji negatywnych godny dwulatka.

Właśnie uświadomiłam sobie pisząc te słowa, że dzisiejsza ewangelia była o powołaniu Piotra i synów Zebedeusza po wyjątkowo obfitym połowie ryb, takim, że łodzie się zanurzały. Poza tym jest pierwszy czwartek miesiąca i wiadoma centrala dostaje pierdolca i pewnie stąd ta przygoda. Teraz znaczy o 21 ukraińscy sąsiedzi walą młotem w ramach swojej chałupniczej produkcji...

Niezależnie od tego przypomniały mi się moje PRL-owskie doświadczenia z tego rodzaju typami. znacznie gorsze, bo byłam dziewczynką, albo młodą dziewczyną w najmniejszym stopniu nie gotową na tak irracjonalną wrogość ze strony starych mężczyzn.

Dziś więcej rozumiem, ale i tak poziom chamstwa i agresji mnie nieodmiennie zadziwia. Wyżej wspomniany dziad najpierw nie chciał przesunąć się ze swoim krzesłem z jedynej dróżki prowadzącej na wał, po czym wykrzykiwał, że może ma jeszcze mnie wnieść na górę. Rzecz o tyle absurdalna, że to ja niosłam łódkę i wiosło, a on miał się po prostu ruszyć o 50 cm. Po czym wystąpił z kwestią o szmacie, znaczy, że jest bardziej odpowiednia dla mnie niż ponton...

Tym się zdradził ze swoimi kompleksami. Rzecz ciekawa, bo przecież pływanie łódką nie jest związane z płcią chyba w żadnej kulturze... Pamiętam bardzo dobrze, że w bajce o koniku Garbusku Cud-dziewica, córka księżyca, pojawiła się płynąc łodzią i pięknie przy tym grając.

Nie wydaje mi się, by pływanie łodzią ujmowało Cud-dziewicy kobiecości, albo mogło zostać odczytane jako wtargnięcie na obszar zarezerwowany dla mężczyzn...

Na kultowej ilustracji Szancera proporcje dziewczyny do łodzi żaglowej są takie jak moje do packrafta, tylko, że muszę w nim siedzieć ze względu na cienkie na kilka milimetrów, miękkie dno. Oczywiście jestem ubrana w stylu nieco bardziej sportowym, no i muszę mieć kamizelkę ratunkową, bo na drogach wodnych - takich jak Odra - policja sprawdza to skrupulatnie.

Patrol policji minął mnie dwukrotnie, a nie dopatrzył się w moim zachowaniu naruszenia jakichkolwiek przepisów. Poruszam się po prawej stronie, nie wypływam na środek, żeby nie narażać się na kolizję z jednostkami o większej wyporności i napędzie motorowym... Całe to pieprzenie strasznego dziadula o przepisach było oczywiście wzięte z dupy....

Myślę, że niektórych ludzi, zwłaszcza mężczyzn, bardzo denerwuje fakt, że kobieta coś robi dużo lepiej od nich, nawet jeśli nie jest to czynność tradycyjnie męska. Pływanie wpław, ani łódką nie jest przypisane do żadnej płci. Niektórzy ludzie po prostu boją się wody, a inni nie. W Polsce przytłaczająca większość należy do tej pierwszej kategorii. Dlatego też ktoś taki jak ja, kto boi się wszystkiego z wyjątkiem wody jest na kursie kolizyjnym z zakompleksionymi dziadami szukającymi okazji, żeby odegrać się za swoje nieudacznictwo na kobiecie (albo jeszcze lepiej dziewczynce).

To jest prawdziwe piekło kobiet, którym feministki z jakichś powodów się zupełnie nie interesują. Temat zamierzam rozwinąć w kolejnym wpisie, bo trochę mi się uzbierało (refleksji)...


niedziela, 23 sierpnia 2026

O fałszywych pragnieniach

Dalej brnąc w temat spełniania się  (lub nie) pragnień, trzeba uczciwie powiedzieć, że istnieją i takie, których wcale nie pragniemy, choć je deklarujemy. Weźmy na przykład pragnienie miłości. Załóżmy, że ktoś coś takiego wyraża, ale co przez to rozumie? Małżeństwo? Rodzinę? Czy to aby to samo? Śmiem twierdzić, że nie. A w każdym razie nie zawsze.

Tak sformułowane pragnienie raczej sugeruje, deficyt, a do małżeństwa/zakładania rodziny potrzebny jest nadmiar miłości, gdyż będzie się w nim głównym dawcą, a nie biorcą. Trochę jak z pracą nauczyciela - tylko dajesz, a nic nie dostajesz w zamian (poza pensją i ubezpieczeniem oczywiście). Jeśli cierpisz na deficyt emocjonalny, wykończy cię w krótkim czasie.

Można latami truć się brakiem partnera do założenia rodziny tak naprawdę wcale nie pragnąc go znaleźć. Miłość można sobie przepięknie wyobrazić, ale to wyobrażenie nie ma nic wspólnego z realnym małżeństwem, nawet względnie dobrym.

Podobnie rzecz ma się z pracą/ karierą. Wiadomo, że trzeba jakoś zarabiać na życie, lepiej więcej niż mniej. Lepiej wykonywać zawód prestiżowy niż pogardzany, raczej bliski zainteresowań i kompetencjom, a już najlepiej byłoby kochać swoją pracę. Wszystko to bardzo pięknie, ale to nie jest żadne pragnienie, tylko uznanie konieczności.

Być może prawdziwe pragnienie jest zupełnie inne. Może to brak konieczności zatrudniania się gdziekolwiek, brak przymusu zarabiania, wolność od tego. A może taka kwestia w ogóle nie ma wstępu do krainy pragnień/marzeń?

Ktoś kiedyś przytomnie zauważył, że Bóg odpowiada na to, czego naprawdę pragniemy, a nie na to, o co się modlimy. Coś chyba w tym jest.

sobota, 22 sierpnia 2026

Jeszcze o spełnianiu się marzeń i Woli Bożej

W poprzednim wpisie zapomniałam o najważniejszym! Nasze pragnienia mogą się spełnić tylko, jeśli są zgodne z Wolą Bożą (w ujęciu chrześcijańskim) lub naszym "wyższym duchowym ja" (w wersji psychologii Junga). Mam wrażenie, że chodzi dokładnie o to samo.

Ergo pływanie packraftem po Martwej Dziwnie jest zgodne z Wolą Bożą/wyższym duchowym ja, a np. założenie rodziny, kariera czy własne mieszkanie już nie!

Przypominam sobie warsztaty psychologiczne o osiąganiu celów, w których brałam udział w okolicach trzydziestki (przed trzydziestką nawet). Pamiętam, że mieliśmy skupić się na tym co chcemy osiągnąć i w jakim czasie, a nie zaprzątać sobie głowy jak ma się to stać. 

Dowiedzieliśmy się, że realizacja zajmuje zazwyczaj więcej czasu niż zakładamy, natomiast sposób dochodzenia do celu jest nam ukazywany stopniowo tzn. zaczynamy znając tylko pierwszy krok. Jeśli go zrobimy ujawnia się następny itd. 

Nie pamiętam od czego zależało ujawnianie się kolejnych etapów. Być może częste i w miarę szczegółowe wizualizacje miały odgrywać jakąś rolę. 

Często wizualizowałam sobie moją rodzinę, a konkretnie dzieci (zawsze jako młodych dorosłych). Miało ich być czworo - dwóch synów i dwie córki. Najwyraźniej widziałam najmłodszą z nich. Ta szczupła dziewczyna lat ok.18 o bardzo jasnej skórze, wielkich szarych oczach i bujnych ciemnorudych włosach była mi z jakichś powodów najbliższa. Teraz brzmi to raczej jak bohaterka książki dla dziewcząt - wypisz wymaluj Ania na uniwersytecie Lucy Maud Montgomery. 

Nic z tego się nie stało ciałem, gdyż - jak wyznał prowadzący - możemy wymyślać sobie dowolne cele, ale jeśli nie są zgodne z naszym wyższym duchowym ja (czyt. Wolą Bożą), to nie zrealizujemy ich choćbyśmy pękli. To akurat była święta prawda! Być może tylko to jedno zdanie z całych warsztatów (płatnych zresztą).

Wracając do marzenia spełnionego tzn. pływania packraftem po Martwej Dziwnie rzecz wyglądała tak:

  • patrzyłam na jej czystą wodę  i pomyślałam, że cudownie byłoby pływać po niej jakąś niewielką łódką i obserwować życie zwierząt i roślin
  • być może zdarzyło się to kilka razy tzn. ilekroć byłam na wakacjach w Międzywodziu
  • nigdy nie ustawiłam sobie tego jako swój cel
  • poza pobytami nad morzem nie poświęciłam ani pół myśli
  • być może kiedyś zwizualizowałam sobie to spontanicznie

Tymczasem przez te ok. 10 lat wymyślono odpowiednie łódeczki, tej wiosny weszłam w posiadanie jednej z nich i wzięłam ją na tegoroczny wakacyjny wyjazd i bęc - życzenie spełnione. 


Być może usłyszała je jakaś złota rybka. Po namyśle nawet ją sobie przypominam. Była mała, zielona i dotknęła pyszczkiem mojej ręki, a potem odpłynęła w głąb jeziora. Pamiętam też młodego zaskrońca pływającego przy brzegu w charakterystyczny dla węży sposób. To musieli być posłańcy mojego wyższego duchowego ja!

Co ciekawe, kiedy pływałam po jeziorze tego roku, żadnych żywych stworzeń, oprócz nielicznych kaczek krzyżówek, nie widziałam! Tymczasem w naszej poczciwej Oławie, oprócz wielu gatunków ptaków, można spotkać nawet bobry!






piątek, 21 sierpnia 2026

O marzeniach, które się spełniają

Jakiś czas temu - to mogło być lat najwyżej 10, a najprawdopodobniej mniej - stałam sobie nad Martwą Dziwną i patrząc na jej piaszczyste dno myślałam jak cudownie byłoby pływać po tych spokojnych wodach niedużym pontonem lub czymś podobnym i obserwować tutejszą faunę i florę. Łagodne zejście od strony zachodniego falochronu w Dziwnowie wydawało się idealne do zwodowania dmuchanej łódeczki...



Nie minęło lat dziesięć lub nawet mniej i moje marzenie się spełniło. Przepłynęłam starorzecze Dziwny dwa razy. Raz z Międzywodzia (znaczy lasu w okolicy) do Dziwnowa, a drugi raz w obie strony. Nie wiem czy to było legalne czy nie, ale znaku zakazu nigdzie nie widziałam, a miejscowi nie byli zgodni w temacie, podobnie jak Internet. Uznałam więc, że mogę zaryzykować. Byłam jedyną osobą na jeziorze, ale nikt mnie nie ścigał.

Ktoś może wzruszyć ramionami. Cóż to takiego wielkiego? A jednak, kiedy pomyśleć ile musiało się stać, aby moje życzenie mogło się ziścić...

Przede wszystkim sprzęt! Ponton waży ok 20 kilo - trochę dużo dla starszej pani nie zmotoryzowanej - dmuchany kajak w okolicach 16-17 kg. Do jeziora trzeba iść kilka kilometrów(2 lub 4 ) plażą lub/i przez las. Nie wspominam już o taszczeniu takiego ładunku z Wrocławia pociągiem i autobusem!

Rzecz była całkowicie absurdalna i niewykonalna aż do pojawienia się packraftów na polskim rynku. Dowiedziałam się o ich istnieniu zeszłej jesieni lub zimy, a na wiosnę zamówiłam najprostszy po promocyjnej cenie. Dwa kilo łódki + kilogram wiosła złożonego z 4 części to zupełnie inna historia. Zmieści się do plecaka i można nieść kawałek bez zmęczenia.

Jeszcze ciekawsze były okoliczności samego wyjazdu do Międzywodzia w tym roku. Nie miałam ochoty jechać tam w szczycie sezonu, zwłaszcza, że wybierałam się do Niechorza na początku lipca i uznałam, że to powinno wystarczyć. Kiedy odwołałam rezerwację noclegów poczułam się okropnie, jakbym zaprzepaściła jakąś wielką życiową szansę. Uznałam jednak, że nie ma powrotu i wytłumaczyłam sobie, że we Wrocławiu też można sensownie spędzać lato. 

Byłam już zupełnie pogodzona, aż jakaś baba w autobusie obwieściła, że w poniedziałek ma być 41 stopni Celsjusza. Cały mój spokój diabli wzięli. Uznałam, że trzeba wiać z tego pieca ognistego. Pokój - o dziwo - był wolny i nawet dostałam miejscówkę w pociągu w przeddzień wyjazdu (w przedziale dla niepełnosprawnych na miejscu opiekuna).

Wcisnęłam więc do plecaka packraft i kamizelkę ratunkową (zamierzałam pływać po Zalewie Kamienieckim i Bałtyku), a wiosło do worka i ruszyłam na północ. Pływanie po zalewie okazało się mało atrakcyjne ze względu na wiatr i haracz pobierany przez miejscowych "biznesmenów" za zwodowanie własnej łódki z jedynego miejsca się do tego nadającego.

Na Bałtyku natomiast było możliwe tylko przy flaucie, ale wtedy szalały tam zaburzone indywidua na skuterach wodnych kręcące się w kółko jak potrącone przez samochód zwierzęta. Musiałam więc pomyśleć o Martwej Dziwnie, mimo że przed wyjazdem AI pouczyła mnie, że tam nie wolno, bo to użytek ekologiczny jest! 

Po dłuższej rozmowie w miejscowym ex-wojskowym uznałam, że rzecz nie jest wcale oczywista, a oficjalnego zakazu nigdzie nie widać i odważyłam się!


Opatrzność wspomogła mnie nawet przy powrocie - ze względu na ciężki plecak zostałam podwieziona na przystanek autobusowy w Międzywodziu, a tam przejeżdżający taksówkarz zaproponował kurs po cenie biletu do samego dworca PKP w Międzyzdrojach. Sam ten incydent zakrawał na cud!

Tak więc, drogi czytelniku, z perspektywy wygląda to tak, jakby sama Opatrzność przygotowała mi ten upominek i dopilnowała, aby trafił do moich rąk!

Jestem, oczywiście, wdzięczna i wzruszona, ale jednocześnie zastanawiam się, dlaczego tego rodzaju  "błahe zachciewajki" mogą zostać spełnione, a pragnienia dotyczące rzeczy "naprawdę ważnych", jak relacje, mieszkanie czy praca,  nigdy.

Mogę wyobrazić sobie kilka wyjaśnień, z których żadne mnie nie przekonuje:
  • Jest to "polewka Habakuka", czyli wzmocnienie  do znoszenia czegoś, co i tak znieść musimy i żadne modlitwy, ani ludzkie zabiegi tego nie zmienią, dowód pamięci i życzliwości ze strony Tego, który tym wszystkim zarządza
  • Pływanie po Martwej Dziwnie jest ważniejsze niż wszystkie asymetryczne relacje w moim życiu oraz kariera zawodowa i warunki mieszkaniowe razem wzięte. Uogólniając - myśli Boga nie są naszymi myślami, a drogi Jego naszymi drogami
  • Błahe zachciewajki mogą się urzeczywistnić, bo nie blokuje ich lęk i inne emocje negatywne (przekleństwo?), które zawsze są obecne w przypadku "rzeczy naprawdę ważnych"
  • Intensywność tych przelotnych zachcianek jest niewielka, a - jak wiadomo - "możemy mieć w życiu wszystko, czego pragniemy pod warunkiem, że tego nie pragniemy"


wtorek, 18 sierpnia 2026

"Twój sługa Jacek, o Panie, nad wszystko Ciebie miłował..."

 ...a Tyś go posłał z rozkazem głoszenia Dobrej Nowiny

Żarliwe serce mu dałeś, spragnione łaski dla świata...."

Dalej, niestety, nie pamiętam, choć bardzo lubię tę pieśń i wyjątkowo dobrze mi się ona kojarzy. Sam św. Jacek Odrowąż (OP) - którego święto obchodziliśmy wczoraj - kojarzy mi się jeszcze lepiej. Za jego bowiem wstawiennictwem udało się odzyskać pieniądze z książeczki mieszkaniowej - wraz z premią - które to zadanie wydawało się dość beznadziejne

Udałam się więc 17-ego na dwunastkę do dominikanów, a tam młodzieżowy kapłan w średnim wieku. Skąd wiem? Ano, bo mówił po młodzieżowemu, choć zdecydowana większość obecnych w kościele to starsze panie ( w tym BARDZO starsze też nie należały do rzadkości).

- Zajrzałem sobie dzisiaj rano na Facebooka, a tam tylko o pierogach i sobie pomyślałem, że...- zaczął swoją homilię. Co dalej można się łatwo domyślić. Konkluzja była taka, że św. Jacek uczy nas przekraczania granic, bo wiele podróżował. Słowem głębia przemyśleń dorównywała finezji warstwy językowej.

Bardzo nie chciałam tego dnia zajmować się ocenianiem nieszczęsnego dominikanina, ale nie mogłam opędzić się od słów "banał", "infantylizm", a na koniec nawet "pajac",  mimowolnie wypływających na powierzchnię świadomości.

Nie zamierzam się wyzwierzęcać nad tym konkretnym zakonnikiem. Poza nieznośną manierą mówienia (zdecydowanie źle się komponującą z wyraźnie posiwiałymi włosami) nic o nim nie wiem. Ta sytuacja jednak doskonale pokazuje jak absurdalne jest mityczne dostosowanie Kościoła "do potrzeb współczesnego człowieka".

Jakiego niby człowieka? Takiego, którego nie ma w Kościele kosztem tego, który jest? A co gdyby mówić dobrą polszczyzną zrozumiałą dla każdego niezależnie od wieku i wykształcenia? Każdy rozumie Sienkiewicza, Prusa czy Żeromskiego choć ich język może się wydawać nieco archaiczny.

A co gdyby zamiast virtue signalling w stronę lewicowo-liberalnych salonów powiedzieć coś sensownego. To znacznie trudniejsze! A co z przekazywaniem owoców kontemplacji? No cóż, jaka kontemplacja takie owoce, niestety...

P.S.

Wczoraj skończyłam czytać "Wampira" Reymonta (tak, TEGO Reymonta, noblisty od "Chłopów") i muszę stwierdzić, że jego młodopolska maniera jest równie irytująca jak młodzieżowa wyżej wymienionego dominikanina. Pierwsza zestarzała się fatalnie i to samo spotka drugą. Dlatego właśnie w Kościele nie powinno używać się slangu (względnie języka bardzo potocznego). Nie ma nic szybciej się dezaktualizującego! "Młodzieżowy język" sprzed pięciu lat brzmi bardziej archaicznie niż "Bogurodzica", a przy tym "obciachowo".

niedziela, 16 sierpnia 2026

O wakacyjnych wyjazdach i internetowych brejking njusach

Wygląda na to, że koniec moich wakacyjnych (a w każdym razie wyjazdowych) szaleństw w tym roku. Muszę zawiesić hulaszczy tryb życia na emeryturze i zająć się kryzysem sufitowym, gdyż panele z korka ekspandowanego, przyklejone w ramach izolacji akustycznej, zaczęły dramatycznie odstawać i grożą odpadnięciem.

Zupełnie nieoczekiwanie byłam dwa razy nad morzem - na początku lipca w Niechorzu i na przełomie lipca i sierpnia w Międzywodziu.

Plaża między Pogorzelicą a Mrzeżynem
Gdzieś tam na horyzoncie Niechorze

Kanał prowadzący do jeziora Liwia Łuża między Niechorzem a Pogorzelicą

Pełno tam biegusów w małych stadkach (bez nich nadmorze nie jest w pełni nadmorzem)

Martwa Dziwna - starorzecze Dziwny - między Dziwnowem a Międzywodziem

Reumatyzm w nogach bardzo się nasilił. Chodzę po domu w wełnianych getrach i skarpetach do lekkiej sukienki.

Anglojęzyczny internet żyje sprawą Jasona Ardaya, najmłodszego czarnego profesora na uniwersytecie w Cambridge i pupilka mediów lewicowo-liberalnych. Okazało się, że jego niezwykła historia życia jest wymysłem, a dokonania na niwie socjologi edukacji nigdy nie dawały podstawy do zatrudnienia na stanowisku profesora prestiżowej uczelni, o licznych oskarżeniach o plagiat nie wspominając. Facet nie wytrzymał zawalenia się swojej legendy i popełnił samobójstwo, jak sugeruje policja.

A wystarczyło na niego popatrzeć - warkoczyki długości do pasa pracowicie wplecione w wełniste, afrykańskie włosy, oczy podkreślone makijażem, styl ubierania, sportowa sylwetka - żeby stwierdzić, że coś nie halo. Wizerunek celebryty, gwiazdy muzyki pop - a nie naukowca żyjącego swoimi badaniami - wykreowany wyłącznie na potrzeby mediów. Przez kogo? Samego zainteresowanego czy uniwersytet promujący się jako "inkluzywny" za pomocą malowniczej maskotki?

Will Sexton natomiast sugeruje, że "kryzys imigracyjny" w Ceucie to sprawka Mossadu via bratnie służby marokańskie https://youtu.be/AdMkr_EWkhs Celem jest oczywiście Gibraltar i kontrola nie tylko nad Bliskim Wschodem, ale całym basenem Morza Śródziemnego, czyli gospodarcza dominacja Izraela nad światem na podobieństwo starożytnego Imperium Rzymskiego.

Nie jestem w stanie tego zweryfikować, ale filmik, jak wszystkie materiały tego youtubera, niezwykle interesujący. Polecam człowieka każdemu, kto zna angielski.

czwartek, 23 lipca 2026

Jeszcze o aferze bielsko-bialskiej

Usłyszałam w "Riserczu" Ziemkiewicza, że afera autobusowa z Bielsko-Białej miała mniej więcej taki przebieg:

  • Dziewczynki ukraińskie położyły nogi (w butach) na siedzeniu
  • Polak zwrócił im uwagę, że niszczą dobro publiczne i kazał nogi zdjąć
  • Matka natomiast nalegała, żeby dalej trzymały nogi w butach na siedzeniu, bo ona im na to pozwala
  • Facet się wypowiedział o całym towarzystwie w tonie negatywnym
  • Matka nagrała i opublikowała reakcję Polaka na wcześniejszą prowokację (nie zgłosiła nic na policję)
Następnie:
  • Policja zareagowała na umieszczone w sieci nagranie. 
  • Kilku debilom "wezbrała brunatna fala" i dali temu wyraz we wpisach na mediach społecznościowych.
  • Wyszła na jaw instrukcja ukraińskiej ambasady jak prowokować Polaków i nagrywać ich reakcję, a następnie publikować w sieci.
Efekty:
  • Człowiek stracił pracę, bo zareagował na niszczenie dobra publicznego
  • Grożą mu 3 lata więzienia
  • Koalicja rządząca współpracuje z Żełeńskim w tworzeniu wrażenia, że w Polsce "wzbiera brunatna fala", która wzmocni jego pozycję w sporze z naszym krajem.
Dlatego właśnie nie mogę śledzić polityki krajowej, bo mam za słabe nerwy...



P.S.
Kogo by szlag nie trafił na widok zachowania Ukrainek (matki i córek) w autobusie w Bielsku-Białej ( i ich reakcji na zwrócenie uwagi), niech pierwszy rzuci kamieniem w naszego nieszczęsnego rodaka, który padł ofiarą wojny informacyjnej prowadzonej przez ukraińską ambasadę przy znaczącym udziale miejscowej kanalii!

niedziela, 19 lipca 2026

Uooo, czyli sporty wodne a kwestia ukraińska

Wczoraj odważyłam się wreszcie wypłynąć na Odrę w moim packrafcie, a przy okazji przetestować kamizelkę ratunkową. Zwodowałam łódeczkę przy Wyspie Opatowickiej i płynęłam w dół rzeki, pod wiatr, ok 3 godziny do kładki przy ZOO. 

Najtrudniejsze jest zawsze lądowanie, gdyż w packrafcie nie można stanąć i wejść np. na pomost. Wypatrzyłam więc po lewej stronie rzeki kawałek niskiego, piaszczystego brzegu i tam się wygramoliłam z łódki. Na co napotkałam? Tak, zgadliście,  na gromadę młodych Ukraińców płci mieszanej!!!

Gapili się na mnie przez czas jakiś z wyrazem osłupienia i dezaprobaty, w końcu jeden podsumował rzecz całą charakterystycznym dźwiękiem "uooo", który - jak mi się wydało - wyrażał rozczarowanie

- Uooo! - powtórzyłam zostawiając ich w tyle w poszukiwaniu cienia, gdyż moje rozczarowanie było, co najmniej, nie mniejsze.

środa, 15 lipca 2026

O "brunatnej fali" Kierwińskiego

Raz po raz jakiemuś politykowi KO (aka PO) wzbiera brunatna fala. No cóż mamy sezon na czereśnie, temperatury wysokie, żywność szybciej się psuje i o rozstrój żołądka nietrudno!  To kłopotliwa dolegliwość, zwłaszcza w podróży, wszyscy to wiemy i nie ma potrzeby nagłaśniać tematu w mediach.

Kierwiński jednak musi dostać sraczki publicznie, przy świetle reflektorów. Tym razem wezbrała mu brunatna fala, bo ktoś zwrócił uwagę ukraińskim nastolatkom w autobusie w Bielsku Białej. Reakcja młodocianych świętych krów była tego rodzaju, że facet stracił cierpliwość i coś tam powiedział, czego podobno nie powinien był powiedzieć.

Brunatna fala

Nie chce mi się sprawdzać szczegółów, bo, że sprawa jest dęta widać na 1000km. Każdy człowiek jeżdżący komunikacją miejską wie, jak potrafią się zachowywać ukraińskie nastolatki i jakie emocje budzi ten widok oraz dźwięk ich mowy.

Większym problemem jest fakt, że boimy się reagować, niż że reagujemy zbyt energicznie. Mamy równoległe społeczeństwo pod bokiem, a nie wolno nam o tym rozmawiać. Zacznijmy, w końcu zacznijmy! Urealniamy relacje z Ukrainą - bardzo dobrze! Zajmijmy się diasporą na naszym terytorium!

P.S

Nagłaśnianie i nadymanie tak błahego zajścia, żeby dać amunicję Ukraińcom, po skandalu z "bohaterami UPA" to albo skrajna głupota albo lojalność wobec zupełnie innego podmiotu niż państwo polskie.

poniedziałek, 15 czerwca 2026

O wakacyjnej lekturze i zarządzaniu społecznymi emocjami

W poszukiwaniu wakacyjnej lekkiej a wciągającej lektury trafiłam na horror polityczny duetu Urbi et Orbi (Jarosław Urbaniuk, Łukasz Orbitowski) pt Pies i klecha przeciwko wszystkim. A tam milicjant i ksiądz doktor habilitowany tropią niezwykłe zjawiska, byty i rytuały mające bezpośredni wpływ na naszą codzienność oraz rzeczywistość społeczną i polityczną. Akcja zaczyna się w schyłkowym PRLu, kończy u początku transformacji ustrojowej w 1989 r.

Oszołomieni bohaterowie odkrywają, że u początków PRL-u miał miejsce rytuał oddający nasz nieszczęśliwy kraj pod władzę ARYMANA. Dość mnie ta koncepcja zaskoczyła, bo Aryman (po persku Angra Majnu) jest złym przeciwnikiem dobrego boga Ormuzda (Ahura Mazdy) w Zoroastryzmie czyli religii powstałej gdzieś w okolicach V w. p.n.e. w Persji, a raczej Imperium Perskim rządzonym przez dynastię Achemenidów. Skąd ta postać w kontekście Chrześcijaństwa i walki z nim?

Aryman ma być demonem materializmu, wrogim rzeczywistości duchowej w przeciwieństwie do Lucyfera. Ten drugi ma sprzeciwiać się Duchowi Świętemu ofiarując iluzje zamiast Prawdy, a pierwszy zdaniem autorów jest wrogiem Chrystusa i stawia nienawiść przeciwko miłości.

Z lucyferyzmem spotykamy się w pogańskiej wsi, gdzie złożono w ofierze młodego wikarego, władzy Arymana i jego wyznawcom zawdzięczamy komunę. A co po jej oficjalnym upadku? Otóż przychodzi trzecia siła - nicość i wielka ciemność - Sorat sprzeciwiający się Bogu Ojcu jedynemu.

Ksiądz Andrzej Gil uświadamia to sobie, kiedy razem z byłym milicjantem skutecznie udaremnili próbę ponownego oddania Polski Arymanowi, przerywając staremu komuchowi Finderowi rytuał złożenia w ofierze człowieka. 

Tymczasem w innym pomieszczeniu gmachu sejmu odbywa się konkurencyjny rytuał, prawdopodobnie również połączony z krwawą ofiarą, otwierający na oścież drzwi nihilizmowi.

"Co myśmy najlepszego zrobili!" myśli udręczony ksiądz uświadomiwszy sobie sytuację. Właściwie na tym kończy się książka i z taką myślą czytelnik jest pozostawiony.

Myśl wcale nie jest taka niedorzeczna jakby się mogła wydawać. Skoro zarówno nazizm jak i komunizm mają okultystyczne korzenie, podobnie jak masoneria, której zawdzięczamy rewolucję francuską, tzw. "Oświecenie" i rozbiory Polski, to dlaczego nie New World Order czy jak to się tam nazywa.... Gołym okiem widać, że jest to kolejna odsłona walki z chrześcijaństwem i boskim/naturalnym porządkiem świata (Logosem), wymierzona w tzw. zwykłego człowieka.

Kiedyś wyobrażałam sobie, że ponieważ moje potrzeby materialne są dość skromne, a miejsce do mieszkania odziedziczyłam (więc nie muszę spłacać kredytu), regularny dochód w postaci emerytury (bez względu na jej wysokość) uszczęśliwi mnie dozgonnie. Nie przewidziałam, że w przeciągu ostatnich 4 lat wyrośnie nam pod bokiem równoległe społeczeństwo ukraińskie konkurujące z niezamożnymi Polakami o służbę zdrowia, mieszkania, miejskie parki, kąpieliska i miejsce w przestrzeni publicznej.

Nasi goście przyjęci z dużą życzliwością okazali się "gatunkiem inwazyjnym" usiłującym zdominować (albo wręcz wygryźć) naiwnych gospodarzy. Robią to między innymi przez wytwarzanie hałasu nieproporcjonalnego do ich liczby. Kto nie wierzy niech się przejdzie do Parku Wschodniego w pogodny weekend albo na kąpielisko na Oporowie lub Królewieckiej w upalny dzień! Kto mieszka w centrum, nie musi tego nawet robić, bo odgłosy życia ukraińskich sąsiadów są częścią jego codzienności.

Ludzie zamożni mogą zmienić miejsce zamieszkania, kupić nowe mieszkanie, dom pod miastem, chatę w górach, willę we Włoszech lub Hiszpanii. Nie są zdani w takim stopniu jak "zwykły człowiek" na efekty decyzji lub zaniechań kolejnych rządów. Jakie skutki społeczne przyniesie podpisanie paktu migracyjnego przez Tuska łatwo sobie wyobrazić. Będziemy tu mieli drugą Wielka Brytanię, jak onegdaj marzyliśmy.

Wszystko jest bardzo dziwne i dzieje się nadzwyczaj szybko. Kilka lat temu po śmierci czarnego recydywisty Floyda, który stawiał opór przy zatrzymaniu, podczas ucieczki z dużą ilością narkotyków, wszyscy klękali jakby ich ktoś zaczarował. Przy najlepszych chęciach nie dało się tego uzasadnić logicznie. Rzecz działa się w USA. Policjantów oskarżono. Premier Wielkiej Brytanii klękał publicznie. Po śmierci niewinnego białego chłopaka w swoim własnym kraju, zabitego przy udziale brytyjskiej policji nie tylko nie klęknął, ale nabrał wody w usta, aż nagranie z zatrzymania znalazło się w Internecie. Wtedy ograniczył się do oskarżenia Nigela Farrage o podżeganie do nienawiści.

W USA czarny 17-latek zadźgał nożem białego rówieśnika, bo ten kazał opuścić mu namiot nie swojej drużyny, w którym się miał znaleźć uciekając przed ulewą. Rzecz działa się podczas zawodów sportowych. Podobno nagle spadł ulewny deszcz czy też była to burza z piorunami i nieszczęsny Carmelo Anthony schronił się  do namiotu konkurencji. Został wyproszony, na co zareagował ciosem noża w serce. Dlaczego przyniósł nóź w plecaku na zawody sportowe? Tego nikt nie próbował nawet wyjaśniać. Po prostu skrzywdzono "dzieciaka" (kid) skazując go na dożywocie z perspektywą ubiegania się o skrócenie kary po 35 latach, a on tylko działał w obronie własnej, bo oponent wyglądał na silniejszego.

Jego "obrońcy" w zemście sikają na grób ofiary. Na myśl o uczuciach rodziców zamordowanego chłopca narażonych na takie demonstracje i brata bliźniaka, na którego rękach umierał jest mi po prostu gorzej. Totalne zbydlęcenie.

Nie opuszcza mnie jednak myśl o dziwnej synchronizacji tych zdarzeń z wojną USA z Iranem i narastającym dystansem międzynarodowej opinii publicznej w stosunku do państwa Izrael, które ją rozpętało.

Bardzo wiele konserwatywnych mediów związanych z republikanami i ruchem MAGA straciło popularność z powodu bezkrytycznego poparcia  dla Izraela. Nagranie z zatrzymania Henry Nowaka, uznanie za winnych prześladowców szkockiej dziewczynki z siekierą, próba dekapitacji białego mężczyzny przez Sudańskiego migranta w Belfaście i wyrok w sprawie Carmelo Anthony'ego pozwoliły im znowu nabrać wiatru w żagle.

Ktoś tym ewidentnie dyskretnie zarządza. "Teraz nie patrzcie w stronę Libanu, Gazy i zachodniego brzegu tylko poczujcie słuszny gniew po wyczynach migrantów w Europie i czarnych w USA!"

A skąd się wzięli ci migranci? Czy przypadkiem ich napływ nie ma związku z destabilizacją wszystkich państw na Bliskim Wschodzie, które mogłyby zagrozić Izraelowi? Czy to przypadkiem nie Stany Zjednoczone są za to odpowiedzialne? 




Na marginesie śmierci Henry(ka) Nowaka

Właśnie obejrzałam taki oto wywiad na temat wytycznych dla policji i sądów w wielkiej Brytanii jak mają traktować różne grupy etniczne/rasowe https://youtu.be/ucoZJeQbNy4 ("Why The Henry Nowak Case Is Treasonous - Mark Collett").

Dowiedziałam się z niego że:

Po pierwsze na podstawie Offensive Weapon Act wprowadzonego w 2019 (czyli za rządów konserwatystów) Sikhowie mogą legalnie posiadać i nosić 

    • tzw. kirpany - małe noże noszone na szyi zawieszone na sznurku
    • tzw. shasta daggers - sztylety długości ostrza ok 21cm,  w pochwie przy pasku
    • zakrzywione miecze,  wręczane podczas ceremonii religijnych

Vikram Digwa mógł więc całkiem legalnie publicznie obnosić swój sztylet, którym zabił Henry Nowaka i nie była to żadna okoliczność obciążająca podczas procesu o morderstwo. Dla porównania angielskie kobiety nie mogą mieć przy sobie nawet sprayu pieprzowego, aby móc obronić się przed gwałtem, o jakimkolwiek nożu nie wspominając!

Po drugie na podstawie tzw. Police Race Action Plan powstałego w 2022 - czyli też za rządów konserwatystów i premierostwa Borisa Johnsona -  implementowanego w latach 2023 i 24, walka z rasizmem jest absolutnym priorytetem dla policji wkraczającej na miejsce zbrodni. Udzielenie pomocy medycznej może być dopiero drugie w kolejności. Każdy funkcjonariusz, który odwróciłby ten porządek ważności (tzn. najpierw wezwałby pogotowie do umierającego lub zaczął go sam ratować) musi się z liczyć z karami dyscyplinarnymi!

W tym świetle zrozumiała jest postawa policji, która nie poczuwa się do żadnej winy z racji nie wezwania pomocy do ciężko rannego chłopaka i przez to spowodowanie jego śmierci. Oni postępowali według swoich wytycznych tzn. chronili swoje dupy przed zarzutem rasizmu. Wzięte z zadu oskarżenia Vikrama Digwy potraktowali ze śmiertelna powagą, a umierającego Henry Nowaka ciągnęli po ścieżce, zakuwali w kajdanki i już nieprzytomnemu czytali jakie prawa mu przysługują jako OSKARŻONEMU!!! Nawet na nagraniu widać, że jego ręce są białe jak papier na skutek utraty krwi. Chlopak wykrwawiał się GODZINĘ zanim próbowano udzielić mu jakiekolwiek pomocy, spóźnionej oczywiście

Sikha nie zakuto w kajdanki przy zatrzymaniu czy aresztowaniu, choć już było wiadome, że to on jest mordercą, Za to zaprowadzono go do kuchni, żeby sam sobie wybrał co ma ochotę zjeść!

Został skazany na "dożywocie", ale już po 21 latach może ubiegać się o skrócenie kary. W wyżej wspomnianym wywiadzie Mark Collet wyjaśnia, że za identyczne morderstwo na sikhijskim chłopcu biały mężczyzna skazany na dożywocie mógłby ubiegać się o skrócenie kary dopiero po 36 latach.

W świetle tych informacji nie dziwi bezkarność pakistańskich gangów gwałcicieli wykorzystujących białe dziewczynki z rodzin robotniczych. Nie tylko pakistańskich zresztą! Nawet bułgarscy cyganie są dla brytyjskiej policji i klasy politycznej bardziej wiarygodni niż szkockie dziewczynki w wieku szkolnym broniące się przed molestowaniem!

W przypadku tzw. Sophie of Dundee grożącej napastnikowi nożem i siekierą sąd jednak uznał za winnego bułgarskiego cygana Ilię Biełowa (Belova) i jego siostrę Nadieżdę. 22 -letni mężczyzna wystosował seksualną propozycję do 12-latki i usłyszał kilka słów prawdy od jej koleżanek. O ile dobrze zrozumiałam wezwał na pomoc swoją 20-letnią siostrę i razem ganiali za dziewczynkami. W trakcie tej zabawy Nadieżda Biełowa chwyciła jedną z nich za włosy i powaliła na ziemię. To po tym incydencie mężczyzna nagrał telefonem roztrzęsioną dziewczynkę uzbrojoną w nóż i toporek.

Potępieniom dla niej i udostępniających nagranie nie było końca! Wszyscy się zdążyli wypowiedzieć piętnując przerażający rasizm młodocianych Szkotek: policja, politycy i liberalni "liderzy opinii", a tu taka przykrość - mówiły prawdę, a co dziwniejsze sąd to uznał! Moja teoria wyjaśnia ten fakt następująco:

Sąd zastanawiał się czas jakiś do jakiej rasy, a zatem miejsca w hierarchii przypisać Bułgarów. Moim zdaniem wyglądają na Cyganów. Potwierdza to zachowanie mężczyzny traktującego 12-latkę jako obiekt seksualny. W tej "społeczności" dziewczynki w tym wieku są już pannami na wydaniu!

Albo Cyganie nie cieszą się przychylnością brytyjskiej klasy politycznej, albo uznano bułgarskie rodzeństwo za białych i to jeszcze 2 kategorii jako pochodzących z postkomunistycznego kraju wschodniej Europy. W tym przypadku stali niżej w oficjalnej hierarchii niż szkocka klasa robotnicza, co umożliwiło uznanie ich za winnych.

wtorek, 9 czerwca 2026

"Moja łódź, pierwsza łódź, miłość ma..."

Pamiętacie piosenkę czerwonych gitar w której padają słowa: "moja łódź, pierwsza łódź, miłość ma"? W refrenie - o ile pamiętam - było coś o skrzydłach wiatru (na skrzydłach wiatru leć?).

Tak mi się nasunęło, kiedy zostałam szczęśliwą posiadaczką swojej pierwszej w życiu łódeczki, a konkretnie packraftu triboard 100 firmy decathlon. Mam dziwne poczucie, że tego właśnie brakowało mi całe życie i dlatego potoczyło się ono w złym kierunku, a raczej utknęło na mieliźnie i tak już pozostało. 

W końcu wyszła ze mnie ta 10-letnia dziewczynka i mogła zapewnić sobie to, za czym zawsze tęskniła.  


To zdjęcie wrzuciłam na media społecznościowe z podpisem, że eksploruję właśnie dorzecze Orinoko. Mam podejrzenie, że część ludzi (prawie) uwierzyła! Tymczasem w czym nasza poczciwa Oława jest gorsza? Że nie ma w niej krokodyli tylko swojskie bobry? To chyba lepiej, a w każdym razie bezpieczniej!


Te sympatyczne gryzonie ignorują ludzi pasąc się na łące, ale w wodzie nurkują natychmiast na widok zbliżającej się łódki.


Dopłynęłam nawet do "małej Niagary", co wcześniej wydawało mi się niemożliwe z powodu gęstych trzcin. Tym razem zanurzyłam się w ów zielony labirynt z ufnością i dotarłam kierując odgłosem spadającej wody.