czwartek, 27 stycznia 2011

Dziś będzie o snach, prekognicji i intuicji

Większość snów jest obrabianiem tego, co przytrafia nam się na jawie. To zwykle mało przyjemne, ale czasem zyskujemy wgląd w istotę zjawisk, prawdziwą naturę napotykanych ludzi, ich stosunek do nas itp.

Są rownież sny zapowiadajace przyszłość choć ich znaczenie w pełni objawia sie dopiero, kiedy zapowiedziane zdarzenie następuje. Pamiętam doskonale obraz polskiej flagi z kirem i tłumy pogrążone w smutku widziane we śnie na długo przed śmiercią Jana Pawła II. Pamiętam podejrzanych ludzi w turbanach kryjących sie wzdłuż jakiejś swojskiej drogi - przed atakiem na World Trade Center.

Czasem jakiś głos coś obwieszcza lub tłumaczy. Wyraźnie pamiętam, jak  ktoś powiedział mi, że moja babcia nie żyje. Po obudzeniu pomyslałam z ulgą, że to nieprawda, ale tego samego dnia przyszedł telegram zawiadamiajacy o jej śmierci. Pamiętam też dobrze sen, w którym stałam boso na rynku i wołałam do Boga. Moje modlitwy zamieniały sie w ptaki lecące prosto w niebo, a jakiś głos wyjaśniał mi, że one wszystkie tam trafiają.

Na ogól każdy ma swój własny repertuar symboli, które coś zapowiadają. Dla mnie najlepsze są:  pies - życzliwi ludzie, jazda konna lub buty - fucha lub praca, ekskrementy - pieniądze, latanie - coś, co udaje się znacznie lepiej niż oczekiwałam.

 Czasem, kiedy czekam na wynik pisemnego egzaminu albo rozpatrzenie podania w ważnej sprawie, śni mi się jakieś gremium pozornie zupełnie nie związane z tematem, podejmujące decyzje w sprawie zupełnie innej niż moja, ale tak się dziwnie dzieje, że jest ona całkowicie zbieżna z tą, o której wkrótce dowiaduje sie oficjalnie. To właściwie nie jest prekognicja tylko jakaś forma telepatii - ktoś coś postanawia w mojej sprawie, a ja jakoś to odbieram, zanim sam mi zakomunikuje.

Najdziwniejsze są sny,w których doświadczamy czegoś dobrego, z czym na jawie nigdy sie nie zetknęliśmy jak na przykład miłość, czułość i ta przedziwna słodycz. Skąd się biorą i po co? Nie można wyjaśnić ich doświadczeniem, prekognicją, telepatią czy intuicją.  Moja teoria głosi, że to Bóg pociesza nas w ciężkich chwilach.

środa, 26 stycznia 2011

O skuteczności modlitwy

Jestem dziś bardzo przygnębiona i to zapewne będzie miało znaczący wpływ na to, co tu napiszę.


Ostatnio przy okazji spowiedzi usłyszałam wiele zachęt do modlitwy (błagalnej), bo zdaniem duchownych, ktorzy udzielali mi pouczeń, Bóg po prostu nie może odmówić osobie w takiej sytuacji jak moja, zwłaszcza jesli ta osoba robi to, co do niej należy.

Moje doświadczenie jest inne - być może dlatego, że jednak nie staram się tak, jak powinnam wypełniać ludzkiej części pracy.
Być może...
Może sposób w jaki praktykuję modlitwę od tych 42 lat, które obejmuję pamięcią jest z gruntu błędny.
Być może...
Być może to w gruncie rzeczy infantylna ucieczka przed rzeczywistoscią, w której zupełnie sobie nie radzę?
Być może...


Chciałabym jednak opisać w miarę rzetelnie to, czego pod wpływem modlitwy rzeczywiście doświadczyłam, żeby nie utonąć w dogłębnym zniechęceniu i goryczy, które mnie dziś dopadły.

Po pierwsze Bóg uwalnia nas od złudzeń. Chodzi mi o sytuacje, kiedy np szukamy pracy i ktoś nas zwodzi, że być może..., zobaczymy co się da zrobić... itd. Pod wpływem modlitwy sytuacja wyjaśnia się szybko i na ogół brutalnie. Dowiadujemy się, że -  ponad wszelką wątpliwość - nic z tego nie wyjdzie. Jest to jak cios zadany sprawnie i szybko dobrze naostrzoną stalą. Cięcie jest bolesne, ale rana jest czysta i goi się szybko - płaczemy całą noc, albo wieczór, ale już na drugi dzień  czujemy się zdrowsi. W tym sensie prawda rzeczywiście wyzwala.

Po drugie Bóg ofiarowuje nam krople miłosierdzia w koszmarnych sytuacjach - np jesteśmy przedmiotem wyjątkowo obrzydliwego ataku, spotkało nas odrzucenie albo kompromitacja czujemy (na ogół słusznie), że wszyscy, a w każdym razie większość, jest przeciwko nam i wtedy pojawia się jedna życzliwa osoba, znana lub nie, która ciepłym słowem lub uśmiechem rzuca linę ratowniczą. Nadzieja, jak wątłe źbło trawy na betonowym balkonie, znowu zaczyna kiełkować.
Możnaby się zastanawiać jakie szanse ma nieszczęsna roślinka, ale tego rodzaju rozważania mogą podsunąć nam wyłącznie skok z wysokości.

Po trzecie Bóg ofiarowuje nam "treuga dei" (rozejm Boży) w niedziele i święta i pośród najkoszmarniejszej nocy możemy cieszyc się odblaskiem Bożej radości, która nie ma żadnego związku z naszym życiem, przychodzi z daleka i ulatnia się wraz z powrotem codzienności. Kiedy przeczytałam u Stinissena o radowaniu się szczęściem Boga uznałam to za nawiedzone bzdury, a jednak moje doświadczenie potwierdziło to wielokrotnie.

Po czwarte modlitwa często bywa skuteczna w drobnych sprawach dnia codziennego np przed jakąś rozmową czy spotkaniem, przed podróżą, żeby wszystko poszło dobrze itp

Po piąte z doświadczenia mojej siostry mogę stwierdzić, że błogosławienie wrogów i prześladowców  może przynieść pozytywne skutki, jesli praktykowane jest z heroiczną wytrwałoscią - mniej swięte osoby, jak np ja, mają z tym poważne problemy.

Po szóste nasze modlitwy podsłuchuje także inna centrala i usiłuje to perfidnie wykorzystać. Np jesteśmy w rozpaczliwej sytuacji finansowej, nie mamy pracy, wywalają nas z mieszkania i oto nie zdążyliśmy się jeszcze dobrze pomodlić, a już w skrzynce mamy maila od Murzynka Bambo albo ukraińskiego biznesmena proponującego nam 10% zysku od jakiejś astronomicznej sumy w zamian za możliwośc jej przelania na nasze konto. Lub informację o mieszkaniu do wynajęcia. Czynsz za nie wynosi wprawdzie więcej niż zarabialiśmy kiedykolwiek, nawet w tzw lepszych czasach, a są jeszcze opłaty... Okrutne drwiny i dobrze wymierzone.


Po siódme modlitwa różańcowa niezwykle pomaga na lęki nocne - tzn kiedy budzimy sie w nocy z lękiem i zaczynamy odmawiać różaniec uspokajamy się i po pewnym czasie nawet możemy zasnąć

Po ósme nawyk codziennej modlitwy uodpornia nas na wpływ "zapaści semantycznej" - ostro i wyraźnie rozróżniamy dobro i zło. Niestety nie oznacza to, że wiemy co robić w przypadku wyborów ważnych, ale moralnie obojętnych.

Po dziewiąte praktykujący modlitwę miewają silne impulsy, które bywają słuszne, ale bywają również takie, o których nie wiadomo, co mysleć Fakt, że jakieś natchnienie nawiedziło nas podczas mszy lub adoracji jeszcze o niczym nie świadczy. Może być tak, że idziemy za nim i zupełnie nic, poza zmarnowaną energią, z tego nie wynika. Czy to zmyła czy wynik ograniczoności naszej perspektywy nie wiem.


Po dziesiąte codzienna modlitwa rozumiana jako trwanie przed Bogiem w ciszy jest zwyczajnie niezbędna dla zachowania zdrowia psychicznego.

I to tyle na dzisiaj.

środa, 19 stycznia 2011

O (chwilowej?) zmianie wiatru

Telewizji nie oglądam od 1984r. Nigdy poza karnawałem Solidarności 1980-81, stanem wojennym, rokiem 1989 i pierwszymi wyborami prezydenckimi nie interesowałam się polityką.
Sytuacja zmieniła się dramatycznie po katastrofie smoleńskiej, która stała się dla mnie - jak i wielu Polaków - eye opening experience.

Jak relacjonowały media głównego nurtu to, co się po niej działo, nie muszę nikomu przypominać. Pojęcie oszołom, wariat i zwolennik spiskowej teorii dziejów rozciągnęlo sie na każdego, kto dopuścił się  krytyki rosyjskiego śledztwa albo nieśmiało sugerował powołanie międzynarodowej komisji.

Anita Gargas straciła pracę bezpośrednio po pokazaniu w Misji Specjalnej celowego niszczenia wraku tupolewa przez rosyjskie służby mundurowe. Inni tzn Karnowski, Ziemkiewicz, Wildstein i Pospieszalski musieli odejść za całokształt bycia prawicowymi oszołomami.

I nagle - surprise! surprise! - co znajduję na YouTube (telewizora nadal nie posiadam)? Otóż znajduję program o wdzięcznym tytule Superwizjer  "Co pokazywały kamery na lotnisku w Smoleńsku?", a w nim coś w rodzaju śledztwa dziennikarskiego na wyżej wymieniony temat.

No cóż powiał inny wiatr i to, co było synonimem ciemnogrodu, paranoi, choroby nienawiści,  i innych równie groźnych zaburzeń można pokazywać w TVN bez groźby utraty pracy, a prawicowe oszołomy, które wysuwały się przed szereg, mogą to sobie tylko pooglądać.

niedziela, 16 stycznia 2011

O raporcie MAK słów kilka

W sprawie raportu MAK mam pewną intuicję.
Przyjmijmy przez chwilę, że Rosjanie całkowicie jawnie i bez skrępowania ustawili na lotnisku działo przeciwlotnicze i zestrzelili polski samolot. Załóżmy, że ktoś to sfilmował i nagranie obiegło świat i jest dostępne w internecie dla wszystkich zainteresowanych.
Założę się z każdym o wszystko, że nawet w takiej sytuacji w godzinę później nachalnie lansowanoby tezę o czterokrotnym podchodzeniu do lądowania, nacisku ze strony Lecha Kaczyńskiego i alkoholu we krwi generała Błasika.
Założę się o każde pieniądze, że nawet wtedy "polskie" media głównego nurtu podchwyciłyby ochoczo te wytyczne, twórczo je rozwijając i dodając od siebie wszelkie możliwe i niemożliwe insynuacje.
Raport MAK byłby identyczny i przyjęcie jego tez na zachodzie równie bezkrytyczne.
Nawet wtedy premier rządu RP przekazałby w ręce Rosjan śledztwo i po ogłoszeniu raportu nie byłby w stanie zachować się adekwatnie do sytuacji, tylko skamlałby cichutko o mitycznym "polsko-rosyjskim pojednaniu", a prezydent Komorowski łasiłby się przez telefon  do Miedwiediewa, który jak wiadomo - w przeciwieństwie do braci Kaczyńskich - jest bardzo wysokiego wzrostu (podobnie zresztą jak Putin i Sarkozy)